Izabela Brodacka (2011-04-15)

Szczyty i Himalaje


Za czasów mojej młodości kolekcjonowało się dowcipy o „szczytach”. Starszym przypomnę, a młodszym objaśnię na przykładach. Szczyt optymizmu: dwóch pederastów kupuje wózek, szczyt hałasu: dwa szkielety kopulują na blaszanym dachu. Te (nie najwyższego lotu) dowcipy przypominały mi się, gdy słuchałam relacji ze skandalu, jakim było ocenzurowanie w Brukseli wystawy zdjęć z katastrofy smoleńskiej.

 

Wypowiedź Astrid Lullien na temat podpisów pod dramatycznymi zdjęciami ze Smoleńska, które określiła jako „komiczne” oraz na temat samych zdjęć, które uznała za „niekoniecznie apetyczne” to nie jest zwykły szczyt, to są Himalaje głupoty.

Nieapetyczne ( a może komiczne) według kryteriów tej pani są zatem zdjęcia: z Czeczenii, z Afganistanu, z Hiroszimy, z dziecięcego oddziału onkologicznego, a nawet obrazy męki Pana Jezusa.

 

Szczytem tchórzostwa i oportunizmu była postawa Jerzego Buzka, który bał się przyznać do swego udziału w ocenzurowaniu wystawy i jak mały chłopczyk zwalał odpowiedzialność na kolegów.

 

Szczytem amnezji historycznej jest zamykanie ust przez zaklejanie. Czyżby kwestorzy UE zapomnieli o zaklejanych ustach ofiar hitlerowskich egzekucji?

 

Szczytem bezczelności była wypowiedź niejakiego Kutza, że Rosjanie niszczący wrak samolotu wykonywali tylko swoje obowiązki. Oprawcy z Oświęcimia też wykonywali (najlepiej jak umieli) swoje obowiązki. Dlaczego więc tyle hałasu o holokaust?

 

Kiedy swego czasu ruchy obrony życia próbowały pokazywać w liceach film pod tytułem „Niemy krzyk” przedstawiający zdjęcia z aborcji, feministki podniosły larum, że tak straszliwe rzeczy pokazuje się wrażliwej młodzieży, propagując jednocześnie całkowitą swobodę dostępu młodzieży, właśnie do aborcji. Bo zgodnie z lewicową mentalnością złem nie jest sama aborcja, lecz jej pokazywanie. Podobnie jak zły nie jest agent bezpieki, lecz ten, kto mu usiłuje ten fakt przypomnieć.

 

Taką samą mentalność prezentują cenzorzy czy kwestorzy z UE. Sama katastrofa jest dla nich obojętna, dla niektórych nawet komiczna czy nieapetyczna. Skandaliczne jest natomiast psucie sobie humoru przy obiedzie przypominaniem, że coś takiego się zdarzyło.

 

 ze strony:

 http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=3355&Itemid=100

Grzegorz Bieniarz i Tomasz Kwiatek (2011-04-14)

 Proces Antoniego Klusika z „Gazetą Wyborczą” – druga odsłona

 

Dzisiaj tj. 12 kwietnia 2011 r. o godz. 12.00 w Sądzie Okręgowym w Opolu odbyła się druga rozprawa w procesie wytoczonym Antoniemu Klusikowi przez Agorę S.A. Na rozprawę nie zgłosił się powołany na świadka redaktor naczelny opolskiego oddziału Gazety Wyborczej – Leszek Frelich, jak sprawdziliśmy później w redakcji GW podobno przebywa w Warszawie. Sędzina Halina Jagieło przyjęła do wiadomości usprawiedliwienie przedstawione przez pełnomocnika Agory S.A (świadczące o tym, że redaktor jest za granicą) lecz zapowiedziała, że jeżeli następnym razem dojdzie do takiej sytuacji to Leszek Frelich zostanie ukarany grzywną.

Na tej rozprawie sąd dopuścił bardzo ważny dowód, którym jest nagranie dźwiękowe z konferencji prasowej w siedzibie OSPN, na której Antoni Klusik wypowiedział słowa, które są przyczyną procesu. W związku z tym, na sali sądowej, doszło do odtworzenia całości tego nagrania, które łącznie trwa kilkadziesiąt minut. Na nagraniu oprócz słów samego oskarżonego są zawarte wypowiedzi posła Sławomira Kłosowskiego, oraz członków OSPN Wiesława Uklei i Jerzego Łysiaka. Nagranie pozwala zrozumieć całkowity sens słów Antoniego Klusika, gdyż Agora S.A skarży go tak naprawdę za część tej wypowiedzi, co powoduje, że jest ona wyrwana z kontekstu. Oto jej opis (słowa które są przyczyną oskarżenia zostały wytłuszczone):

Konferencja prasowa OSPN z udziałem posła PiS Sławomira Kłosowskiego miała miejsce 11 października 2010 r. w siedzibie OSPN przy ul. Luboszyckiej. Jako pierwszy (w ponad półgodzinnym nagraniu) zabrał głos Antoni Klusik, który opisał sytuację pod Krzyżem jak mówi, że „byliśmy tam tak samo osamotnieni jak ci pod Smoleńskiem”, „zostaliśmy opuszczeni”, „traktowani byliśmy podczas modlitw pod krzyżem złowrogo… pozbawiono nas wszelkich praw”. Klusik na konferencji wspomniał o tym jak śmiano się z jego brata w programie TVN „Szkło kontaktowe”. Klusik m.in. powiedział: „wtedy czuliśmy się opuszczeni przez Państwo. Nie reagowała policja, straż miejska „a mamy przecież prawo do modlitwy”. Następnie prowadzący konferencję Wiesław Ukleja przedstawił obecnego na konferencji posła Sławomira Kłosowskiego, aby przybliżył sprawę rzekomego upolitycznienia sprawy przez PiS, które zarzucała „Gazeta Wyborcza”. Poseł Kłosowski zwrócił się do obecnych dziennikarzy: „piszcie prawdę jak to było z Janem Klusikiem, bo prawda jest tylko jedna”. Posła nie było wtedy jak doszło do tego haniebnego kopnięcia jednak opowiadał, że był wielokrotnie pod Krzyżem Pamięci i może powiedzieć o sytuacji, jaka tam panowała, o agresywnym zachowaniu w stosunku do osób modlących się. Poseł podkreślił, że nie wie czy kopnięcie Jan Klusika i jego śmierć w półtora miesiąca później miała związek przyczynowo-skutkowy. Odniósł się też do artykułu, który ukazał się w tym dniu na łamach „Gazety Wyborczej” i do zarzutu dlaczego sprawa nie została od razu zgłoszona  odpowiednim organom państwa. Kłosowski, odparł na konferencji, że nie było tam służb (na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie) wiarygodnych dla modlących się Kłosowski powiedział:  „Takie zachowanie jak to pod Krzyżem zbliża nas dyktatu komunizmu, gdzie wszystkie próby wyjaśniania były traktowane jako polityczne. Dlatego jako Poseł złożyłem zawiadomienie do prokuratury opolskiej i warszawskiej. Dlaczego tam?. Warszawa ze względu na to, że to miejsce było monitorowane”. Kłosowski powiedział również, że: „nie chcemy z nikogo robić męczennika – jak czytamy dziś w prasie i na forum (chodziło zapewne o GW), czy politycznie wykorzystać. Wczoraj mieliśmy pół roku od tragedii smoleńskiej… ale ja osobiście nie słyszałem tam wśród występujących ani słowa o Janie Klusiku. My absolutnie nie chcemy poruszać kwestii śmierci w kontekście politycznym, a tylko prawda nas wyzwoli. Zwłaszcza ostatnio, bo w tym kłamstwie zaczynamy się poruszać. Liczymy na to, że niezależna prokuratura to wyjaśni i o to apelujemy”.

Po tych słowach, głos zabrał Wiesław Ukleja z OSPN, który zwrócił uwagę, że sama napaść była pozostawiona bez jakiejkolwiek reakcji ze strony organów ścigania. Bierność organów państwa była zjawiskiem powszechnym. Tak kazano im postępować, widocznie ktoś chce, aby tak było – sugerował, jak słyszymy w nagraniu Ukleja nie wskazując wprost nikogo.

Po nim głos zabrał Jerzy Łysiak prezes OSPN, który powiedział: „trzeba być cynicznym hipokrytą, nie działamy w pustce… Wierzę, w to, że Jan Klusik jest tu między nami. Na pewno doprowadził do jednego – dopominania się o prawdę. Cz taki będzie tego skutek? Oby”.

