wpisał j.b. (2010-02-19)
Poseł na Sejm RP Jarosław Rusiecki
Biuro Poselskie
Prawo i Sprawiedliwość
27-400 Ostrowiec Św., Al. Jana Pawła II 65 E
tel./fax (41) 263-41-11
e-mail:biurorusiecki@o2.pl

Komunikat prasowy
Czwartek 18 lutego 2010 r.
 
 
 
Poseł Jarosław Rusiecki apeluje o pilne wyjaśnienie wszystkich okoliczności związanych z zatrzymaniem i procesem Grzegorza Brauna.
 
 
 
W związku z zaistniałą sytuacją w jakiej znalazł się Grzegorz Braun - reżyser, dokumentalista, dziennikarz, Poseł Jarosław Rusiecki w dniu 17 lutego 2010 roku wystąpił do Ministra Sprawiedliwości, Prokuratora Generalnego RP Krzysztofa Kwiatkowskiego z zapytaniem poselskim, wnosząc o pilne wyjaśnienie wszystkich okoliczności związanych z zatrzymaniem i procesem Grzegorza Brauna.
 
Zgodnie z art. 14 ust. 1 pkt 7 ustawy z dnia 9 maja 1996 r. o wykonywaniu mandatu posła i senatora (Dz. U. z 1996 r., nr 73, poz. 350 ze zm.), oraz art. 191 ust. 1 i art. 196 Regulaminu Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej (M.P. z 1998 r., nr 44, poz. 618 ze. zm.) wnoszę zapytanie poselskie, w sprawie wyjaśnienia okoliczności zatrzymania Grzegorza Brauna.
 
            Szanowny Panie Ministrze
            Proszę o podjęcie pilnych działań w sprawie wyjaśnienia okoliczności zatrzymania Grzegorza Brauna. Reżyser został zatrzymany w kwietniu 2008 roku we Wrocławiu, kiedy to był świadkiem demonstracji mającej uczcić rocznicę zbrodni katyńskiej.
Z relacji Grzegorza Brauna wynika, że został zaatakowany przez policjantów w cywilu, a zatrzymanie wynikało z niepokornej postawy reżysera proszącego funkcjonariuszy o wylegitymowanie się. Powalono go na ziemię, skuto kajdankami, a wreszcie wyłamano palce!!! W końcu doprowadzono Brauna na komisariat, gdzie przetrzymywano go przez trzy godziny, nie pozwalając na kontakt z rodziną.
Po tym zajściu Grzegorz Braun złożył skargę na postępowania policji, jednak sąd ją oddalił. Tymczasem prokuratura, na wniosek wrocławskiej policji, postawiła Braunowi zarzut pobicia policjantów i utrudniania policyjnej interwencji. Sprawa trafiła na wokandę jesienią 2008 roku. Reżyserowi grozi kara 5 lat pozbawienia wolności.
Już podczas pierwszej rozprawy, na wniosek oskarżającego policjanta, sąd utajnił posiedzenia. Od tamtej pory odbyło się ich kilka, za każdym razem były wyłączone z jawności. Kolejna rozprawa miała miejsce 16 lutego 2010 roku w Sądzie Rejonowym dla Wrocławia-Fabryczna, trwała bardzo krótko, bo nie pojawili się świadkowie oskarżenia. Sędzia Barbara Kaszyca zarządziła kolejne rozprawy na marzec br.
Grzegorz Braun jest znanym intelektualistą, który nie boi się mówić rzeczy niepopularnych, narażając się tym samym na krytykę wielu środowisk. Znany jest z bezkompromisowości w swoim domaganiu się ujawnienia agentów SB PRL. Nie może jednak być tak, że w państwie prawa wyklucza się z przestrzeni publicznej obywatela tylko dlatego, że ogłasza niewygodne dla niektórych fakty.
Poważne zaniepokojenie wzbudza postępowanie funkcjonariuszy wrocławskiej policji, których metody operacyjne nie zmieniły się od czasów prężnie działającej służby bezpieczeństwa. Doprawdy trudno uwierzyć, że intelektualista rzucił się na zawodowych, a więc wyszkolonych policjantów, i ciężko ich poturbował. Takie postawienie sprawy przypomina scenariusze pisane w PRL-u.
Biorąc pod uwagę powyższe argumenty, proszę Pana Ministra o zainteresowanie się niniejszą sprawą, a także poinformowanie mnie o ewentualnych krokach lub decyzjach, jakie Pan może podjąć w przedmiotowej sprawie.
W związku z powyższym, zwracam się z pytaniami do Pana Ministra:
1.      Jak Pan ocenia tę sytuację?,
2.      Jakie kroki zamierza Pan podjąć w przedmiotowej sprawie?.
 
 
W powyższej sprawie Poseł Jarosław Rusiecki podczas 61-go posiedzenia Sejmu RP (17.02.2010 r.) wygłosił z Trybuny Sejmowej oświadczenie poselskie.
 
 
 
6 kadencja, 61 posiedzenie, 1 dzień (17-02-2010)
Oświadczenia.
    Dziękuję bardzo, panie marszałku.
    Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Bardzo dobrze się stało, że dziś rano Sejm Rzeczypospolitej przez aklamację przyjął uchwałę w sprawie łamania praw człowieka i obywatela na Białorusi. Podobną uchwałę przyjął wczoraj mój klub, Klub Parlamentarny Prawo i Sprawiedliwość. Dobrze, że takie uchwały, poza innymi celami, biorą w obronę ludzi, którym dzieje się krzywda.
    W swoim oświadczeniu poselskim chciałbym zainteresować Wysoką Izbę krzywdą, jaka spotkała pana Grzegorza Brauna - reżysera, dokumentalistę, dziennikarza. Pan Grzegorz Braun został zatrzymany przez policję w kwietniu 2008 r. we Wrocławiu, kiedy to był świadkiem demonstracji mającej uczcić rocznicę zbrodni katyńskiej. Z relacji Grzegorza Brauna wynika, że został zaatakowany przez policjantów w cywilu, a zatrzymanie wynikało z niepokornej postawy reżysera proszącego funkcjonariuszy o wylegitymowanie się. Powalono go na ziemię, skuto kajdankami, a wreszcie wyłamano palce. W końcu doprowadzono Brauna do komisariatu, gdzie przetrzymywano go ponad trzy godziny, nie pozwalając na kontakt z rodziną.
    Po tym zajściu Grzegorz Braun złożył skargę na postępowanie policji, jednak sąd ją oddalił. Tymczasem prokuratura, na wniosek wrocławskiej policji, postawiła Braunowi zarzut pobicia policjantów i utrudniania policyjnej interwencji. Sprawa trafiła na wokandę jesienią 2008 r. Reżyserowi grozi kara pięciu lat pozbawienia wolności.
    Już podczas pierwszej rozprawy na wniosek oskarżającego policjanta sąd utajnił posiedzenia. Od tamtej pory odbyło się ich kilka, za każdym razem były wyłączone z jawności. Kolejna rozprawa miała miejsce wczoraj, 16 lutego 2010 r. w Sądzie Rejonowym dla Wrocławia-Fabrycznej. Trwała bardzo krótko, bo nie pojawili się świadkowie oskarżenia. Pani sędzia prowadząca proces sądowy zarządziła kolejną rozprawę na marzec bieżącego roku.
    Grzegorz Braun jest znanym intelektualistą, który nie boi się mówić rzeczy niepopularnych, narażając się tym samym na krytykę wielu środowisk. Znany jest z bezkompromisowości w swoim domaganiu się ujawnienia agentów SB PRL. Nie może być jednak tak, że w państwie prawa wyklucza się z przestrzeni publicznej obywatela tylko dlatego, że ogłasza niewygodne dla niektórych fakty.
    Poważne zaniepokojenie wzbudza postępowanie funkcjonariuszy wrocławskiej policji, których metody operacyjne nie zmieniły się od czasów prężnie działającej służby bezpieczeństwa. Doprawdy trudno uwierzyć, że intelektualista rzucił się na zawodowych, a więc wyszkolonych policjantów i ciężko ich poturbował. Takie postawienie sprawy przypomina scenariusze pisane w PRL.
    Zajęcie się tą sprawą jest moim obowiązkiem. Wzorem dla mnie, jeśli chodzi o wsparcie czy niesienie pomocy krzywdzonym obywatelom, są wybitne osobowości z ziemi świętokrzyskiej jak generał Antoni Heda ˝Szary˝, major Jan Piwnik ˝Ponury˝ oraz Wincenty Reklewski, który 27 grudnia 1939 r. w Waśniowie pod Ostrowcem oddał życie w obronie krzywdzonego kapłana zaatakowanego przez bandytów. Zawsze, gdy jestem w Waśniowie, spoglądam na inskrypcję, która mówi o tym wydarzeniu. Byłem tam również w ostatnią niedzielę.
    W powyższej sprawie wystąpiłem dziś do ministra sprawiedliwości prokuratora generalnego z zapytaniem poselskim, wnosząc o pilne wyjaśnienie wszystkich okoliczności związanych z zatrzymaniem i procesem pana Grzegorza Brauna. Liczę na rzetelne wyjaśnienie tej sprawy. Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Artur Głąb
Dyrektor
Biura Posła na Sejm RP Jarosława Rusieckiego
 

