Jerzy Łysiak (2013-07-10)

 

  Jest w Michałowie, niedaleko Brzegu, okazała kamienna tablica z wyrytą na planie krzyża inskrypcją. Oparta o polny głaz pod cmentarnym krzyżem – jakby porzucona – hen, za groby… (…) Poprzeczną belkę krzyża tworzy napis: „Pomordowanym, poległym i wygnanym z Wołynia – potomni. 1943 – 2003” – tak na skrzydełkach okładki prezentowana jest książeczka: Baśń Stołu Dębowego. Poemat Wołyński napisana przez Zdzisława Bernackiego.

                               

Na stronie redakcyjnej podano, że książkę wydano staraniem Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej w 70 rocznicę rzezi ludności polskiej przez ukraińskich nacjonalistów i że jest ona Pomnikiem Pamięci.

Rzeczywiście, książka, acz mała, jest starannie wydana, z ilustracjami, na pięknym papierze. Dołączono do niej płytkę CD; poemat czyta opolski aktor Waldemar Kotas, a nagranie zrealizował Mirosław Kopyto. Rzecz jest wzruszająca i piękna.

                

Baśń Stołu Dębowego umieściliśmy na naszej stronie internetowej jeszcze w roku 2008 i dotąd była to jedyna jej publikacja, obecnie wydana jest drukiem wraz z nagraniem dźwiękowym.

 

Napisana była przed rokiem 2003, wszak na wspomnianej tablicy pamiątkowej umieszczono jej fragment odnoszący się do pogromu. Tablicę ufundowali mieszkańcy Michałowa z inicjatywy, jak sądzę, jednego z nich - Zdzisława Bernackiego, autora Poematu. Z wykonaniem samej tablicy pamiątkowej fundatorzy zdążyli na 60 rocznicę ludobójstwa wołyńskiego, natomiast z racji nieukończenia budowanego obok kościoła postumentu, tymczasowo oparto ją wówczas o ścianę samego kościoła nieopodal wejścia. I taki stan tymczasowy trwał kilka lat, póki miejscowy proboszcz nie zdecydował o jej przeniesieniu na miejscowy cmentarz w myśl zasady, niech idą umarli, między umarłych. Rzeczywiście, dziś w roku 70 rocznicy tamtych tragicznych miesięcy nikt z wygnańców już chyba nie żyje: pochowani są na tym cmentarzu i ocalała Matka, świadek mordowania i Ojciec, który zachował życie wywieziony wcześniej na „roboty” do Niemiec – rodzice autora Baśni.

Choć nie cała pamięć, można żywić nadzieję, znalazła się na cmentarzu, nie cała umarła, jednak przeznaczenie jej takiego miejsca zasmuca, niepokoi. Żywi nie chcą już pamiętać, przynajmniej na co dzień. Jeszcze rocznicowo, odświętnie niektórych rusza sumienie, ale szuka się już innych korzeni. Oto odnajduje, odrdzewia się w tym samym Michałowie pamiątki po niemieckich hrabiach, którzy tu budowali swoje rezydencje, świątynie, przypomina ich minioną świetność i może marzy o jej powrocie. A przecież cała ludność tego miejsca to potomkowie kresowiaków. Cóż, taki jest czas. Legenda uczy wprawdzie mitu śpiących rycerzy, a historia co i raz przekonuje, że nie wiedzieć skąd i jak, odżywa nagle to, co było umarłe, zatem jest perspektywa, jednak oglądanie tego z bliska nie napawa otuchą.

Bo też i nasza pieśń o Wołyniu, śpiewana 70 lat po utracie, jest jakaś taka nie wprost, omija sedno sprawy i skupia się na tematach zastępczych. Że nie uznaje się powszechnie naszej krzywdy, że używa się niewłaściwych wyrazów, pojęć...

A istota rzeczy jest taka, że Polska Wołyń utraciła. Utraciła wraz z całymi Kresami. Utraciła tę piękną i żyzną krainę, prastare dziedzictwo, przez wieki kształtowane, cywilizowane. Tam miały korzenie najznamienitsze rody, bez których nasze państwo nie byłoby tym, czym było. Nigdy ziemie te nie były dziedzictwem łatwym. Pisał o tym choćby Sienkiewicz w Trylogii. Zmagał się z tym problemem Piłsudski gdy zabezpieczał nas od wschodu; a zabezpieczeniem miało być niezależne państwo ukraińskie.

Narody ukraińskie od wieków pragnęły samostanowienia, nigdy jednak na niepodległość się nie wybiły. Wszystkie krwawe powstania nie przynosiły skutku, topione były w morzu krwi zarówno samych Ukraińców, jak i ludzi, których chcieli się oni pozbyć. Wiele możnych państw mamiły ich niezależnością, po wybuchu wojny w roku 1939 byli przekonani, że otrzymają ją od Niemiec, że wystarczy tylko zlikwidować mniejszości etniczne, głównie Polaków, także Żydów, Czechów i innych i bez nich będą niepodlegli. Straszna była ta likwidacja: okrutna, prymitywna, barbarzyńska. W ciągu paru miesięcy zlikwidowano setki wsi, ludzi dosłownie w pień wyrzynając. Dzieci, kobiety, starców i mężczyzn. Wszystkich. W taki sposób skończył się nasz Wołyń, polski Wołyń. Pełnej wolności jednak nie uzyskali. Dopiero, gdy rozpadło się sowieckie imperium, Ukraina stała się samodzielnym niepodległym państwem.

