(2010-09-06)
OŚWIADCZENIE BYŁYCH DZIAŁACZY WOLNYCH ZWIĄZKÓW ZAWODOWYCH WYBRZEŻA

Jesteśmy właśnie świadkami ataku na jedną z najcenniejszych naszych własności, jaką jest najnowsza historia
i jej pamięć.

Trzydziestą rocznicę wielkiego sierpnia wykorzystano do przejęcia tego, co należy do wszystkich Polaków.
Ohydę tego ataku pogłębia fakt, że jego autorami są ci, którzy od lat kreują się na twórców i obrońców wartości, które niegdyś połączyły miliony obywateli.
Sama lista nazwisk wyjaśnia wiele, gdyż są to ludzie, dla których prawda stała się już dawno sprawą drugorzędną.

Jednak to treść ich apelu budzi uczucie obrzydzenia i wręcz odrazy.
Już na początku stwierdzają, że:
„Od dwudziestu lat rocznice służą do zabijania tradycji i pamięci o tamtych czasach”.

Takie stwierdzenie może być tylko wymysłem chorego umysłu i jest tak pozbawione sensu, że w innych warunkach nie zasługiwałoby na uwagę.
Jeżeli jednak postanowimy je potraktować poważnie, to musimy zadać pytanie, kto tego zabijania tradycji
i pamięci dokonywał, skoro wyłącznymi gwiazdami tychże obchodów są – od dwudziestu lat – właśnie sygnatariusze tego apelu?

Najbardziej charakterystycznym dla intencji autorów apelu jest wyznanie, że:
„…władze państwowe powinny wykazać się odwaga cywilną i polityczną i wziąć odpowiedzialność za organizację obchodów Sierpnia”.

Od kiedy bezczelne przejęcie kontroli nad czymś jest aktem odwagi cywilnej ?
Pamiętamy czasy, kiedy taka myśl mogła narodzić się tylko w umysłach najgorszej maści komunistów.

Największą obrazą nas wszystkich i odzwierciedleniem prawdziwych przekonań członków tej grupy, jest następne wyznanie : „Obecna Solidarność, poza znakiem graficznym, nie ma nic wspólnego z tradycjami Sierpnia i odwagą jego przywódców ( ! ) w stanie wojennym”.
Pierwsza cześć tego stwierdzenia jest wyrazem aroganckiego przekonania tych ludzi, że tradycja sierpnia´80
jest ich osobistą własnością.
Natomiast prawdziwy niesmak budzi przywoływanie swojej rzekomej odwagi w czasie stanu wojennego.
Oczywistym ma w tym momencie być ich bezczelna sugestia, że nam milionom Palaków, miało tej odwagi brakować.
Sugerujemy więc, by „bohaterowie” podchodzili do tych opowieści ostrożniej,
gdyż my doskonale pamiętamy „odwagę” niektórych z nich i chętnie przyłączymy się do dyskusji o niej.

Bogdan Lis nawołuje, by państwo wmieszało się w obchody rocznic Sierpnia.
Ta postawa nie dziwi nas zupełnie.
W końcu nie jest tajemnicą, że kiedy Lis pojawił się jako sympatyk Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża,
był zdeklarowanym aparatczykiem komunistycznej PZPR. Pozostał nim w czasie Solidarności, a dziś wrócił otwarcie
do swych ideologicznych korzeni.

Bogdan Borusewicz stwierdził, że „…żałuje, iż brał udział w poniedziałkowych uroczystościach i był świadkiem – takich gorszących scen”. Nie wchodząc w ocenę tych scen przypomnimy tylko naszemu byłemu opozycyjnemu koledze, że nie musiałby niczego żałować i niczego się obawiać, gdyby nie dał się wciągnąć w kampanię kłamstwa.
Borusewicz twierdzi, że Krzywonos zareagowała po robotniczemu, natomiast gwizdy czy oklaski, które w całym świecie przyjęte są za wyraz opinii i uczuć, są dla niego gorszące. Naszym „bohaterom” wyraźnie marzy się powrót do czasów, w których jednomyślne oklaski na zamówienie, miały być wyrazem społecznego poparcia.

Jan Lityński motywował swój „genialny” plan chęci odpolitycznienia obchodów. Bo przecież, któż lepiej zadba
o apolityczność jakiegoś zjawiska niż …politycy ? Chcielibyśmy wierzyć, że takie absurdalne uzasadnienia
są rezultatem braku wystarczającego zastanowienia. Niestety obserwując od lat działania członków tej grupy
nie mamy wątpliwości, że jest to działanie wyrachowane i obliczone na polityczne korzyści.

Jest jednak jedna myśl, z którą nie sposób się nie zgodzić. Nasza „elita elit” stwierdza, że
„ …takie święta powinny być świętami wszystkich”.

W słowniku zwykłych obywateli oznacza to, że każdy ma prawo je obchodzić w równym stopniu i z równa swobodą. Tymczasem dla tych „kombatantów”, dla których wcześniejsze działanie stało się trampoliną dla osobistych karier, wspólna własność oznacza oczywiście kontrolę rządu nad tym, co należy do nas.
Oczywiście w imię naszego własnego dobra. Skąd my to znamy ?

Przepełnionym przeświadczeniem o własnej wyższości „bohaterom”, chcemy przypomnieć, że kiedy większość
z nich zajęta była własnymi sprawami i żaden strajk nie przyszedł im nawet do głowy, my w tym samym czasie,
od tygodni pracowaliśmy nad jego przygotowaniem.

Rozpoczynaliśmy go rozdając tysiące ulotek na kilka godzin przed tym, kiedy stoczniowcy zdecydowali się
rozpocząć protest i często na kilka dni zanim niektórzy z tych wielkich „działaczy ” poszli w ich ślady.
Braliśmy w nim udział od początku do końca.
Pamiętamy tych, których tam nie było jak i tych, którzy próbowali nas od tego pomysłu odwieść,
a potem rozbili nam strajk, którego nie chcieli.
Pamiętamy tych, którzy pojawili się tam, kiedy nie groziło już wyraźne niebezpieczeństwo.

Mamy więc podobnie, jak miliony rodaków, prawo do tej rocznicy bez pytania o zdanie rządu,
ani tym bardziej, samozwańczych i często fałszywych bohaterów. Dlatego nie życzymy sobie pouczania nas przez tych, których „odwaga” jest nam dobrze znana. Nie zgadzamy się tym bardziej na grabież naszej, Polaków historii i używania jej do swoich politycznych, czy ambicjonalnych celów.

JAN KARANDZIEJ
KAZIMIERZ MACIEJEWSKI
ANDRZEJ RUNOWSKI
LECH ZBOROWSKI

 

http://wzzw.wordpress.com/2010/09/05/oswiadczenie-bylych-dzialaczy-wolnych-zwiazkow-zawodowych-wybrzeza/
Jacek Bezeg (2010-09-06)

Anna Solidarność

 

2 września 2010 gościliśmy w Opolu historyka, dokładniej doktora historii Sławomira Cenckiewicza.

