Jacek Bezeg (2011-06-06)
Na marginesie Ustawy jest Antoni

 

Z jednej strony nie powinienem się dziwić, bo ilość absurdów z jakimi spotykam się na co dzień jest całkiem niemała i stale rośnie. A jednak. A jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że to co oglądam, i co słyszę wymyślił ktoś bardzo, bardzo nowoczesny, no wręcz awangardowy.
Bo z jednej strony padają wzniosłe i wielkie słowa "Ustawa" i "osoby poszkodowane w walce o niepodległy byt Państwa Polskiego". Z drugiej, przeciwko starszemu, schorowanemu człowiekowi "stawa" jak powiadają prawnicy, urzędnik reprezentujący to już niepodległe Państwo Polskie, i to w randze prokuratora, i targuje się. Wolny, niezawisły i niepodległy pan prokurator targuje się z facetem, który za tą jego niezawisłość i niepodległość odcierpiał sbeckie przesłuchania, inwigilowania, wizyty nad ranem, a nawet roczny pobyt w "ośrodku odosobnienia" i po nim ładnych parę lat życia bez nadziei na normalną pracę, uczciwe zarobki. Za swobody prokuratora i paru innych osób cierpiał nie tylko on, ale i jego żona, dzieci. I oto teraz spotykają się, beneficjent i ten drugi, który dopiero chciałby beneficjentem zostać. Ten pierwszy, który wie ile teraz się płaci za miesiąc pomyłkowego aresztowania, proponuje temu drugiemu, półtora tysiąca za każdy miesiąc spędzony na rozmyślaniach "Co to z nami będzie? Czy czapa? Czy Syberia? A może tylko zleją i wypuszczą?".
Na szczęście jest między nimi sędzia i ten wycenia weterana na wyższą kwotę.
Niestety, zasady gry, nerwy i pech powodują, że los zadrwił z niego. Stało się tak, że człowiek, który dwa lata temu poruszył sumienie sędziego na tyle, iż ten napisał do Trybunału Konstytucyjnego zapytanie skutkujące zmianą niesprawiedliwej ustawy sam na tej zmianie nie skorzystał. Zapadł wyrok przyznający zadośćuczynienie w tej wysokości w jakiej mógł je otrzymać już dwa lata temu.
Gdyby z tej historii zrobić reportaż to nie byłby on za bardzo zachęcający do starań o "niepodległy byt Państwa Polskiego". I słusznie, wszak powiadają nam "autorytety", że "takie klimaty" już wyszły z mody.

Na szczęście nie wszyscy o tym wiedzą.

Mirosław Dakowski (2011-05-29)

Potrójne Tsunami a Trzecia Fala

 

Mirosław Dakowski, 28 maja 2011

 

FALE

 

            Pierwsza fala uderzyła w nas wraz z „twardymi regułami stany wojennego”, na początku 1982 roku.

            Wcześniej skutecznie broniliśmy Polski przed inwazją przodującej radzieckiej energetyki jądrowej.

            Pod osłoną stanu wojennego frakcja pro-sowiecka we władzach PRL-u wcisnęła nam decyzje o kilku elektrowniach jądrowych na terenie Polski. Opartych o sowieckie WWER- 213. Inwestycję w Żarnowcu budowano, inne lokalizacje przygotowywano.

            Po 89-tym udało się trochę zajrzeć w „bebechy” tych reaktorów. Trochę, bo plany szczegółowe były dalej w Leningradzie (zdaje się), towarzysze dosyłali je w trakcie budowy. Ale w Państwowej Agencji Atomistyki powołano t.zw. „komisję Wierusza”. Byłem jej członkiem. Istnieje jej Raport. Z ułamkowych danych oceniliśmy, że WWER-213 jest około trzy razy bardziej materiało-chłonny oraz trzy razy bardziej energo-chłonny od zachodnich odpowiedników (PWR - Pressurised Water Reactor). Jest też o trzy rzędy wielkości (przeszło tysiąc razy) bardziej podatny na pożary i inne „drobne awarie”. Całe miasteczka i wsie w okolicy Wejherowa powstały z ciężkiego, specjalnie dla celów jądrowych, betonu przeznaczonego na Żarnowiec. Ośmio-metrowej grubości fundamenty pod reaktory okazały się mieć głębokie  pęknięcia, a te szczeliny dyrekcja kazała zalewać ciastem cementowym: „toć ci staruszkowie z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu się nie zorientują”. Takich historyjek było wiele. Wtedy rząd wstrzymał jednak dalszą budowę Żarnowca.

 

            Druga fala uderzyła w Polskę niedługo potem. Francja (Framatome, poprzednik obecnej Ariva) i Belgia (Tractabel) usiłowały nam sprzedać swe, już wtedy niechodliwe w Europie Zachodniej produkty, PWR-y.

            Skończyło się na obietnicach, prowizjach i innych postaciach jurgieltu (to Jahr Geld !). Są podobno kłopoty z ich spłaceniem. A nie były to pożyczki.

 

            Ostatnio uderzyła trzecia fala komiwojażerów. Daniel S. Lipman (wice-prezes) z Westinghouse, Prezydent Francji Nicolas Sarkozy, wyduszają od tutejszych kacyków  zobowiązania i obietnice budowy. W końcu maja (2011) z podobnym naciskiem zwraca się do rządzących Polską prezydent USA Barack Hussein Obama.

 

SEJM „niezawisłych”

 

            A 13-go maja nastąpił czarny piątek: Sejm pospiesznie przyjął „Prawo Atomowe”, naprędce zmodyfikowane tak, by umożliwiło przyspieszenie budowy EJ w Polsce. Przeciw był jeden poseł: prof. Jan Szyszko, dwie osoby z PiS się wstrzymały. Pewna pani poseł pytana potem przez wstrząśniętego wyborcę, jak to było możliwe, zupełnie nie wiedziała, „o które głosowanie chodzi. Tyle mamy tych głosowań”. Inni posłowie, z różnych partii, z którymi koledzy utrzymują kontakty, też nie dawali zbornych wyjaśnień. Ta straszna jednomyślność (czy oni myślą? lub łagodniej - o czym?) dotyczyła wszystkich partii i niezależnych posłów otrzymujących pobory i diety poselskie. 

Oto urywki z niedawnej dyskusji mail’owej z jednym z posłów:

Szanowny Panie Pośle!

Zauważyliśmy z przerażeniem, że 13 maja WSZYSCY posłowie, m.in. PiS (poza posłem SZYSZKO i dwiema osobami wstrzymującymi się) głosowali za prawem atomowym ułatwiającym budowę w Polsce elektrowni jądrowych.

Jestem fizykiem rozszczepienia, a mówiłem z byłym ministrem skarbu Krzysztofem Jasińskim DWA TYGODNIE przed tą datą. Przedstawiałem powiązania propagandzistów EJ z Informacją Wojskową i GRU. Mamy dowody. Oraz argumenty przeciw EJ. Te ostatnie są na mojej stronie: www.Dakowski.pl   Minister solennie obiecał przedstawić Prezesowi.

 Kto WAM doradza, na Boga??

 Liczę na poważną odpowiedź, bo to zakrawa na ZDRADĘ GŁÓWNĄ

MD

 PS. : Czy polski sejm się odrodzi?  A może Pan spowoduje uczciwą debatę na temat: czy warto wydawać 100 -180 miliardów złotych na technologie przestarzałe i cudze?

 Polecam, poza sobą, prof. Bojarskiego i prof. Mielczarskiego z Łodzi.  

[Pytanie o los Sejmu jest nawiązaniem do zaproszenia na dyskusję pt. Czy polski Naród się odrodzi? md]

 

A oto odpowiedź posła: ...Mieliśmy się wstrzymać w glosowaniu. Nie wiem dlaczego w ściągawce do głosowań było za. Wśród wielu posłów po głosowaniu nastąpiła konsternacja. Osobiście ubolewam nad tym glosowaniem

[wytłuszczenia moje MD]

 

            Zasadne są pytania:

 

- Kto im tak przemożnie doradza. Kto personalni w „ściądze” głosowań zmienił „wstrzymać się” na TAK ?

- Czy wyciągnięto z tej „pomyłki” jakieś wnioski? Jakie?

- Jakie argumenty przekonały posłów z wszystkich opcji?

- Po co nam kosztowne kampanie wyborcze, jeszcze bardziej kosztowne „kreowanie celebrytów”? By stwarzać pozory demokracji? Niech możni lobbyści sami naciskają guziki decyzji, po co zatrudniać biologiczne maszynki do głosowania?

 

HUCPA - powrót Trzeciej Fali

 

            W 1991-szym na świecie działało ok. 436 reaktorów, teraz działa ok. 425-ciu. Ściślej - tyle jest podłączone do sieci, bo część jest  w permanentnych remontach. Katastrofa w Fukushima zniszczyła sześć reaktorów, po czym, a właściwie na skutek czego Kanclerz Niemiec Angela Merkel nakazała natychmiastowe wyłączenie w Niemczech siedmiu najstarszych reaktorów.

 

Raczej nie świadczy to o renesansie energetyki jądrowej, lecz o jej katastrofalnym zastoju i niekonkurencyjności.

 

            A propagandyści w Polsce szaleją: w TV na tle wybuchających reaktorów w Fukushima  1 mówią z nieprawdopodobną pewnością siebie (hucpa), że to „najbezpieczniejsze, najtańsze i ekologiczne” technologie.

Jakieś, zdaje się, Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów Energetyki Nuklearnej i ministerstwo Gospodarki wysyłają autobus z propagandą pro-jądrową na kosztowny Tour de Pologne. Organizują wielkie konferencje propagandowe ( np. 19 maja 2011 w Gdańsku) .