 
 
WYWIAD Z GRZEGORZEM BRAUNEM - "NA GORĄCO"
Tuż po wtorkowej rozprawie jeden z uczestników "obywatelskiego wsparcia" Grzegorza Brauna, Jan Kotwicki ze Wschowy przeprowadził wywiad z Reżyserem. Poprosił redakcję iPP o jak najszybszą publikację, co niniejszym czynimy.
http://idzpodprad.salon24.pl/157979,wywiad-z-grzegorzem-braunem-na-goraco
 


wpisał j.b. (2010-02-16)
Może nie wszystkim, ale zapewne młodszym oraz ludziom spoza Śląska trzeba trochę wyjaśnień. Rodłakami zwano członków Związku Polaków w Niemczech „Rodło”, który istniał tam legalnie do roku 1940. Nazwa ta wywodziła się od Rodła, znaku będącego uproszczonym kształtem Wisły, który przyjęli za swój oficjalny symbol, gdyż polskiego orła używać im zabroniono. Dziś środowisko Rodłaków to dzieci ówczesnych członków tego związku, często naoczni świadkowie ich zmagań o polskość tych ziem, oraz  kolejne pokolenia.  Podtrzymują tradycje przodków, pamięć o nich i starają się, aby to czym dziś się cieszymy, a o czym tylko marzyli przodkowie nie przepadło. Na ich kolejnym spotkaniu w 87 już rocznicę powstania Związku napisali poniższy apel.

 ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Apel

Zebrani na dorocznym spotkaniu w 87 rocznicę powołania Dzielnicy I Związku Polaków w Niemczech zwracamy się z prośbą o rzetelne zajęcie się sprawą tzw. podwójnego nazewnictwa miejscowości w gminach województwa opolskiego.
Kwestię tę regulują : ustawa z 6.I.2005r. o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz języku regionalnym (art.11) ,Konwencja ramowa o ochronie mniejszości narodowych zawarta w Strasburgu 1.II.1995r. (art.11) , Europejska Karta Języków Regionalnych lub Mniejszości zawarta w Strasburgu 5.XI.1992r. , a także Rozporządzenie wykonawcze Ministra Infrastruktury z 10.VIII.2005r.
Wszystkie te akty prawne jako kryterium przyjęcia dodatkowego nazewnictwa nazw miejscowości, obiektów fizjograficznych i ulic wskazują, iż mają to być nazwy tradycyjne w języku mniejszości (Europejska Karta Języków precyzuje to określenie :..”tradycyjnych i poprawnych form nazw miejscowych w językach regionalnych lub języku mniejszości” –art.10 p.2lit.g)

Z tego punktu widzenia szerząca się akcja nazewnictwa mija się z celem i intencją wskazanych aktów prawnych, a inicjatorów okrywa śmiesznością, gdyż zamiast wskazać na – w ich zamiarze – niemiecki źródłosłów nazwy – akcentuje jej słowiańskie – polskie pochodzenie.
Są  bowiem te „dodatkowe” nazwy w swej przytłaczającej większości wcale nie nazwami tradycyjnymi, lecz używanymi przez ówczesną administrację niemiecką, która w ten sposób radziła sobie z obcą mową i wymową

Z informacji uzyskanych od działaczy samorządowych wynika, że Instytut Śląski w Opolu na wniosek udostępniał te nazwy  zainteresowanym jednostkom samorządowym, które wszak miały prawo nie znać nazw sprzed przeszło 70 lat, zwłaszcza, że nie  były one w użyciu !
Szkoda, że tenże Instytut, wyposażony w możliwości warsztatu naukowego nie wykazał się stanowiskiem zgodnym z prawdą historyczną, iż podawane nazwy pochodzą z rejestrów administracji, a nie z tradycyjnego używania.
W ten sposób jako drugie nazwy, o tej samej wielkości i kroju czcionki są wpisywane na szyldach:
- w gminie Biała :
Brzeżnica – Bresnitz, Chrzelice – Schelitz, Frącki –Fronzke, Krobusz – Krobusch,Łącznik –Lonschnik, Mokra – Mokrau , Grabina – Grabine, Otoki –Ottok, Pogórze –Pogosch, Wilków – Wilkau, Żabnik – Ziabnik i inne   
- w innych gminach na przykład :Daniec –Danietz, Dąbrowice –Dombrowitz, Przewóz- Przewos, Główczyce – Glowtschuetz, Błachów – Blachow, Sukowice –Sukowitz, Poznowice –Posnowitz, Suchodaniec – Sucho-Danietz (sic!), Bojanów- Bojanow, Kadłubie – Kadlubietz, Krasowa – Krassowa, Wysoka – Wysoka, Psurów – Psurow, Radłów – Radlau, Kosorowice – Kossorowitz, Tarnów –Tarnau, Siedliska – Schiedlisk, Olszowa – Olschowa i jeszcze mnóstwo podobnych przykładów.
My, mieszkańcy tej ziemi z dziada pradziada poświadczamy, że nazwy dodawane nie są nazwami tradycyjnymi i używanymi przez ludność zamieszkałą na tej ziemi.
 Nie ma z tym żadnego związku dzisiejsza opcja narodowa ich potomków.
Obecna sytuacja stanowi nie tylko naruszenie wymienionych przepisów prawa polskiego i międzynarodowego, ale okrywa śmiesznością  tych urzędników, którzy zainicjowali i przeprowadzili podwójne nazewnictwo, a w dodatku „akcja” ta spowodowała wyrzucenie publicznych pieniędzy.
Zwracamy się tą drogą o uporządkowanie tej kwestii stosownie do regulacji prawnych i prawdy historycznej.
 Rzeczą uzasadnioną byłoby jak najszybsze przeprowadzenie ekspertyzy historyczno- językowej celem ustalenia, które nazwy jako tradycyjne, będące w stałym obiegu i stosowaniu przez mniejszość byłyby uzasadnione na terenie naszego województwa.
W naszym przekonaniu są to nazwy bardzo nieliczne.