 

 

 

 

 

Aula Stara Uniwersytetu wypełniona była dokładnie już przed rozpoczęciem spotkania. Dostawiane dodatkowe krzesła nie rozwiązały sprawy i część chętnych siedziała na schodach lub stała. Dodatkowo emocji przysparzało nam wspomnienie poprzedniej wizyty doktora Cenckiewicza w Opolu ( http://www.ospn.opole.pl/index.php?p=art&id=124 )

 

 Gościa oraz zebranych słuchaczy przywitał serdecznie Jurek Łysiak, prezes naszego stowarzyszenia. W imieniu Solidarności Uniwersytetu zrobił to Wacław Grzybowski. Jak widać gość zniósł to dzielnie, a może nawet było mu miło. Wszystko to jednak jest całkiem nieważne, bo spotkanie byłoby zupełnie nieudane (dla chętnych nie tylko miejsc zabrakło, ale i książek, które chcieli kupić) gdyby nie temat. Bo przecież trudno coś złego powiedzieć o Ani, Annie Walentynowicz, a właściwie Annie Solidarność.

 

 

Taki właśnie tytuł ma nowa, trzynasta już książka znanego historyka i chyba pod takim „nazwiskiem” zapamięta ją historia. (Jest w Polsce jest jeden taki, który próbuje mówić o niej źle, ale skutek jest tylko taki, że sam siebie coraz bardziej pogrąża.) Rzetelny badacz dziejów przeczytawszy wszystko co udało mu się znaleźć w rozmaitych archiwach i zapisawszy wszystko co udało mu się usłyszeć od świadków, stworzył pokaźnych rozmiarów (ponad 750 stron) tomisko, które jednak czyta się jak kryminalną powieść. Liczne przypisy, odniesienia do dokumentów, relacji świadków i innych materiałów źródłowych zupełnie w tym nie przeszkadzają. Przyczyną takiego odbioru, poza talentem autora, jest zapewne także i to, że losy Anny Walentynowicz, są dramatyczne jak i nasza historia. Można powiedzieć równoległe do niej. Pokazując je z fotograficzną, naukową precyzją, pokazał Cenckiewicz kawałek naszej historii. Rzetelność, o którą tak trudno ostatnio w naszym kraju, zaskakuje, uderza. Taki jest skutek, gdy metodykę naukową zastosuje się do czegoś, co dotąd było tylko obiektem plotek, kłamstw i manipulacji.

  Po ogólnym przedstawieniu przez autora dzieła oraz jego bohaterki rozpoczęła się dyskusja.

 

 

 

Z sali padały pytania, ale były i relacje osób, które jak pani Aurelia Fraszek zetknęły się z Anią osobiście i mogły potwierdzić niezwykłość jej osobowości.

 

Powoli zbliżyliśmy się do wydarzeń całkiem świeżych i usłyszeliśmy o tym, że inna pani z tramwajarki stała się już tramwajarką – suwnicową. Dużo racji jest w stwierdzeniu znalezionym w internecie: „Pewna jest tylko przyszłość, bo przeszłość stale się zmienia”. Spotkanie zakończyło się podpisywaniem przez autora książek.

 

  3 września  2010

 

Następnego dnia w auli III Liceum Ogólnokształcącego wypełnionej „przyszłością naszego kraju” przywitała Sławomira Cenckiewicza pani dyrektor Joanna Raźniewska.

 

 Wyraz zadumy i zrozumienia dla tych „zamierzchłych dziejów” jaki wydaje się malować na twarzach młodych osób był miłym zaskoczeniem dla gościa. Widać wyraźnie, że nie są to, tak zwani „młodzi i dobrze wykształceni z wielkich miast”.

 

 

Być może jest to skutek metod nauczania historii stosowanych tu przez doktora Marka Białokura. Znany jest z tego, że zaczyna od czasów najnowszych stopniowo cofając się do najstarszych. Owocuje to znacznie lepszym zrozumieniem przez uczniów współczesności. Historia staje się wtedy faktycznie „nauczycielką życia”.

Jak nam powiedział nasz gość, chciałby on, aby podobne były skutki czytania jego książek. „Anna Solidarność” ma nam pokazać, jak wiele może zdziałać jeden człowiek, jeśli tylko mocno chce.

 

Sławomir Cenckiewicz w TVP Opolskim

 

http://www.tvp.pl/opole/informacja/kurier-opolski/wideo/3-wrzesnia-2010-r/2589014

 

http://www.tvp.pl/opole/rozmowa/wszystko-jasne/wideo/2-wrzesnia-2010-r/2580559


 

 

Amator (2010-09-01)

O niemieckim barbarzyństwie, lojalnych inaczej zachodnich sojusznikach i przyszłości Polski czyli refleksje z okazji 1 września


 

Dzisiaj mija kolejna rocznica wybuchu II wojny światowej. Najbardziej krwawych zmagań w dziejach ludzkości. Po dziś dzień nasuwa się pytanie: jak to się mogło stać, że w Niemczech- teoretycznie cywilizowanym kraju mogło w sposób demokratyczny dojść do władzy barbarzyństwo w postaci hitleryzmu? Wszak Adolf Hitler i jego NSDAP była cudownym dzieckiem demokracji.

Jednakże należy pamiętać, że niemiecka polityka bez względu na czas miała i ma pewne cechy wspólne. Po prostu posiada pewną ciągłość i jest realizowana bez względu na epokę, tudzież ustrój polityczny panujący w tym kraju. Zmieniają się tylko metody i instrumenty w realizacji tejże polityki. Szczególnie jest to dostrzegalne w „Drang nach Osten”- niemieckim parciu na Wschód. A na tym Wschodzie pierwszą zaporą geostrategiczną jest i była…Polska.

Czy Niemcy i ich metody zmieniły się w ciągu wieków? Podczas oblężenia Głogowa w 1109 r. Niemcy do swoich machin oblężniczych przywiązali dzieci głogowskie licząc, że podczas szturmu polscy obrońcy twierdzy złamią się widokiem swoich dzieci. Do historii przeszedł krzyk tych dzieci skierowany w stronę obrońców: „Bijcie! Z ojca ręki nie boli!”. Kilkaset lat później w trakcie Powstania Warszawskiego Niemcy przed swoje czołgi i oddziały pacyfikujące powstanie w celu własnej osłony wypuszczali polską ludność cywilną: kobiety i dzieci.

Oddajmy głos profesorowi Zygmuntowi Wojciechowskiemu, jednemu z największych polskich historyków i geopolityków, założycielowi i pierwszemu szefowi Instytutu Zachodniego: „(…) Antypolski program Adolfa Hitlera jest syntezą poczynań wszystkich jego poprzedników, od Henryka II po Wilhelma II, a zwłaszcza doskonałą syntezą działań brandenburskich i krzyżackich. Cóż innego czynili Brandenburczycy od połowy wieku XIII w ziemi lubuskiej i w >Nowej Marchiiordensburgach< kształcił przyszłych >fuhrerów<. Prototypem >volksdeutschów< są Niemcy na dworach książąt dolno- śląskich w końcu XIII w. i wójt krakowski Albert z pocz. XVI stulecia; przecież ci Niemcy już wówczas doradzali młodym książętom śląskim, ażeby >wytępili cały naród polski a zwłaszcza osoby duchowne i rycerzy<. Program eksterminacji polskiej elity narodowej jest tu już bez reszty postawiony. Ci Niemcy to zarazem prototyp późniejszej kamaryli niemieckiej na dworach carskich, są to poprzednicy późniejszych >sturmerów<” (Zygmunt Wojciechowski- „Polska- Niemcy. Dziesięć wieków zmagania”, str. 258-259, Wydawnictwo Instytutu Zachodniego, Poznań 1945).