Za nasze, podatnika pieniądze

 

ŻADNEJ DEBATY MERYTORYCZNEJ NA TEMAT ENERGETYKI, W TYM JĄDROWEJ, W POLSCE NIE MA. Jest usilnie blokowana.

 

            A tymczasem wiele reaktorów budowanych obecnie na Dalekim Wschodzie (Chiny, Tajwan, Indonezja, Filipiny) musi być przeprojektowanych, bo są budowane w krajach silnie sejsmicznych na plażach, tak jak Fukushima jeden i dwa. Projektanci, jak generałowie, uczą się dopiero na swych klęskach.

O ukrywanych kosztach EJ oraz kosztach tych zmian napiszę osobno.

 

            Musimy tę trzecią falę propagandowego nacisku odeprzeć - tak, jak dwie poprzednie.

            Sytuacji odpowiada dawne hasło UPR-u:

TAMCI chcą naszego dobra a MY mamy go już tak mało...

 

Potrójne Tsunami

 

Trzecie FALA Propagandy zbiegła się w czasie z dwiema ważnymi datami:

 

I.                    XXV-lecie katastrofy w Czarnobylu i 25 lat stałych kłamstw (Tsunami kłamstw Czarnobylskich) na temat „niewielkich skutków zdrowotnych tej awarii”.

II.                 Oraz z 11 marca 2011 (Tsunami Japońskie) - wielkich katastrof jądrowych w Japonii, z których Fukushima Dai-ichi jest najgroźniejsza, bo jeszcze nie widać (piszę w końcu maja 2011) technicznych perspektyw ustabilizowania czterech gotujących się, zniszczonych reaktorów, ani wszystkich magazynów wypalonego paliwa (bo wszystkie zostały zburzone lub ciężko uszkodzone !!) umieszczonych w Fukushima 1. W nich zaś są ogromne ilości wyższych izotopów Plutonu, miliony razy bardziej aktywne alfa, niż Pu239.

 

Oliwa sprawiedliwa a moralność uwarunkowana

 

            Doradzono mi: Jeśli może nie jest oczywiste, że prawo do dyskusji o ichtiologii mają głównie ryby, to jest pewne, że dyskusję o stanie profesury powinien zacząć profesor. Więc z bólem – zaczynam.

            Po kilku moich wystąpieniach publicznych, w których zreferowałem oceny ilości śmiertelnych ofiar Czarnobyla, w instytutach jądrowych w Świerku (są chyba dwa?) podniosły się głosy oburzenia, jak śmiem o tym mówić publicznie. Koledzy, moi od dziesięcioleci sojusznicy polityczni, skarżyli się niedawno wspólnym znajomym: „Jak on może takie rzeczy otwarcie mówić, przecież my u tamtych pracujemy”. Cóż, przypomniałbym im, gdyby podobne żale wyrazili mi w oczy, radę Piłsudskiego: „Pieniądze brać, ale nie kwitować”. Tylko udziału w zorganizowanym kłamstwie bym nie zalecał. Oliwa sprawiedliwa, mówią dzieci. W Świerku pozatem dożywają swoich dni moi liczni koledzy sprzed lat czterdziestu. Rozumiem ich, bo uzupełnienie nędznej, profesorskiej czy doktorskiej emeryturki o (też dość nędzną!) pensję w instytucie jest kuszące. Ale grzanie krzesła profesorskiego, czy fotela dyrektorskiego do czegoś jednak zobowiązuje. Jeśli już praca badawcza, twórcza, jest utrudniona tak ze względów biologicznych, jak i ciągłego „braku funduszy”, to należy jednak w ramach uczciwości zawodowej, choć śledzić krytycznie literaturę przedmiotu. Wygląda jednak, że niektóre osoby posiadające nazwiska w nauce, lub choćby tytuły profesorskie, a związane z energetyką jądrową, kontentują się przeglądaniem literatury propagandowej rozdawanej przez struktury finansowe, usiłujące wcisnąć Polsce „paciorki”. Mniej dziwię się dyrektorom i innym celebrytom mającym dostęp do unijnych (itp.) funduszy (czy marzącym o...). Pozycja przy cycku określa sposób myślenia, rzekłby ich guru - Marx.

Ale naukowcy?

             „Oburzeni” kontentują się cytowaniem pu­blikacji IAEA i WHO (np. "Forum Czarnobylskie", 2005), w której prawdę o katastrofie strasznie wypaczo­no. Tak co do metod, jak i wniosków. Można to stwierdzić po szczegółowej analizie. Np. szkodliwość jest wyliczana na podstawie ogrom­nej liczby założeń i uproszczeń. Praca ta (i podobne) oparta jest o niepewne współczynniki (większość jeszcze sprzed siedmiu dziesięcioleci – określone po Hiroshima i Nagasaki) i różne założenia (ile człowiek, obiekt wyliczeń, wypił mleka, jak długo był na powietrzu itp).

W tego typu tendencyjnych raportach, szczególnie z MAEA w Wiedniu, twierdzi się,  że „nie znaleziono wystarczających dowodów na więcej, niż kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych” promieniowania po Czarnobylu. Reszta - to przesada, lub „radiofobia”, czyli organiczne skutki strachu, plotek i legend. Jak ci „naukawcy” tłumaczą, że takie same objawy (wg. nich – radiofobii) – mają zające, szczury, czy żaby - nie wiem.

Jest oczywiste co robi uczony w sytuacji tak znaczących rozpiętości danych. Zapoznaje się z metodyką i wynikami wszystkich prac i wyciąga wnioski logiczne. Podobnie powinien postąpić naukowiec, jeśli pretenduje do miana uczonego. A rola i zadania naukawca są poza tą dyskusją. To taki, co grzeje krzesło i załatwia sobie stanowiska służbowe oraz dotacje - wykonując posłusznie wszelkie dyrektywy.

Jeśli po wyjściu ze studia TV, gdzie przez parę minut wymienialiśmy poglądy (sprzeczne, a bez możliwości weryfikacji) na temat KOSZTÓW Energetyki Jądrowej i ilości ofiar Czarnobyla, mój rozmówca (prof. JJ) mówi zdenerwowany, że ON ma większy (dłuższy?) Indeks (może Parametr? nie pamiętam) Hirscha niż ja, to przypomina to rozmówki chłopaków po kąpieli w rzece. Ale takie rozmówki po przekroczeniu 16-go roku  życia zwykle ustają.

Jeśli okazuje się jednak, iż tenże pan profesor, propagator EJ, nie wie, że stojący w Świerku reaktor MARIA ma zwierciadło GRAFITOWE, to już jest groźne:

Dla laików: Zwierciadło neutronowe zawraca neutrony do środka, do rdzenia reaktora, w ten sposób podtrzymując reakcję lawinową. Jeśli to zwierciadło jest zbudowane z wody lub ciężkiej wody (D2O), to w razie utraty pomp i chłodzenia, neutrony uciekają na zewnątrz i reakcja lawinowa jest tym samym hamowana, niezależnie od pozycji prętów awaryjnych. Gdy jednak zwierciadło jest zbudowane z ciał stałych, w tym wypadku z berylu i grafitu, to zawraca ono neutrony dalej! To było przyczyną katastrofy w Anglii w Windscale (i m.inn. dlatego od pół wieku nie używa się grafitu jako zwierciadeł). Takie zwierciadło spowodowało też potworne skutki Czarnobyla.

Cytuję za popularnym, dostępnym dla każdego w wikipedii,  opisem reaktora Maria: W spowalnianiu neutronów uczestniczą także bloki berylowe otoczone blokami grafitowymi, pełniącymi rolę reflektora. Pomiędzy blokami berylowymi znajdują się kanały paliwowe, służące do wprowadzania zestawów paliwowych

            Obrońcy EJ „ze Świerka” wypadałoby wiedzieć o tej właściwości konstrukcyjnej reaktora MARIA. Bo jest straszna.

 Jak też o „mini-Czarnobylu” z 1978 roku. Wtedy na tym reaktorze (MARIA) przeprowadzono „doświadczenie” z odcięciem  wody chłodzącej pręta paliwowego, a osoba odpowiedzialna zleciła wykonanie technikowi i  - wyjechała sobie do domu. Sprawę skażenia sterowni reaktora i okolicy utajniono na lata, a jak widać- na dziesięciolecia.

Cyryl jak Cyryl - ale te metody..

            Należy powtórzyć zapoznaną prawdę: Najważniejsza w nauce jest metoda krytycznego podchodzenia do zagadnień, do wszystkich wyników i metod, którymi te wyniki uzyskano.

Firma związana z IAEA kiedyś podała do wierzenia, w raporcie Chernobyl Legacy opublikowanym razem z WHO, dane zupełnie niewiarygodne na temat śmiertelności i chorób po-czarnobylskich (por. wyżej).

W latach 1986-89 (jako „podziemie jądrowe”) i w latach 1990-92 (Komisja d/s Żarnowca i Czarnobyla  w Państwowej Agencji Atomistyki) próbowaliśmy użyć metody bezpośredniej: Porównania zachorowań i śmiertelności dużych populacji, o podobnym poziomie biedy, higieny i nawyków żywnościowych, a różniących się jedynie stopniem napromieniowania „z Czarnobyla”. W obu tych okresach okazało się to dla nas (fizyków i lekarzy w Polsce) niewykonalne: Dostępu do takich danych broniły „służby” radzieckie, tutejsze, potem też ukraińskie i białoruskie.