Ukleja poprosił zebranych o zadawanie ewentualnych pytań. Na nagraniu słychać, jak jeden z dziennikarzy pyta dlaczego z konferencji wyproszono dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Ukleja od razu zaczął odpowiadać na to pytanie. Przypomniał co zrobiła lokalna GW, jak chciała zaszkodzić i nie dopuścić do wykładu z dr Cenckiewiczem. Obrażała nieżyjącego dr Ratajczaka. Nie dopuszczała do publikacji w ważnych sprawach wypowiedzi działaczy OSPN lub je zniekształcała na swoje potrzeby.  Powiedział też, że uważa „Wyborczą” za instytucję ludzi niegodnych głoszenia prawdy. Ostatnim tego „żywym przykładem” miał być artykuł na temat śmierci Jan Klusika. Dlatego dla Uklei i ludzi honoru, zwłaszcza dziś nie miejsca dla dziennikarzy GW. Po tych słowach zabiera głos Antoni Klusik i tu padają kluczowe słowa:

„(…) Wielki polski pisarz Józef Mackiewicz, mówiąc o naturze bolszewizmu, mówił, że jądrem bolszewizmu jest kłamstwo i prowokacja. Gazeta Wyborcza całkowicie spełnia tę definicję. Jest organizacją przestępczą, jest organizacją wrogą naszej cywilizacji, jest naszym osobistym, a także wszystkich naszych przyjaciół śmiertelnym wrogiem. I dokąd ta gazeta nie zniknie z powierzchni, my nie będziemy jej traktować jako, ani nikt z naszych przyjaciół, jako medium, jako gazetę„.

Po nim zabrał głos Wiesław Ukleja, krytycznie wypowiedział się o naczelnym Adamie Michniku. Następnie Klusik, który przyznał, że nie było wprawdzie sekcji zwłok brata to jednak jest coś niewiadomego w jego śmierci.

Łysiak sprostował prasę w tym GW, że Jan Klusik miał 56 lat a nie jak pisano w mediach 66. Nie był emerytem. Klusik przypomniał jak NTO, go dopytywała go o wiek brata, a potem napisała nieprawdę. Zasugerował, że mogło to wywołać pewne wrażenie manipulując wiekiem, że w sumie była to osoba starsza. Ukleja przypomniał również, że brat Klusika po tym incydencie pod Krzyżem uskarżał się na bóle w klatce. Po nim krótko podsumował konferencję poseł Kłosowski i zakończono spotkanie.

Po zaprezentowaniu tego materiału dowodowego pełnomocniczka Antoniego Klusika, mecenas Alicja Nabzdyk złożyła wniosek o dołączenie do akt sprawy materiałów dowodowych, którymi były: wydruki artykułów zamieszczonych w GW autorstwa Leszka Frelicha, wydruki dwóch wywiadów udzielonych przez Adama Michnika, opinię Zbigniewa Herberta o Adamie Michniku, przesłuchania świadków – red. GW Joanny Pszon, Wiesława Uklei i Rafała Ziemkiewicza. Kwestia naszego wywiadu z reżyserem Grzegorzem Braunem została pominięta przez sędzinę. Wszystkie materiały dowodowe sąd odrzucił uzasadniając to tym, że nie mają bezpośredniego związku ze sprawą i są nieprzydatne w dalszej drodze procesowej. Warto zaznaczyć, że sędzina nie wiedziała nawet, jak napisać nazwisko redaktora i pisarza Rafała Ziemkiewicza i zwróciła się z zapytaniem o pisownię nazwiska do pełnomocnik Klusika.

Sędzina dopuściła natomiast przesłuchanie, w charakterze świadka, prezesa Agory S.A Piotra Niemczyckiego, które odbędzie się prawdopodobnie w sądzie w Warszawie – termin przesłuchania nie jest znany, gdyż jego wyznaczenie nie leży w gestii Sądu Okręgowego w Opolu.

Następny termin rozprawy został wyznaczony 24 maja br. na godz. 12.30. Jak można było się zorientować, sprawa na pewno nie zakończy się w Opolu. Zapewne będzie apelacja przegranej strony.

Wypowiedź Herberta, której sąd nie chciał słuchać:  http://www.youtube.com/watch?v=7zNEbvYKSxI&feature=player_embedded

O sprawie Antoniego Klusika wcześniej tutaj

Autor: Grzegorz Bieniarz i Tomasz Kwiatek

Fot.: Andrzej K. Andruch

Danuta Kobyłecka (2011-04-12)

Rozdwojenie jaźni

Postrzegam zapalczywość 

Błyski w oczach zjadliwe

 

Gesty opanowane 

Usta mówiące uśmiechem,

układne

 

Mowa ciała kłamie

 

Pamięć widać ulotna

 

Ideały zmienne

Wartości – czy trwałe

 

 

    WROTA  CZASU

 

 

Wzniosłe hasła co raz śmielsze

Marzenia w rzeczywistość  przenoszone

Dalej naiwność własnych możliwości

Kiełkuje mnożąc odstępstwa eutanazja, aborcja …

Wolność źle zrozumiana

 

Jawią się pożądane wzorce

Karły oderwane od historii i wiary

Tradycja fobią nazwana

Nie przedziera się przez blichtr

Pijar liberalizmu brzmi skuteczniej

 

Już tylko śmierć otwiera oczy niedowiarkom

I tylko prawda zamyka usta cynikom

Tylko

    BÓG, HONOR, OJCZYZNA

Są zarzewiem na przyszłość

 

                          

 

Przywracanie właściwego widzenia

 

 

Tłumisz pragnienia

 

Boisz się marzyć

by nie dostrzeżono

wyjścia za poprawność

 

Przyklaskujesz z tłumem

choć czujesz inaczej

fason liberalizmu trzymasz

 

współczesnością narzucany

  

gospodarczym uzależnieniem

 

mistrzowsko nadziewany

dla bezpieczeństwa uszczęśliwianych

 

Zwyczajnie okradanych

    Danuta  Kobyłecka
Marianna (2011-04-09)

Pułkownikowi Kućmierzowi w odpowiedzi 

 Pan pułkownik Andrzej Kućmierz Dowódca Garnizonu Opole nie wyraził zgody na udział Kompanii Honorowej Wojska Polskiego podczas opolskich uroczystości I Rocznicy Katastrofy Smoleńskiej. Pomimo argumentów wskazujących, że w katastrofie tej zginęli wyżsi dowódcy wojska.

Dowódca Garnizonu Opole, płk Andrzej Kućmierz w nadesłanym do redakcji oświadczeniu stwierdza, że na wniosek lokalnych władz, czy też organizacji kombatanckich może podjąć decyzję o udziale asysty wojskowej, ale skoro w Opolu nie ma oficjalnych uroczystości, a o zgodę wystąpiła osoba prywatna, to nie można było jej udzielić.

(http://opole.gazeta.pl/opole/1,35086,9395875,Wojsko_odmowilo_PiS_udzialu_w_rocznicy_katastrofy.html)

Płk Kućmierz zauważa też, że najważniejszym powodem odmowy było to, że obchody organizuje partia polityczna. - A wojsko jest apolityczne.

Rozumiem doskonale pana pułkownika, że wszelkie uroczyste Msze odbywające się w opolskiej Katedrze bywają długawe i nudnawe... panowie pułkownicy nie przywykli do takich” ludycznych” zabobonów i zabaw... Na przedstawiane przez Radnego Miasta Opole argumenty, że w katastrofie pod Smoleńskiem zginęli dowódcy Wojska Polskiego, pan pułkownik bardzo słusznie zresztą ,daje do zrozumienia, że fakt ten ma niewielkie znaczenie... Racja!

Wystarczy przyjrzeć się naszej współczesnej armii, by wyciągnąć podobne wnioski. Pomijam tutaj rzeczy oczywiste, że Wojsko Polskie jest słabo uzbrojone, nie ma pieniędzy właściwie na nic. Poza oczywiście nowiutkimi, wypasionymi Landrowerami, które Armia zakupiła do wożenia szlachetnych panów pułkowników (ale to szczegół)

Zastanawiam się również, po co nam dowódcy, skoro Wojska Polskiego w zasadzie nie mamy?! Tragedia smoleńska jak gdyby zmaterializowała ukryte marzenia i dążenia naszych „ miłujących pokój” sąsiadów bliższych i dalszych. Ma rację pan pułkownik, że wojsko jest apolityczne! Na dowód tego przypomnieć należy, że Ministrem Obrony został nie jest jakiś generał, wyznaczony przez partię, ale rozumiejący dobrze, znawca wojska i kondycji żołnierzy (szczególnie tej psychicznej) pan Klich. Lekarz psychiatra... Takim to sposobem odpolityczniono wojsko! Wyspecjalizowano...

Ma rację pan pułkownik, że oszczędza opolanom przykrego widoku maszerujących czwórkami jeńców...Bo, jak historia i tradycja wskazuje atrybutem rycerza zawsze był PAS. Urządzano nawet uroczyste pasowanie na rycerza.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Pas_rycerski

Podczas działań wojennych, jeńcom odbierano broń i pas. Zastanawiające, kto współczesnym żołnierzom polskim odebrał pasy!? Bieda w wojsku odebrała im broń. Stała się bezużyteczna. Tak to podczas Apelu na werblach zagrają harcerze, albo inne dzieciaki. Wszak wojsko dawno pozbyło się własnej orkiestry. Mogliśmy poprosić naszych przyjaciół z Chóru Aleksandrowa, może by zaczekali i uświetnili nam uroczystości!? Zawsze to coś...