W kontekście rocznicy wybuchu II wojny światowej nie sposób uciec od zadania sobie kolejnych pytań, tym razem o lojalność naszych zachodnich sojuszników, bo wrzesień 1939 r., to bolesna lekcja realizmu politycznego i naszego geopolitycznego położenia. Warto przytoczyć fragment „Wspomnień” generała Reinharda Gehlena, oficera Abwehry podczas II wojny światowej i kierownika oddziału Armie Obce Wschód, późniejszego założyciela i pierwszego szefa Bundesnachrichtendienst (BND)- niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej, a więc niekwestionowanego eksperta: „(…) Niemieckie siły zbrojne nawet w roku 1939 nie były jeszcze bynajmniej gotowe do wojny i gdyby na jej początku sprzymierzeńcy zachodni zarówno na polu politycznym, jak i militarnym zdobyli się na działania zdecydowane- to doszłoby do krótkiego starcia, którego rezultat byłby z góry przesądzony. Musiałaby to być klęska Niemiec” (Reinhard Gehlen- „Wspomnienia”, str. 90, Warszawa 1993). To tyle jeśli chodzi o lojalność naszych zachodnich sojuszników wówczas.

Polska była, jest i będzie w kleszczach dwóch europejskich sił: Niemiec i Rosji. I to się nie zmieni. Tak ja nie zmienią się nasi zachodni sojusznicy i ich pryncypia dla których Polska jest tylko jednym z wielu elementów gier na geopolitycznej szachownicy świata i nie miejmy żadnych złudzeń: bez skrupułów znowu poświęcą nas na ołtarzu swoich interesów i żadne NATO nam nie pomoże, ani nie obroni. W tym miejscu Europy jest miejsce tylko dla silnego gospodarczo, politycznie i militarnie kraju. Kraj słaby, bez rodzimej gospodarki i bez silnej armii wspartych nowoczesnymi technologiami nie ma prawa bytu. Oczywiście pozostanie on w formie kadłubowej, ale zostanie zepchnięty do roli współczesnej neokolonii gospodarczej i zostanie wydrenowany demograficznie z najbardziej wartościowych jednostek.

Na zakończenie warto zacytować fragment podręcznika „Geopolityka i geostrategia” Wydziału Strategiczno- Obronnego Akademii Obrony Narodowej: „(…) Konfrontując wyżej wymienione cele z realiami, można dostrzec pewne zagrożenie interesów Polski wynikające z sąsiedztwa z Niemcami. Niemcy jako mocarstwo ekonomiczne dysponują wielką potęgą, której wpływy rozchodzą się promieniście we wszystkich kierunkach. Można więc prognozować, że zachodnie obszary Polski staną się zapleczem dla Berlina, a takie miasta, jak Szczecin, Zielona Góra i Wrocław, będą dążyć ku Berlinowi, nie Warszawie” (Zbigniew Lach, Julian Skrzyp- „Geopolityka i geostrategia”, str. 176, Akademia Obrony Narodowej, Warszawa 2007).

Jak widzimy to nie jest cytat z jakiejś prawicowej gazetki, ale z podręcznika najbardziej prestiżowej polskiej uczelni wyższej zajmującej się bezpieczeństwem państwa. Niechaj ten cytat będzie nie tylko groźnym memento, ale tematem chociaż do krótkiej chwili rozważań na temat przyszłości naszego kraju. 1 września sprzyja ku tego typu refleksjom. Obyśmy umieli wyciągnąć z tego właściwe wnioski.

Amator

 ze strony :

 http://wsercupolska.org/joomla/index.php?option=com_content&view=article&id=3375:o-niemieckim-barbarzystwie-lojalnych-inaczej-zachodnich-sojusznikach-i-przyszoci-polski-czyli-refleksje-z-okazji-1-wrzenia&catid=6:warto-przeczytac&Itemid=6

Jacek Bezeg (2010-08-16)

Powodów, aby to zrobić było dwa, co najmniej. Po pierwsze chcieliśmy wesprzeć ludzi, którzy walcząc w słusznej sprawie są osamotnieni. A po drugie zobaczyć, upewnić się na własnej skórze, gdzie żyjemy, o co i jak toczy się walka. No i to wystarczyło, by w nocy z 14 na 15 sierpnia znaleźć się w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu wśród modlących się pod smoleńskim Krzyżem. Nie wystarczyło nam, to, że mogliśmy się spokojnie pomodlić w naszej, opolskiej katedrze. Zaniosło nas aż tam.

 

 


Wrażenie jakie się odnosi, podchodząc do częściowo już „uporządkowanego”, wedle zaleceń pana Prezydenta, terenu jest mocne. Widać jasno, że mamy służby zdolne do naprawdę imponujących działań. Mamy też bardzo dużo mocnych stalowych barierek. Naród wybrał sobie przywódcę, no i niech mu już rządzić nie przeszkadza, niech mu da spokój, mówi ten obrazek. No może coś jeszcze?

 

 


Upór obrońców Krzyża jest bezprzykładny. Przeniesieni "dla zapewnienia bezpieczeństwa pirotechnicznego" w inne miejsce zaraz zmajstrowali sobie nowe wyposażenie do modlitwy i dalej odmawiali swoje. No i tu się właśnie do nich przyłączyliśmy, na kilka godzin. Dla wielu przychodzących w to miejsce „młodych i dobrze wykształconych” to sprawa jest całkowicie niezrozumiała. No po prostu całkowicie bez sensu. Dlatego bardzo się denerwują.

 

 


Natomiast „pochodzącym z małych miast i źle wykształconym”, oraz wyznającym spiskowe teorie, nawet taki widok jak ten, potrafi wiele powiedzieć i wiele wyjaśnić, a nawet dać do myślenia. A przecież są tu tylko złączone kawałki drewna i paru dzielnych policjantów pilnujących porządku, swobody wypowiedzi i w ogóle naszej młodej demokracji.

 

 


„Młodzi dobrze wykształceni” usiłowali nas przekonać, że działamy w interesie Kaczyńskiego, a to nieładnie, bo on na to nie zasługuje. Niektórzy, tacy jeszcze lepiej wykształceni usiłowali nas zaskoczyć informacją o tym, że Jezus był Żydem. Załamani nieskutecznością swej pedagogiki próbowali w ostateczności tańcem, piosenką i sympatycznymi gestami zachęcić nas do swoich ideałów i wierzeń.

 

 

 Sympatyczny z pozoru, starszy już pan, który tu „całkiem niechcący” znalazł się tak blisko Krzyża jest w rzeczywistości ateistą i może godzinami rozprawiać o wyższości swojego światopoglądu nad naszym. Nawet wtedy kiedy nie mamy żadnej ochoty go słuchać. Jego fizys warto zapamiętać, bo odnieśliśmy wrażenie, iż sprawował nadzór nad przebiegiem spontanicznych wydarzeń.

 

 

 Oczywiście nie on jeden pilnował porządku. Patrzyły na nas oczy wielu osób. Nie tylko bezpośrednio, ale i za pośrednictwem rozmaitych kamer i w ogóle „high technology”. Tu widać samochód z którego wystaje dyskretny maszt z jeszcze dyskretniejszymi kamerami. Całkiem słusznie był w pobliżu, bo demokracja, demokracją, ale wszystko musi być pod kontrolą.