Ucieszyłem się więc, gdy okazało się, że takie badania przeprowadzono wreszcie w Rosji. Biolog i ekolog, profesor Aleksiej W. Jabłokow wraz z profesorem Wasilijem Nesterenko z Mińska, byłym dyrektorem In­stytutu Energetyki Jądrowej, po wielu badaniach szczegółowych, opublikowali w wielu językach książkę będącą podsumowaniem rozległych badań statystycznych (na podstawie setek publikacji) na terenach Rosji, Ukrainy i Białorusi.

            Przed rokiem czy dwoma, eksperci pracujący dla Greenpeace też opublikowali obszerne i rozważne podsumowanie badań na podstawie publikacji zwykle niedostępnych czy trudno dostępnych na Zachodzie.

Powtarzam więc:

            Propagandyści w Polsce obie te fundamentalne pozycje zupełnie przemilczeli. Żadnych analiz krytycznych, porównań z innymi danymi. Takie przemilczanie niegodne jest uczonego. Niemożliwe jest też dla naukowca. Ludzi tak zachowujących się z pełną odpowiedzialnością za słowa możemy zakwalifikować jako „naukawców” czy propagandzistów.

A jeśli niektórzy z nich przyklejają sobie zupełnie im nienależne tytuły „profesora” (jedynie na podstawie tego, że dostali podwyżkę pensji w instytucie, który nie ma nawet praw do przyjętych na uczelniach nazw, t.zw.  „profesora uczelni”), to sytuacja staje się groteskowa.

 

ZGONY

            Podsumuję trzy źródła danych o licznych zgonach po Czarnobylu.

I.                     Badania porównawcze (prof. Jabłokow i inni) wskazują, że śmiertelność na terenach silnie skażonych (najpierw 131J, potem 134Cs, 137 Cs, Sr, ciągle też promieniowanie alfa różnych ciężkich izotopów Plutonu) przewyższa o 4% śmiertelność na analogicznych pod innymi względami terenach nieskażonych (próbka odniesienia).

Daje to ok. 1 000 000 nadliczbowych śmierci.

II.                   Badania martwych urodzeń i poronień na terenach skażonych – dalsze kilkaset tysięcy- jak uważa nie­miecki badacz H. Scherb. Nie znaleźliśmy danych statystycznych dotyczących spędzeń płodu, czyli celowego uśmiercenia ludzi nienarodzonych. Lekarze szacują te ofiary na kolejne kilkaset tysięcy.

III.                Wokół Czarnobyla w 1986 i 87 roku zmuszono do przenoszenia i zakopywania wysoko-skażonych materiałów (co samo w sobie było i jest absurdem) ponad 600 tysięcy młodych ludzi (rekruci, wojsko, wojska wewnętrzne), którzy w większości nie mieli dozymetrów indywidualnych. Rozkazem „władz” sowieckich zabroniono wpisywania do ich książeczek zdrowia informacji o pracy w Czarnobylu i o otrzymanych dawkach (jeśli takie dane były). Organizacje takich ludzi, zjednoczone po latach, gdy terror władz zmalał, w grupie „LIKWIDATORY”, oceniły śmiertelność w pierwszych dwudziestu latach po katastrofie na 20 % tej populacji, czyli na ok. 120 tysięcy ludzi.

 

            Dane te ( i podobne) nie doczekały się źródłowego i krytycznego opracowania ze strony Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu.

Gdy więc ktoś z Państwa zobaczy w telewizorze Autoryteta czy Celebrytę, mówiących, że na skutek Czarnobyla zginęło „32” lub „kilkadziesiąt” osób, po wysłuchaniu steku nieprawdziwych, a wyświechtanych sloganów o „bezpieczeństwie EJ”, wygłaszanych na tle zdjęć wybuchających reaktorów Fukushima Dai-ichi, będzie mógł zasadnie zadać sparafrazowane pytanie, jakie zadał w TVN porażony bezczelnością rozmówcy prof. Władysław Mielczarski (energetyk)

 

„A któż ci to, ciemniaku i łobuzie, profesurę nadał ??”

I „prawo” do drwienia z męczarni ludzi? I ze zdrowego rozsądku Polaków?

ze strony:

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=3558&Itemid=44
Marianna (2011-05-25)

Prawda o arcybiskupie Życińskim

 

Jako Wierna Kościoła Katolickiego w Polsce, pragnę odnieść się do Oświadczenia Prezydium Episkopatu Polski.

Autorzy oświadczenia odnosząc się do wypowiedzi pana Brauna piszą:

W sposobie oceny postawy kościelnej i społecznej zmarłego pasterza zostały nie tylko podeptane normy chrześcijańskiej miłości, ale i ludzkiej uczciwości oraz obowiązującego każdego człowieka szacunku wobec tych, którzy odeszli”

Czcigodni Biskupi,czy normy chrześcijańskiej miłości wykluczają Prawdę?! Uczciwość każe zachować nam w pamięci postawę i słowa zmarłego. Za każdym z nas idą czyny, a nie piękne, pośmiertne laudacje. Czy zgadzają się Czcigodni Biskupi z wypowiedzią abp. Życińskiego?


To przerażająca wizja katolickiego kraju, w którym straszy się, że kilkanaście milionów Polaków chodzi w stanie grzechu ciężkiego, bo oddali głos nie taki, jak ktoś sobie życzył. W tym głosie wyraża się nasz głos sumienia. Grzeszą ci, którzy powtarzają absurdalne historyjki.


Jak powinniśmy zachować się usłyszawszy tak niesprawiedliwe słowa? Szyderstwa wobec naszej”przerażającej katolickiej” Ojczyzny i Wiary, której zmarły przysięgał bronić? Dobrotliwie ignorować, w imię przywołanej „chrześcijańskiej miłości”?! Zapomnieć, przebaczyć bez okazania najmniejszej skruchy wypowiadającego tak niegodziwe słowa? Czy zachowanie arcybiskupa było wobec nas sprawiedliwe i uczciwe?

Czy abp. Życiński wyrażał się z szacunkiem należnym bliźnim, wobec wielkiej rzeszy słuchaczy rozgłośni Radia Maryja?


Styl Radia Maryja jest zaprzeczeniem chrześcijańskiej odpowiedzialności za słowo - powiedział wczoraj abp. Józef Życiński. Stwierdził, że rozumie krytykę, jaką pod adresem stacji wyraził Lech Wałęsa

Czy wypada biskupowi zarzucać ludziom często prawym, modlącym się za Kapłanów, Kościół i Ojczyznę zarzucać zło i nieodpowiedzialność? Czym ci ludzie zasłużyli sobie na taką pogardę ze strony hierarchy?!

Czcigodni Biskupi piszą:



Episkopat wskazuje, że "posunięto się do oszczerstwa, które obciąża przede wszystkim sumienie mówiącego, ale także tych, którzy zgadzają się na tego typu wypowiedzi, a nawet je nagłaśniają".


Z Katechizmu Kościoła Katolickiego


KKK 2477 Poszanowanie dobrego imienia osób zabrania jakiegokolwiek niesprawiedliwego czynu lub słowa, które mogłyby wyrządzić im krzywdę (Por. KPK, kan. 220). Staje się winnym:

 

 

oszczerstwa kto przez wypowiedzi sprzeczne z prawdą szkodzi dobremu imieniu innych i daje okazję do fałszywych sądów na ich temat.


KKK 2479 Obmowa i oszczerstwo niszczą dobre imię i cześć bliźniego. Cześć jest świadectwem społecznym składanym godności człowieka i każdy ma naturalne prawo do czci, do dobrego imienia i do szacunku. Tak więc obmowa i oszczerstwo naruszają cnoty sprawiedliwości i miłości.


Konfrontując częste wypowiedzi abp. Życińskiego z ich oceną dokonaną przez pana Brauna, proszę wskazać gdzie pan Braun posunął się do oszczerstw wobec zmarłego?

Owszem, słowa te zaliczyć można do niegrzecznych, nierozważnych lecz z całą pewnością nie do kłamliwych...

Wydaje się, że abp. Życiński często zajmował stanowisko jawnie heretyckie w świetle Wiary i bywał nielojalny względem swoich Wiernych.

Przykro mi, ale nie mogę solidaryzować się z Administratorem Diecezji jak i Rektorem KULu. Choćby ze względu na Pamięć przywoływanego tutaj Jana Pawła II .

W swej pierwszej encyklice Redemptor hominis (1979) Jan Paweł II zacytował słowa Chrystusa „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Następnie dodał: „W słowach tych zawiera się podstawowe wymaganie i przestroga zarazem. Jest to wymaganie rzetelnego stosunku do prawdy jako warunek prawdziwej wolności.

Czcigodni Biskupi, nigdy nie będziemy wolni bez poznania Prawdy! Uważam, że Wy, Kapłani powinniście rozumieć to najdoskonalej.

Czcigodnemu Rektorowi KUL mówiącemu

"Przepraszajmy dobrego Boga za nieodpowiedzialne i oburzające słowa, które padły pod adresem jego wiernego sługi"

Pragnę przypomnieć, że Msze ekspiacyjne odprawiane są w przypadkach bluźnierstwa i profanacji. Wydaje się, że słowa pana Brauna nie dotyczyły obrazy Boga lecz człowieka? Były gorzkim podsumowaniem jego postawy i działalności. Zastanawiam się , czy Kapłani nie zatracili już Istoty Mszy świętej? Kogo pragniecie przebłagać? Boga, czy redaktorów z ulicy Czerskiej w Warszawie?