Niełatwo pogodzić się z myślą o utracie Wołynia, naszej pięknej prastarej krainy. Zostaliśmy, my Polacy, my Polska, stamtąd wygnani. Zostaliśmy tam, w naszych domach, w naszych świątyniach okrutnie unicestwieni, niedobitkowie uciekli. Co po nas zostało? gdzieniegdzie spróchniały krzyż, rozsypujące się stare mury świątyni, gdzieniegdzie jakieś może stare drzewo owocowe – nic więcej. A w miasteczkach jeszcze jakiś kościół, kolegium, resztki zamku. I ta przerażająca pamięć końca, ostatnich dni: ognia, krzyku, krwi. Okaleczone trupy najbliższych, dzieci nabite na sztachety, przywiązane drutem kolczastym do drzewa, rozprute brzuchy kobiet. Straszne!

Nie sposób zapomnieć i trzeba pamiętać. Pamiętać i żyć.

Ale czy taka ma być nasza pamięć o Wołyniu?

Pamięć. Przez nią żyje, co umarło. Może żyć długo jeszcze, gdy pamięć będzie wyrażać się opowieścią, gdy będzie przekazywana w następne pokolenie, przekształcana w legendę. Jaka ma być nasza pamięć o Wołyniu? Co mamy o nim pamiętać?

Niełatwe pytania, jeszcze trudniejsze odpowiedzi, jeśli kto potrafi je znaleźć.

Dziś m.in. na terenach naszego Wołynia roztacza się niepodległa Ukraina. Niepodległa Ukraina to także dla nas, Polaków, sprawa ważna. Stanowi bowiem istotny element naszego bezpieczeństwa. Pożądane i ważne są dla nas dobre stosunki z tym państwem. Chcielibyśmy, by Ukraina raczej nam sprzyjała, niźli Rosi. To oczywiste, choć oczywiście jej państwowość jest dość krótka. To dobrze, że Ukraina jest niezależna, ale już kształt tej niezależności mniej nam odpowiada. Zwłaszcza, gdy chodzi o ten ich nacjonalizm. Warto o tym myśleć. Sprawy te są zbyt trudne, zbyt przykre dla naszego polskiego ucha, abym mógł je w ten czas rocznicowy rozwijać. Zachęcam, niech każdy to robi samodzielne. Bez sentymentów, bez złudzeń.

Zapraszam do Baśni Stołu Dębowego – krótka próbka w aktorskim wykonaniu:

(Proszę kliknąć niżej w wierszu Do pobrania w link 01.Prolog.ogg),

a teraz całość tekstu Bąśni Stołu Dębowego z naszej strony:

http://www.ospn.opole.pl/index.php?p=art&id=52

 

Jacek Bezeg (2013-05-20)

 Rodowód mowy ojczystej Ślązaków

14 maja w auli opolskiego uniwersytetu odbyło się kolejne spotkanie w ramach wspólnych działań Wszechnicy Uniwersyteckiej Solidarności i Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej. Tym razem naszym gościem był profesor doktor habilitowany Franciszek Marek, swego czasu pierwszy rektor nowo utworzonego uniwersytetu. Temat wykładu: „Rodowód mowy ojczystej Ślązaków” wybraliśmy w reakcji na próby wykorzystania śląskiej gwary do utworzenia czegoś tak sztucznego jak narodowość śląska. Z historii nie tak dawnej wiemy jakie są ostateczne cele takich działań. W latach 1939-1945 próbowano utworzyć w okupowanej Polsce nie tylko narodowość śląską, ale także góralską i kaszubską. Dezintegracja narodu polskiego miała ułatwić jego podporządkowanie okupantowi. Obecna sytuacja nie jest tak trudna jak ówczesna, ale lepiej chyba „dmuchać na zimne”. W ekspertyzie oceniającej działania RAŚ, wykonanej na zlecenie Sejmu RP Profesor był bardzo konkretny pisząc między innymi: „Proponowane zmiany ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym łamią zasady określone w Europejskiej Karcie Języków regionalnych lub Mniejszościowych, ale są całkowicie zgodne z memorandum Heinricha Himmlera z dnia 25 maja 1940”  Zakończył słowami: „W praworządnym państwie z wnioskodawcami i autorami proponowanych zmian ustawowych rozmawiałby w imieniu rządu tylko prokurator”.  (Pełny tekst ekspertyzy jest załącznikiem do niniejszej relacji).

 

 

Profesor Marek pokazał jak na przestrzeni wieków kształtowała się rola Śląska w tworzeniu państwa polskiego, polskiej kultury, a w szczególności języka. Okazuje się, że chociaż w poszczególnych miejscowościach, a nawet wioskach, gwara śląska jest różna, to zawsze była ona nazywana nie inaczej jak tylko językiem polskim. Określali ją tym mianem nie tylko mieszkańcy tego regionu, ale i obcy. Poważni jej badacze znajdują silne związki z językiem polskim i czeskim.
Szczególnie ciekawe były informacje o znaczących dla kultury i polityki polskiej wpływach uczonych i myślicieli, Polaków pochodzących ze Śląska. Także to, że pierwsza próba utworzenia w Polsce Uniwersytetu miała miejsce na Dolnym Śląsku, w Legnicy. Uczelnia działała, lecz nie uzyskała pełnego statusu z powodu braku zgody papieża.