Jacek Bezeg (2010-02-12)

Nigdzie  na świecie nie znajdziemy chyba miejsca, gdzie - poza nazwami miejscowości w języku lokalnym - stosowano by również nazwy polskie. Z całą pewnością nie znajdziemy takiego miejsca na terenie Republiki Federalnej Niemiec, a przecież, do czasu zdelegalizowania przez Hitlera, mniejszość polska na terenie tego państwa istniała i cieszyła się jakimiś prawami. To, co słyszymy obecnie o traktowaniu tam Polaków, na pewno nie kojarzy się z tym, co było przed rokiem 1933 - chociaż i wtedy łatwo nie było - ale raczej przypomina okres późniejszy.
 A jak jest u nas? Całkiem odwrotnie. Nie dość, że mamy, ustanowione przez Sejm Rzeczypospolitej Polski prawo dopuszczające takie rzeczy, jak stosowanie niemieckiego nazewnictwa na ziemiach, o które przed laty “walczyli Powstańcy, śląscy bojownicy w tym wielkim Powstaniu”, to jeszcze mamy lokalnych urzędników
posuwających się w swej nadgorliwości przy jego realizacji do łamania innych przepisów. Upadek naszego państwa jest naprawdę zatrważający. Dobrze, że znajdują się ludzie, którzy próbują na różne sposoby bronić “polskiej racji stanu”. Szkoda, że w najwyższych władzach, wśród prawodawców, trudno o takich. Tam mamy już tylko samych “europejczyków”, którzy otwarcie przyznają się do braku zielonego pojęcia o tym, czym też taka racja może być. 
Władze naszych zachodnich sąsiadów, dla odmiany, mają w kwestiach “niemieckiej racji stanu” orientację bardzo dobrą i świetnie potrafią swoje cele realizować. Także na terenie naszego kraju. Wielu mieszkańców podopolskich miejscowości, którzy oficjalnie opowiedzieli się za ich dodatkowymi niemieckimi nazwami, w prywatnych rozmowach przyznaje, że czuli się do takiej deklaracji przymuszeni. Obywatele Polski, na terenie własnego kraju, czuli się przymuszeni do opowiedzenia się za niemieckością! To kto tu rządzi?

 

 

Złamanie prawa, do jakiego doszło podczas nadawania dodatkowych nazw przez Radę Miejską w Ozimku, a polegające na niewłaściwym sposobie zorganizowania konsultacji ze społecznością lokalną, było powodem zaskarżenia uchwał Rady do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu przez pana Tomasza Strzałkowskiego, Radnego Powiatu Opolskiego Ziemskiego. We wtorek, 9 lutego 2010, odbyło się przed tym sądem, mieszczącym się w Opolu przy ulicy Kośnego 70,  12 rozpraw. Dwanaście, bo tyle podjęto wadliwych uchwał na sesji Rady.

 

Na pierwszej rozprawie zebrało się tylu zainteresowanych, że ledwie dla wszystkich wystarczyło miejsc.

 

 

 

 

 


 

 

 

Przewodniczyła Sędzia WSA Elżbieta Naumowicz, a sprawozdawcami były Sędzia WSA Elżbieta Kmiecik (po prawej) i Sędzia WSA Ewa Janowska (po lewej).

 

Pan Tomasz stawał wraz ze swym pełnomocnikiem mecenasem Michałem Bednarskim (po lewej).

 

Interesów Rady bronił mecenas Paweł Konop (po prawej).

 

 

 

 

 

Wyroki w 11 sprawach były jednakowe. Sąd oddalił powództwo uznając, że pan Tomasz Strzałkowski, radny powiatowy, w sprawach tych nie posiadał interesu prawnego. W oparciu o taką konstatację Sąd sprawy zasadniczej, czyli prawidłowości podejmowanych uchwał, nie badał. Wszystkie argumenty przedstawione przez pełnomocnika w piśmie procesowym, a wywodzące taki interes na kilka różnych sposobów, i z kilku różnych źródeł, zostały odrzucone. Sala orzeczenie takie przyjęła z oburzeniem i na kolejnych rozprawach, przy malejącej nadziei na inne rozwiązanie, publiczność stopniowo się rozeszła.
Skoro wedle naszego (?) prawa nie mamy żadnego interesu w polskim obliczu naszych ziem, naszych wsi i miasteczek, to co możemy ze sobą zrobić? A może one nie są już nasze i trzeba nam wyjechać do Polski? Tylko gdzie ona jest? – zastanawiano się głośno w przerwach między rozprawami.
Wyrok w dwunastej rozprawie, dotyczącej wpisania gminy Ozimek do właściwego rejestru gmin, w których można ustawiać tablice, został odroczony. Daje to nadzieję, że w tej, w zasadzie najważniejszej, sprawie wyrok będzie inny.
Jedyny plus, jaki dał się zauważyć w stanowisku składu sądzącego, to artykułowanie, że uchwały Rady Miejskiej w Ozimku mógłby skutecznie skarżyć Wojewoda lub prokurator, bo oni nie muszą udowadniać, że przysługuje im interes prawny. Jednak dla skarżącego nie były to informacje nowe. Wojewoda otrzymał od niego pisemne informacje o nieprawidłowościach już w czerwcu i zajmie stanowisko wtedy gdy dotrą do niego wnioski z Ozimka.  Jakie ono będzie? Jeśli podobne do zaprezentowanego przez skład orzekający, to wtedy zwrócimy się do Prokuratury - mówi pan Tomasz.
Za pośrednictwem naszej strony radny Strzałkowski poprosił o przekazanie serdecznych podziękowań wszystkim, którzy przybyli do sądu, dając tym wyraz poparcia dla jego starań.

 

 

 Zapytałem pana Tomasza, jakie są koszty tak pojętego patriotyzmu? Opłaty sądowe wraz z ewentualnym odwołaniem od wyroków, które zapewne będzie miało miejsce, wyniosą około 7 tys. zł. Warto tu podkreślić, że, wspierający młodego prawnika, starszy kolega mec. M. Bednarski za udzielaną pomoc nie pobiera honorarium.  Sam Strzałkowski traktuje swoje działania jako wykonywanie obowiązków radnego, a przede wszystkim powinność Polaka. Nie jest więc sam, bo jest nas wielu, chcących mu pomagać na wszelkie sposoby. Zapewne znajdą się i tacy, którzy udzielą wsparcia materialnego. Trzeba nam dbać o tych, którzy o nasze sprawy dbają.