Jacek Bezeg (2010-08-04)

Krzyż  przydrożny

 

 

 

Partia się znowu oderwała.
W latach mojej młodości, kiedy coś było nie tak, ale po ulicznych, mniej czy bardziej ostrych przepychankach jakoś się w końcu porządkowało pojawiało się takie właśnie wyjaśnienie: „Partia się oderwała od mas”. Oczywiście „masy” doprowadzały wyżej wspomnianą metodą do ponownego nawiązania kontaktu partii z nimi i wszystko już było dalej w jak najlepszym porządku. Obserwowane dziś wydarzenia przed pałacem, nomen omen, Namiestnikowskim nasuwają na myśl taką właśnie sytuację. Osoby sprawujące funkcje, jakie dawniej były w „zakresie czynności” „przewodniej siły narodu” zupełnie zatraciły jakąkolwiek orientację. Dla wspólnego dobra pozwolę sobie przekazać im kilka podstawowych informacji.


 

Gdzie żyjemy?
Żyjemy, razem z wami, „panowie partia” w kraju katolickim należącym do cywilizacji łacińskiej. Cywilizacja ta powstała w oparciu religię katolicką. Pokrótce wyjaśnię wam, że większość ludzi w tym kraju wierzy, iż Jezus Chrystus, który pomimo, że był bez żadnej winy, pozwolił się ukrzyżować, był synem Boga, Stwórcy Wszechświata. Musicie „panowie partia” przyjąć do wiadomości, że Naród zamieszkały pomiędzy Odrą, a Wisłą ma wskutek powyższych faktów duży sentyment do tego właśnie znaku, symbolu ich wiary. Jeśli chcecie sobie spokojnie administrować tym krajem, doić i grabić na wszelkie możliwe sposoby jego obywateli, to nie możecie na ten właśnie symbol ręki podnosić. Pojedziecie sobie gdzie indziej, to będzie podobnie, zależnie od okolicy będzie to, albo jakiś posążek, albo na przykład gwiazda składająca się dwóch trójkątów. No tak już jest na tym świecie.


Krzyż przydrożny
Dodatkowo muszę was poinformować, że w tej cywilizacji znak ten ma jeszcze inne znaczenie. Stawia się go na grobach, oraz w miejscach gdzie miały miejsce wydarzenia tragiczne, także w innych dla upamiętnienia takich wydarzeń. Podróżując przez kraje do niej należące musicie się pogodzić z tym, że przy drogach napotkacie ten Znak. Postawiony jest zwykle dla upamiętnienia czegoś lub kogoś. Nie stawia się go na zlecenie architekta miejskiego, urzędnika, czy podobnych oficjeli, a najczęściej nie pytając ich wcale o zdanie. No taka to cywilizacja, taka specyficzna kultura. Musicie się „panowie partia” z tym pogodzić. Bywają gorsze zwyczaje.


Krzyż przed pałacem

Może nie wiecie, albo zapomnieliście, ale miał miejsce bardzo rzadki, wręcz niespotykany przypadek. Zginął tragicznie urzędujący prezydent tego właśnie kraju, którym chcielibyście sobie trochę poadministrować. Nie dość, że prezydent to jeszcze razem z nim duża grupa naprawdę ważnych obywateli tego kraju. Powinniście zrozumieć, że było to dla ludności tu zamieszkującej bardzo przykre. Naprawdę bardzo przykre. Odrobina rozsądku, którego zapewne wam nie brakuje, pozwoli zrozumieć, że taki fakt chcą oni upamiętnić. Krzyżem właśnie, bo takie są ich obyczaje. Ponieważ jako się rzekło chodzi o prezydenta urzędującego, logicznym jest postawienie go przed miejscem gdzie urzędował. Tylko tymczasowo jest on drewniany. Wkrótce stanie kamienny lub stalowy. Oczywiście nie pytają o zgodę, bo kogo ma pytać o zgodę suweren, czyli Naród. Poczytajcie sobie „panowie partia” Konstytucję. Albo historię. Właśnie dla uniknięcia śmieszności w takich sytuacjach starożytni ukuli przysłowie „Vox populi – vox Dei”. 

Sławomir Cenckiewicz (2010-07-12)
Anna Walentynowicz (1929–2010) - urodzona w Równem na Wołyniu; we wrześniu 1939 r. straciła rodziców, a jedynego brata Andrzeja Sowieci wywieźli na Wschód, skąd nigdy nie wrócił; edukację zakończyła na czterech klasach szkoły powszechnej; w latach 1939–1945 była służącą; od 1945 r. mieszkała w Gdańsku; w 1950 r. podjęła pracę w Gdańskich Zakładach Przemysłu Tłuszczowego „Amada”; w latach 1950–1984 i 1990–1991 pracownik Stoczni Gdańskiej im. Lenina (w latach 1950–1966 - spawacz, w latach 1966–1984 - suwnicowa); w 1951 przez kilka miesięcy należała do ZMP; członkini Ligi Kobiet; przewodnicząca komisji socjalno-bytowej na Wydziale W-2 Stoczni Gdańskiej; w okresie PRL odznaczona dwukrotnie Brązowym Krzyżem Zasługi (1953 i 1957 r.) oraz Srebrnym Krzyżem Zasługi (1961 r.) i Złotym Krzyżem Zasługi (1966 r.); uczestniczka gdańskiego Grudnia ’70; w latach 1978–1980 działaczka WZZ Wybrzeża; członek redakcji „Robotnika Wybrzeża”; zwolniona z pracy w stoczni 7 VIII 1980 r., co stało się jedną z przyczyn rozpoczęcia strajku w dniu 14 VIII 1980 r.; w czasie strajku członek Prezydium MKS, a następnie MKZ NSZZ „Solidarność” w Gdańsku; w MKZ odpowiadała za finanse; w okresie 3 IX 1980–30 IX 1981 r. na prośbę kierownictwa Związku urlopowana w Stoczni Gdańskiej w związku z pracą w MKZ NSZZ „Solidarność” w Gdańsku; 1 IV 1981 r. bezprawnie pozbawiona przez Komisję Zakładową NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańskiej mandatu członka Prezydium MKZ; w 1981 r. sygnowała deklarację ideową Klubu Rzeczpospolitej Samorządnej Wolność–Samorządność–Niepodległość; w dniach 14–16 XII 1981 uczestniczyła w strajku w Stoczni Gdańskiej; 18 XII 1981 r. internowana i osadzona w więzieniu w Bydgoszczy–Fordonie i Gołdapi; w lipcu 1982 r. zwolniona z internowania, ale miesiąc później aresztowana pod zarzutem zorganizowania strajku w Stoczni Gdańskiej po wprowadzeniu stanu wojennego; więziona w Gdańsku, Warszawie i Grudziądzu; w marcu 1983 r. skazana na rok i 3 miesiące więzienia w zawieszeniu na 3 lata; aresztowana powtórnie w grudniu 1983 r. za próbę wmurowania tablicy upamiętniającej pacyfikację KWK „Wujek”; zwolniona w kwietniu 1984 r. ze względu na stan zdrowia; od 1988 r. organizatorka sympozjów „W trosce o Dom Ojczysty”; przeciwniczka rozmów Okrągłego Stołu; od czasu działalności w WZZ Wybrzeża wielokrotnie represjonowana przez kierownictwo Stoczni Gdańskiej (m.in. czasowo oddelegowywana do innych zakładów); po Grudniu ’70 kontrolowana przez Wydział III KW MO w Gdańsku w ramach SO krypt. „Jesień 70” i „Arka”; w latach 1978–1990 rozpracowywana przez Wydział III „A”/V i Inspektorat 2 KW MO/WUSW w Gdańsku w ramach SOR krypt. „Suwnicowa” (1978–1983) i „Emerytka” (1983–1990); w 2006 r. odznaczona Orderem Orła Białego; 10 IV 2010 r. zginęła w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem razem z prezydentem Lechem Kaczyńskim, ministrami, urzędnikami i kombatantami.