 

Po wykładzie toczyła się przez dłuższy czas ciekawa dyskusja, która raczej została przerwana niż zakończona.
Zainteresowanych zapraszamy do wysłuchania relacji dźwiękowej.

 


Zobacz też: http://www.pch24.pl/polskosc-slaska-atakowana-,13431,i.html
http://forumemjot.wordpress.com/2013/03/22/polskosc-slaska-atakowana-rozmowa-z-prof-franciszkiem-markiem/

http://www.ngopole.pl/wp-content/uploads/2013/02/Franciszek_Antoni_MAREK.pdf

Jacek Bezeg (2013-05-04)
Ekumenizm? Tak - Ale jak go rozumieć?
 
Jeżeli domu Pan nie zbuduje,
na próżno się trudzą,            
którzy go wznoszą             
- psalm 127

Spotkaliśmy się z zarzutem, że jako Stowarzyszenie Pamięci Narodowej nie powinniśmy się sprawami wiary zajmować. Myśl zawarta w przytoczonym psalmie mówi nam, że w każdym działaniu wsparcie Stwórcy jest nieodzowne. A nam zależy na skuteczności.
Nie tylko ta przesłanka ma dla nas znaczenie. Bardzo sensowne wydaje się podejrzenie, że trudna sytuacja w jakiej znalazła się nasza Ojczyzna jest skutkiem moralnego upadku Narodu Polskiego. Klasyk sztuk wojennych Sun Tzu zaleca do takiego właśnie stanu doprowadzić potencjalnego przeciwnika przed podjęciem właściwej wojny, lub nawet zamiast niej. Zamiar ten najłatwiej zrealizować niszcząc jego religię.
Wszystko to co nazywamy wiedzą pozwala nam radzić sobie z dniem codziennym, lecz aby nadać całemu życiu sens i cel nieodzowna jest wiara. Ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że większość tak trudnych do wyjaśnienia przez historyków upadków cywilizacji, to tylko uboczne skutki upadku wiary.
Kościół Katolicki i oparta na nim cywilizacja łacińska, trwające już dwa tysiąclecia mają szanse na dalsze trwanie. Wszak Jezus obiecał, że „bramy piekielne go nie przemogą”. Jednak obecna jego sytuacja jest bardzo trudna. Masoneria od wieków usiłująca go zniszczyć zastosowała nową metodę. Działając od wewnątrz wykorzystuje to co dawniej było jego istotnym atutem - zaufanie i posłuszeństwo hierarchii. Przeciwko takim metodom nie ma on mechanizmów obronnych. Jedyną szansą przechowania depozytu objawienia Bożego i przetrwania wiary jest w tej sytuacji Bractwo Świętego Piusa X. Jest ono nadzieją Kościoła, który w przeważającej swej masie skażony jest już trucizną modernizmu i innych masońskiego pochodzenia idei i skutkiem tego zamiast wiarę szerzyć, budować i umacniać, niszczy ją i deformuje.
Taki Kościół nie potrafi wskazać Polakom drogi moralnego rozwoju, niezbędnego warunku wejścia na drogę prawdziwego wyzwolenia. Taki Kościół nie pomoże nam stać się wolnymi. Rozumując tym trybem widać, że musimy wspierać działania Bractwa i jego rozwój.

Już po raz trzeci zaprosiliśmy do Opola jego przełożonego na Europę Wschodnią księdza Karola Stehlina. Na pierwszym spotkaniu mówił o świętym Maksymilianie Kolbe. Potem o Mszy Świętej. Tym razem tematem był „Ekumenizm”, a dokładniej fatalne skutki tego, jak jest on rozumiany i praktykowany po Soborze Watykańskim II.
Na początek usłyszeliśmy jak ksiądz Stehlin praktykuje ekumenizm. Jak rozumie on dialog między religiami. Właśnie wrócił z Estonii gdzie przygotowuje grupę pastorów, którzy wraz ze swymi wiernymi chcą powrócić do Kościoła Rzymsko Katolickiego. Uznali, że to jedyna droga do Prawdy. Próbowali wcześniej kontaktów z hierarchami katolickimi w Estonii lecz nie mogli się oni podjąć takich działań z uwagi na obowiązującą obecnie zasadę, że wszystkie religie są równie prawdziwe. Są różnymi drogami do tego samego Boga. A więc – powiedziano im - będą zbawieni pozostając protestantami.
Ponieważ nie przekonało ich takie rozumowanie, szukali dalej, aż trafili do księdza Karola. Ponieważ traktuje on poważnie słowa Jezusa ”nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przeze mnie” zgodził się pomóc im w tej drodze.
Ten przykład pokazuje jak zgubne skutki przynosi takie rozumienie ekumenizmu dla wszystkich, którzy są poza Kościołem Rzymsko Katolickim i poszukując Prawdy chcieliby do niego wejść. Nie mogą.
Dobrze, że Święty Wojciech przybył do Polski kiedy jeszcze takie  idee nie obowiązywały. Takie pomysły się nie zrodziły. Musiałby wtedy nam powiedzieć „A wierzcie sobie w tego swojego Światowida i innych”. Nie miałby zresztą żadnego powodu, by do naszego kraju zawitać.
Sensowne jest w tym miejscu pytanie: Czy Jezus zakładałby Kościół gdyby nie pragnął, aby kolejne nowe dusze „przyszły przez niego do Ojca”? Jeśli sam fakt Jego śmierci na krzyżu wystarczy dla zbawienia całej ludzkości, to jaki ma sens wszystko co się wydarzyło wcześniej i później? Do czego potrzebni byli apostołowie?