 

 

Zresztą jak wyglądały by nasze żałobne uroczystości w towarzystwie roztańczonych marżoretek? Jak miało to miejsce podczas Święta Wojska Polskiego?! Może po tym oszałamiającym sukcesie pana pułkownika, zorganizowania apolitycznego i radosnego przemarszu ulicami miasta, jeńców pod egidą panienek, nie chce pan pułkownik zepsuć w sobie tej Potęgi Smaku?! Rozumiem pana doskonale!


Doceniam więc troskę pana pułkownika Andrzeja Kućmierza.

Serdeczne Bóg zapłać!

Tadeusz Kasprowicz (2011-04-08)

DLACZEGO  POWINNIŚMY  WSPIERAĆ  ANTONIEGO  KLUSIKA

Komentując pozew sądowy Agory S.A. przeciwko Antoniemu Klusikowi, Rafał Ziemkiewicz nazwał pozwanego „prostym człowiekiem”. Obruszyło to Leszka Frelicha z opolskiej mutacji Gazety Wyborczej. Jego zdaniem, A. Klusik nie jest prostym człowiekiem, ponieważ w przeszłości był opozycjonistą, a dziś pracuje w telewizji. Był też ławnikiem.

Czy redaktor GW ma rację?
To zależy. Jeśli przez „prostego człowieka” rozumie „prostaka”, najczęściej pospolitego chama, bądź „prostaczka”, a więc kogoś, kto – w młodzieżowym slangu – „niczego nie kuma”, trzeba się z nim zgodzić. Antoni Klusik nie jest ani prostakiem, ani prostaczkiem, choć niewątpliwie wśród byłych opozycjonistów i dzisiejszych pracowników rozmaitych stacji telewizyjnych trafiają się i jedni, i drudzy. Być może, również wśród ławników. I jednych, i drugich da się też znaleźć pomiędzy redaktorami gazet.   

Frelich myli się natomiast w swym uzasadnieniu. Z jego wywodów wynika bowiem, że przeciwieństwo „prostego człowieka” – „człowiek nieprosty (złożony, skomplikowany)” – to ten, kto w przeszłości był opozycjonistą, ławnikiem, a dziś pracuje w telewizji. Lub jest Rafałem Ziemkiewiczem.
Gołym okiem widać, że to nieprawda. Nieprawda, bo istnieją ludzie nieprości, którzy ani nie byli opozycjonistami, ani ławnikami, ani nie pracują w telewizji. Nie są też Rafałem Ziemkiewiczem. Z drugiej strony – wśród byłych opozycjonistów, byłych ławników oraz dzisiejszych pracowników telewizji znajdują się również ludzie prości. W każdym razie wykluczyć tego nie można. Nie sądzę, by L. Frelich o tym nie wiedział.

Na rozmijanie się redaktora GW z logiką wskazuje jeszcze co innego. Otóż utożsamia on fakty z  biografii A. Klusika z samym Antonim Klusikiem. A przecież to byłego opozycjonistę, byłego ławnika i obecnego pracownika telewizji, a nie owe fakty, R. Ziemkiewicz nazwał „prostym człowiekiem”. Nieprosta biografia i prosta osoba, której ona dotyczy, wcale nie muszą być ze sobą sprzeczne. I na odwrót: nie muszą być sprzeczne prosta biografia i nieprosta osoba, np. Immanuel Kant.  

Obawiam się, że L. Frelich powiela tu niedobre wzory rodem z Peerelu. W tamtej rzeczywistości podobne przekłamania zdarzały się dość często. Mam na myśli „robione” biografie partyjnych ważniaków w konfrontacji z faktami. Ale ówcześni propagandyści potrafili fałszować nawet informacje o faktach. Redaktor GW chce być od nich sprytniejszy. Posługuje się więc prawdziwymi faktami, a tylko na ich podstawie formułuje fałszywy wniosek. Ba, on go tak naprawdę nie formułuje. On go jedynie sugeruje.

Pytanie, po co to robi. Myślę, że po to samo, po co propagandyści z tej gazety robią podobne, a nawet jeszcze gorsze rzeczy. Obrazowo można to ująć w następujący sposób: posługując się, jak wytrychami, słowami i pojęciami: „teoria spiskowa”, „homofobia”, „antysemityzm”, „faszyści” etc., oraz innymi narzędziami w rodzaju paralogizmów, insynuacji, stereotypów, włamują się do opinii publicznej i do świadomości poszczególnych czytelników, by je zaburzać. By Polacy, ich czytelnicy, stopniowo tracili orientację, co jest prawdziwe, a co fałszywe, co słuszne, a co nie, co leży w interesie Polski, a co w jej interesie nie leży. Tych, do których nie uda im się włamać, nawet nie usiłują przekonywać. Oni ich na łamach swej gazety po prostu piętnują. Na swój sposób postępują zresztą racjonalnie: włamywanie się i przekonywanie nie idą ze sobą w parze.

W tym sensie, jak rozumiem, Antoni Klusik nazwał środowisko tej gazety organizacją przestępczą. Jeśli tak, to trudno się z nim nie zgodzić. Trudno też nie zgodzić się z Rafałem Ziemkiewiczem. Choć nie powołuje się on na ewangelię, to właśnie w niej znaleźć możemy, w formie zalecenia, czy nakazu, najklarowniejsze określenie „prostego człowieka”: „Niech mowa wasza będzie prosta: Tak, tak. Nie, nie”.
Takim właśnie człowiekiem, człowiekiem prostej mowy, okazał się Antoni Klusik. I to jest moja odpowiedź, dlaczego powinniśmy go wspierać.

 

 -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

W najbliższy wtorek 12 kwietnia o godzinie 12 przed Opolskim Sądem  odbędzie się kolejna rozprawa w procesie wytoczonym Antoniemu Klusikowi przez AGORĘ S.A.

Serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych.

Prośmy o dary Ducha Świętego dla sędziów.

 

Krzysztof Wyszkowski (2011-04-06)

Lojalka - wspomnienia dawne i nowsze

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. ZOMO założyło mi kajdanki i zawiozło  do aresztu. Tam funkcjonariusz SB wskazał na telewizor, z którego przemawiał Jaruzelski, i zapytał, co o tym myślę. „Władza popełniła samobójstwo” – odpowiedziałem.

Mimo to, grożąc, że w wypadku odmowy pójdę do więzienia, zażądał, bym podpisał lojalkę. Zostałem internowany pod zarzutem „anarchizacji życia publicznego”.

Dnia 24 marca b.r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku zażądał, bym w programach informacyjnych TVP i TVN oświadczył, że mówiąc, iż Lech Wałęsa był agentem SB, donosił na kolegów i brał za to pieniądze powiedziałem nieprawdę i żebym go za to przepraszam. Tym razem władza nie zapytała mnie, co o tym myślę.
 

Dnia 22 lipca 1983 r., jako uciekinier z internowania, zostałem aresztowany przez SB. Funkcjonariusz groził, że jeżeli nie podpiszę lojalki pójdę na parę lat do więzienia. Odmówiłem, ale, zanim mnie zwolniono, w dzienniku TVP ogłoszono: „Wyszkowski dobrowolnie się ujawnił” i na dowód pokazano mój fałszywy dowód osobisty.

Dnia 25 marca 2011 r. , następnego dnia po ogłoszeniu wyroku SA, redaktorzy „Dziennika Bałtyckiego” wydrukowali na pierwszej stronie zdjęcie rozradowanego najsławniejszego Polaka i tytuł: „Lech Wałęsa usłyszy przeprosiny za stwierdzenie, że donosił do SB”. Tym razem bez żadnego dowodu.
 

Dnia 5 czerwca 1992 r. (w kilka godzin po obaleniu rządu Jana Olszewskiego) Klub Parlamentarny Unii Wolności złożył do Prokuratura Generalnego zawiadomienie o popełnieniu przeze mnie przestępstwa: „polegającego na tym, że w dniu 3 czerwca 1992 r. w Warszawie, biorąc udział w audycji telewizyjnej (TVP) pod tytułem „Refleks” wypowiedział fałszywe wiadomości, mogące wyrządzić poważną szkodę interesom Rzeczypospolitej Polskiej oraz poniżył naczelne organy państwa stwierdzając m.in., że prace przygotowujące koalicję, na podstawie której formowany był rząd Tadeusza Mazowieckiego, prowadzone były za wiedzą i pod kontrolą ambasady sowieckiej, a nadto, że Unia Demokratyczna jest odpowiedzialna m.in. za zezwolenie na niszczenie teczek konfidentów oraz rozkradanie majątku narodowego”.

W uzasadnieniu zacytowano takie moje wypowiedzi: „Premier Tadeusz Mazowiecki wiedział o tym, że archiwa są niszczone, nie przeciwdziałał, nie zawiadomił opinii publicznej, nie podjął żadnych kroków w tym kierunku”, „w zablokowanie odebrania majątku partii włączył się osobiście Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, bronili tego jak lwy. W skutku PZPR zachowała olbrzymie finanse, przetransferowała pieniądze z kont partyjnych /…/ Stąd powstało dzisiejsze imperium finansowe nomenklatury. Prasa polska została w ten sposób zdominowana przez postkomunistów.”, „właśnie Unia i Kongres jest odpowiedzialna za to, że przez dwa i pół roku nie zrobiła niczego w celu ujawnienia agentury, odsunięcia agentury od włądzy nad Polską. Wiecej. Zezwolono na niszczenie teczek w pierwszym okresie i na bogacenie się, na rozkradanie Polski przez cały ten okres.”