Jeżeli Boga samego, powinniście Mszę przebłagalną odprawić po haniebnej wypowiedzi abp. Życińskiego dotyczącej Komunii świętej:


W sprawach liturgicznych - zauważa w radiowej audycji abp. Życiński. - Sądzę że nie należy się gorszyć. W sprawach chorób, zagrożenia infekcją, wszyscy mogą być autorytetami, jeśli troszczą się o należyte zasady higieny. A są one identyczne dla osób świeckich i duchownych. ( Mowa o sanepidzie)


Metropolita lubelski zwrócił uwagę m.in. na to, że przyjmowanie komunii św. z tego samego kielicha, praktykowane np. podczas ślubów, może stanowić ryzyko infekcji. - W tych przypadkach apel środowisk medycznych, by przyjmować Komunię św. przez zanurzenie hostii w winie, a nie przez podawanie kielicha, uważam za uzasadnione. Uzasadnione byłoby również przyjmowanie Komunii św. na rękę. W tedy jest mniejsze ryzyko przenoszenia wirusów za pośrednictwem śliny - podkreślił abp. Życiński.


Mówiąc wprost: Spożywanie Ciała Pańskiego bywa niebezpieczne dla zdrowia...

Gdzieście byli Szanowni Biskupi, kiedy nas maluczkich gorszono? Obrażano Boga? Drwiono sobie z naszej pobożności? I nie robił tego pan Braun.

Przypomina mi się cytat z Pisma świętego, wydaje się, że świetnie pasuje do aktualnej sytuacji:


Kto gardzi Prawem, chwali grzesznika

Kto strzeże Prawa, jemu przeciwny.( ks. przysłow 28-4)



Polecam Was Czcigodni Biskupi Miłosiernemu Bogu i Jego Matce, Opiekunce Kapłanów.


Grzegorz Bieniarz (2011-05-16)

 „Zjawisk fizycznych i myślenia logicznego nie da się oszukać” – z profesorem Zdzisławem Śloderbachem*, pracownikiem naukowym Politechniki Opolskiej na temat przyczyn „katastrofy smoleńskiej” rozmawia Grzegorz Bieniarz

 

Według ekspertów duraluminiowy kadłub powinien rozpaść się na kilka części i powyginać a nie rozerwać się na tak drobne kawałki, na podstawie analizy zdjęć stwierdzono, że części te nie są zgniecione, pogruchotane czy zrolowane a po prostu rozerwane. Co więc spowodowało taki rodzaj zniszczeń?

Z nauki o wytrzymałości materiałów, którą wykładam na Politechnice Opolskiej, i którą zajmuję się zawodowo oraz z historii wielu innych podobnych katastrof, chociażby tej z 22 marca 2010 r. pod moskiewskim lotniskiem Domodiedowo – http://niepoprawni.pl/grafika/katastrofa-rosyjskiego-tu-204 (tam samolot w podobnych warunkach i o podobnych parametrach techniczno-konstrukcyjnych tylko popękał w kilku miejscach, nikt nie zginął byli tylko ranni) nic nie wskazuje, aby przy takim locie koszącym jaki wykonywał polski samolot z prezydentem, mógł on się rozpaść na tak drobne części. Przy zetknięciu z mokrą ziemią – podłożem mokrym, gliniastym, błotnistym (takie opisy gruntu znamy choćby z relacji reportera operatora TVP Sławomira Wiśniewskiego), który mówił, że ugrzązł w błocie i nie mógł szybko uciekać, czy wręcz się w nim zablokował. To wskazuje tylko na jedno: że musiała być inna przyczyna takiej destrukcji samolotu aniżeli zetknięcie samolotu z ziemią przy locie koszącym. Taką przyczynę, którą konsultowałem z innymi profesorami, tylko spowodować mogła „nietypowa, niekonwencjonalna” eksplozja. Wszystko wskazuje, że mogła to być eksplozja ładunku tzw. termobarycznego. Inni to nazywają bombą próżniową, eksplozją wolumetryczną, a jeszcze inni – bombą paliwową. Takie skutki rozczłonkowania kadłuba samolotu mogła spowodować tylko energia wywołana przez „specjalny” ładunek wybuchowy, a nie zetkniecie z grząską błotnistą ziemią, porośniętą rzadkim laskiem (samosiewnym młodnikiem) i jedną trochę grubszą brzozą.

Prof. Dakowski twierdzi, że taki rozpad jest sprzeczny ze znaną z mechaniki wytrzymałością materiału kadłuba

Tutaj więc zgadzam się z Profesorem M. Dakowskim. Dodam jeszcze, że za wyjątkiem skrzydeł, kształt samolotu przedstawia duże cygaro. Jest to w mechanice albo geometrii kształt zwany – obłym, to znaczy, że taki kształt powoduje, że samolot mógł ocierać się stycznie o drzewa, chyba, że trafiłby dziobem (kokpitem) prosto w środek jakiegoś potężnego drzewa (takich tam nie było) i wtedy ten przód powinien być zmiażdżony. Ale nic nie świadczy, że kabina pilotów została zmiażdżona (wg świadków i zdjęć, kokpit samolotu owszem częściowo zdeformowany był widziany wraz z przypiętymi wewnątrz pilotami, nawigatorem i technikiem pokładowym oraz piątą osobą, którą był prawdopodobnie minister Kazana lub generał Błasiak – co zostało ostatnio raczej wykluczone). Taki kadłub ociera się (stycznie obija) o drzewa, a nie odbija od nich i jest jak długie cygaro (prześlizguje się między drzewami ocierając o nie) i oczywiście skrzydła przy tym koszą drobne drzewa. Więc tutaj profesor M. Dakowski ma zupełną rację. Poza tym nie jest to samolot wykonany z tektury czy z cienkich deseczek, że przy zderzeniu z takim podłożem mógłby się tak rozpaść. Ta rozpaść mógł się tylko samolot wykonany z tektury albo z cienkiego suchego drewna lub kruchego plastiku. Kadłub tych samolotów jest wykonany z duraluminiowej blachy o grubości przeważnie7,5 mm, który nie jest jednolity – on jest wzmacniany poprzecznymi popręgami i wzdłużnicami. To jest, jeżeli chodzi o konstrukcję, tzw. „zamknięta konstrukcja zbrojona i umacniana wzmocnieniami”. Poza tym to wszystko jest wzmacniane dodatkowymi wzajemnie wiążącymi się elementami podłogi, siedzeń, grodziami przedziałów bagażowych, salonek itp. Więc takie zniszczenie nie wskazuje absolutnie na efekt zejścia lotem koszącym, zetknięcia z ziemią i następnie ślizgania się po niej, rolowania i zgniatania się aż do zatrzymania – takich uszkodzeń ten samolot nie prezentuje. To są uszkodzenia innego rodzaju – on się rozpadł na drobne kawałki. Taki rozpad jest możliwy tylko przy eksplozji „specjalnego nietypowego, niekonwencjonalnego  ładunku wybuchowego”.

Wersja oficjalna głosi (wersja MAK), że samolot uderzył w ziemię w pozycji odwróconej o 180°, a odwrócenie wynikało z utraty części lewego skrzydła w wyniku kolizji z brzozą o średnicy 30-40 cm?

I znowu następna fizycznie niemożliwie sytuacja. Przecież ten samolot z ludźmi na pokładzie –ich było prawie stu, niech każdy średnio waży po 70 kg, czyli z bagażami dochodzi ok. 10 ton wagi lub więcej oraz paliwo. To przy wadze pustego samolotu – 80 ton, wychodzi nam łącznie waga ok. 100 ton. Przy prędkości minimum 270 km/ha według wersji, że przy 100 mnad poziomem tego jaru pilot dał sygnał PULL UP – odchodzimy na drugi krąg, pilot zwiększył ciąg –samolot poszedł troszeczkę do góry, wtedy zahaczył o drzewo, przy jeszcze zwiększonej prędkości (może ~ 300km/h). Czyli przy prędkości rzędu ok.300 km/h razy masa – prawie 100 ton to wychodzi ile wynosił pęd. I teraz, żeby ten samolot obrócić, to trzeba mieć potężną silę żeby mógł on wykonać obrót wokół swej osi czyli wykonać półbeczkę – czyli należałoby użyć potężnego momentu krętu, który taką masę obróci o 180°. Więc obrazowo potrzeba by co najmniej kilkanaście takich brzóz lub więcej, żeby coś takiego mogło nastąpić. Załóżmy więc teoretycznie, ale tylko po to żeby zbić fałszywe argumenty, że samolot byłby w stanie się obrócić – chociaż zaznaczam, że fizycznie było to niemożliwe – ale żeby jeszcze tym dowodem obalić te mylne teorie. Otóż góra kadłuba jest słabsza, i owszem wtedy nastąpiłaby być może śmierć tych wszystkich ludzi, kiedy samolot trąc tą górą o ziemię – nastąpiłoby zrolowanie i zgniecenie i ścięcie tych ludzi. Ale cały dół kadłuba, ten bagażowy, na którym czasami samolot ląduje awaryjnie – na brzuchu, jest przecież silniejszy i dużo bardziej wzmocniony. Oglądamy czasami na różnych relacjach i filmach z rzeczywistych katastrof, kiedy samoloty lądują na brzuchu, trąc podłożem o ziemię, pas lotniska lądują i nic się nie dzieje, dopóki nie wystąpi zapalenie się paliwa i jego wybuch. Kiedy się nie zapali to jest wszystko w jako takim „porządku”. Owszem część pasażerów doznaje obrażeń, może kilku umiera ale nie wszyscy jednocześnie!!! Tutaj natomiast wielkiego słupa ognia i dymu nie było i potężnego wybuchu także (tylko takie „plaśnięcie” – charakterystyczne dla eksplozji wolumetrycznej). Eksplozje te charakteryzuje stosunkowo mały huk, mały ogień i bardzo duże zniszczenia większe niż przy wcześniej stosowanych ładunkach. Ten samolot się nie zapalił i nie spalił, paliwo też nie wybuchło (wg świadków wszystkie rzeczy były ubrudzone ziemią i paliwem) w sensie takim jak to zwykle bywa, tylko został rozerwany. Cały więc ten dół samolotu (wzmocniony brzuch), który byłby wówczas obrócony do góry, przy tym lądowaniu na plecach samolotu powinien być prawie cały lub popękany. Tutaj natomiast i dół i góra kadłuba zostały rozerwane na drobne części. Je to wiec więc następny dowód naukowo-dedukcyjny, który świadczy, że wersja o tym że samolot wykonał półbeczkę i lądował na tzw. grzbiecie czyli obrócony do góry kołami jest nieprawdziwa. A wobec faktu takich i tego rodzaju zniszczeń nie znajduje potwierdzenia.