Tyle o złych konsekwencjach przyjęcia takiego ekumenizmu dla będących poza Kościołem. A co z wiernymi i kapłanami będącymi w Kościele?
Trzeba tu przypomnieć, że wiele, ba większość schizm i herezji powstało w ten sposób, że ich twórcy wybrali sobie, „wykradli” z Kościoła, z jego prawd, to co im akurat pasowało, pomijając to, co z jakiegoś powodu im nie odpowiadało. Kiedy więc teraz katolik, czy nawet kapłan, usłyszy od swego biskupa, że wszystkie religie są tak samo wartościowe i skutkują takim samym zbawieniem, to jakie może mieć powody by nie przejść do takiego zgromadzenia, czy sekty, którego zasady akurat mu najbardziej odpowiadają?
Inna grupa z kolei, po chwili zastanowienia wpadnie na pomysł, że skoro wszystkie są takie same, to znaczy, że żadna nie jest Prawdą, bo ta może być tylko jedna. Jedyna grupa, która wysłuchawszy wszystkiego o nowym ekumenizmie pozostanie jednak wierna Kościołowi Rzymsko Katolickiemu, to ta, która swym duszpasterzom nie uwierzy. No i jeszcze ludzie nie lubiący zmian. Cóż jednak można zdziałać z takim towarzystwem?  
Widać tu działanie Ducha Świętego, bo po ludzku rzecz biorąc Kościoła już nie powinno być.
Może zbyt długi był ten wstęp, zapraszam więc wreszcie do wysłuchania wykładu.
wpisał j.b. (2013-04-20)
Jadwiga Chmielowska (2013-04-17)

 

„Co nas łączy co nas dzieli”

 

 

Pod takim tytułem odbyła się dzisiaj 13 kwietnia 2013r. w Siemianowicach debata o Śląsku. Organizatorem był Urząd Miasta. W dyskusji panelowej wzięli udział: prof. Franciszek Marek, red. Piotr Semka, Jerzy Gorzelik – Przewodniczący RAŚ, red. Marek Szołtysek i

 

ks. Jerzy Klichta – autor książki „Dzieje Śląska „pod strzechy”.

Dyskutowano nie tylko o kodyfikacji języka śląskiego, ale również o historii Śląska.

Znacznie ciekawsza była druga część dyskusji, w której dopuszczono głosy z sali. W wypowiedziach słychać było obawy Ślązaków o zniszczenie gwar po kodyfikacji języka.

Ks. Klichta zwracał uwagę na to, że najważniejsze jest dbanie o dobro wspólne, a wszelki relatywizm niebezpieczny. Uważa, iż zgoda na Śląsku będzie, jeśli nie będą mącić media a one są w rękach niemieckich.  Red. Semka dawał wiele przykładów z historii Śląska. Wspomniał o rozmowie w kuluarach z człowiekiem, który powiedział, że on inaczej rozumie historię Śląska, bo jego dziadek był w Freikorpsie. Wyjaśniono, że w formacji Freikorps służyli w czasie powstań Niemcy spoza Śląska. Selbstschutz natomiast organizowali lokalni niemieccy Ślązacy. Przed II wojną światową Freikorps zasilali śląscy Niemcy zwolennicy Hitlera. Tak czy inaczej ów dziadek był zdrajcą i służył zbrodniczej formacji.

Prof. Franciszek Marek cytował stare, XVIII i XIX - wieczne niemieckie dokumenty, w których teren obecnego Górnego Śląska nazywano „Polnische Schlesien”. Cytował dawną literaturę śląską w języku polskim. Zwracał uwagę, że czasem nawet w jednej wsi funkcjonują różne gwary.

Red. Szołtysek mówił o problemach z kodyfikacją zapisu tekstów gwarowych. Podał, że on pisząc gwarą - pochyla „O”  - kursywą. Obawia się, że różne kodyfikacje zapisu wprowadzą zamęt. Bo musieliby wszyscy przyjąć, a i tak byłby problem z pisaniem.

W przerwie dyskusji, pokazano film dokumentalny o Gajdziku, który pochodził z Siemianowic i był dowódcą jednego z pułków Grupy Operacyjnej „Wschód” w III Powstaniu Śląskim. 

W dyskusji padały z sali zarzuty o polski nacjonalizm. Cytowano wywody niektórych historyków, wychowanków prof. Kaczmarka z Uniwersytetu Śląskiego. Katedra historii Uniwersytetu Śląskiego opanowana jest przez  licznych zwolenników RAŚ.

Jerzy Gorzelik wspomniał o Tragedii Górnośląskiej i polskich obozach koncentracyjnych. Odpowiedziano mu z sali, że nie można mówić o polskich obozach, ponieważ Rząd Polski był w Londynie, a polskie siły zbrojne (AK, Win, NSZ i inne formacje) walczyły z tymi, którzy te obozy zakładali NKWD i MBP.