Również 5 czerwca 1992 r. Prokuratura w Krakowie podjęła śledztwo w sprawie ujawnienia przeze mnie tajemnicy państwowej w postaci odczytania w radiu TOK FM tzw. Listy Macierewicza z nazwiskami agentów z Wałęsą na czele.

Dnia 2 czerwca 1993 r. prokuratura sformułowała akt oskarżenia”: publicznie lżył naczelne organy Rzeczypospolitej Polskiej poprzez pomawianie premiera Tadeusza Mazowieckiego i Ministra Spraw Zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego o działalność agenturalną.” Proces toczył się do 2000 r., gdy został umorzony wobec usunięcia z kodeksu karnego przestępstwa „lżenia naczelnych organów”.

Choć Wałęsa przyznał się publicznie, że podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, to sąd nadal zakazuje ujawniania faktu, że był T.W. ’Bolkiem’

Dnia 25 marca 2011 r., oglądając sprawozdanie z procesu w Faktach TVN, zobaczyłem samego siebie sfilmowanego w taki sposób, że przypomniałem sobie jeszcze jedno zdanie z pisma Łuny Wolności: „Mając na uwadze szczególne zachowanie Krzysztofa Wyszkowskiego w czasie trwania audycji, jego mimikę, gesty i sposób wysławiania uważamy, że istnieją uzasadnione podejrzenia co do niepoczytalności w/w osoby i wnosimy o dopuszczenie dowodu z biegłych psychiatrów”.

Choć Wałęsa przyznał się publicznie, że podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, to sąd nadal zakazuje ujawniania faktu, że był t.w. „Bolkiem”. Tym samym lojalki wobec PRL, wymagane jako warunek pracy i kariery w strukturach państwowych i dominujących mediach, otrzymują sankcję prawną III RP. Tak musi być, bo Bronisław Komorowski podpisał lojalkę, że Jaruzelski jest patriotą, Donald Tusk podpisał lojalkę, że można budować partię polityczną z pomocą funkcjonariuszy WSI i SB, a  posłowie Platformy podpisali lojalkę, że raport MAK jest słuszny. Skoro lojalki podpisują prezydent i premier, posłowie i senatorowie, ministrowie i urzędnicy, policjanci i złodzieje, to czy można się dziwić, że również dziennikarze masowo poddają się weryfikacji przez podpisywanie lojalek, że agenturalność Wałęsy była „rzekoma” i „nie ma na nią żadnych dowodów”.

Wszystko płynie, ale w sowieckim systemie lojalek jedno pozostaje niezmienne – kto nie podpisał, ten wariat.

ze

http://www.bibula.com/?p=35693

Izabela Falzmannowa (2011-04-04)

Ariergarda i awangarda, czyli z drogi zmory i straszydła



Kiedy wiele lat temu przyznałam się lekarce w przychodni rejonowej, że karmię dziecko „na żądanie” i nie daje mu przepisanych zupek z mięsem i żółtkiem (od 3 miesiąca życia, na dowód mam książeczkę zdrowia z instrukcją) nawymyślała mi od ciemnych, wiejskich bab i straszyła sądem rodzinnym.

Dopiero, kiedy amerykańscy uczeni odkryli zdumiewający fakt, że człowiek –biologicznie rzecz biorąc- jest ssakiem, oraz, że zbyt wczesne wprowadzanie do posiłków białka zwierzęcego powoduje alergie, moda zmieniła się i osoba karmiąca dziecko wyłącznie piersią, a najlepiej nosząca je w chuście jak kiedyś folwarczna baba, albo Indianka, zaliczana jest do awangardy. Jak to napisał Lec: „ czasem ariergarda staje się awangardą”.
 Większość młodych matek tak rozsmakowała jednak w zdobyczach sił postępu, że woli ze szkodą dla dziecka korzystać z różnych mieszanek mlecznych i obiadków w słoiku.

50 lat temu rolnicy zmuszani byli siłą do kupowania i stosowania nawozów sztucznych. Opornych karano grzywnami, wyśmiewano ich ciemnotę w piosenkach ( to wszystko bez te nawozy śtucne) i w prasie. Dopiero kiedy z zachodu przyszła moda na zdrowe odżywianie się, a w ambasadzie francuskiej zaczęto na eleganckich przyjęciach, podawać pokrojoną w słupki, niedogotowaną marchewkę, młodzi, wykształceni z wielkich miast ruszyli do sklepów ze zdrową żywnością, pozostawiając żywność „śmieciową”, wysoko przetworzoną, tym niewykształconym, z małych miast i wsi, którzy zlikwidowali swoje ogródki i po zakupy jeżdżą ( jak premier Tusk ) do Biedronki.

Co gorsza producenci żywności ( nie można ich już chyba nazwać rolnikami) tak rozsmakowali w stosowaniu herbicydów, pestycydów i innych trucizn, że awangarda żywieniowa podaję sobie w największej tajemnicy ( jak telefon dobrego fryzjera, aby tam robić zakupy) adresy wiejskiej ariergardy, czyli ciemnych, brudnych wsi, gdzie nikt nie sypie proszku do mleka i nie smaruje kalafiorów (aby wybielały), płynem do prania wełny.

Taki sam los czeka niewątpliwie globalne ocieplenie, szczepionki i energetykę jądrową. Po latach okaże się ( już się okazuje), że rację miała ariergarda, która jak spóźniony biegacz na stadionie, stała się awangardą.

Tyle razy byłam umieszczana po tej gorszej stronie ( reakcjonistów, zoologicznych antykomunistów, ciemnych bab, moherowych beretów, zidiocianych dewotek), że nic już nie powinno mnie zdziwić, ani urazić.

A jednak zdołał mnie zaskoczyć Rafał Ziemkiewicz, który w ostatnim numerze „ Uważam Rze” zaciekle broni energetyki jądrowej przed jej przeciwnikami, kierującymi się – jego zdaniem- zabobonną ciemnotą.

Rafał Ziemkiewicz jest zbyt młody żeby pamiętać przymusowe lekcje dialektyki marksistowskiej oraz kursy odkryć Łysenki i Miczurina. Nikt nie zmuszał go do „zimnego wychowu” cieląt ( zdychały masowo na mrozie, niech pan zapyta starszych) i sypania ton nawozów na pole.

Zapewne nie pamięta również plakatu, na którym zetempowska para skacze nad głowami skulonych postaci, symbolizujących siły ciemnoty i reakcji, opatrzonego tekstem: „ młodość nam podaje skrzydła, z drogi zmory i straszydła”.

 ze strony:

 http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=3287&Itemid=100

 

 

ZBIGNIEW ZAŁĘSKI (2011-04-02)

Tekst ten otrzymałem od Stanisława Papieża za co niniejszym serdecznie dziękuję. Wnosi on bardzo wiele światła w toczące się coraz częściej dyskusje o tym, co właściwie się dzieje z nami, z naszym krajem, z naszym światem.  Zawiera on nie tylko diagnozę, o co nie tak trudno, ale i remedium, o co trudniej. Zaskoczeniem może być data jego powstania. Tekst ten, jest w dodatku lekturą bardzo na czasie, bo to świetne Rozważanie Wielkopostne. Szczególnie polecam jego lekturę osobom duchownym.                       

Jacek Bezeg

Chrystus Król Społeczeństw

 

ZBIGNIEW ZAŁĘSKI

 

... Rex sum ego. – ... Jam jest król (Jan XVIII, 37).

 

Nolumus hunc regnare super nos. – Nie chcemy, aby ten królował nad nami (Łk. XIX, 14).

 

Od dwóch tysięcy lat i aż do końca świata około obu tych zdań, jak gdyby wokół dwóch osi, wiruje i będzie wirować historia ludzkości. One decydują o tym: na prawo czy na lewo potoczą się dzieje rozwoju społeczeństw, od nich wreszcie zawisło tychże społeczeństw szczęście lub nieszczęście. Jakkolwiek bowiem rewolucja przeciwko Chrystusowi jest w pierwszym rzędzie wewnętrznym wrzeniem, buntem grzesznego serca przeciwko suwerennemu prawu Chrystusa, to przecież ten rokosz nie zdoła srożyć się długo w zakamarkach ludzkiego serca, lecz, wzmagając się coraz bardziej w jego głębinach, wybucha w końcu, jak wulkan, na zewnątrz, by w ogniu, łzach i krwi pogrążyć także życie publiczne. A więc łupem tej rebelii staje się nie tylko kultura, wiedza, sztuka, stosunki ekonomiczne lub społeczne, lecz i ten najwyższy przejaw życia publicznego, któremu na imię: państwo.