A czy da się za pomocą zjawisk fizycznych wytłumaczyć wersję, że samolot stracił 6,5 m część skrzydła po zderzeniu z brzozą, która w miejscu zderzenia miała średnicę 30-40 cm?

Fizycznie jeżeli ktoś nie widział jak wygląda to skrzydło, jakie są jego rzeczywiste wymiary i konstrukcja to przy ścięciu takiej brzozą, kiedy jeszcze ścięta część zostaje przy brzozie, to z fizycznego punktu widzenia rzadko się zdarza. Nawet kiedy jest jakaś wada materiału, z czego cynicznie śmiał się rzecznik rządu – pan Graś. Tak tylko może ironizować ktoś, kto nie ma w ogóle poczucia etyki kpiąc i mówiąc, że może ktoś to skrzydło nadpiłował i dlatego odpadło. Więc jeżeli brzoza została ścięta, to mógł być ślad wgniecenia, zdeformowania i innych uszkodzeń w tym skrzydle, ale nie odpadnięcia poprzez ścięcie części skrzydła. Od kiedy miękkie drzewo (brzoza) ścina metalowe wzmocnione konstrukcje? Nie odpadają też dwie części jednocześnie – jeżeli jest ich fizyczny i uderzeniowy kontakt. Jeżeli jest uderzeniowy niszczący kontakt fizyczny, to jest jeden zniszczony element, a ten drugi się nie tak nie niszczy. W zjawisku fizycznym tak jest. Chyba, że oba są takie same, z tego samego materiału. Ale to nie było możliwe, bo brzoza jest drewnem a skrzydło duraluminiowym metalem, poza tym jest ono wzmacniane żebrami obwodowymi i wzdłużnymi, przegrodami i tzw. grodziami oraz jest w nich także paliwo.

Według pilota kpt Janusza Więckowskiego samolot mógł z tego powodu nieznacznie się przechylić ale nie obrócić o 180 stopni?

Tutaj pan pilot, którzy wylatał tysiące godzin, ma rację. Nie zamierzam nawet z tym panem polemizować, bo to jest fachowiec i on wie co mówi. Ten samolot mógł rzeczywiście trochę się przechylić, tak jak np. czołg który wjedzie na kamień – też się troszeczkę przechyli, ale to nie znaczy, że się od razu wywróci. Czyli reasumując, mówię że samolot od uderzenia z brzozą trochę się przechylił a jego lot był w chwilę potem zostałby wyrównany i wypoziomowany.

Zastanawiający jest fakt, że przednia część kadłuba leżała w pozycji normalnej, natomiast część od skrzydeł do ogona była odwrócona o 180 stopni. Co mogło spowodować taki stan rzeczy?

To mogło wskazywać na to, że ten lot koszący, z chwilą zetknięcia z ziemią przestał być koszący i jedne części zachowywały się inaczej. Czyli były jakieś siły dodatkowe, które takie „wywrotki” i rozrzut spowodowały. Jeżeli kokpit na jednym ze zdjęć jest w widocznej pozycji – widać szyby, widać przód, jest to pokazane tylko w kilku fragmentach zdjęć na video (na tzw. stop klatkach) i trzeba to specjalnie zauważyć. Jest tak na pewnych zdjęciach zrobionych ze sfilmowanych ujęć z miejsca katastrofy. Więc przód kokpitu wyglądał w miarę „normalnie”, a kadłub był jakimiś dodatkowymi siłami, poskręcany, powywracany łącznie z kołami i rozczłonkowywany na drobne elementy. Ale to świadczy o tym, że on nie lądował na plecach, bo są zdjęcia, które pokazują, że koła z jednej części były całe ubłocone – to znaczy, że on tymi kołami dotknął ziemi, a nie, że uderzył w ziemię „na plecach”, odwrócony o 180°. A to, że ten kadłub miał jedne części tak a drugie tak poustawiane i porozrzucane? – Przy wybuchu, eksplozji to wszystko się rozlatuje, wywraca i ląduje w różny sposób. To by świadczyło także o budowie tego samolotu. Ja oglądałem tą konstrukcję i ona, składa się z czterech głównych części, oddzielonych grodziami. Idąc od przodu jest: kokpit czyli kabina pilotów, dalej są dwie salonki, pierwsza, za kabiną pilotów, prezydencka, następna jest salonka VIP-owska – tam siedzieli generałowie, ważniejsi ministrowie, a w dalszej trzeciej części tej największej, czyli przedziale pasażerskim siedzieli inni ludzie – posłowie, zaproszeni goście oraz jest czwarta część – ogon, gdzie są także silniki. I te cztery części są przedzielone grodziami. Przy eksplozji ładunku, przy spowodowaniu wybuchu, te cztery elementy zachowują się każda trochę inaczej. Salonki są dodatkowo wzmocnione płytami i stanowią jakby oddzielne umocnione skrzynki odgrodzone od siebie, części pasażerskiej i kokpitu grodziami, kokpit stanowi również oddzielna skrzynkę. One jakby wypadły osobno i nie w taki drobny mak się rozleciały. Największe zniszczenia były w kabinie pasażerskiej i w tych salonkach Prezydenta i VIP-owskich, które też zostały po uszkadzane, a ogon jak kokpit także odpadł. Takie skutki powoduje eksplozja, która, dodajmy, nie była w ogonie, w kokpicie, tylko w części pasażerskiej i chyba także w salonkach.

Jest Pan profesorem mechaniki i matematyki stosowanej. Czy taką wersję jaką Pan profesor prezentuje może potwierdzić każdy naukowiec z dziedziny fizyki, matematyki, mechaniki, czy innych dziedzin ścisłych na każdej polskiej uczelni i nie tylko polskiej? Czy jest to wiedza znana i w naukowym środowisku powszechna, ale nie jest przekazywana opinii publicznej?

Czy każdy? Nie wiem. Czy każdy tak analizował? Niektórzy panowie może robili różne analizy i wyciągali wnioski na podstawie dedukcji tak jak ja. Mnie to bardzo interesowało, również ze względu na moje zapatrywania, jakie mam, jeżeli chodzi o Polskę, o to, co dzieje się obecnie z naszym krajem i ze względu na moje przekonania patriotyczne. Zawsze mnie dziwiło i ciągle bardzo dziwi – ale być może taki jest dobór prelegentów – że w prezentacjach radiowych i telewizyjnych w zasadzie nie ma ekspertów z dziedziny mechaniki, wytrzymałości materiałów, aerodynamiki , dynamiki i kinematyki lotów. Najczęściej byli to dziennikarze albo jacyś inni pseudo eksperci, redaktorzy czasopism o tematyce lotniczej, byli także redaktorzy czasopism związanych z awiacją. Może ci panowie trochę wiedzą na temat historii lotnictwa, wiedzą powierzchownie na temat budowy samolotów i ich parametrach, cenie zakupu, miejscu produkcji – ale nie znają się na wytrzymałości materiałów, aerodynamice i kinematyce lotów. Jest wydział na Politechnice Warszawskiej – Wydział Mechaniki Energetyki i Lotnictwa tzw. MEL i na Politechnice Rzeszowskiej – Wydział Budowy Maszyn i Lotnictwa, gdzie na pewno profesorowie mają na ten temat wiedzę, ale ich nikt nie zaprasza. Znany jest mi tylko jeden profesor, który w tej kwestii zabrał głos publicznie i jest fizykiem. Jest to profesor Mirosław Dakowski, który pisał o tym na swoim blogu. Jest to profesor bardzo uznany, uczony o uznanej sławie i renomie, który wie co pisze!!! Więc ten jedyny profesor, który jest już autorytetem, czyli można powiedzieć, że jest nas dwóch, bo ja również te wszystkie tezy i wnioski profesora M. Dakowskiego popieram. Jedną sprawą, która mnie dodatkowo zaciekawiła, a o której się nie mówi to pojawienie się mgły. Przecież o 10.40 w kwietniu nie pojawia się nagle mgła sama. Mgła jest zjawiskiem, które zawsze pojawia się z samego rana. I mieszkańcy okolic Smoleńska, z którymi były wywiady, wypowiadali się, że z rana świeciło słońce a nawet potwierdzali to kontrolerzy lotu. Prawdopodobnie była to jedna z sugestii żeby podejście do lądowania mjr Protasiuk wykonał od strony wschodniej w kierunku zachodnim, a nie z zachodniej w kierunku wschodnim. Wówczas słońce miałby przed sobą i świeciło by mu w oczy. To podejście właśnie od strony zachodniej jest proste – tam nie ma tego jaru, tam nie ma tej nierówności – jest płaska powierzchnia i dobrze oświetlona. To z tej strony trzy dni wcześniej lądował samolot z premierem Tuskiem. Dlaczego mjr Protasiuk wybrał, sugerując się lądowaniem pod słońce, tą gorszą drogę podejścia??? Tego nie wiem, ale znając wcześniejsze relacje mjr Protasiuka, to wynika z nich, że także znał i to podejście i już wcześniej lądował z dwóch stron. Wybrał taki wariant, gdyż poinformowano go nad terytorium Rosji, że jest słońce i chyba wolał je mieć z tyłu niż z przodu. Jednak kontrola nie poinformowała go później, że tam zaczęła pojawiać się mgła, która jest zjawiskiem znowu atmosferycznie niewytłumaczalnym, bo mgły pojawiają się z rana i przed południem ustępują, najpóźniej do godz. 9.30 – 10.00. A tam mgła zaczęła się pojawiać po godzinie 10.00. Znowu następny niewytłumaczalny paradoks – akurat tego dnia. Z wypowiedzi mieszkańców okolic Smoleńska wynika, że szykowała się z rana bardzo ładna pogoda, bardzo ładny słoneczny dzień oraz, że po godz. 11.00 już mgły nie było. No więc jeżeli mówimy o realnym locie tego samolotu, o zjawiskach fizycznych, to nie możemy wkraczać w zjawiska parafizyczne – w jakieś nienormalne pojawienie się mgły, jakieś nienormalne roztrzaskanie się samolotu w drobny mak w błocie i (samosiewnym młodniku) nienormalne zachowanie się samolotu w końcowej fazie lotu itp.– takie rzeczy nie są normalne. Jeżeli wkracza tutaj dziedzina nauk technicznych, ścisłych, to musimy mówić językiem nauk ścisłych i takie zjawiska nie są normalne – chyba, że są w jakiś sposób przygotowane i specjalnie wywołane przez człowieka.