Debatowano również nad tym, czy istnieje naród śląski. Zwrócono też uwagę na to, że żadnych głosowań ani spisu też nie można traktować poważnie, bo w Polsce nie glosuje się „za”, tylko przeciwko czemuś lub komuś.

W kuluarach, Krzysztof Szyga, poseł na Sejm V kadencji i Przewodniczący Związku Górnośląskiego w latach 2003-2006, twierdził wprost, że Ślązacy chcą mieć swoje niepodlegle państwo. Państwo polskie po Magdalence i „okrągłym stole” jest w marazmie. Nie widzi sposobu wymiany klasy politycznej, która pogrąża kraj.  http://www.radiownet.pl/publikacje/dlaczego-slask-chce-niepodleglosci

Debata była burzliwa.

Cały zapis konferencji:

http://www.radiownet.pl/publikacje/dlaczego-slask-chce-niepodleglosci#/publikacje/co-nas-laczy-co-nas-dzieli-debata-o-slasku

 

cz. II

http://www.radiownet.pl/publikacje/dlaczego-slask-chce-niepodleglosci#/publikacje/co-nas-laczy-co-nas-dzieli-debata-o-slasku-czii

Jacek Bezeg (2013-03-26)

W Opolu też,

 

26 marca, o godzinie 12, odbyła się pikieta solidarnościowa pod Urzędem Wojewódzkim. Tak jak w całym kraju solidaryzowaliśmy się ze strajkującym Śląskiem. Byłem przekonany, że nie ma już w kraju nikogo zdolnego do takich działań. Tak wielu wyjechało. A jednak proszę. Jest coś, za co możemy być wdzięczni panującym. Potrafili zmobilizować nas do działania. Potrafili nas zjednoczyć. Pomimo, że niektórzy odważają się powiedzieć, iż poza posłusznym słuchaniem wskazówek z Brukseli ci panowie już niczego innego nie potrafią. A tu proszę. W jednym szeregu stanęli związkowcy nie tylko z Solidarności,

 

 

 

ale i OPZZ, a nawet Forum Związków Zawodowych było reprezentowane.

 

 

Przyjechali koledzy z Nysy.
Trzeba przyznać, że jak na posiadane możliwości techniczne (Orwelowski „Rok 1984” bez problemu można by wcielić w życie od zaraz.) panujący poczynają sobie dość łagodnie, a jednak naród poczuł się przyciśnięty do ściany. Jak na razie ręki Pana nie kąsa,

 

 

a tylko do niej mówi,

 

 

trochę do niej trąbi,

 

 

a czasem nawet gwiżdże. Nie wiadomo co lepiej trafi.

Czy cos to da? Zobaczymy.
W telewizorze pokazali takiego pana, który mówił, że to co robimy, to nie jest dobra droga.
Na to że miał rację wskazują doświadczenia starających się o JOW-y, czy o miejsce na multiplexie dla telewizji Trwam. Jaka jest dobra, nie mówił. Wyglądało na to, że nie wie. Nie był w mundurze.
Życie przynosi stale nowe niespodzianki. Kiedyś, za mych młodych lat, mówiono, że trzeba będzie w przyszłości wymyślać ludziom rozrywki, bo wszystkie prace będą wykonywać maszyny.

 

 

Tymczasem doczekałem się czasu kiedy zaczyna się majstrowanie przy starym Kodeksie Pracy, aby lepiej wykorzystać „siłę roboczą”.
Czy w takim razie, w dalekiej perspektywie możemy spodziewać się powrotu niewolnictwa? Skoro to idzie w tym kierunku.
Miejmy nadzieję, że ta dzisiejsza mobilizacja i współpraca nie były jednorazowe. Miejmy nadzieję, że wspólnymi siłami obronimy, to co wywalczono w wiekach poprzednich, w XX i w XIX i nie pozwolimy się cofnąć do wieków jeszcze wcześniejszych.

Jacek Bezeg (2013-03-20)

Budapeszt, 15 marca 2013


Trzeba przyznać, że wiele było przeciwwskazań, prognozy pogody niekorzystne, a i dobrzy ludzie mówili nam żeby tam nie jechać. Ale nic to nie dało. Pojechaliśmy. No i rzeczywiście. Prawie 140 kilometrów przed Budapesztem zostaliśmy wyrzuceni przez policję z zamkniętej autostrady. Trochę zdziwieni, bo co prawda śnieg padał, ale nie tak znowu obficie. Jak się okazało problem nie leżał w jego ilości, a w połączeniu opadu z silnym wiatrem. Przy zatrzymanych pojazdach szybko tworzyły się duże zaspy uniemożliwiające ruch. Bocznymi drogami dotarliśmy do Gyor, ale dalsza podróż była już niemożliwa. Nawet do miasta wjechaliśmy wbrew zaleceniom policji twierdzącej, że jest ono zablokowane przez samochody. W radiu apelowano do okolicznej ludności o zgłaszanie się osób mogących przyjąć na nocleg podróżnych z zablokowanej autostrady. Był poranek 15 marca, a oni takie teksty. To znaczyło, że sytuacja jest poważna i taka pozostanie przez dłuższy, bliżej nieokreślony czas. Jeden z policjantów radził w mieście szukać Czerwonego Krzyża gdzie miano wydawać posiłki z powodu klęski żywiołowej. Nie z nami takie żarty. Poszukaliśmy krzyża, ale innego, kościoła.