Jerzy Łysiak (2010-07-01)

Tak mówi Jacek Sasin, zastępca śp. Władysława Stasiaka, szefa Kancelarii Prezydenta RP śp. Lecha Kaczyńskiego, który w czasie Katastrofy był w na cmentarzu w Katyniu, później na lotnisku i chciał znajdującym się tam samolotem „Jak-40” wracać do kraju, ale mu to Rosjanie uniemożliwili, nie pozwalając wyjść z samolotu, do którego nieopatrznie wszedł, aż do czasu, gdy ludzie Komorowskiego uporali się z Kancelarią Prezydenta w Warszawie:

„Przejęcie przez Komorowskiego funkcji p.o. prezydenta RP odbywało się w niezwykłym pośpiechu. Mówił mi o tym telefonicznie minister Sławomir Duda, gdy byłem jeszcze na cmentarzu w Katyniu. A przecież nawet ja jeszcze nie miałem pewności, że Lech Kaczyński nie żyje, chociaż byłem na miejscu katastrofy. Kiedy przemawiałem do zgromadzonych tam ludzi, nie odważyłem się powiedzieć, że prezydent zginął… Komorowski miał już taką pewność”

I dalej:

„Komorowski poprzez szefa Kancelarii Sejmu zażądał od ministra Dudy przygotowania dokumentów potwierdzających przejęcie funkcji głowy państwa. Na pytanie ministra Dudy, na jakiej podstawie taki dokument miałby być utworzony, usłyszał, że na podstawie tego, co mówią media. Minister Duda odmówił, ale pół godziny później  otrzymał informację, że do marszałka Komorowskiego zadzwonił prezydent Dmitrij Miedwiediew i przekazał wiadomość o śmierci prezydenta. Ponownie stanowczo zarządzano dokumentów...”

W Smoleńsku straciliśmy prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. W niedzielę zostanie wybrany nowy prezydent.

Ten wybór będzie zależał od Ciebie, przynajmniej w stopniu osobistym i będzie obciążył twoje sumienie, gdy wynik będzie zgodny z twoją decyzją.

Jeśli nie wyciągniesz wniosków z zacytowanych słów, jeśli na nie nie zareagujesz, obciążysz się moralnie na długie lata, bo tu chodzi o prezydenta twojego państwa, chodzi o prezydenta państwa twojej rodziny, twoich bliskich, chodzi o prezydenta Polski, twojej Ojczyzny. Na ile możesz, nie dopuść, aby głową państwa został ktoś, kogo się będziesz wstydził, gdy przyjdzie czas, że z dachów, jak napisano, głoszone będzie to, co teraz z taką zawziętością i tak nieporadnie utrzymywane jest w tajemnicy.

Nie udawaj, że nie wiesz, nie oszukasz swojego sumienia.

Nie piszę tego do jakiegoś tam nieokreślonego ogółu, tylko do ciebie, mój bracie i do twojej siostry, do ciebie, mój wnuku, do ciebie, sąsiedzie, do ciebie, koleżanko z pracy.

Zwracam się do ciebie osobiście, bo mi zależy na tobie i na tym, o czym wiem, że nam zależy wspólnie, na Polsce, naszej Ojczyźnie.

Błagam, uniknij udziału w hańbie. Nie, tchórzliwie siedząc w domu, ale dokonując świadomego wyboru, odrzucając zło!

Pamiętaj, przyjdzie poniedziałek i trzeba będzie spojrzeć ludziom w oczy i żyć z tym dalej.

 

Twój jł
EugeniuszSendecki (2010-06-18)

 Z forum.michalkiewicz.pl

MSZA SWIETA W INTENCJI DARIUSZA RATAJCZAKA 30 VI 2010

przez EugeniuszSendecki » 17 cze 2010 14:02
Jestem tuz po rozmowie z Generałem DS Janem Grudniewskim, który - jak chyba wszyscy patrioci polscy jest bardzo przejęty tajemniczym, ponurym zgonem polskiego historyka, Dariusza Ratajczaka. Delikatną kwestią jest sprawa stosunku Rodziny Zmarłego do sprawy i nieznany termin pogrzebu. Modlitwa za zmarłych jest taka ważna przecież, że nie sposób odmówić Panu Doktorowi Ratajczakowi tej posługi od nas, rodaków. Pan Generał kazał przekazać, że zorganizowane przez Polskie Drużyny Strzeleckie nabożeństwo żałobne w Warszawie w intencji Zmarłego Historyka będzie odprawione 30-go czerwca przed Sądem dla Warszawy Mokotowa przy ul. Ogrodowej 51A - podczas procesu dziennikarzy, który wytoczył Jan Kobylański.
Proszę o potraktowanie sprawy jako ważną, duchową i jednoczącą nas - Polaków wokół Rzeczy Najważniejszych. Walka o prawdę trwa, nasza polska wojna ze Złem zmienne ma koleje, padają w niej zabici, zdarzają się pojedynczy żołnierze, którzy trwają do końca w osamotnieniu, bez należnego wsparcia. Jednak - NIE PODDAJEMY SIĘ! Prawda nas wyzwoli.
+
Módlmy się

http://www.forum.michalkiewicz.pl/viewtopic.php?f=4&t=18317

 

wpisał j.b. (2010-06-17)

Pamiętajmy go właśnie takim jak w tym wywiadzie:

  (Radio Rodzina, Wrocław, A.D. 2003 r.)

Janusz Telejko: Dzisiejszym gościem w Radio Rodzina jest dr Dariusz Ratajczak. Serdecznie witam, szczęść Boże.

Dariusz Ratajczak: Szczęść Boże.

J. Telejko: Panie Dariuszu, czy historyk może świadomie mówić nieprawdę?

D. Ratajczak: Nie, absolutnie nie może. Jest to rzecz nie do zaakceptowania. Głównym celem działalności historyka jest zbliżanie się do prawdy, poszukiwanie prawdy. W istocie prawda jest jedynym przyjacielem historyka. Owszem, historyk może błądzić, może popełniać błędy i często tak się dzieje. Powiem szczerze: ja prawdopodobnie też bardzo często nie mam racji, popełniam błędy - cóż, jestem tylko człowiekiem - zawsze jednak pragnę zbliżać się do prawdy. Historyk i prawda to powinno być jedno. Historyk powinien być skażony prawdą, skażony dążeniem do prawdy. Historyk świadomie podający nieprawdę jest w istocie propagandystą. Niestety, zjawisko to obserwujemy również w dzisiejszych "demokratycznych czasach". Oczywiście nie tylko w Polsce, ale niech ona będzie podstawą naszej rozmowy, zgodnie z maksymą: "bliższa koszula ciału..." Dlaczego tak się dzieje? Otóż dlatego, iż ciągle - uwaga ta odnosi się przede wszystkim do "trzeciorzeczpospolitowych" historyków zajmujących się dziejami najnowszymi - historia przesiąknięta jest polityką. Podejrzewam nawet, że nadal pełni ona rolę nauki pomocniczej polityki, że, mówiąc wprost, zależna jest od bieżących interesów warstw rządzących. I to jest rzecz godna ubolewania, gdyż podobno żyjemy w wolnym Kraju. W jakiś sposób ma to związek z tą straszliwą socjalistyczno-postępową cenzurą (nazwijmy ją polityczną poprawnością), która zastąpiła po 1989 r. cenzurę realnego socjalizmu, komunizmu, marksizmu, czy jak go tam zwał. Po 1989 roku wielu historyków wpadło z "komunistycznego deszczu" pod "politycznie poprawną rynnę", ale to jest też cenzura. Inna sprawa, że przyszło im to z łatwością. Kłamali za "komuny", kłamią i teraz. To są ludzie o mentalności, nikogo nie obrażając, kelnera. Ja to nazywam dosadniej: " kundlizm". Oczywiście funkcjonują tylko dlatego, że po 1989 r. nie przeprowadzono zdrowej weryfikacji na wyższych uczelniach. A zresztą - gdzie ją tak naprawdę przeprowadzono?!