 


Jacek Bezeg (2010-01-24)

Przed rokiem naszemu koledze Antoniemu Klusikowi trafiło się szczęśliwie, że spotkał na swej drodze uczciwego człowieka. Był to w dodatku sędzia, który miał orzec jakie dostanie pieniądze na pociechę za to, że swego czasu był represjonowany, ponieważ "walczył o niepodległy byt Państwa Polskiego". Temu uczciwemu sędziemu nie pasowało to, iż akurat osoby z takich powodów poszkodowane mają być z woli ustawodawcy dyskryminowane. I to aż na dwa sposoby. Mogą się domagać rekompensat tylko z jednego tytułu i tylko do kwoty 25 tysięcy złotych. Niezależnie od tego ile razy i jak bardzo byłyby przez PRL poszkodowane. Osobliwy to zaiste sposób wyróżnienia "osób, które walczyły o niepodległy byt Państwa Polskiego", bo żadne prawo nie ogranicza nikogo, przy staraniu się o jakiekolwiek odszkodowania.
Ów uczciwy sędzia skonfundowany tą sytuacją wystosował zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie i zawiesił rozprawę do czasu uzyskania odpowiedzi.
Nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło. Inni koledzy dostali już swoje, marne bo marne, ale jednak jakieś pieniądze. Ten, który trafił na uczciwego, do dziś czeka i nadziei wielkiej nie ma. Wysoki Trybunał najprawdopodobniej nie ma zamiaru udzielić odpowiedzi na tak bezczelne zapytanie. Sędzia przecież zachował się tak, jak by rzeczywiście wierzył w sprawiedliwość. Musi być ukarany i pouczony. Dla jego własnego dobra!
To jeden z powodów.
Drugi, to wielki szum jaki podniósł się w "całym cywilizowanym świecie", kiedy nasi ówcześni przeciwnicy, czyli przez symetrię "osoby walczące o zniewolenie Państwa Polskiego" zostały poszkodowane na swych ciężko "zapracowanych" emeryturach. W tej sprawie Trybunał wypowiedział się błyskawicznie.
Można by nasze powody wyliczać dalej, ale te dwa fakty już chyba wystarczą, aby wyjaśnić dlaczego wystosowaliśmy do Parlamentu Petycję.

Zorganizowaliśmy konferencję prasową.

 


A po odpowiednim przygotowaniu   

                          nasz prezes, Jerzy Łysiak tłumaczył wszystko w telewizji.

 

wpisał j.b. (2010-01-23)

W nawiązaniu do informacji o decyzji Kornela Morawieckiego, o kandydowaniu na stanowisko Prezydenta Rzeczypospolitej Polski przekazujemy:

1. Link do dyskusji z kandydatem

http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt8498.html?postdays=0&postorder=asc&start=0

2. Oświadczenia członków Stowarzyszenia Solidarność Walcząca

 

Stanisław Michalkiewicz (2010-01-16)

Nasi okupanci pragną za wszelką cenę skupić naszą uwagę na sobie, żeby w ten sposób odwrócić ją od rzeczywistych zagrożeń, jakie swoją lekkomyślnością ściągnęli na nasze państwo i na nas samych. Oto na przełomie roku najważniejszą sprawą okazał się udział posła Zbigniewa Wassermanna i posłanki Beaty Kempy w komisji hazardowej. Wprawdzie wiadomo, że ta komisja niczego nie wyjaśni, ani nawet nie ustali, bo pociągający naszych mężów stanu za sznurki starsi i mądrzejsi nie życzą już sobie żadnych hałasów wokół tej sprawy, ani tym bardziej – żadnych „wyjaśnień” - ale obecność wspomnianych posłów PiS w komisji hazardowej staje się dla całej partii kwestią prestiżową. A gdy w grę wchodzi prestiż, inne sprawy w ogóle się nie liczą i dlatego informacja podana przez panią senator Arciszewską-Mielewczyk o KILKUNASU TYSIĄCACH pozwów przygotowanych przez niemieckich właścicieli nieruchomości, nie wywołała ani w mediach, ani – tym samym w opinii publicznej, żadnego rezonansu. Tymczasem jest to sprawa znacznie ważniejsza od tego, czy w komisji hazardowej będzie zasiadał pan poseł Wassermann, czy pani posłanka Kempa. Mówiąc szczerze, w porównaniu z wagą tej wiadomości, cała ta komisja hazardowa i jej końcowe, przesiąknięte fałszem i krętactwami wypociny, nie mają najmniejszego znaczenia. Powiem więcej – większego znaczenia nie mają nawet przypadające w tym roku tubylcze wybory prezydenckie.

Kilkanaście tysięcy procesów rewindykacyjnych na Ziemiach Zachodnich oznaczałoby, że mamy do czynienia z zaplanowaną i znakomicie skoordynowaną AKCJĄ mającą na celu doprowadzenie do zmiany na tym obszarze stosunków własnościowych. Wprawdzie już przed laty publicznie ostrzegałem przed taką akcją ze strony niemieckiej, ale optymistycznie zakładałem, że będzie ona prowadzona przed trybunałem w Strasburgu. Tymczasem okazało się, że lekceważone przez naszych durniów Powiernictwo Pruskie jednak lepiej spenetrowało istniejące możliwości i obecną akcję rewindykacyjną z powodzeniem prowadzi przed sądami polskimi, które orzekają na korzyść niemieckich powodów. W rezultacie strona polska nie będzie mogła nawet pisnąć przeciwko jakimkolwiek następstwom tej akcji, bez ryzyka, a właściwie już nawet nie ryzyka, tylko całkowitej pewności ośmieszenia się przed światem. Obecnie mamy do czynienia właściwie z jej pierwszym etapem, po którego pomyślnym zakończeniu nastąpi etap drugi w postaci „uznania praw” niemieckich wypędzonych – czego expressis verbis domagały się CDU i CSU w deklaracji z maja ubiegłego roku – to znaczy uznania ich praw własności do nieruchomości obejmujących jedną trzecią polskiego terytorium państwowego
.

Wbrew bęcwalskim deklaracjom naszych mężów stanu, jakoby deklaracja ta była jedynie fajerwerkiem wyborczym, w kontekście wspomnianej akcji trudno nie potraktować jej jak najbardziej serio. Na jakiej podstawie zakładali oni, że CDU i CSU w tej sprawie tylko sobie żartuje – trudno zgadnąć. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest poczucie bezradności wobec tego cierpliwego i metodycznego postępowania strony niemieckiej, połączonego z wykorzystaniem rozbudowanej agentury w Polsce, na które strona polska próbuje ostatnio odpowiadać spóźnionymi improwizacjami. A skoro nie można zastosować nawet ulubionej przez naszych państwowych dygnitarzy metody groźnego kiwania palcem w bucie, najlepiej udawać, że się nic nie widzi, ani nie słyszy, a jeśli już nawet coś się zobaczy czy usłyszy – że nic się nie rozumie. Krótko mówiąc – udawać głupiego, co nawiasem mówiąc, naszym dygnitarzom przychodzi tak łatwo, że aż nasuwa podejrzenia, że wcale nie muszą niczego udawać.

Zmiana stosunków własnościowych na Ziemiach Zachodnich w tej sytuacji wydaje się jedynie kwestią czasu. Ale oczywiście na tym się nie skończy, ponieważ zmiana ta stanowi znakomity punkt wyjścia do następnego ruchu, który może przybrać postać oddolnej, arcydemokratycznej inicjatywy plebiscytu z udziałem właścicieli nieruchomości, którzy zapragnęliby odpowiedzieć na pytanie, do której stolicy wygodniej byłoby im odprowadzać podatki. Gdyby okazało się, że wygodniej do Berlina, wówczas Berlin, zbierając podatki z tego obszaru, siłą rzeczy przyjąłby na siebie zobowiązanie rozciągnięcia tam swojej kontroli wojskowej, policyjnej i sądowej, a więc – przejęcia uprawnień władzy państwowej de facto. Nie musi to pociągać za sobą jakichś spektakularnych rugów polskich posiadaczy. Przeciwnie – takiej ostentacji wszyscy będą unikać, natomiast polscy posiadacze będą musieli płacić niemieckim właścicielom czynsz i niezawisłe sądy z pewnością obowiązek ten wyegzekwują. To są perspektywy tak nieprzyjemne, że nikt nie ma głowy ani też chęci, żeby o nich nawet myśleć. Wobec takiej alternatywy przekomarzania przed komisją hazardową nie tylko pozwalają ratować resztki twarzy, ale są prawdziwym wytchnieniem.