 


 

Przy nim znaleźliśmy plebanię, a w niej księdza Imre, proboszcza. To był człowiek, który nas uratował. Na początek poczęstował kawą, potem załatwił nocleg w internacie katolickiego gimnazjum.

 

 

Po drodze do niego pokazał przepiękną miejscową katedrę

 


 

z relikwiarzem świętego Władysława, XI –sto wiecznego króla Węgier.

 


 

Po wieczornej Mszy spotkaliśmy się z parafianami, by przypomnieć i odnowić starą prawdę, że Polak i Węgier to dwa bratanki. W ten sposób dzień nie został zmarnowany, a może nawet spędzony bardziej pożytecznie niż planowaliśmy. Nazajutrz wstaliśmy wcześnie z nadzieją na szybki dojazd do stolicy. Ponieważ drogi nadal nie były przejezdne zostaliśmy zaproszeni na śniadanie na plebanię. Jednak kiedy słońce wyłoniło się zza chmur postanowiliśmy „rozpoznać walką” stan autostrady.

 

 

Na pasie prowadzącym z Budapesztu widzieliśmy wiele pozostawionych samochodów, maszyny usuwające śnieg,

 

 

a nawet pojazd wojskowy. Na naszym, nie było tak źle.

 


 

Po kilku postojach, już około trzynastej stanęliśmy nad Dunajem

 


 

i wkrótce odnaleźliśmy pomnik generała Bema. Właśnie rozpoczynały się uroczystości. Delegacje Klubów Gazety Polskiej składały kwiaty, wygłaszano przemówienia, śpiewano pieśni.

 

 

Niektóre transparenty zawierały konkretne prośby.

 

 

Inne wyjaśniały dokładnie po co przyjechaliśmy. Potem wszyscy udali się pod pomnik Katyński. Tu uwaga dla tych, którzy w przyszłości chcieliby tego pomnika szukać. Generał Bem wyciągniętą ręką wskazuje właśnie kierunek w którym należy się udać. Potem trzeba w pewnym miejscu skręcić trochę w lewo aby odejść od rzeki, ale generalnie należy się trzymać głównej ulicy.  
Uczciwszy pamięć pomordowanych w Katyniu oficerów ruszyliśmy na spotkanie z historią Węgier, na Górę Zamkową.

 

To co widać na tym zdjęciu to tylko jedna ze sztuczek, do których zdolny jest mój aparat, lecz rzeczywista sytuacja premiera Orbana, którego miejsce pracy tu widzimy jest gorsza. Po wpisaniu do swojej konstytucji, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny Węgrzy usłyszeli z Brukseli informację, że tamtejsi urzędnicy „zrobią wszystko, aby demokracja zwyciężyła”. Swego czasu walczono już na ulicach Budapesztu „w obronie socjalizmu”. Czy obrona demokracji będzie wyglądała podobnie?
Wieczorem 16 marca znowu spotkaliśmy się z Węgrami na modlitwie, a potem na rozmowach.

 

 

W niedzielę odwiedziliśmy budapesztański Plac Bohaterów gdzie podziwiać można pomniki ważniejszych królów i rycerzy zebrane w jednej imponującej kompozycji architektonicznej.

 

 

 

Na koniec jeszcze dwa słowa o winnych. Głównym winowajcą jest Józek, który stoi najbliżej swojej przyczepki. To on wymyślił ją i wózek, który jest wewnątrz niej i pomieścić może małą elektrownię, czyli agregat, wzmacniacze, głośniki i rzutnik, po prostu małe objazdowe i samowystarczalne kino. To on namówił nas abyśmy z nim pojechali. Stojący obok Wiktor, który nie tylko rozumie co mówią Węgrzy, ale też potrafi mówić tak, że oni rozumieją, jest winny trochę mniej. On nie chciał, ale musiał. Skoro jest kolegą. Ten trzeci to Bolek i oczywiście jest niewinny. Ten typ tak ma.

admin (2013-03-11)

  Kulisy powstania Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Ze strony „portalu poświęconego  fronda.pl” (http://www.fronda.pl/a/jakie-byly-kulisy-powstania-dnia-pamieci-zolnierzy-wykletych,26576.html) przedstawiamy u nas PRAWDZIWĄ HISTORIĘ powstania święta Żołnierzy Wyklętych. Nie może tak bowiem być, aby nawet w Opolu nie było mocno ugruntowanej świadomości, dzięki KOMU i czemu zawdzięczamy możliwość równoczesnego obchodzenia w całym kraju pamięci bohaterów, którzy w czasach pogardy i komunistycznego terroru uratowali honor Polaków.

J. Wroblewski: Pan był inicjatorem powstania dnia, w którym Polska szczególnie pamięta o Żołnierzach Wyklętych? Zaczęło się od Opola...

Arkadiusz Karbowiak: Tak, w Opolu w 2006 r. powstał pomnik poświęcony żołnierzom podziemia antykomunistycznego. Byłem jednym z inicjatorów jego powstania. Dzięki temu, że pełniłem funkcję zastępcy prezydenta miasta pojawiły się pewne możliwości aby ów pomnik postawić. W trakcie uroczystości w 2007 r. lub 2008 roku, które miały się odbyć pod tym pomnikiem 1 września doszło do protestów organizacji kombatanckich proweniencji komunistycznej, że oni pod takim pomnikiem nie zamierzają uczestniczyć w żadnych uroczystościach, bowiem rzekomo ten pomnik dzieli. Uznałem wtedy, że jeśli nie dojdzie do tego, że żołnierze podziemia antykomunistycznego nie będą mieli ustalonego swojego święta, to za każdym razem będziemy się spotykać z podobnymi protestami.