Dariusz Ratajczak

J. Telejko: Teraz wróćmy do historii dr Dariusza Ratajczaka, bo to też jest historia; był Pan znanym i lubianym wykładowcą na Uniwersytecie Opolskim.

D. Ratajczak: ...byłem. Tak, byłem.

J. Telejko:...wybitnym naukowcem i znawcą Kresów Wschodnich, a obecnie pracuje Pan jako stróż nocny - dlaczego?

D. Ratajczak: Z bardzo prostego powodu - w 1999 roku opublikowałem publicystyczną książeczkę pt. "Tematy niebezpieczne". W książce tej w jednym z podrozdziałów poruszyłem sprawę tzw. rewizjonizmu holokaustu, przytoczyłem tezy głoszone przez rewizjonistów holokaustu bez mojego komentarza autorskiego... i to się pewnym gremiom nie spodobało...

J. Telejko: Panie Dariuszu, kim są rewizjoniści holokaustu?

D. Ratajczak: Rewizjoniści holokaustu są środowiskiem złożonym z naukowców , dziennikarzy, publicystów. Przede wszystkim to prawdziwie międzynarodowe grono uważa, że żydowski holokaust nie był wydarzeniem wyjątkowym w XX wieku, że ten straszliwy XX wiek, który na szczęście skończył się, dotykał także tragediami inne nacje, inne narody: a więc Polaków, Cyganów, Japończyków, Ormian, Rosjan, Ukraińców itd. Dlatego twierdzą, że właściwie żadna nacja, żaden naród nie ma monopolu na cierpienie, w tym ciężko doświadczony podczas ostatniej wojny naród żydowski. Tymczasem dzieje się tak, że niektóre środowiska żydowskie chcą wmówić światu, że holokaust był jakby osią martyrologiczną XX wieku. Co więcej, osią martyrologiczną historii całego świata. Oczywiście tą podstawową rewizjonistyczną tezę uzupełniają inne poglądy. Na przykład taki, że podczas II wojny światowej nie zginęło 6 mln Żydów, tylko mniej. Ta teza jest o tyle do obrony, że jeszcze 15 - 16 lat temu twierdzono, że w straszliwej mordowni hitlerowskiej w Auschwitz - Birkenau zginęło 4 - 4,5 mln ludzi. Dzisiaj oficjalnie władze Muzeum Oświęcimskiego twierdzą, że milion, milion sto... No więc mamy w tym jednym przypadku różnicę trzech milionów. To są rzeczy, które trzeba badać i sprawdzać. Na tym polega praca historyka. Tymczasem możni tego świata twierdzą, iż "prawdy uświęcone" dyskusji nie podlegają. Czy na tym polega wolność badań naukowych? Czy nie nazwiemy tego cenzurą? A ja po prostu mówię: dajcie spokój historykom, zapewnijcie historii autonomię. Dajcie jej żyć. Właśnie - dajcie jej żyć. Czy żądam zbyt wiele?

J. Telejko: Kogo dotknęła i obraziła Pana publikacja "Tematy niebezpieczne"?

D. Ratajczak: Widzi Pan, to jest właśnie bardzo dziwne - chyba najmniej samych Żydów, dlatego, że głosów "anty-ratajczakowskich" w wydaniu środowisk ściśle żydowskich było stosunkowo mało i pojawiły się nieco później. Co więcej, chciałbym wymienić z nazwiska jednego polskiego Żyda, pana Jana Stopczyka- człowiek ten przeżył Auschwitz - który bardzo mocno mnie bronił. Wysłał nawet stosowny list na ręce opolskiej prokuratury z uwagą: "cenię Ratajczaka za odwagę, nie zamykajcie ust młodemu pokoleniu". Natomiast "centralą" walczącą z moją skromną osobą była forpoczta "postępu" w Polsce - "Gazeta Wyborcza", która całą sprawę nagłośniła i w ciągu 24 godzin ze znanego w Opolu i - tak jak Pan powiedział - lubianego wykładowcy stałem się banitą, czy ściganym infamusem. W ciągu kilkunastu godzin zostałem zawieszony w prawach nauczyciela akademickiego, a potem, po neostalinowskim wewnętrznym śledztwie, wyrzucono mnie z uczelni. I oczywiście założono przeciwko mnie sprawę sądową, która ciągnęła się miesiącami.

J. Telejko: ...wiem, że się skończyła już ta sprawa. Jaki był werdykt sądu?

D. Ratajczak: Sprawa zaczęła się w 1999 roku a zakończyła w 2001. Ostatecznie warunkowo umorzono ją ze względu na niską szkodliwość społeczną. Ja wprawdzie w sądzie cały czas tłumaczyłem, że przecież nie wyrażałem własnego zdania co do tez głoszonych przez rewizjonistów holokaustu, podkreślałem, że jedynie referowałem problem (a to wolno mi było robić), chciałem także powołać stosownych ekspertów w osobach pp. profesorów Rainy i Bendera, ale sąd pozostawał niewzruszony. Uznał, że sam jest władny określić, czy referowałem poglądy, czy też się z nimi zgadzałem. Widzi Pan, od samego początku sprawa była "szyta grubymi nićmi"... Nie miałem zbyt wielkich szans, bo proszę zdać sobie sprawę z jednej rzeczy : jednostka wobec systemu jest niczym, tak samo, jak błogo śpiący na ulicy człowiek wobec walca kierowanego przez szaleńca. Mogę powiedzieć tak: zachowałem twarz, walczyłem o nią, ale na wyrok uniewinniający w 100% oczywiście nie miałem szans. Raz jeszcze powtórzę: sprawa była od samego początku "kręcona z góry", szły dyrektywy z ministerstwa sprawiedliwości, że trzeba szybko "tego Ratajczaka załatwić". Jeżeli bowiem nie zrobimy tego teraz, za chwilę pojawią się następni, którzy zaczną drążyć "bardzo niebezpieczny temat" . Mój Boże, czegóż to "nasze elity" nie wypisywały w tamtych czasach o mnie. Wysyłano mnie do zakładów psychiatrycznych, twierdzono, że moja sprawa może wpłynąć na stosunki polsko-żydowskie. Istna paranoja, "dom wariatów". Taki to był cyrk i takie występujące w nim małpy. Doprawdy żyjemy w ciekawych czasach. I "ciekawi" ludzie nami rządzą.

J. Telejko: Panie Dariuszu, czy ukazały się już po Pana książce inne publikacje na ten temat, polskich autorów, czy naukowców ?