Felieton  •  „Nasz Dziennik”  •  16 stycznia 2010

 

za     http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1092

rozmawia Adam Kruczek (2010-01-12)
   
Z Jerzym Zalewskim, reżyserem i producentem filmowym realizującym pierwszy w historii polskiej kinematografii film fabularny poświęcony "żołnierzom wyklętym", rozmawia Adam Kruczek

Co zdecydowało, że podjął się Pan realizacji filmu o antysowieckim podziemiu narodowym?
- Właściwie to nie ja wybrałem temat, raczej to on "wybrał" mnie. Jeszcze w latach 90. marzyłem o zrealizowaniu tego projektu, napisałem nawet wstępne założenia, ale nikt wówczas nie był nim zainteresowany. 5 lat temu niespodziewanie zjawił się u mnie Jan Białostocki, wnuk Ignacego Oziewicza, pierwszego dowódcy Narodowych Sił Zbrojnych. Aby upamiętnić dziadka, w latach 90. własnym sumptem nakręcił on niemal 100 godz. rozmów z ludźmi podziemia narodowego. Przekazał mi te unikatowe materiały - bezcenne, bo żyje już niewielu bohaterów z tamtych lat. Materiał stał się ogromną inspiracją dla mojej wyobraźni. Poznałem losy wielu wspaniałych ludzi ze skazanego na historyczny niebyt pokolenia "żołnierzy wyklętych".

Wtedy powstał pomysł nakręcenia filmu fabularnego?
- Na tej bazie zrodził się pomysł filmu dokumentalnego o żołnierzach NSZ pt. "Kadry", stworzenia Leksykonu o NSZ dla Instytutu Pamięci Narodowej, a także wyprodukowania półgodzinnego dokumentu pt. "Elegia na śmierć ’Roja’" poświęconego st. sierż. Mieczysławowi Dziemieszkiewiczowi ps. "Rój", legendarnemu dowódcy oddziału Narodowych Sił Zbrojnych, a potem Narodowego Zjednoczenia Wojskowego działającego na Mazowszu do 1951 roku. Opracowałem również projekt 12-odcinkowego cyklu filmów fabularnych pt. "Żołnierze wyklęci". Dzięki umowie z TVP powstało 5 scenariuszy do tych filmów. Szóstym był scenariusz filmu o Mieczysławie Dziemieszkiewiczu, na podstawie którego przygotowuję obecnie film fabularny pt. "Historia ’Roja’, czyli w ziemi lepiej słychać".

Dlaczego spośród dowódców antykomunistycznego podziemia jako pierwszy doczekał się filmu właśnie "Rój"?

- Bohaterami większości z planowanych odcinków "Żołnierzy wyklętych" nie są dowódcy. To często zwykli żołnierze, niscy rangą, barwne postaci o niezwykłych losach. Ci, którzy znali "Roja", jeszcze po latach mówili o nim ze łzami w oczach. To był wspaniały człowiek, wspaniały kolega i wybitny - mimo młodego wieku - dowódca. Cała rodzina Dziemieszkiewiczów doświadczyła tragizmu tamtych wydarzeń. Dość powiedzieć, że bracia Mieczysław i Roman zginęli za Polskę, Jerzy popełnił samobójstwo w latach sześćdziesiątych.

Walka "Roja" trwała 6 lat, i wiadomo czym się zakończyła. Jak zamierza Pan pokazać tę historię?
- Pokażemy obrazy z poszczególnych lat; te, które wydawały mi się najistotniejsze z punktu widzenia potrzeb filmu. Kolejne odsłony ukazują proces dojrzewania człowieka i jednoczesne jego osaczanie z jednej strony - przez bezpiekę, z drugiej - przez stawiane sobie egzystencjalne pytania: o sens życia, prowadzonej walki, o to, czy warto... Film o "Roju" chciałbym utrzymać w konwencji przygodowej, ale z pogłębioną refleksją na temat wolności, wolności własnej, osobistej w relacji do wolności płynącej z patriotyzmu, z wiary. Będzie to w pewnym sensie opowieść o dojrzewaniu młodego człowieka postawionego w sytuacji ekstremalnej. W filmie opowiemy o wydarzeniach, które w zdecydowanej większości są prawdziwe. Trzy czwarte scenariusza oparte jest na faktach, reszta to kompilacja różnych wątków związanych z losami innych "żołnierzy wyklętych". Scena finałowa, gdy "Rój" ginie w obławie, zostanie odtworzona - mam nadzieję - jak najwierniej.

Jakie jest zasadnicze przesłanie filmu?
- "Rój" był człowiekiem młodym, który wszedł "w buty" starszego brata, szybko stając się dorosłym. Jest to postać legendarna, lecz żywa, autentyczna, za pośrednictwem której uda mi się - jak sądzę - skomunikować z młodymi Polakami, którym dziś bardzo brakuje takich właśnie postaci. Sądzę, że dzięki osobie "Roja", jego burzliwemu życiu i przez niecodzienną konwencję, jaką zaproponuję, film będzie niezwykle atrakcyjny. Może on odkryć dla młodych Polaków jakiś wzorzec możliwych i wartych zaakceptowania postaw. Chciałbym, aby film nie edukował młodych ludzi na siłę, ale raczej by widzowie poczuli smak autentycznej polskiej tradycji historycznej utraconej niestety przez kilka powojennych pokoleń.

Upłynęło już ponad 20 lat od słynnej transformacji ustrojowej. Dlaczego musieliśmy do dzisiaj czekać na takie wydarzenie filmowe?
- Cóż, uznano zapewne, że pamięć o bohaterach jest przeszkodą w przeprowadzeniu tzw. transformacji, co moim zdaniem, wyjątkowo niekorzystnie na nią wpłynęło. Na całe lata zawłaszczono pamięć historyczną, blokowano jej dostęp do mediów. Przez lata 90. i pierwszą dekadę XXI wieku pewne tematy nie istniały w przestrzeni publicznego dyskursu i nie sposób było się z nimi przebić. Mówię to jako człowiek spoza telewizji, choć próbujący realizować tam swoje projekty. Pewien przełom, również mentalny, spowodowała nie w pełni zrealizowana idea IV RP. Dzięki temu mój projekt nakręcenia filmu fabularnego o żołnierzach Narodowych Sił Zbrojnych nie był już takim szokiem. Ale rzeczywiście stało się to o 20 lat za późno. Szkoda, że młodzi Polacy przez tak długi czas wchodzili w dorosłość bez wiedzy o swoich rówieśnikach sprzed ponad pół wieku. W Polsce w latach 40. i 50. wytworzyła się pewna luka pokoleniowa. Trudno nie uznać, że był to w pewnym sensie dalszy ciąg walki politycznej i ideologicznej z pokoleniem "żołnierzy wyklętych". Przez dziesięciolecia robiono tym ludziom czarny PR i czas najwyższy, żeby z tym skończyć.