 

Toteż bunt przeciwko Chrystusowi albo wręcz odmawia, albo stopniowo i częściowo stara się uszczknąć z życia publicznego to uroczyście ogłoszone suwerenne prawo królewskie, które Chrystus obwieścił słowy: "Dana mi jest wszelka władza na ziemi i na niebie".

 

A przecież Chrystus już w zamierzchłej dali czasów był uznany za przyszłego Króla. Sięgnijmy tylko pamięcią do dni proroków Izraela, a zobaczymy w ich wieszczych wizjach szerzącą się, jak płomień, wiarę w tę prawdę, na której ognistą pieczęć swej zgody położyć miał później Nowy Testament i pamięci mnogich pokoleń przekazać raz ostatni natchnionymi usty proroka z Patmos, wieszczącymi mocno a dosadnie, że Chrystus jest "Panem nad pany i Królem nad królami".

 

Ale duch wybujałego indywidualizmu już od zarania XV wieku coraz gęstszym mrokiem zasnuwał tę prawdę, że Chrystus jest Królem najwyższym, biorącym w swoje władanie nie tylko każdą poszczególną jednostkę i wewnętrzny, niewidzialny świat sumień ludzkich, ale zarazem, że jest również Królem, rozciągającym swe panowanie nad moralnym i prawnym życiem człowieka we wszystkich jego zewnętrznych przejawach i stosunkach. A więc, że jest Królem – Prawodawcą rodzin, państw i narodów, słowem Królem całej ludzkiej społeczności.

 

Jeszcze lękano się wprawdzie wyłamać jawnie spod berła Chrystusa, lecz niedługo już przyszło czekać na to, jak za stopniowym przyćmiewaniem tej prawdy, że Chrystus jest Królem Najwyższym, nastąpiło otwarte jej zaprzeczenie. W jego zaś tropy wnet pośpieszyło coraz uporczywsze głoszenie tego fatalnego hasła, coraz zawziętsze wcielanie w zasadę czynną i słowną tego nieszczęsnego frazesu, że religia – to rzecz prywatna, innymi słowy, że Chrystus nie ma głosu w życiu publicznym, a to zarówno w urabianiu opinii i moralności publicznej, jak w ustawodawstwie, w sprawowaniu najwyższej władzy państwowej i we wzajemnych między narodami stosunkach.

 

Ilekroć tedy taki moment dziejowy nadejdzie, w którym jasny blask prawdy objawionej zaczyna jakby przygasać i ciemnieć pod wichrowym pędem nowych, przeobrażających ludzkość idej, ilekroć zatem taka doba historyczna zawita, w której błędny światopogląd coraz chciwiej wysuwa swe zachłanne macki, by zdobyć rząd dusz tak poszczególnych osób, jak całych warstw społecznych, wówczas obowiązkiem Kościoła, jako twierdzy i filara prawdy, jest zwrócić uwagę ludzkości ku owym niezmiennym, niepożytym prawdom, które Pan Bóg objawił, a Kościół, jako skarb drogocenny, przechował.

 

Stało się to właśnie w pamiętnym dniu sylwestrowym 1925 roku, gdy Namiestnik Chrystusowy, po dziękczynnym zakończeniu miłościwego lata, wplótł do barwnego wieńca urzędowych świąt całego Kościoła nową uroczystość: Chrystusa jako Króla społeczeństw. Ogłoszenie zaś tego święta było właściwie ostatnim ogniwem, spajającym w organiczną całość długi łańcuch enuncjacyj papieskich, wydanych w pierwszym ćwierćwieczu bieżącego stulecia.

 

Badając myśl przewodnią tego w ostatnich swych przyczynach niezmiernej doniosłości i wagi papieskiego rozporządzenia, przychodzimy do wniosku, że, chcąc ogarnąć jego rdzenną treść i wydobyć zeń na jaw pewien sens ogólny, musimy się przenieść w dziedzinę historycznego rozwoju społeczeństw.

 

Kto zna dokładniej kierownicze czynniki twórczego rozwoju państwa i historii cywilizacji chrześcijańskiego średniowiecza, ten snadnie dojrzy, iż był czas, gdy życie publiczne usiłowano – przynajmniej w przybliżeniu – urządzić podług nauki Kościoła. Założony przez Chrystusa Kościół, rozlewając się szeroką falą po całej Europie i wywierając swój wpływ wychowawczy na ówczesne jej ludy, stopniowo nadawał coraz większe znaczenie tej prawdzie, że Chrystus na mocy suwerennego, królewskiego swego prawa, włada wszystkimi państwami. Pierwszą, wielką koncepcją urządzenia państwa według myśli Bożej była monarchia frankońska Karola Wielkiego, której oddanie pod berło Chrystusa odbyło się w uroczystość Bożego Narodzenia 800 roku, gdy Leon III w bazylice świętego Piotra namaścił Karola Wielkiego na chrześcijańskiego, rzymskiego cesarza. Z tą chwilą w dziejach ludzkości począł się nowy okres kulturalny: epoka chrześcijańsko-germańskiej kultury, w której, jak powiedział Leon XIII, mądrość ewangeliczna rządziła państwami. Najbardziej chyba znamiennym tego przykładem może być panowanie świętego Ludwika, który talentem nie dorównuje wprawdzie innym genialnym, samolubnym zdobywcom, ale był kochającym ojcem swych poddanych i na kształt dobroczyńcy społeczeństwa urzeczywistnił cel państwa: dobrobyt i wewnętrzny porządek społeczny. Toteż słusznie pisze o nim Wallon, że Francja stanęła wtedy na takiej wyżynie społecznego rozwoju, jaki rzadko kiedy osiągnęła i, mimo szczególnych nieszczęść, w polityce zewnętrznej i wewnętrznej takiego szczęścia i poważania doznawała, jak może nigdy ani przedtem, ani potem.

 

Uniwersytet paryski właśnie za jego panowania wysunął się na czoło całego, współczesnego świata naukowego; wraz ze swym spowiednikiem rzucił podwaliny Sorbony; architektura za jego czasów osiągnęła punkt szczytowy swego rozkwitu; instytucja rycerska za jego panowania wzniosła się ostatecznie do niedosiężnych już potem wyżyn; bez światoburczych planów zapewnił bezpieczeństwo krajowi. Podobnym był inny święty koronowany, święty Henryk cesarz, którego rządy były dla jego poddanych źródłem prawdziwego szczęścia, albo odnoszący świetne nad Maurami zwycięstwo święty Ferdynand, który był równie wielkim prawodawcą, jak dbałym o rozwój kraju opiekunem.

 

Ale w tych średnich wiekach ogólnie też panowało przekonanie, że szczęście w życiu publicznym osiąga się tylko przez wytrwałe posłuszeństwo ustawom Chrystusowym. Póki władcy uważali sobie za zaszczyt patrzeć na siebie, według słów św. Bernarda (Ep. 92), jako na lenników Bożych, póty znaczenie głowy państwa jaśniało blaskiem religijnej świętości, a posłuch dla jego rozkazów uważano za służbę samemu Bogu. Toteż średniowieczny poeta mógł śpiewać panującemu: "Cierniową koronę nosił cierpiący za nas Jezus... tronem był Mu krzyż... Cesarzu, schyl czoło przed Nim, który tak ciebie wywyższył. Chrześcijańską nosisz koronę, lecz w dobrobycie nie zapominaj nigdy o Najwyższym Panu, Bogu twoim" (Hagen, Minnesinger II, k. 229).

 

Wtedy również na wzrost władzy papieskiej spoglądano jako na wynik społecznej władzy Chrystusa, gdy idea chrześcijańskiego, rzymskiego cesarstwa wykluła się z tego katolickiego zapatrywania, żeby obok papieża, jako przedstawiciela władzy duchowej, i z nim w wewnętrznej harmonii cesarz kierował ziemskim dobrobytem ludzkiej społeczności i wzajemnym sojuszem związanych ludów – obaj w zależności od wspólnego źródła – autorytetu: zwierzchności prawnej Chrystusa. Nie chciano przez to w erze chrześcijańskiej stwarzać teokratycznej formy państwa, jaką miało w Starym Testamencie królestwo ludu wybranego; ani nie żywiono pragnienia, by świecką władzę podporządkować zupełnie papiestwu, lub też ją bezpośrednio i wprost wywodzić od Chrystusa w tym znaczeniu, jak i papiestwo; chciano po prostu wprowadzić w życie narodów to słuszne i na prawdzie wsparte przekonanie, że Chrystus jest Królem Najwyższym; że Jego prawo musi przeniknąć wszelkie przejawy życia ziemskiego, więc nie tylko życie religijne, lecz i świecką kulturę, zatem ustrój państwowy i prawny, ustawodawstwo i wymiar sprawiedliwości.

 

Znamy błędy średniowiecza; wiemy, że często ze wzniosłością teorii nie szła w parze praktyka; lecz niechby nowoczesna historiografia sprawiedliwszym i przedmiotowszym sądem darzyła wielkie dzieła tych znakomitych władców, niechby spostrzegła też jasne strony średniowiecza i nie podług kryterium nowoczesnej doktryny państwowej, według powodzeń nie uznającej moralności dyplomacji, czy też według prawa pięści dzieliła palmę historii.