D. Ratajczak: Nie. Owszem, były artykuły, a raczej stosowne fragmenty, opisujące mój przypadek, natomiast takie publikacje ukazały się wcześniej.

Do roku 1999 publikował na ten temat pan Tomasz Gabiś w jego periodyku "Stańczyk", ale, jak mówię, do roku 1999, bo proszę pamiętać, że wtedy to wszedł w życie artykuł 55 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej ,w którym jednoznacznie stwierdzono, iż tych rzeczy nie można pod groźbą kary więzienia poruszać. Po prostu nie można - i już. To oczywiście cenzura. Ja, jako historyk nie mogę się z tym zgodzić. Chociażby dlatego, że cenzura to grób dla historii. Jakież to upokorzenie dla historyka: ktoś decyduje za niego, czym ma się zajmować, wyznacza granice badań...

J. Telejko: Panie Doktorze, kilka słów o Pana rodzinnym domu, Pana karierze, pasjach?

D. Ratajczak: Urodziłem się w Opolu w roku 1962, z tym, że jak większość mieszkańców tego miasta nie jestem autochtonem, czyli Ślązakiem. Ojciec pochodzi z Wielkopolski, ze Śremu, śp. moja mama z Chodorowa w byłym województwie lwowskim, czyli łączę w sobie tradycję wielkopolską z wpływami wschodnio-galicyjskimi, kresowymi. Pochodzę z patriotycznego domu; ojciec jest synem Powstańca Wielkopolskiego. Dziadek Michał uczestniczył również jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. Kampanię zakończył w miejscowości Głębokie na Wileńszczyźnie. Natomiast w czasie I wojny światowej walczył pod kajzerem Wilhelmem. Brał udział w rzezi pod Verdun. Ja zawsze Bogu dziękuję, że pochodzę z normalnego polskiego domu nieskażonego jakimiś miazmatami lewicowości, marksizmu, czy innymi niemiłymi zdrowemu rozsądkowi rzeczami.

To jest bardzo ważne, gdyż to kim jesteśmy w 80% zależy od wychowania rodzinnego. Może dlatego jestem przerażony tym, co się obecnie dzieje z młodym pokoleniem. Otóż młode pokolenie opuszcza rodzinny dom bez świadomości bycia Polakiem. W konsekwencji tak często otaczają nas dzisiaj ludzie, o których można tylko powiedzieć: "polskojęzyczny tłum". To jest przykre. Natomiast, jeśli chodzi o moje pasje... Historia jest moją pasją numer jeden, mam takie nawet szczególne hobby, a mianowicie dzieje klanów szkockich. Temat piękny, romantyczny i... bezpieczny. Poza tym lubię geografię polityczną oraz sport. Szczególnie piłkę nożną. Boleję, że w polskim futbolu na razie jest tak, jak jest. Ale to, co już przeżyłem, to przeżyłem. Myślę o mistrzostwach świata w piłce nożnej w 1974 i 1982 roku - tej radości nikt mi już nie odbierze.

J. Telejko: Jak Pan widzi swoją przyszłość naukową, Panie Doktorze? Sąd w zasadzie Pana uniewinnił, ale w opinii naukowców, historyków ciągle Pan jest oskarżany i "trędowaty". Jest Pan "persona non grata" na każdej wyższej uczelni.

D. Ratajczak: Zgadza się. 20 października tego roku - czyli dosłownie za chwilę - kończy mi się okres karencji, bo zostałem zawieszony w prawach nauczyciela akademickiego do 20 października 2003 roku. Już złożyłem stosowne aplikacje do różnych wyższych uczelni, tak państwowych, jak i prywatnych . Wszędzie odpowiedź jest jedna: nie! Oficjalnie brak miejsc, a nieoficjalnie, przy kawie, dowiaduję się: "Wie Pan, tak naprawdę, gdyby to od nas zależało, to dawno byśmy pana zatrudnili, ale nie chcemy mieć kłopotów". I to jest mocno podejrzane... co innego ludzie mówią prywatnie, a co innego oficjalnie. Kłopoty z odwagą cywilną, ot co! Ale faktem jest, że nie ma większych szans na zatrudnienie w instytucie naukowym, na uniwersytecie. Jestem realistą. Inna rzecz, że poglądów nie zmieniłem, do Canossy nie pójdę. A tego zapewne wymagałaby łaskawa zgoda na zatrudnienie mnie w instytucji związanej z wyuczonym przeze mnie zawodem.

J. Telejko: Porozmawiajmy teraz o naszej rzeczywistości. Sytuacja, która jest obecnie w Polsce przypomina troszeczkę sytuację tuż po "rewolucji" - rząd swoje, społeczeństwo swoje i ta przepaść między rządem a społeczeństwem pogłębia się. Mnoży się korupcja, afery. Jak Pan, jako historyk, ocenia obecną sytuację w Polsce? Czy nastąpi jakiś przełom i społeczeństwo dokona dobrego wyboru?

D. Ratajczak: Myślę, że ten przełom w końcu nastąpi. W historii Polski od co najmniej 200 lat mamy kłopoty z elitami politycznymi zaczynając od epoki saskiej, a kończąc na SLD. To musi się kiedyś skończyć . Ludzie wielkie nadzieje wiązali z AWS-em, ale jak Pan doskonale pamięta "nasi" zdradzili, stali się "onymi". Wielkie nadzieje wiązano z SLD - znowu zdradzono naiwną masę. Społeczeństwo musi wreszcie jasno określić, czego i kogo chce. Musimy w końcu wybrać narodowe polskie elity - takie elity, które nas nigdy nie zawiodą. Ludzie nie są tacy głupi, jak się niektórym przedstawicielom elit politycznych wydaje. Jeżeli Polacy głosowali np. za Unią Europejską (ponad 70 %) i dzisiaj dowiadują się, że warunki naszej akcesji są fatalne, to po raz kolejny przekonują się, że pewni ludzie po prostu kłamią, więcej - kłamstwo jest organiczną cechą ich osobowości. Zatem jest wielka potrzeba, aby Polacy uświadomili sobie, że są w tym narodzie naprawdę ludzie porządni, którzy mogą tworzyć narodowe elity. Trzeba tylko tych ludzi odnaleźć, trzeba tych ludzi zgrupować i trzeba na nich zagłosować. Taki jest m.in. cel działalności Stowarzyszenia Forum Polskie, którego mam zaszczyt być członkiem.

J. Telejko: Czy społeczeństwo polskie pójdzie jeszcze do wyborów?

D. Ratajczak: Myślę, że tak - i do wyborów parlamentarnych w Polsce i do tych europejskich. Będzie głosowało chyba po raz pierwszy na ludzi, którzy dadzą temu społeczeństwu gwarancje, że o losach Polski będą decydować Polacy, to jest środowiska nie tylko mówiące, ale przede wszystkim czujące po polsku. Stoimy u progu walki o wszystko... o być albo nie być naszej Ojczyzny. Na szczęście coraz więcej Polaków zaczyna zdawać sobie z tego sprawę.

J. Telejko: Czy ta Europa, do której wchodzimy; w której będziemy uczestniczyć, nie chce nas "zakwalifikować" jako obywateli drugiej kategorii?