Profesor Dakowski w liście do prokuratury zawiadamiającym o popełnieniu przestępstwa napisał: Prawa fizyki, jak i prawa logiki, obowiązują bezwzględnie. Nie da się ich zmienić, bo są to prawa natury; stoją one ponad prawami geo-polityki czy socjologii. (Treść listu tutaj)

Ja spotkałem profesora Dakowskiego kilka razy np. w Opolu czy w Głuchołazach w 2008 r. I jeżeli profesor M. Dakowski tak pisze, to ja jestem pewien, że profesor wie co pisze i się z nim utożsamiam, zgadzam i popieram jego wersję w tym temacie. Zjawisk fizycznych i myślenia logicznego nie da się oszukać, i że prędzej czy później prawda o tej katastrofie samolotu (zamachu???), zostanie wytłumaczona. W to musimy wierzyć, inaczej racjonalne, naukowe i logiczne myślenie nie miałoby sensu bycia w przyszłości!!!

*Zdzisław Śloderbach – Profesor PO doktor habilitowany inżynier, wykładowca na Politechnice Opolskiej posiadający na tej uczelni status profesora nadzwyczajnego. Specjalizuje się w takich dziedzinach jak: zastosowania matematyki w technice, mechanika ciała stałego, niezawodność i wytrzymałość, teoria sprężystości i plastyczności, naprężenia termiczne, technologia przeróbki plastycznej. Jego szereg prac z zakresu zastosowań matematyki w mechanice zostały wydane przez jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie – Uniwersytet Berkeley w USA (drugie miejsce po Harvardzie w rankingu listy Szanghajskiej). Profesor był represjonowany w stanie wojennym i za swoją opozycyjną działalność został zwolniony z pracy w instutucie w Warszawie. W tzw. „wolnej” Polsce z przyczyn politycznych w 2004 r. nie został przyjęty do pracy na Politechnice Wrocławskiej. Odznaczony w 2006 r. Krzyżem „Semper Fidelis”. Posiada status pokrzywdzonego nadany mu przez IPN.

 

 ze strony:

 http://ngopole.wordpress.com/2011/05/13/%E2%80%9Ezjawisk-fizycznych-i-myslenia-logicznego-nie-da-sie-oszukac%E2%80%9D-z-profesorem-zdzislawem-sloderbachem-pracownikiem-naukowym-politechniki-opolskiej-na-temat-przyczyn-%E2%80%9Ekatastrof/

 

Jacek Bezeg (2011-05-16)

otrzymane i wyszperane 15/05/11 - materiały do diagnozy

Podstawą do skutecznych i sensownych działań w jakiejkolwiek dziedzinie jest posiadanie informacji o tym jaka jest sytuacja, jakie są warunki, w których działania te mają być wykonywane. Aby pomyśleć o tym jak naprawiać naszą Ojczyznę, jak ją ratować, powinniśmy wiedzieć jaka jest jej sytuacja. To, że przyjmowanie do wiadomości tych informacji może być przykre lub wręcz szokujące nie usprawiedliwia tych, którzy się od tego uchylają. Nakaz miłości do Ojczyzny wynika wprost z Bożego przykazania o miłości do rodziców i obyśmy nie musieli kiedyś ponosić kary za jego nieprzestrzeganie. Czy można unikać wiedzy o chorobie matki tylko dlatego, że jest ona zbyt poważna?
Dziś przekazuję "namiary" do trzech ważnych źródeł informacji. Pierwszym jest tekst Profesora Mirosława Dakowskiego. Najbardziej pesymistyczny. Już w tytule zastrzega się on, że nie próbuje nawet apelować o działanie, a tylko przedstawia diagnozę. Jest ona syntetyczna, uproszczona, a to tylko po to, aby była jasna i uderzająca, po to aby nikt kto przeczyta nie mógł powiedzieć, że nie zrozumiał.
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=3437&Itemid=44
Bardziej optymistycznie brzmi rozmowa z Grzegorzem Braunem jaką można było niedawno usłyszeć na antenie Radia Maryja. Poruszane są w niej zupełnie inne tematy, jednak uzupełniające wiedzę o stanie Rzeczypospolitej. Warto posłuchać rozmowy z reżyserem nawet dwukrotnie. Co prawda i on nie mówi ośrodkach zaradczych, ale wskazuje na istotne dla poprawy sytuacji wartości. Najwięcej nadziei daje odwaga i optymizm reżysera.
http://www.radiomaryja.pl/dzwieki/2011/05/2011.05.14.rn18.mp3
Relacja filmowa ze spotkania z Henrykiem Pająkiem także stanowi istotne źródło informacji o tym co dzieje się z nami, z naszym krajem. Mówi on prosto i jasno o sprawach "owijanych w bawełnę" nie tylko przez "prawicę", ale także przez prawicę. Oczywiście nie ze wszystkim co mówi musimy się zgodzić, ale i on sam na wstępie przeprasza za to, że niektóre rzeczy napisał, jak napisał, bo był zbyt naiwny. Ciekawostką jest zaatakowanie go przez "nieznanego słuchacza" z sali w sposób zdecydowanie idiotyczny. Skoro atakują i to tak beznadziejnie, to znaczy, że się boją. I to jest optymistyczne.
http://www.youtube.com/watch?v=1cbURf8DOls
Może się zdarzyć, że po tym wszystkim ktoś z czytających zechce jednak coś zrobić. Tym osobom polecam adres:
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=category§ionid=7&id=57&Itemid=46

W sprawie Smoleńskiej pewnych nowości możemy się dowiedzieć z rozmowy z Antonim Macierewiczem:
http://pl.gloria.tv/?media=155391
oraz po przestudiowaniu "Uwag RP do projektu raportu MAK"
http://www.mak.ru/russian/investigations/2010/files/tu154m_101/comment_polsk.pdf

Zamach na polskie zasoby naturalne
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=3488&Itemid=55

 

prof. dr hab. Ryszard Terlecki (2011-05-07)

Polska zakazana w szkole

Stosowane przez lata medialne pranie mózgów skutkuje obsesyjnym strachem przed patriotyzmem, niechęcią do wszystkiego, co wiąże się z polską narodową tożsamością, agresją wobec jakichkolwiek przejawów religijności. Kompleks niższości i frustracje z powodu politycznych niepowodzeń przeradzają się w pretensje do świata za to, że okazał się bardziej skomplikowany niż wynika to z komentarzy wygłaszanych przez partyjnych liderów.

W szkole nr 85 im. ks. Kazimierza Jancarza w Mistrzejowicach od paru lat była eksponowana skromna wystawa pamiątek po "Ołtarzu Solidarności" z lat 1981-1989. Dla tych, których historia Krakowa nie interesuje, konieczne jest wyjaśnienie, że po wprowadzeniu stanu wojennego w mistrzejowickim kościele ks. Jancarz w każdy czwartek odprawiał mszę św. w intencji ojczyzny, na którą przybywali nie tylko mieszkańcy Nowej Huty, ale także delegacje nielegalnej wówczas "Solidarności" z całego kraju. Bywali tam liczni księża, wśród nich bł. ks. Jerzy Popiełuszko, działacze zdelegalizowanego związku, m.in. Lech Wałęsa, Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda czy Seweryn Jaworski, odbywały się także wykłady, poświęcone historii, zakazanej literaturze, wychowaniu, nauce społecznej Kościoła. Te spotkania przerodziły się w Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy, na którym wykładali ci spośród pracowników krakowskich uczelni, którzy nie dali się zastraszyć bezpiece i uczelnianym politrukom. Delegacje, które przyjeżdżały z całej Polski, przywoziły wota, składane na specjalnym ołtarzu - najczęściej były to krzyże, świeczniki, rzeźby czy obrazy, zwykle z symbolami "Solidarności".