 

Z poglądami chrześcijańskiego średniowiecza począł zrywać renesans. Nawrotem do prawa rzymskiego i staropogańskiej kultury zaraził przedstawicieli władzy absolutystyczną, niezależną od religii i moralności ideą państwową, ganioną już także przez Arystotelesa i Cycerona. Entuzjazm zaś humanistów dla literatury pogańskiej podciął do reszty te korzenie kulturalne, które już tak głęboko tkwiły w glebie Chrystusowej. Wszakże Hugo Grotius i Machiavelli pływali po tych samych wodach, na których Bluntschli i Hegel rozwinęli żagle wszechpotęgi państwa. Bo na czymże polegał błąd renesansu? Oto na tym, że z literatury klasycznej i prawa rzymskiego powinien był przejąć renesans tylko korzyści formalne, tj. piękno pierwszej i precyzję drugiego, lecz treść tych dwóch dziedzin trzeba było poprawić, a błędne naleciałości zgoła z nich wyrugować! Tymczasem co zrobił renesans? Oto do tego stopnia wywyższył człowieka, że prawie w cień usunął Chrystusa, Boga-Człowieka, przez którego właśnie stał się człowiek "boskim". Wiary w Chrystusa z serc ludzkich wprawdzie jeszcze nie wyrwał, ale za to przeciął już praktyczne węzły z Chrystusem człowieka łączące.

 

A tymczasem na to zupełne z Chrystusem zerwanie w świecie się zanosiło. Co gorsza, że ta choroba, którą niósł z sobą renesans, poczęła się rozchodzić od czoła ludzkości, od narodów, które kroczyły na czele kultury, od narodów, które wzrosły na gruncie chrześcijańskiej cywilizacji i właśnie w chwili, gdy się nasyciły i wybujały, opuściły źródło, z którego dotychczas tak obficie czerpały.

 

I przyszedł czas, że te fatalne skutki, którym już od swego zarania torował drogę renesans, stały się rzeczywistością w tym ogromnym przełomie religijnym, któremu na imię: reformacja. Boć przecie ona, a zwłaszcza subiektywizm Lutra, robiący człowieka autonomiczną normą religijnych dociekań, dalej teoria, "sola fides", wyzuwająca wiarę z czynnej miłości, – wszystko to przyłożyło ostrze do korzeni chrześcijańskiego, społecznego ładu, a na koniec, dozwalając władcom nie krępować się praktycznie żadnymi więzami, reformacja wznieciła zarzewie politycznych i społecznych przewrotów, z których po dzień dzisiejszy nie może świat się wyleczyć. Wewnętrzne pokrewieństwo między reformacją a rewolucją już dzisiaj historycy i socjolodzy protestanccy najwyraźniej uznają i z trwogą je wyznają.

 

Proces życiowych przemian, zapoczątkowany przez renesans, a pogłębiony przez reformację, śmiało postępował ciągle naprzód. Rewolucja francuska już okrzyknęła detronizację Boga, a od tej chwili nie tylko prawnicy tworzyli niezależne od Boga i Chrystusa teorie państwowe, lecz i socjalizm powstały w ślad za gospodarczymi przemianami czasów nowożytnych, stanął od razu na gruncie niewiary i przeczenia praw i zasad Chrystusa. Wszakże pełen wabnego pochlebstwa frazes, któremu na imię: "majestat ludu" był niczym innym, jak tylko zasadniczym wszczęciem buntu przeciw Chrystusowi-Królowi, był fałszywym przywłaszczeniem praw należnych władcy przez krnąbrnego poddanego, który wieścił teraz o sobie samym, że "dana mu jest wszelka władza".

 

Czasy zatem nowożytne: od renesansu aż do dnia dzisiejszego, pod wpływem wybujałych, nowoczesnych idej, nadały zwrot życiu publicznemu: stworzyły bezwyznaniowe w swej istocie państwo, które już nie wykonywało Bożego, co do świata, planu, ani też nie zapewniało swym obywatelom ziemskiego, na moralnych zasadach wspartego dobrobytu, lecz stało się niezależnym od wszelkiej, wyższej władzy, samolubnym Molochem, otwierającym paszczę, wiecznie chciwą żeru. Na takich błędnych podstawach i majaczeniach pragnęły czasy nowożytne zbudować bez Chrystusa przyszły ustrój społeczny.

 

Pomieszały prawo z przemocą, a oboje wyzuły z więzów moralności. By zaś jej czujny a natrętny stróż nie naprzykrzał im się w przyszłości, coraz się bardziej od Kościoła oddalały.

 

Ale ten rozłam pomiędzy państwem a Kościołem, rozłam, który jaskrawo wystąpił w jawnym zerwaniu z Chrystusowymi prawami rzymskiego Kościoła i w samym rozdziale Kościoła od państwa, w końcowym wyniku wyzwolił z pęt takie siły, które ruszyły z posad ten kamień węgielny, na którym się wspierał światowy porządek społeczny. Małżeństwo zeświecczało i zostało wyrwane z kręgu praw należnych do ustawodawstwa Chrystusa, przez to zaś rozluźniły się węzły rodzinne i obyczajność zdziczała. Stanowiło to po prostu naturalny skutek protestantyzmu, który, zaprzeczywszy małżeństwu sakramentalnego, przez Chrystusa ustanowionego charakteru i odmówiwszy mu nadto nierozerwalności, zbuntował tym samym przeciw zwierzchności prawnej Chrystusa społeczność najdawniejszą, najsilniejszą, najdoskonalszą i najpiękniejszą ze wszystkich, będącą tym "świętym warsztatem, w którym od góry do dołu cały porządek społeczny wypracowuje się i kształci, utrzymuje i naprawia".

 

Papieże widzą moralne bankructwo europejskiego życia społecznego i pochylnię rewolucji socjalnej, po której stacza się w przepaść oderwany od Chrystusa świat nowoczesny. Już na dziesiątki lat przed wybuchem wielkiego przesilenia społeczno-gospodarczego, Leon XIII, papież socjalny, przestrzegał świat, że tylko przez uznanie praw i ustaw Chrystusowych zdoła ludzkość przebić te czarne chmury, za którymi niepewna jej przyszłość się kryje. Czyż było to czym innym, jak tylko proroczym ostrzeżeniem, podobnym do tej przestrogi mesjańskiego psalmu, w którym właśnie królestwo Chrystusowe jest tak wzniośle odmalowane: "Stanęli wespół królowie, i książęta zeszli się gromadnie przeciw Panu i przeciw Chrystusowi jego; potargajmy związki ich i zrzućmy z siebie ich jarzmo".

 

Ale bunt przeciw Chrystusowi-Królowi w ostatecznym wyniku skończy się przegraną wrogów. Pan ich pokruszy (Psalm 2). Nie mówi, że On sam będzie ich karał. Zresztą to nie jest konieczne. Zdruzgoczą ich własne spory, niezgody i waśnie. Finałem bowiem akcji zapoczątkowanej przez renesans i protestantyzm będzie zmurszenie Europy i obrócenie jej się w kupę gruzu.

 

Bo oto współczesna, niewierząca, kulturalna ludzkość uchyla się spod jarzma Chrystusa, kanonizuje samolubstwo, a w imię postępu ogłasza egoizm. A przecież społeczeństwo, które samolubstwem się karmi, kopie pod sobą własny swój grób. Egoizm bowiem działa, jak dynamit: rozsadza społeczność ludzką i zabija wszelki dobrobyt obywatelski. Rozkłada poszczególnych członków społeczeństwa na okrutnych samolubów, wszczyna zaciekłe walki klasowe, wywołuje masowe rzezie i niszczy wszelką kulturę. Daremnie rewolucja socjalna zarzuca ustrojowi kapitalistycznemu tłumny mord ludzi w wojnie światowej i daremnie znów ustrój kapitalistyczny wskazuje na okrucieństwa bolszewizmu i jeszcze straszliwsze jego rzezie masowe – oboje ożywiał ten sam duch. Społeczeństwo bowiem od Chrystusa oderwane, bez względu na system i ustrój, w jakim się znajdzie, będzie zawsze przepojone do głębi egoizmem.

 

Były i są jeszcze takie ograniczone umysły, które oskarżają chrześcijaństwo, że ono jest przyczyną upadku, jeśli zaś nie składają odpowiedzialności na karb chrześcijaństwa, to szydzą z jego nieudolności, że ono, jako religia miłości, nie zdołało przeszkodzić okropnościom wojny. Ci krótkowzroczni apostołowie nowej doby nie spostrzegają, że wszystkie swe publiczne, społeczne i międzynarodowe nieszczęścia Europa zawdzięcza właśnie temu, że przez czterysta lat pracowała usilnie w tym kierunku, by zdetronizować Chrystusa na całej linii społecznego życia.