D. Ratajczak: Drugiej albo nawet i trzeciej kategorii, Panie Redaktorze. Co więcej, Unia Europejska jest unią ponadnarodową, jest próbą stworzenia jakiegoś mega-europejskiego państwa. Ludzie kierujący Unią Europejską w ogóle nie myślą w kategoriach narodowych. Ich ideałem jest beznarodowe społeczeństwo manipulowane przez "jaśnie oświecone kręgi" polityczno-ekonomicznych "macherów". UE jest próbą realizacji starego masońskiego marzenia o "superpaństwie". W takim układzie nie mówmy, że będzie się rozwijała polska kultura narodowa i że pozostaniemy Polakami. Unia Europejska w jej obecnym kształcie jest śmiertelnym wrogiem idei państwa narodowego, względnie skrytą pod uniwersalnymi hasłami formą realizacji starych państwowo-narodowych celów Niemiec. I tak źle, i tak niedobrze. Dlatego naszą powinnością jest albo przekształcić ją w luźną konfederację państw narodowych, albo, jeżeli okaże się to niewykonalne, z tej Unii wystąpić z wielkim hukiem.

J. Telejko: Pana plany naukowe i autorskie - co Pan zamierza w najbliższym czasie opublikować? Może jakieś "tematy niebezpieczne"?

D. Ratajczak: W jakiś sposób tak. Tu jedna uwaga: historyk co rusz napotyka na tematy nie opracowane - nierzadko "niebezpieczne". To nie jest tak, że Ratajczak znajduje "tematy niebezpieczne". One po prostu są, one człowieka otaczają, a lata komunizmu, i nawet lata III Rzeczypospolitej, którą ja nazywam "PRL-em Bis", spowodowały, że tych tematów jest coraz więcej.

Powracając do Pana pytania... Zamierzam w najbliższym czasie wydać książkę poświęconą represjom komunistycznym czy stalinowskim na Opolszczyźnie, czyli w moim regionie, w latach 1945-55. Właściwie tekst już jest gotowy - 600 stron - i prawdopodobnie będę musiał go trochę skrócić, bo jak Pan doskonale wie współczesne oficyny nie chcą wydawać takich opasłych tomów. Teraz obowiązuje inna moda: krótko i na temat. Ale książka, od razu mówię, będzie bardzo ciekawa.

J. Telejko: Panie Doktorze, na Opolszczyźnie dużo ostatnio się mówi o mniejszości narodowej, o tworzeniu odrębnego państwa śląskiego - w zasadzie tworzy się taki mit, że Śląsk chce się oderwać od Polski. Dlatego ci, którzy przyszli na Śląsk tak, jak Pana rodzice ze Lwowa, zaczynają się tego Śląska bać.

D. Ratajczak: Tak, zaczynają się bać i mają powody, żeby się bać. Nie załatwiono kwestii własnościowych. To tykająca bomba zegarowa w obliczu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Proszę pamiętać, że prawo unijne będzie miało większą wagę od polskiego, czyli krajowego. Niemcy bezwzględnie wykorzystają tą sytuację, upomną się "o swoje". To jest poważne państwo, oni wiedzą, co robią... Jeżeli ktoś myśli, że zachodni sąsiedzi Polski zapomnieli o byłych ziemiach niemieckich na wschód od Odry - żyje w krainie latających niedźwiedzi. Jeśli chodzi o Śląsk i Ślązaków... Zawsze uważałem, że Śląsk jest polski - to jest rzecz bezdyskusyjna. Nie ma Polski bez Śląska. Polska bez Śląska jest krajem nawet już nie drugorzędnym, ale czwartorzędnym.

Nie ma oczywiście czegoś takiego, jak "narodowość śląska" - jest to wymysł kilku spryciarzy zgrupowanych wokół pana Gorzelika i to jest oczywiście typowa, w istocie proniemiecka dywersja. Ci faceci napisali już nawet książkę o historii "narodu śląskiego". Zachodzę w głowę, jak można napisać książkę o czymś, czego nigdy nie było?! Na Opolszczyźnie istnieje mniejszość niemiecka - ja nie odbieram tym ludziom prawa do tego aby czuli się Niemcami, ale trzeba znać pewne proporcje... Nie można na przykład twierdzić, że Ślązacy są etniczną częścią narodu niemieckiego, a Śląsk polsko-niemieckim "landem". Zresztą zdecydowaną większość mieszkańców Opolszczyzny stanowią Polacy. Żyją wśród nas również Ślązacy o polskiej orientacji narodowej. Tych ludzi spotkała wielka niesprawiedliwość. Po 1945 r. byli prześladowani przez komunistów, wielu z nich wyjechało do Niemiec, ale ja do dnia dzisiejszego znam polsko-śląskie rodziny mieszkające pod Opolem, które dumne są z tego, że ich dziadkowie, czy pradziadowie walczyli w Powstaniu Śląskim po stronie polskiej. Oczywiście wielu opolskim Ślązakom zamącili w głowie liderzy niemieckiej mniejszości w rodzaju Heinricha Krolla. To są niebezpieczni ludzie, wilki w owczej skórze. Mają pieniądze, cieszą się poparciem ze strony bogatego "Vaterlandu" Jest to potencjalnie piąta kolumna. Na szczęście zauważam, że szeregi mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie rzedną. Chyba jest szansa, aby ponownie przyciągnąć śląskie masy do polskości. Trzeba to robić delikatnie szanując śląskie odrębności regionalne, śląską gwarę (naprawdę urokliwą), zwyczaje itd. Jedno jest wszak pewne: nie ma Polski bez Śląska. Generał de Gaulle miał rację. Najbardziej polskim z polskich miast jest... Zabrze! Dodam: i Opole... i Opole, historyczna stolica polskiego Górnego Śląska!

J. Telejko: Z "niepokornym" doktorem Dariuszem Ratajczakiem, historykiem, człowiekiem, który napisał książkę, która "poruszyła" całą Polskę, a obecnie jest nocnym stróżem, rozmawiałem dzisiaj w Radiu Rodzina.

Serdecznie dziękuje za przybycie do studia i za rozmowę.

D. Ratajczak: Dziękuję. Szczęść Boże.

 

tekst: http://haggard.w.interia.pl/drwywiad.html

foto: http://www.obnie.info/Joomla/index.php?option=com_content&view=article&id=1143:ratajczak-martwy&catid=55:wywiady&Itemid=27

 

 

proca.pl: Apel w sprawie śmierci Doktora Dariusza Ratajczaka.
Marcin Wolski (2010-06-12)

 W nadesłanej korespondencji znaleziono:

Druga Wenecja

Dużo było o cudach

które miały się udać:

autostrady, szpitale, stadiony...

A tu ludzie pyskują i sondaże dołują,

jeden Putin jest zadowolony.

 

Ta perfidna optyka

bardzo wielu dotyka,

widać przecież z powietrza i z łodzi,

w Sandomierzu i Płocku,

we Wrocławiu, w Otwocku,

że się ludziom zaczęło powodzić.

 

Obraz krzepi wspaniały,

rząd wychodzi na wały,

aby ludziom otuchy dziś dodać,

idą zwarci, gotowi

pragnąc służyć krajowi,

aż krew naród zalewa jak woda.

 

Tu pochyla się z troską

nad miasteczkiem i wioską

(choć szmal weźmie od Unii dziś Grecja).

Gdy brak Drugiej Japonii,

można rzec bez ironii,

że udała się Druga Wenecja!

 

Na gondoli powoli

płynie  rząd i... pomaga.

I zachęca by woda już wyschła.

Świetne maja pomysły

Gondolierzy znad Wisły

- Tusk i jego załącznik – Bronisław.

 

 i ...   Trzecia  Fala  ?