Kiedy film będzie można oglądać w kinach?
- Jesteśmy już po pierwszym, wstępnym etapie zdjęciowym. W lutym rozpoczynamy kolejny etap zdjęć, który zakończy się pod koniec maja, i mam nadzieję, że film trafi do kin w listopadzie 2010 roku. Natomiast trzyodcinkowy serial będzie można obejrzeć w TVP dopiero w przyszłym roku.

Gdzie będą kręcone zdjęcia?
- Zasadniczo na terenach, na których operował oddział "Roja", a więc głównie na wsi mazowieckiej między Makowem, Ciechanowem, Sierpcem, Pułtuskiem aż do Ostrołęki. Będą też kręcone zdjęcia na terenie Warszawy. Bardzo często będziemy korzystać z autentycznych obiektów i miejsc, gdzie toczyła się rzeczywista akcja. One wymagają dziś pewnych retuszów czy zabiegów adaptacyjnych, ale jesteśmy na to przygotowani.

Jakimi względami kierował się Pan, obsadzając w roli głównego bohatera młodego człowieka niebędącego profesjonalnym aktorem?
- Rzeczywiście, Krzysztof Zalewski nie jest zawodowym aktorem, ale jest niezwykle uzdolniony aktorsko. To zresztą syn aktora Stanisława Brejdyganta. O jego wyborze - oprócz zdolności, fizycznego podobieństwa do "Roja" - zdecydował także fakt, że jest świetnie zakorzeniony we współczesności, w środowisku polskiej młodzieży. Sądzę, że będzie w tej roli znacznie bardziej autentyczny niż aktor mający już pewne maniery.

Wśród aktorów obsadzonych w Pańskim filmie niewiele jest znanych nazwisk.

- Tak, dotyczy to zwłaszcza ludzi z oddziału "Roja". Wyszedłem jednak z założenia, że powinni ich zagrać młodzi aktorzy, gdyż właśnie z młodych ludzi składał się ten oddział. Zależało mi też, żeby nie były to twarze znane z różnych seriali. Nie chciałem iść tak "po modzie" i kierować się tym, kto obecnie jest znany, bo często to, w czym ci aktorzy grają, jest strasznie miałkie i nie chciałbym tego kojarzyć z moim filmem.

Jaka jest szansa na zrealizowanie kolejnych filmów z planowanego przez Pana cyklu o "żołnierzach wyklętych"?

- Jeśli uda się nam z powodzeniem zrealizować film o "Roju", przyjdzie kolej na następne filmy z tego cyklu, które zaproponujemy TVP. Teksty 5 scenariuszy są już przez telewizję publiczną zaakceptowane, ale od scenariusza do produkcji jest jeszcze długa droga. TVP, która ma dziś - z przyczyn oczywistych - pewne kłopoty, jest jedynym miejscem, w którym nasze produkcje będzie można realizować. Mamy nadzieję, że uda się nam ukończyć ten cykl do 2013 roku.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Stefan Sękowski. (2010-01-11)

Kornel Morawiecki: PiS mnie rozczarowało, rządy PO są gorsze, niż SLD
Obserwujemy grę pozorów, gdzie bogaci i wpływowi dyktują dyskurs polityczny. Bez solidarności i wiary rozpłyniemy się w Europie - mówi kandydat na prezydenta RP Kornel Morawiecki.


Fronda.pl: W 2007 roku był pan kandydatem PiS do senatu i mówił, że program tej partii jest panu bliski. Dlaczego teraz kandyduje pan na prezydenta, skoro startować będzie prawdopodobnie także popierany przez PiS Lech Kaczyński?

Kornel Morawiecki: Nie uważam jego prezydentury za udaną. Mam do niego pretensję o wiele posunięć.

Co ma pan konkretnie na myśli?

Przede wszystkim w zakresie polityki zagranicznej. Podpisał traktat lizboński. Uważam także za błędne jego podejście do spraw kresowych, kwestii pamięci o rzezi wołyńskiej. Ponadto jako niewielkie oceniam jego szanse na reelekcję.

Pańskie szanse są większe?


Trudno mówić o moich szansach jeszcze przed rozpoczęciem konkretnej kampanii. To się dopiero okaże.

Na razie według sondaży największe szanse na wybór ma Donald Tusk. Jak ocenia pan premiera Tuska i jego rząd?

Krytycznie. Rząd Platformy Obywatelskiej ma przede wszystkim problemy ze swoim podejściem do demokracji.

Taki zarzut stawia się częściej rządom Jarosława Kaczyńskiego, a nie Donalda Tuska.

W porównaniu do obecnych rządów lepiej wypadają nawet rządy SLD za czasów Millera. Przecież mamy teraz do czynienia z istną parodią demokracji. Dowodem na to było choćby zwolnienie szefa CBA Mariusza Kamińskiego, bez oglądania się na jakąkolwiek kadencyjność. Ponadto PO wykazuje ogromną arogancję wobec mniejszości. To ciągłe podkreślanie, że teraz my rządzimy, a wy będziecie decydować dopiero, jak dojdziecie do władzy... Demokracja nie polega tylko na władzy większości, ale na bilansowaniu woli większości i mniejszości, która jako opozycja ma także prawo się wypowiedzieć. Takie podejście zupełnie nie przystoi ugrupowaniu, które chce być kontynuatorem myśli wolnościowej. A w tej grze pozorów uczestniczą także media. Ale deficyt demokracji to nie jedyny problem PO. Ta partia, tak samo zresztą jak PiS, nie ma wizji wyjścia z kryzysu gospodarczego i wizji dalszego rozwoju kraju. Dyskusji na ten temat brakuje mi także w mediach.

A jaka jest pańska wizja?


Tego nie da się oczywiście streścić w trzech słowach.

Można spróbować w formie trzech priorytetów. Czym szczególnie chciałby Pan zająć się jako prezydent?


Po pierwsze, kwestiami ekonomicznymi. U nas mówi się często o gospodarce wolnorynkowej, ale zapomina się, że przeszkadza jej szalona biurokratyzacja, z którą trzeba walczyć. Ponadto Polska musi odnaleźć swoje miejsce na arenie europejskiej. Mam na myśli nie tylko kwestie unijne, ale także stosunek do Rosji. Po trzecie, bardzo ważne jest dbanie o zdrowie Polaków, szczególnie na poziomie profilaktyki, już od najmłodszych lat. W kwestiiwalki z wykluczeniem, bezrobocia należy dbać o to, by ludzie nim dotknięci mogli z tego wyjść m.in. dzięki edukacji. Musimy zmienić myślenie na jej temat. Społeczeństwo musi zapewnić każdemu obywatelowi możliwość edukacji. Zysk z pracy zdobytej dzięki wykształceniu jest także podzielny między zbiorowość. Zapewnienie dostępności do dobrej edukacji to więc powinien być jeden z priorytetów dla państwa i społeczeństwa.

Ale edukacja jest przecież, choćby teoretycznie, bezpłatna. Także kształceniem bezrobotnych zajmują się Urzędy Pracy, na co przeznaczanych jest sporo środków z UE.

Nie do końca. Jeśli płacimy za naukę, musimy także dać człowiekowi możliwość przeżycia w czasie, gdy się uczy.

Poprzez np. systemy stypendialne?

Nie tylko. Przykładowo w odniesieniu do bezrobotnych powinno się im zapewnić dłużej wypłacane lub wyższe zasiłki, o ile oczywiście chcą się kształcić. A to powinno być kontrolowane.

Stać nas na to?