 

Toteż Chrystus jest dzisiaj Królem-Prześladowanym. Jest Królem-Wygnańcem z parlamentów, z międzynarodowych konferencyj, ze stosunków dyplomatycznych. Nic więc dziwnego, że prowadzona bez Niego polityka światowa i walka o reformy społeczne skończyła się jedna i druga walną, ogólną przegraną. Wszakże to w tym czasie ludzkość stanęła w płomieniach wojny światowej, gdy w roku 1914 już nie było ani jednego państwa na kuli ziemskiej, w którym by podług zasad katolickich, podług ustaw Chrystusa, regulowano życie publiczne. Kapitalizm i imperializm, wodzące na pasku szare masy, zarówno jak i socjalizm, wszystkie te kierunki w wewnętrznej swej istocie wyznawały poganizm i były urągowiskiem nauk Chrystusowych. We wszystkich dziedzinach życia publicznego nie znano świadomie praw Chrystusowych, lub też po prostu przeciw nim powstawano, lub wreszcie Mu ich zaprzeczano. Prasa w 95% była w liberalnych, socjalistycznych, wolnomularskich, materialistycznych rękach żydowskich. Szkolnictwo w większości państw zaledwie tolerowało katolicyzm, albo już nawet zgoła nie tolerowało, a w każdym razie ograniczało wszędzie prawa Kościoła i paraliżowało jego zbawcze wpływy, powierzając katedry liberalnym, niewierzącym nauczycielom i profesorom. W fabrykach, warsztatach, bankach i w ogóle w życiu gospodarczym już dawno nie znano ustawy Chrystusowej: "Oddaj Bogu, co jest Bożego, a człowiekowi, co jest człowieczego". Ogniskami współczesnego, społecznego życia i jego prądów duchowych są stolice. Gdyby zestawić o nich dane statystyczne, wyszłoby na jaw, że wielkie środowiska miejskie, a nie tylko stołeczne, żyły bez Boga. Niedziela dla tłumów ludności oznaczała dzień wolny od pracy, tj. dzień rozrywki. Ale po co wyszczególniamy przyczynki ogromnego przestępstwa, kiedy to da się streścić krótko w jednym zdaniu: Europa zdetronizowała Chrystusa w życiu publicznym. Najjaskrawszym i urzędowym zerwaniem z Chrystusem był rozdział Kościoła od państwa. Ta "defectio gentium" już stała się w wielu wypadkach faktem, albo dąży ku niemu. Tutaj więc bezwarunkowo musiał się spełnić 9 wiersz proroczego psalmu: "Jak naczynie z gliny pokruszysz je".

 

Po tych ogromnych wstrząsach, jakie przeszedł świat w czasach ostatnich, wytężono wszystkie siły, by drogą najróżniejszych kombinacyj politycznych utrwalić na świecie pokój powszechny z usilnym wyłączeniem Chrystusa-Króla i dopominającej się o Jego prawa dyplomacji watykańskiej. Ale również i ten eksperyment pokojowy skończy się jego twórców przegraną. Dominus irridebit eos. "Pan szydzić z nich będzie" (Ps. 2, 4). I oto już oderwane od Chrystusa narody, rządy i społeczeństwa, przyklaskujące zasadzie "majestatu ludu", po tych rozlicznych międzynarodowych sojuszach i konferencjach pokojowych, boleśnie wykrzykują: Non est pax! Nie masz pokoju! Jak gdyby dosłownie spełniała się przestroga Jeremiasza: "I leczyli ranę córki ludu mego z lekkością, mówiąc: «Pokój, pokój!» a nie było pokoju!" (Jer. 6, 14).

 

A jak tego pokoju wszyscy potrzebują! Nie tylko jednostka, ale cała społeczność – utyskuje na smutne następstwa szerzącego się zła. Nie tylko jednostka, lecz rodzina – a więc podstawa społeczeństwa potrzebuje ratunku. I ni jedna, ni druga nie znajdzie dla się lekarstwa, jak tylko u swego twórcy i słońca, u swej mocy i życia, u Boga.

 

Na tym potężnym heliopolskim obelisku, który u zarania dynastii Chrystusowej widział Piotra umierającego na krzyżu za państwo Wielkiego Króla i był świadkiem płonących krwawo żywych pochodni w cyrku Nerona, tam już od wieków spoczywa talizman szczęścia narodów zaklęty w napisie ze złotych liter, że: Christus vincit, Christus regnat, Christus imperat! Tak! tam, w płonącym sercu Romy tkwi punkt Archimedesa pokoju światowego. Ale tylko wtedy, gdy zbuntowane, zrewoltowane, nowoczesne pogaństwo skapituluje przed Chrystusem Królem i zegnie kolana na ten punkt Archimedesa. Pokój: ale tylko Chrystusowy pokój; on zaś nie wykwitnie indziej, jak tylko w Chrystusowym królestwie. (1)

 

Nap. Zbigniew Załęski – Warszawa

 

–––––––––––

 

 

Artykuł z czasopisma: "Przegląd Katolicki". Pismo tygodniowe poświęcone sprawom religijnym, kulturalnym i społecznym. Rok 72 (1934), ss. 655-657. (Redaktor Ks. Dr Józef Zawidzki P. S. M.).

(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

Marcin Keler (2011-04-01)
Metody i efekty zniemczania Opolszczyzny. Dla każdego coś dobrego
 
W lutym, w holu Urzędu Marszałkowskiego w Opolu, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Niemców na Śląsku Opolskim przez dwa tygodnie prezentowało wystawę poświęconą 20-leciu swojej działalności. Wystawa została przygotowana dzięki dotacji polskiego MSWiA oraz Konsulatu Niemiec w Opolu. Na wystawie pokazany został dorobek Mniejszości Niemieckiej (MN) na niwie kulturalnej, oświatowej oraz na płaszczyźnie politycznej – chociaż ta dziedzina nie jest celem statutowym TSKN.

Uderzające było zestawienie liczb. Spośród 153-tysięcznej grupy Niemców (liczba z ostatniego spisu ludności), do TSKN należy aż 52 tysiące członków (płacących składki). Zgrupowani są w 327 Niemieckich Kołach Przyjaźni – tzw. DFK ( Deutscher Freundschaftskreis). Koła DFK liczą przeciętnie od 100 do 150 osób. Skojarzenie z dawnymi kołami przyjaźni polsko-radzieckiej rodzi się automatycznie. Przynależność do takich kół najczęściej była interesowna. W ramach ich działalności można było liczyć na atrakcyjne wycieczki i ciekawe spotkania. Z natury człowiek lgnie do grup zorganizowanych, gdzie ktoś coś da za darmo, poprowadzi za rękę… Dlatego w podopolskich małych miasteczkach i wioskach nie brakuje osób chętnych do włączenia się w prace kół. DFK cieszą się największym zainteresowaniem wśród osób nieaktywnych zawodowo – emerytów, dzieci i młodzieży. Wypełniają skutecznie lukę po dawnych kołach gospodyń wiejskich i wiejskich domach kultury. Szefami terenowych kół najczęściej są albo ludzie starsi, albo 30-latkowie, którzy w praktyce poznali język niemiecki pracując u sąsiadów za miedzą. Mieszkańcy należący do większości narodowych – czyt.: Polacy, z zazdrością spoglądają na aktywność środowisk mniejszości. Zapraszani wspaniałomyślnie na różne występy, festyny, zatracają „czujność” i wspólnie biesiadują przy piwnych stołach, np. na popularnych festynach z okazji Dnia Ojca, które odbywa się na wiejskich boiskach w czerwcu. Od samego początku działalność DFK jest oczkiem w głowie prominentnych działaczy MN. Bowiem to stąd rekrutują się przyszli aktywiści. Sprawnie prowadzeni, realizować będą dalekosiężne plany niemieckie – wszczepiania mieszkańcom tych terenów niemieckiej tożsamości. Do tego potrzeba lat. Ale skoro państwo polskie nie przeszkadza, a nawet sprzyja, germanizacja tych terenów jest tylko kwestią czasu.

Metody procesu zniemczania są proste. Począwszy od przedszkola, poprzez wszystkie szczeble edukacji szkolnej, aż po akademicką włącznie, należy w sposób atrakcyjny oferować naukę języka niemieckiego. Następnie należy gromadzić dzieci i młodzież wokół zabaw, pokazów, konkursów i wspólnych projektów. Kolejnym etapem są wyjazdy integracyjne do zaprzyjaźnionych miejscowości w Niemczech. Żeby zdobyć sympatię „większości”, szefowie MN rozszerzyli swoją aktywność o sprawy kresowe. Np. w lutym br. TSKN zorganizowało zbiórkę pomocy dla Polaków na Ukrainie. W ramach tej wspaniałomyślnej akcji do Lwowa i Stanisławowa powędrowało 1,5 tony polskich podręczników, komputery i słodycze. Ta wzruszająca akcja nie mogła nie wywołać wdzięczności zamieszkujących Opolszczyznę kresowiaków. Po 20 latach konsekwentnej pracy środowisk niemieckich efekty widać na każdym polu. Poziom przygotowania uczniów w tegorocznym Wojewódzkim Konkursie Języka Niemieckiego dla szkół podstawowych powalił komisję na kolana. Spośród 86 uczestników konkursu, prawie połowa (42) została laureatami, przekraczając 85% możliwych do zdobycia punktów. Od finalistów wymagano wiedzy o Niemczech i Śląsku. Na pytanie o wymagania na konkursie, jeden z uczestników powiedział: „pytano nas m.in. o znajomość niemieckich sportowców oraz o znajomość niemieckich nazw miejscowości na Śląsku Opolskim”. Oczywistym jest, że nauka języka jest tylko narzędziem w procesie „wtapiania się” w kulturę i historię niemiecką. Wysoki poziom konkursu, zapał i ambicje młodzieży – to efekt pracy dobrze opłacanych nauczycieli języka niemieckiego. To oni stymulują aktywność uczniów, zachęcając ich do udziału w szkolnych projektach „międzynarodowych”, do prowadzenia korespondencji ze swoimi rówieśnikami w Niemczech. Nie trzeba ich zresztą zbytnio namawiać. Pokolenie obecnych nastolatków stale odwiedza swoich kuzynów w Niemczech i wie, że opłaca się znać niemiecki. Łatwiej wtedy wybrać się na dyskotekę, posiedzieć przy niemieckiej telewizji.