Miał pan sprzymierzeńców?

Prowadziłem rozmowy z ówczesnym pełnomocnikiem wojewody opolskiego ds. kombatantów Bogdanem Bocheńskim, aby podjąć jakieś ustalenia dotyczące powołania takiego dnia. Spotkałem się również z prof. Włodzimierzem Suleją dyrektorem oddziału IPN we Wrocławiu i pytałem, czy byłaby możliwość zainteresowaniu tą kwestią prof. Janusza Kurtyki. To był listopad 2008 r. On do mnie oddzwonił i powiedział, że prof. Kurtyka będzie we Wrocławiu i zaprasza mnie. W spotkaniu uczestniczyłem wspólnie z Bogdanem Bocheńskim, a oprócz Janusza Kurtyki był również prof. Suleja, dr hab. Krzysztof Szwagrzyk i prof. Krzysztof Kawalec. W rozmowie przedstawiłem propozycję ustanowienia dnia pamięci żołnierzy wyklętych, a prof. Kurtyka powiedział, że również myślał o takim dniu, i że bardzo mu się podoba ta inicjatywa.

Jak ustalono termin tego święta?

Zaproponowałem dwa terminy: 2 września - datę powstania WiN i 7 maja datę rozwiązania organizacji „Nie” i powstania Delegatury Sił Zbrojnych. To jednak nie były dobre terminy, bo na 1 września przypadała rocznica rozpoczęcia wojny, a 8 maja jej zakończeniem, wiec gdyby którąś z tych dat przyjęto uroczystości praktycznie by się na siebie nakładały. Prezes Kurtyka zaproponował, aby święto żołnierzy podziemia antykomunistycznego ustanowić 1 marca, bowiem wtedy zamordowano 7 ostatnich członków zarządu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, największej powojennej organizacji podziemia antykomunistycznego. Ustaliliśmy więc wspólnie, że ta data jest bezwzględnie najlepsza.

Sprawa nabierała rozpędu?

1 marca 2009 r. w Opolu odbyły się pierwsze w Polsce uroczystości, na które zaprosiliśmy kombatantów, były delegacje z IPN z Wrocławia. Zbierane były też podpisy pod apelem, który został wysłany do posłów klubów ówczesnej kadencji za wyjątkiem SLD. Ten dokument podpisał też prezydent Opola Ryszard Zembaczyński i skierował go do sejmu. I zapadła cisza.

Nie było możliwości przeprowadzenia tego projektu?

Niestety, kilkunastu posłów wyraziło akceptację dla tej inicjatywy i to było wszystko. Nic się nie działo, więc zadzwoniłem od prezesa Kurtyki we wrześniu 2009 r. i zaproponowałem kolejne spotkanie tym razem w Warszawie. W jego trakcie zasugerowałem, żeby spotkał się z prezydentem Lechem Kaczyńskim i zaproponował, aby inicjatywę ustawodawczą w tej kwestii podjął pan prezydent, aby nie przepychać się przez partyjne gremia polityczne. Sporządziłem stosowny dokument, pod którym podpisał prezydent Opola, oraz przedstawiciele lokalnych i ogólnopolskich organizacji kombatanckich: Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i WiN. Podpisał się również prezes IPN. Ruszyło się dzięki mediom. 1 marca 2010 r, odbyły się drugie obchody w Opolu, a Lech Kaczyński skierował inicjatywę ustawodawczą.

Potem nastąpiła katastrofa smoleńska, zginął w niej zarówno Lech Kaczyński, Janusz Kurtyka, szef kancelarii prezydenckiej Władysław Stasiak jak i prezes AK-owców Czesław Cywiński.

Ale nie odpuszczałem i gdy kandydat na prezydenta Bronisław Komorowski, przyjechał do Opola powiedziałem mu o złożonym w sejmie projekcie tego święta. Stwierdził, że nie ma nic przeciwko i jak sprawa przejdzie procedurę legislacyjną to ustawę bez problemu podpisze. Ale sprawa utknęła w sejmie prawie na rok.

I znów pomogły media?

Tak, bo tylko dzięki zainteresowaniu mediów projektem zajęli posłowie. Najbardziej zdeterminowany był w tej kwestii Maciej Walaszczyk dziennikarz „Naszego Dziennika”. Dzięki jego dociekliwości i determinacji posłowie przypomnieli sobie, że projekt od roku leżakuje. Ustawę skierowano na szybką ścieżkę legislacyjną i przeszła przez Sejm w tempie ekspresowym. Prezydent podpisał go pod koniec lutego i na 1 marca 2011r. 50 rocznicę stracenia IV zarządu WiN udało się obchodzić już jako święto państwowe.

Czuje pan dziś satysfakcję z obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych?

Tak, a najbardziej cieszy mnie bardzo liczny udział w młodzieży. I to jest największe zwycięstwo niejako za grobu żołnierzy antykomunistycznego podziemia.