Pamiątki stanu wojennego

Drobną część tych pamiątek historii udało się ocalić i przenieść do szkoły im. ks. Jancarza. Przez parę lat nikomu nie przeszkadzały. Nagle wokół tych pamiątek rozpętała się burza. Stało się to w okresie bezpośrednio poprzedzającym rocznicę tragedii smoleńskiej. W Szkole Podstawowej nr 85, jak w wielu innych krakowskich placówkach oświatowych, śmierć Prezydenta RP i tylu innych wybitnych osób, uczczono okolicznościową ekspozycją. Tego niektórym było już za wiele.

Nowa "dyktatura ciemniaków"?

"Upolitycznienie podstawówki", "PIS-owska ideologia" - donosi "GW" oburzony "pan Dariusz, ojciec dwójki uczniów". A Jan Hartman, który przedstawia się jako "etyk, filozof", pisze (także w "GW"): "Krzyże, ołtarz, martyrologia (...) to forma patriotyzmu kreowana przez PiS. I to jest niedopuszczalne". W odpowiedzi na rewelacje "GW" krakowscy radni z Platformy Obywatelskiej ruszają ratować dzieci, zagrożone polską historią. Radny Hohenauer pisze skargę do prezydenta miasta, radna Patena usiłuje zorganizować karną ekspedycję Komisji Edukacji do niebezpiecznej szkoły. Magistraccy urzędnicy na wyścigi biegną kontrolować szkołę i badać, czy nie powstało tam groźne ognisko choroby patriotyzmu.

Przecieram oczy ze zdumienia. "Solidarność" jest już zakazana w polskiej szkole? I to gdzie - w Nowej Hucie? Cała ta historia wydaje się niewiarygodna. Czy trwa już jakaś obca okupacja? Czy może wróciła "dyktatura ciemniaków" - jak rządy komuny nazywał Stefan Kisielewski? Polski patriotyzm jest już zakazany, czy dopiero szykowane są odpowiednie ustawy? Czy każdy polityczny narwaniec może nam dyktować czego powinny uczyć się polskie dzieci?

Nowa Huta ma spore doświadczenie w obronie krzyża. Niedawno obchodziliśmy rocznicę tej obrony. Obchodziliśmy też rocznicę powstania "Solidarności". Nowa Huta wielokrotnie okazała swoje przywiązanie do idei "Solidarności". Może "panu Dariuszowi" czy magistrackim urzędnikom nie przeszkadzałby kącik pamięci Jaruzelskiego albo wystawa ku czci "naszych chłopców" z ZOMO, którzy tak dzielnie spisali się w kopalni "Wujek"? Może woleliby portret Putina zamiast fotografii polskiego prezydenta, który zginął w Smoleńsku, w drodze do Katynia? Ich sprawa. Ale na razie my jeszcze mamy prawo do obrony naszej historii, naszych wartości, naszego krzyża. A także do obrony polskiej szkoły. I z pewnością w tej sprawie nie ustąpimy.

Granice wolności

A przy okazji, panie Hartman. Prawo i Sprawiedliwość jest legalną partią. I jej zwolennicy oraz jej wyborcy mają prawo do wyrażania swoich poglądów. I do domagania się, aby w polskiej szkole uczono przywiązania do ojczyzny. Nie kwestionuję pana prawa do wypowiadania swoich poglądów, skoro "GW" chce je drukować. Ale pan pisze, że dla dyrektora szkoły "są granice jego wolności, których nie powinien przekraczać. W tym wypadku zostały przekroczone". Otóż nie, panie Hartman, na razie to jest wciąż polska szkoła. I ani krzyż, ani symbole "Solidarności" w polskiej szkole nie naruszają "granic wolności".

Awantura wokół szkoły nr 85 to groźny przypadek. Pojawiają się głosy przeciwko pokazywaniu w szkołach portretów Jana Pawła II czy ks. Jerzego Popiełuszki, przeciwko "zatruwaniu" dzieci historią. Ostatnio dowiedziałem się, że na pewnym spotkaniu uczonych w Polskiej Akademii Nauk pojawiło się pytanie, po co na terenie uniwersytetu umieszczono tablicę poświęconą polskiemu papieżowi. W tej skandalicznej sprawie nie słyszę żadnych protestów środowiska uniwersyteckiego. Więc ostrzegam, że jeżeli nie będziemy wypowiadać się wystarczająco głośno, to pewnego dnia pojawi się jakiś "pan Dariusz" i będzie żądał skucia tej tablicy, tak jak dzisiaj domaga się wyrzucenia ze szkoły pamiątek po niepodległościowej działalności ks. Kazimierza Jancarza.

 prof. dr hab. Ryszard Terlecki

  tekst ze strony:

http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=4081

  foto ze strony:

http://mistrzejowice.net/Ks-Kazimierz-Jancarz,ki/Zyciorys,abc.html
Jadwiga Chmielowska (2011-04-30)
W odpowiedzi na komentarze - komentarz

Pod tekstem wywiadu z Jadwigą Chmielowską na NGO

http://ngopole.wordpress.com/2011/04/19/%e2%80%9edla-obrony-integralnosci-panstwa-potrzebny-jest-masowy-oddolny-ruch-slazakow-%e2%80%93-polskich-patriotow%e2%80%9d-%e2%80%93-z-jadwiga-chmielowska-legenda-slaskiej-%e2%80%9esolidarnosci/#comment-2747
 pojawiły się rozmaite komentarze. Sama pani Jadwiga dorzuciła do nich swoje "trzy grosze", myślę, że warte przeczytania. Zapraszam do lektury. (j.b.)


Doprawdy zelektryzował mnie tekst Rzecznika Prasowego śląskiego PiS. Jak sama nazwa wskazuje rzecznik ma działać na rzecz instytucji, którą  reprezentuje. Tymczasem nie tylko potwierdził aktywny udział posłanki Marii Nowak w działaniach na rzecz powstania nowego języka ale poinformował  on jeszcze o 3 innych posłach z PiS - orędownikach Autonomii Śląska. Jednakże najbardziej zaangażowani w działania separatystyczne czyli kodyfikację języka (stworzenie nowego tzw. „języka śląskiego”) jest  tylko dwóch  posłów PiS. Gazeta Wyborcza ubolewa:  „Nawet wśród śląskich parlamentarzystów tylko niektórzy - Lucjan Karasiewicz( PiS), Maria Nowak (PiS) i Marek Plura”- mieli do tego serce.  Więcej... http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,7628367,Godka_slaska_chyba_jednak_zostanie_jezykiem_regionalnym.html#ixzz1KoRGXNCL  Więcej... http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,7866126,Rzad_nie_uznal_godki__To_nie_jezyk__nie_ma_mowy_.html#ixzz1KoSRabva
 