Budżet państwa nie jest określony z góry, należy dostosowywać go do potrzeb. Pieniądze można uzyskać np. przez zwiększenie opodatkowania osób wysoko zarabiających. Ta inwestycja się nam jednak zwróci i per saldo będzie się nam opłacać.

Jak widzi Pan relacje państwo-Kościół w Polsce?


Problemem nie jest Kościół, lecz sekularyzacja Europy i to, że dorastają pokolenia pozbawione wiary.

Wielu katolików obawia się, że z biegiem czasu naciski na Kościół ze strony państwa i innych instytucji będą się powiększać. Symptomem tego może być np. wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie krzyży w jednej z włoskich szkół.


Problem krzyża jest o wiele ważniejszy, niż problem np. bezrobocia. Krzyż nie jest symbolem tylko jednej religii, ale całej cywilizacji europejskiej. Europejczycy powinni zdawać sobie sprawę z tego, że bez względu na swoje wyznanie, ich kultura wyrosła z chrześcijaństwa. Dlatego jako prezydent chciałbym wystąpić z inicjatywą, by instytucje europejskie uznały krzyż za uniwersalny symbol Europy.

Jaki jest pana stosunek do aborcji?

W kwestiach takich, jak aborcja, eutanazja, in vitro, potrzebna jest poważna dyskusja. Nie może polegać ona na zamykaniu się przed osobami inaczej myślącymi i mówieniu, że przykładowo za in vitro są wrogowie życia, a przeciw ciemnogród. W tych kwestiach potrzebny jest poważny namysł.

W jakim kierunku powinna iść Pana zdaniem ta dyskusja?

Niech idzie w różnych kierunkach. Potrzebny jest głębszy konsensus.


W końcu trzeba będzie jednak podjąć jakąś decyzję. Wciąż trwają dyskusje nad ustawą dotyczącą sztucznego zapłodnienia metodą in vitro. Jako ewentualny przyszły prezydent będzie musiał Pan być może podjąć decyzję w tej sprawie. Czy odnajduje Pan swoje poglądy w którymś z ogłoszonych już projektów?

Dokładnie nie odnajduję się w żadnym. Moim zdaniem tę kwestię należy na razie rozważyć na wyższym poziomie ogólności.

A zalegalizowałby Pan związki homoseksualne?

Forma małżeństwa jest zastrzeżona dla związków heteroseksualnych. Nie da się zrównać związków homo- i heteroseksualnych, gdyż z zasady są one nierówne. Pierwsze nie mogą być ze swej natury owocne w dzieci, zaś drugie tak. Wskazywania na tę różnicę nie można absolutnie nazwać dyskryminacją.

Ostatnio premier Tusk próbował także rozpocząć dyskusję nad zmianami w polskiej konstytucji. Czy polską ustawę zasadniczą należy zmienić?

Jestem za dyskusją nad konstytucją, ale nie w takiej formie, jaką zaproponował pan Tusk. Podejście niepoważne, przyczynkarskie, nie przystoi premierowi państwa. Ważne jest podtrzymanie trójpodziału władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, który się sprawdza. W tym kontekście należy spojrzeć także na rozdział władzy politycznej, ekonomicznej i informacyjnej. Sytuacja, jaka ma miejsce np. we Włoszech, gdzie Silvio Berlusconi jest jednocześnie premierem, jednym z najbogatszych ludzi kraju i właścicielem dużej części mediów, jest chora.

Wśród osób, które Pana poprą, wymienił Pan m.in. Władimira Bukowskiego i pisarza Marka Nowakowskiego. Kto będzie jeszcze zasiadał w pana Komitecie Honorowym?


Rozmawiam z różnymi osobami. Pan Nowakowski zgodził się już, pod warunkiem, że będzie wiedział, kto poza nim będzie należał do Komitetu. Dlatego nie chciałbym zdradzać nazwisk, dopóki nie skompletuję grupy, która będzie się także między sobą dobrze rozumiała.

Rozmawiał już Pan z kimś, kto na pewno będzie odpowiadał np. panu Nowakowskiemu?


Mogę powiedzieć, że wśród moich zwolenników jest pan Wiktor Węgrzyn, który organizuje rajdy katyńskie. Ale innych nazwisk nie chciałbym zdradzać.

Mówił już pan, że w polskiej demokracji nie da się prowadzić działalności bez dużych pieniędzy. Będzie pan dysponował odpowiednimi środkami?


Jeszcze za wcześnie, by mówić o takich konkretach. Na pewno nie będę mógł finansowo konkurować z politycznymi gigantami. Ale też nie o to mi chodzi. Chcę odnieść się w kampanii do ludzi, którzy wielkich pieniędzy nie posiadają.

Był Pan jednym z głównych kontestatorów okrągłego stołu. Z tego też powodu w 1990 roku kandydował Pan na prezydenta. Jak ocenia Pan ostatnie 20 lat?

Nie kwestionuję pewnych osiągnięć w zakresie wolności, niepodległości, demokracji. Ale transformacja w dużym stopniu nie zadowala wielu ludzi, zbyt dużo jest wykluczonych. W Polsce powiększa się rozwarstwienie społeczne. Byli komuniści stali się właścicielami wielkich fortun i dyktują dyskurs polityczny z zewnątrz. Nasze społeczeństwo wykazuje poważny niedostatek solidarności. W tym zakresie nastąpił regres w porównaniu np. z 1980 rokiem. Społeczeństwo się dzieli. Także na poziomie Kościoła widzę te zjawiska. Konfesyjne zamknięcie się i obrona swoich pozycji nikomu nie służy. Wiara jest bezcenną wartością, bez której jesteśmy o wiele ubożsi. Jeśli tego wszystkiego nie zmienimy, to rozpłyniemy się w Europie.



Kornel Morawiecki w latach 80-tych był założycielem i przywódcą podziemnej i radykalnie antykomunistycznej "Solidarności Walczącej". Jej głównym ośrodkiem był Wrocław, miasto z którym Morawiecki był i jest do dziś związany. Po 1989 roku fundamentalnie krytykował przemiany w Polsce i wycofał się z polityki. Parę dni temu zgłosił swoją kandydaturę  w tegorocznych wyborach na prezydenta RP


 

Tłum. Tomasz Maszczyk (2010-01-10)

 

Bractwu nie przedstawiono wyznania wiary obejmującego „nauczanie Vaticanum II”, pod którym jego przedstawiciele mieliby się podpisać po zakończeniu dyskusji. Przeciwnie, z tonu komunikatu prasowego jasno wynika, że celem prac wspólnej komisji jest określenie, czy II Sobór Watykański w ogóle głosił jakieś nowe, nieznane wcześniej tezy doktrynalne, które wymagałyby akceptacji.



Ojciec Święty Benedykt XVI i ks. bp Bernard Fellay FSSPX
 


 

  Rozpoczęły się historyczne dyskusje teologiczne pomiędzy przedstawicielami Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X a reprezentantami Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, obecnie stanowiącej część Kongregacji Nauki Wiary.

Pierwsze spotkanie stron miało miejsce 26 października 2009 r., we wspomnienie św. Ewarysta, papieża, a po jego zakończeniu watykańskie biuro prasowe opublikowało komunikat nadzwyczajny. Uważny czytelnik może w nim odnaleźć bardzo znaczące słowa i stwierdzenia:

W poniedziałek 26 października w Palazzo del Sant’Uffizio, siedzibie Kongregacji Nauki Wiary i Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, odbyło się pierwsze spotkanie komisji ekspertów złożonej z członków Komisji Ecclesia Dei oraz Bractwa Świętego Piusa X, mające na celu zbadanie nadal istniejących różnic doktrynalnych między Bractwem a Stolicą Apostolską.