Dla uczniów mniej zdolnych i leniwych do nauki języków obcych znalazła się także oferta. W szkole zawodowej w Dobrzeniu Wielkim pod Opolem realizuje się specjalny program nauczania polegający na równoczesnym poznawaniu fachowych pojęć w języku polskim i niemieckim. Instrukcje obsługi maszyn, opis urządzeń, przepisy kulinarne itp. uczeń poznaje jednocześnie w obu językach. Dzięki temu za parę lat nie będzie miał problemów podejmując pracę w Niemczech…

Również student przyznający się do „niemieckości” nie jest pozostawiony bez opieki. Od 2003 r. wśród opolskiej młodzieży akademickiej działa Związek Niemieckich Studentów (VDH). Tworzy on swego rodzaju związek korporacyjny na wzór przedwojennych organizacji. Tylko że krzewi nie polskie tradycje żakowskie, lecz tradycje niemieckie. Spotkania odbywają się w całości w języku niemieckim. Na spotkaniach obowiązuje odświętny strój – suknie wieczorowe dla pań i garnitury dla panów. Kandydaci do związku muszą terminować co najmniej jeden rok. W tym czasie terminator, zwany „Fuksem” zgłębia różne dziedziny wiedzy. Poza zwyczajami i regułami związku zapoznaje się z elementami socjologii i polityki. Każdy semestr kończy się hucznymi obchodami, zwanymi „Kneipe”. Śpiewa się tylko po niemiecku…

Wszystko to dzieje się w Opolu pod okiem obojętnych nauczycieli akademickich i kolegów-Polaków. Skoro etap zniemczania dotarł już do studentów, wkrótce zasilą oni rynki pracy – nie tylko rynek opolski. Obejmą stanowiska kierownicze w firmach z niemieckim właścicielem. Prawdopodobnie już wkrótce, stojąc pod drzwiami szefa, usłyszymy słowa: „Warten, bitte!” (proszę czekać). Obawy nie są wydumane, bo coraz częściej w publicznych miejscach „obowiązuje” język niemiecki, np. w sklepie, stojąc w kolejce słyszę gładką wymianę zdań między ekspedientką a klientem. Aż głupio odezwać się potem po polsku…

Niedawno, na stronach „Nowej Trybuny Opolskiej” ukazało się ciekawe ogłoszenie skierowane do młodych Polaków przed 30-stką, biegle posługujących się językiem niemieckim: „Niemiecki Bundestag zaprasza absolwentów wyższych uczelni na międzynarodowe stypendium…”. Program oferty ma charakter polityczny i jest bardzo atrakcyjny. Obejmuje m.in. wprowadzenie do pracy niemieckiego parlamentu, seminaria w fundacjach politycznych oraz praktykę w biurach deputowanych do Bundestagu. Bezpłatny dojazd i zakwaterowanie, pokrycie kosztów ubezpieczenia oraz stypendium – stanowią nie lada pokusę dla biednego, bezrobotnego absolwenta polskich uczelni. Będzie to szansa na jego „rozwój”. Pytanie tylko, o jaki rozwój tu chodzi? Państwo niemieckie nie łoży po to, by stracić, lecz po to – by zyskać. Wyłapuje zdolnych i ambitnych Polaków głównie ze Śląska Opolskiego. Bo to w tym rejonie młodzież najlepiej włada językiem niemieckim. Na swoim terenie państwo niemieckie będzie formować postawy polityczne polskim stypendystom. Nie łudźmy się, że będą to postawy propolskie.

 

http://www.aspektpolski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=4175&Itemid=135

 

Małgorzata Pabis (2011-03-31)
Wybrała Boga ponad wszystko
Nasz Dziennik, 2011-03-28
 

Po kilkumiesięcznej chorobie w izraelskiej klinice zmarła 23-letnia Alina Milan, chrześcijanka, którą już dziś nazywa się współczesną męczennicą za wiarę. Młoda Rosjanka straciła życie, gdyż odmówiła zrzeczenia się swojej wiary na rzecz judaizmu bądź ateizmu. Gdyby zaparła się chrześcijaństwa, uzyskałaby obywatelstwo izraelskie i tym samym tamtejsi lekarze przeprowadziliby operację, która miała uratować jej życie.

Kilka miesięcy temu Alina Milan, 23-letnia studentka, zapadła na poważną chorobę. Po badaniach okazało się, że dziewczynę uratować może jedynie przeszczep wątroby, ale takich operacji w Rosji się nie wykonuje. Jak opowiada cytowana przez portal Prawda.ru matka Aliny, stan córki pogorszył się do tego stopnia, że zaczęła grozić jej śmierć. Wtedy to w Tel Awiwie, w jednym z najnowocześniejszych szpitali na świecie, pojawiła się szansa na przeszczep. 11 listopada 2010 r. kobiety były na miejscu. Wyniknęły jednak problemy z finansowaniem leczenia oraz samej operacji.

Okazało się, że ze względu na swoje pochodzenie - ojciec dziewczyny był Żydem, babcia obywatelką Izraela - Alina mogła starać się o obywatelstwo izraelskie, co umożliwiłoby jej bezpłatne przeprowadzenie operacji. Ale zgodnie z prawem obywatelem Izraela może być albo żyd, albo ateista i tertium non datur. Alina stanęła więc przed dylematem: określić się jako ateistka lub żydówka i skorzystać z szansy na operację albo pozostać wierną Chrystusowi i zaakceptować śmiertelne konsekwencje takiego wyboru.
Zwróciła się wówczas do o. Aleksandra Naruszewa, dzięki któremu na forum cerkwi św. Serafina z Sarowa w Kuncewie, dzielnicy Moskwy, możemy dziś poznać historię jej trudnej drogi. Kapłan tak opisuje moment, kiedy odwiedził ją w tamtejszym szpitalu: "Kiedy wszedłem do jej sali, ujrzałem młodą, wychudzoną istotę, ledwo przypominającą 22-letnią dziewczynę. Ale jej spojrzenie było jasne, zaskakująco stanowcze i zdecydowane. "My już podjęłyśmy decyzję z mamą" - powiedziała na mój widok. "Nie zdejmę krzyża i nie wyrzeknę się wiary. (...) Bóg nas nie opuści. Będziemy szukać sponsorów"". Ojciec Aleksander zwrócił wtedy uwagę, że przecież zostało jej już mało czasu, na co ona odparła: "Przede mną wieczność".
Wielu ludzi włączyło się w akcję zbierania pieniędzy na operację, jednak nie udało się zgromadzić koniecznych 300 tys. dolarów. Dziewczyna do końca pozostała wierna Chrystusowi, więc nie przyznano jej prawa do nieodpłatnego wykonania przeszczepu. Przez kilka miesięcy leżała podłączona do respiratora w klinice w Tel Awiwie. Jak zauważył jeden z izraelskich lekarzy, do ostatniego dnia była w pełni świadoma.
Zmarła w nocy 14 marca w izraelskim szpitalu. Na wspomnianym forum internetowym w listopadzie ub. r. (http://www.stserafim.ru/forum/index.php/topic,93.0.html) Rosjanka zamieściła przepiękne świadectwo:
"Mam przed sobą dokument izraelskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, (...) gdzie jest napisane: "Przyjmuję obywatelstwo/prawo/religię kraju". Tylko podpisz. Powiedzcie mi jednak: Czy mam wybór? Najważniejszy wybór to nie ten na papierze, ale w duszy... A w niej ufność Bogu jest silniejsza aniżeli jakiekolwiek dokumenty, prawa, państwa, straszne diagnozy, czas! I nawet w najtrudniejszych chwilach nie opuszcza mnie poczucie, że sam Bóg trzyma mnie za rękę. Decyzja jakiegokolwiek lekarza dotycząca przeprowadzenia operacji, niezależnie od kraju, niesie ze sobą ryzyko, więc każdy dzień i tak może być ostatnim... Jedyny wybór - jakiego dokonałam już dawno i który nie jest związany z obywatelstwem - to wybór wiary w Boga i bezgranicznej wdzięczności za to, co jest mi sądzone (...)".

 

Małgorzata Pabis

ze strony

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=110896