Rozmawiał Jarosław Wróblewski 

 

Jacek Bezeg (2013-02-27)

Domagamy się uczciwości od sąsiadów

Mijają właśnie 73 lata od dnia 27 lutego 1940 roku, kiedy to w hitlerowskich Niemczech zdelegalizowano Związek Polaków  w Niemczech. Skonfiskowane wówczas majątki Związku oraz instytucji z nim związanych o wartości co najmniej 8 450 000 ówczesnych marek do dziś nie zostały w żaden sposób zrekompensowane przez Państwo Niemieckie. Podobnie pozostali po przedwojennych obywatelach Rzeszy narodowości polskiej potomkowie, bezowocnie starają się o odzyskanie statusu mniejszości narodowej.

 

Pikieta zorganizowana przez członków lokalnych organizacji patriotycznych jaka miała miejsce dziś w Opolu pod konsulatem niemieckim była sposobem upomnienia się o te i inne prawa Polaków w Niemczech.

 

Inicjatorem akcji była Liga Obrony Suwerenności, a Pan Janusz Błaszczyk pełnił funkcję gospodarza manifestacji. Zainaugurowało ją jego przemówienie w którym między innymi zwrócił uwagę na rażącą dysproporcję w wysokości dotacji otrzymywanych przez Mniejszość Niemiecką w Polsce i przez Związek Polaków w Niemczech. Jak powiedział w przeliczeniu na obywatela Niemcy w Polsce otrzymują 70 razy więcej niż Polacy w Niemczech.

Po swoim przemówieniu Pan Janusz przekazał urzędnikowi Konsulatu petycję autorstwa LOS opisującą wszystkie przedstawione problemy. Jak widać przyjmującemu dokument zabrakło czegoś, co pozwoliłby mu otworzyć kratę i przyjąć petentów  „na pokojach”. Może następnym razem będzie lepiej.

Następnie głos zabrał Pan Ryszard Szram przewodniczący Klubu Gazety Polskiej, który przedstawił szczegóły antypolskich działań hitlerowskich władz ówczesnych Niemiec. 17 maja 1939 zarządzono Spis ludności, a do arkusza spisowego wprowadzono nową rubrykę Narodowość. W oparciu o rezultaty tego spisu przygotowano imienny wykaz Polaków zamieszkujących na terenie Rzeszy. Stał się on podstawą systematycznej akcji aresztowań jaka rozpoczęła się 1 września 1939. Decyzja jaka zapadła 27 lutego 1940, o delegalizacji Związku i wszystkich organizacji z nim związanych oraz konfiskacie ich całego mienia, była zwieńczeniem działań.

Kolejnym mówcą był opolski poseł PiS Pan Sławomir Kłosowski, który przekazał między innymi dobrą wiadomość, że pomimo rozmaitych dąsów lokalnych autorytetów i polityków udało się wreszcie nadać sali posiedzeń w Urzędzie Marszałkowskim imię Orła Białego, co wywołało radość obecnych.
Ostatnim mówcą był prezes Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej Pan Jerzy Łysiak.
foto J.B.

relacja filmowa: http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=JBo7Kmgi-P8#!
Spodziewamy się wkrótce tekstu przekazanej petycji.


 

Jacek Bezeg (2013-02-24)

Już po raz czwarty

  Legendarny oddział "Roja" Mieczysława Dziemieszkiewicza.

Zbliżające się Święto Żołnierzy Niezłomnych, zwanych także Wyklętymi po raz pierwszy obchodzone było w Opolu 1 marca 2009 roku jako lokalna uroczystość. Tu:
http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=193
można przeczytać zawiadomienie o planowanych uroczystościach. Sprawozdanie z nich, a właściwie fotoreportaż można zobaczyć tu: http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=195
Apel o ustanowienie 1 marca Dniem Żołnierzy Antykomunistycznego Podziemia wraz z pierwszymi złożonymi pod nim podpisami jest do obejrzenia pod adresem: http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=199


Na marginesie tego tak ważnego święta nasuwa się kilka uwag. Pierwsza z nich, to zastanowienie nad tymi, którzy tu i ówdzie ciągle narzekają, że nic nie da się zrobić, że nic nie możemy. Jak widać, możemy.
Nie tylko myśl poety „Boże na niebie, jeśli ja zapomnę o nich, Ty zapomnij o mnie” kierowała organizatorami. Nie tylko im jesteśmy winni pamięć. Winniśmy też naszej Ojczyźnie dać właściwie ukształtowane, patriotyczne nowe pokolenia. Oczywiście jeden dzień, jeden pomnik poświęcony dawnym bohaterom to nie wszystko. To zaledwie kilka kropli w całym morzu na które składa się wychowywanie.

Czasy, jak to zwykle bywa, nie są łatwe. Nie wiadomo jakie trudne chwile czekają nasze dzieci i wnuki. Aby przetrwali jako naród, aby przetrwali godnie, potrzebne jest odpowiednie przygotowanie.
Czy potrafimy zrobić to co nasi dziadowie?
Przygotowali pokolenia, które nie tylko przez sześć lat walczyły na całym świecie w regularnej wojnie, ale jeszcze po jej zakończeniu przez wiele lat nie pozwalały się ujarzmić kolejnemu okupantowi prowadząc nierówną walkę.


Kompania honorowa 1 marca 2009

Czy nasi następcy potrafią się w razie potrzeby zachować w sposób godny ich przodków?