W serdecznej, nacechowanej szacunkiem i konstruktywnej atmosferze określono zasadnicze kwestie natury doktrynalnej. Zostaną one przedyskutowane podczas spotkań, które będą się odbywały w następnych miesiącach, najprawdopodobniej co dwa miesiące. W szczególności zostaną omówione kwestie związane z pojęciem Tradycji, Mszałem Pawła VI, interpretacją II Soboru Watykańskiego w świetle nieprzerwanej katolickiej tradycji doktrynalnej, z tematyką jedności Kościoła i katolickich zasad ekumenizmu, relacji między chrześcijaństwem a religiami niechrześcijańskimi oraz wolnością religijną. Spotkanie miało również na celu określenie metod oraz organizacji pracy1.


Można mieć pewność, że każde słowo komunikatu zostało przed jego ostateczną publikacją starannie dobrane przez Kongregację Nauki Wiary. Głębokie znaczenie tego oświadczenia staje się jasne, gdy wyłowimy z niego zasadniczą treść:

* eksperci teologiczni Ecclesia Dei oraz
* eksperci teologiczni Bractwa
* utworzyli wspólny zespół
* który będzie badał i analizował
* nadal istniejące różnice doktrynalne między Bractwem a Stolicą Apostolską.

Ponadto, podczas pierwszego spotkania tej wspólnej komisji, wspólnie:

* ustalono
* w serdecznej, nacechowanej szacunkiem i konstruktywnej atmosferze
* zasadnicze kwestie natury doktrynalnej, które zostaną przedyskutowane podczas rozmów.

Analizowane mają być wszelkie kwestie podnoszone po II Soborze Watykańskim nie tylko przez Bractwo, ale też przez pozostałych tradycyjnych katolików:

* pojęcie Tradycji,
* Mszał Pawła VI,
* interpretacja II Soboru Watykańskiego w świetle nieprzerwanej katolickiej tradycji doktrynalnej,
* tematyka jedności Kościoła i katolickich zasad ekumenizmu,
* relacje między chrześcijaństwem a religiami niechrześcijańskimi,
* wolność religijna.

Streszczając powyższe: 45 lat po zakończeniu soboru i ponad 20 lat po konsekracjach biskupich z roku 1988 Bractwo Św. Piusa X oraz jego biskupi już nie są „ekskomunikowani”, a co więcej, otrzymali wyłączne zaproszenie – nierozciągające się na żadną inną osobę ani grupę w Kościele – do przedyskutowania „kwestii doktrynalnych” z przedstawicielami Stolicy Apostolskiej, bez żadnych warunków wstępnych i prób narzucenia Bractwu owych tez jako artykułów wiary.

Mówiąc wprost, Bractwu nie przedstawiono wyznania wiary obejmującego „nauczanie Vaticanum II”, pod którym jego przedstawiciele mieliby się podpisać po zakończeniu dyskusji. Przeciwnie, z tonu komunikatu prasowego jasno wynika, że celem prac wspólnej komisji jest określenie, czy II Sobór Watykański w ogóle głosił jakieś nowe, nieznane wcześniej tezy doktrynalne, które wymagałyby akceptacji.

Wszystko to oznacza de facto, że niemal pół wieku po soborze Rzym nadal nie jest w stanie określić, w co takiego sobór nakazał wierzyć katolikom poza tym, czego Kościół zawsze nauczał. Kwestia ta jest przedmiotem prowadzonych w „serdecznej atmosferze” badań i dyskusji w ramach prac wspólnej komisji – i nie wiadomo jeszcze, jakie będą ich wyniki! Tymczasem ze strony Rzymu nie ma najmniejszej sugestii, że zwolennicy Bractwa są heretykami, ludźmi głoszącymi błędy teologiczne czy nawet winnymi szerzenia niebezpiecznych opinii wskutek swej opozycji wobec posoborowych zmian w Kościele.

Przez dziesięciolecia my, tradycyjni katolicy, byliśmy marginalizowani, wyśmiewani i potępiani jako dysydenci, jeśli nie wprost jako schizmatycy, ze względu na głoszone przez nas poglądy (...). Przypomnijmy je raz jeszcze w świetle ostatnich wypowiedzi i aktów Benedykta XVI, a wcześniej kard. Ratzingera:

* II Sobór Watykański był soborem duszpasterskim, który wyraźnie zrzekł się nieomylności i nie ogłosił Kościołowi żadnych nowych nauk.
* Uprawniona jest krytyka dwuznaczności w dokumentach soborowych oraz posoborowych postulatów duszpasterskich.
* Sobór musi być odczytywany w świetle Tradycji, a jeśli któraś z jego tez sprawiałaby wrażenie sprzecznej z Tradycją, to sobór musi podporządkować się Tradycji, a nie odwrotnie.
* Paweł VI nigdy nie zdelegalizował tradycyjnej Mszy, a kapłanom nigdy nie zakazano jej odprawiania.
* Nowa Msza jest „banalnym produktem wytworzonym na poczekaniu”2 przez Concilium msgr. Bugniniego, a jej narzucenie w miejsce tradycyjnej Mszy św. stanowiło w historii liturgii zerwanie, którego konsekwencje były tragiczne dla Kościoła.
* „Pro multis” oznacza ‘za wielu’, a nie ‘za wszystkich’, a skandaliczne angielskie tłumaczenia3 powinny zostać poprawione, podobnie jak nonsensowna odpowiedź na aklamację „Pan z wami”: „And also with you” (‘I z tobą także’).
* Jedyną drogą do jedności chrześcijan jest powrót niekatolików do Kościoła katolickiego i uznanie przez nich władzy papieża.
* Bractwo Św. Piusa X nie znajduje się w stanie schizmy.
* Ekskomunika w stosunku do biskupów Bractwa była niesprawiedliwa i powinna była zostać odwołana.
* Bractwu oraz ogólnie tradycyjnym katolikom powinno się stworzyć okazję do wyartykułowania obiekcji wobec posoborowych nowinek, a Magisterium powinno wyjaśnić w sposób definitywny, co – jeśli w ogóle cokolwiek – sobór i posoborowa reforma liturgiczna dodały do artykułów wiary, a jeśli odpowiedź brzmi: nic, wówczas Magisterium powinno ostatecznie to przyznać i położyć kres nieporozumieniom w tej kwestii.

Żaden rozumny katolik nie kwestionuje dziś wolności dzieci Kościoła do głoszenia powyższych tez. Co więcej, jest całkiem oczywiste, że mające właśnie miejsce dyskusje zakładają jako warunek wstępny tę właśnie wolność i że takie jest również zdanie papieża.

Biorąc to pod uwagę, niech mi będzie wolno zadać retoryczne pytanie wszystkim krytykom tradycyjnego katolicyzmu z minionych lat, zwłaszcza należącym do neokatolickiego establishmentu: o co do tej pory robiliście to całe zamieszanie?


j.b. (2009-12-22)

 

 

 Wszystkim czytelnikom tej strony, członkom OSPN, oraz wszystkim tym, którzy wspierają nasze działania, życzymy radosnego przeżycia Świąt Bożego Narodzenia w miłej rodzinnej atmosferze, oraz wszelkiej pomyślności w nadchodzącym Nowym 2010 Roku.