Przy okazji okazało się skąd pochodzą pieniądze na druk elementarza śląskiego – ślabikorza” tak chętnie rozdawanego  przez Marię Nowak – szefową okręgu katowickiego PiS. I znów Gazeta Wyborcza donosi z radością: „PLS (Pro Loquela Silesiana), dzięki 40 tys. zł dotacji z Fundacji Inicjatyw Obywatelskich wydrukuje 2 tys. egzemplarzy ślabikorza. Już dziś wiadomo, że nie będzie szans, by go kupić. Niemal cały nakład trafi do śląskich szkół (chętne już się zgłaszają do PLS i zapłacą tylko 2,5 zł za sztukę), część zostanie rozdana np. politykom, samorządowcom i innym regionalnym organizacjom.” Więcej... http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,7842976,Elementarz_slaskiej_godki_juz_gotowy__Na_tym_nie_koniec.html#ixzz1KoTrkKPL
Nie wiem jeszcze czy chodzi tu o konkursy ofert na najlepsze projekty finansowane w poszczególnych latach. ze środków Rządowego Programu-Fundusz Inicjatyw Obywatelskich.  Czy o jakąś konkretną fundację. I skąd ma pieniądze ta Fundacja, czy znowu z naszych podatków?
Przypominam, że  Maria Nowak, obok Kazimierza Kutza, jest członkiem honorowym PLS (Pro Loquela Silesiana), czyli podmiotu, który „zdobył kasę” na elementarz kodyfikowanego właśnie języka śląskiego.  
Mogę się zastanawiać nad ewentualną głupotą, brakiem wiedzy historycznej zwykłych ludzi, a nawet wystraszonych przez szefową okręgu, posłów -  ale aktywista działający w celu stworzenia niebezpiecznych napięć narodowościowych to zupełnie inna bajka.  Nawiasem mówiąc mam wrażenie, że Rzecznikowi Śląskiego PiS nie podoba się budowa Muzeum Powstań Śląskich, ma bowiem do mnie pretensje o to, że pochwaliłam posłów PiS za poparcie tak cennej inicjatywy i usiłuje dopiąć im natychmiast łatkę.
Pani Maria Nowak obok jeszcze innej posłanki, która robi niektóre rzeczy tylko i wyłącznie z własnej głupoty (ocena w tym przypadku pozytywna), promowała niejakiego W.J. Potwierdził mi to publicznie śp. Przemysław Gosiewski, gdy zapytałam go wprost: dlaczego popiera tego typu osoby. Powtórzyłam informację, że ten człowiek kolędował przed jego biurem w Kielcach. Gosiewski odparł, że nie ma z nim nic wspólnego i podał nazwiska dwóch posłanek – protektorek W.J. Jedną z nich była Pani Maria Nowak. Gosiewskiemu wierzę. Prawdziwy życiorys W.J. był kilka razy kwestionowany publicznie i opisywany w prasie. Zrzekł się narodowości polskiej- przyjmując niemiecką i dostał odszkodowanie dla tzw. „późnych przesiedleńców” – legitymuje się też podwójnym obywatelstwem niemieckim i polskim, co w programie telewizyjnym wyciągnął mu Kutz. Pełniąc funkcje kierownicze wyrzucił z pracy Grzegorza Zmudę, dokładnie w rocznicę usunięcia  go z pracy przez tzw. „komisję weryfikacyjną” w 1982r., oczyszczającą media z elementów wrażych - czyli aktywistów „Solidarności”. Przykładem stosowania obrzydliwego  mobbingu było traktowanie Henryka Grzonki – Ślązaka – wielkiego polskiego patrioty, popularyzatora Ligonia  - Ślązaka, szefa Polskiego Radia Katowice w okresie międzywojennym. Gdy udało się nam pozbyć satrapy z Katowic, to awansował do Warszawy. Piastując prominentne stanowisko nie bronił niezależnych dziennikarzy.  Wtedy pracę stracił  między innymi Jacek Sobala – dyrektor Radiowej „Trójki”. Chodziło o pretensje środowiska Gazety Wyborczej  m.in. o nowe pasmo publicystyczne, prowadzenie którego powierzył on, między innymi  Bronisławowi Wildsteinowi, Rafałowi Ziemkiewiczowi i Tomaszowi Sakiewiczowi.
Więcej... http://wyborcza.pl/1,76842,7623665,Jacek_Sobala__dyrektor__co_bledow_nie_popelnia.html#ixzz1KomK1euu     Zarzucano też Jackowi Sobali to , że wystąpił na koncercie poświeconym ofiarom tragedii Smoleńskiej -  10 maja w Warszawie. Broniłam wtedy publicznie Sobali. Nie tylko pozbyto się z Polskiego Radia  Jacka Sobali ale i pasmo publicystów takich jak Sakiewicz,  Ziemkiewicz i Wildsten również zniknęło. http://www.press.pl/newsy/pokaz.php?id=23811&strona=&idd=&o_ext_item=15326
 Karnowskiego też już nie ma w Radiu. Słuchacze są więc karmieni jedynie słuszną wizją świata. Pupil Marii Nowak rządzi nadal.
Prawdą jest natomiast, że Piotr Spyra odszedł z PiS, w tym czasie co Marek Jurek, ponieważ był z ugrupowaniem Marka Jurka związany od kilkunastu lat.  Jednak nagonka na środowisko Ruchu Obywatelskiego Polski Śląsk sprawiła, że cześć środowiska została przyciągnięta przez PO. Znakomita większość kontynuuje działalność niezależnie od partii politycznych.  Bezsensowna polityka radnych sejmikowych PiS w obronie Marszałka Województwa Śląskiego z PO przeciwko nowej kandydaturze z PO, sprawiła duże zawirowanie w klubie radnych PiS. Nawiasem mówiąc jakiś czas  później, Świetlicki,  szef klubu radnych PiS, odszedł z hukiem partii – był niezależny, a teraz  najprawdopodobniej jest nadal w PJN.
Natomiast uchwała, o której pisałam, czyli zakazująca  członkom PiS być także członkami Ruchu Obywatelskiego Polski Śląsk została podjęta na posiedzeniu Rady Okręgowej PiS  w Lędzinach w czerwcu 2007r. Na zlecenie Marii Nowak napisał ją osobiście Piotr Pietrasz – rzecznik prasowy śląskiego PiS. Przegłosowano ją, pomimo głosów sprzeciwu sugerujących między innymi, że Senator Korfanty powinien się na ten temat wypowiedzieć, gdyż jest członkiem Ruchu Obywatelskiego Polski Śląsk, a startował z poparciem PiS, choć wtedy nie był członkiem partii. Zwracano uwagę na to, iż może poczuć się urażony i nie wstąpić do PiS-u. Członkowie PiS: Daniel Jacent, Piotr Pietrasz i Krzysztof Tomczyk – asystent Senatora Korfantego, złożyli rezygnację z członkostwa w Ruchu Obywatelskim Polski Śląsk. Sprawa walki Marii Nowak z ROPŚ, była omawiana na Radzie Politycznej PiS, ale ją zbagatelizowano.
Nie rozumiem zdania napisanego przez Pietrasza: „Od lat ROPŚ nic nie robi, jest jedynie pretekstem do występów Piotra Spyry w mediach i debatach firmowanych przez „Gazetę Wyborczą” – gdzie z Gorzelikiem debatują sympatycy PO bliscy RAŚ z osobami oddelegowanymi do roli przeciwników RAŚ”. Galimatias zupełny.  Jeśli chodzi o głosowanie nad powierzeniem funkcji Wicemarszałka Sejmiku Gorzelikowi, to spośród osób z PO i kandydujących z list PO oddano jeden głos przeciw i dwa nieważne. W obozie PiS jedna osoba głosowała na Gorzelika. Zwracam uwagę na to, że bardzo bano się w obydwu obozach głosowania. W PO posunięto się nawet do propozycji kolorowych długopisów (zielony kolor miał pilnować dyscypliny).
Do PiS-u rzeczywiście chciałam wstąpić. Na pogrzebie Sławka Skrzypka ( ofiara Smoleńska), którego znam odkąd przychodził, jako 17 letni chłopak do Zarządu MKZ-tu Katowice, obiecałam Jarkowi Kaczyńskiemu, że mu pomogę i będę go wspierać. Jego brat bliźniak zginął w Smoleńsku – więc mam pewność, że Kremla kochał nie będzie! To mnie wystarcza!
Od razu podeszłam do Wojtka Szaramy – koordynatora okręgów PiS na Śląsku i spytałam, do którego okręgu mam się wpisać: do Sosnowca, gdzie mieszkam ale oprócz kilkunastu osób nie znam nikogo, czy do Katowic, gdzie pracuję od 1978r. Znam masę ludzi z wielu środowisk, tak samo jak w Chorzowie, Siemianowicach, Zabrzu, Bytomiu i Gliwicach - miastach gdzie mieszkałam i prowadziłam działalność podziemną walcząc z komunizmem o niepodległą Polskę. Szarama wskazał Katowice - do dziś mnie nie przyjęto.  
Natomiast dzięki Pietraszowi, któremu pomyliły się związki przyczynowo skutkowe, wiem kto imiennie zablokował moje przyjęcie do PiS. Nowakowa – szefowa Okręgu, się mnie po prostu panicznie boi. Od 2006r. próbuje nawet mnie opluwać ale plucie pod wiatr zawsze się źle kończy. Dostaje mi się za zwalczanie RAŚ i kilku hochsztaplerów. To ja zrobiłam ukłon w stronę PiS. Mnie członkowstwo w partii nie jest do niczego potrzebne. Wręcz przeciwnie bycie bezpartyjną daje mi swobodę ruchu. Jak uprawiać skutecznie politykę czyli działać dla dobra wspólnego wiem i robię to już od 33 lat. Klientelizm powszechnie w Polsce praktykowany mnie brzydzi. To jest droga kariery dla miernych ale wiernych paziów dworów, dla których polityka to dostęp do koryta i zaspokojenie chorych ambicji.  Zero idei, zero wartości, zero miłości Ojczyzny. Niczego w życiu nie poświecili. Za nic nie ponoszą odpowiedzialności. Nie wiedzą co to „BÓG, HONOR i OJCZYZNA”.
Szkoda tylko, że  PiS generalnie zamknął się. Nie przyjmuje nowych członków. Posłowie, radni, boją się o swoje stołki i pozycję. Prosiłam wszystkich moich przyjaciół i współpracowników, a nawet przypadkowo spotkane osoby, po prostu patriotów , by zapisali się do PiS. Z całej Polski dostaję sygnały, że nie mają po wielu miesiącach z PiS-u żadnych informacji. Trzeba wiedzieć, że im bardziej masowa jest partia tym mniejsza szansa na inwigilowanie. Ilość agentury obcej  jest constans. Nie można jej błyskawicznie zwiększać.
Obawiam się, że przez niemrawość i prywatę również  w województwie śląskim ucierpi sprawa Polski. PiS zamiast wygrać tak, by utworzyć samodzielnie rząd, dostanie za mało głosów, bo ludzie nie mając na kogo personalnie głosować, zostaną w domach.  Potencjalni wyborcy PiS, opowiadający się za polskością, pozostają w dysonansie poznawczym, gdyż kandydaci na posłów, na których powinniby głosować opowiadają się za RAŚ. Po za tym partia postrzegana jest poprzez lokalnych działaczy – posłów, radnych.   
Do ostatniego argumentu (mieszkanki Sosnowca – Zagłębia, wypowiadającej się o Śląsku)  nie odniosę się. Marzę o mieszkaniu w górach i mam nadzieję tam kiedyś osiąść.
 
PS
Nie mam ambicji być posłem – nerwowo nie zniosłabym  idiotycznych wielogodzinnych debat o niczym i w dodatku w tak „doborowym towarzystwie”!
Mam pytanie czy Pietrasz jest rzecznikiem Marii Nowak, czy śląskiego PiS. Jak to się stało, że pracując w biurze u Migalskiego nie „upilnował” Europosła przed „gupotami”?

NSZZ Solidarność UO (2011-04-29)
Apel w obronie Antoniego Klusika - prosimy o wpisywanie się!
Poniżej publikujemy apel Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność Uniwersytetu Opolskiego w sprawie pozwu "Gazety Wyborczej" wobec Antoniego Klusika.


W obronie p. Antoniego Klusika

Komisja Zakładowa NSZZ Solidarność Uniwersytetu Opolskiego


Apelujemy do zarządu spółki Agora i redakcji Gazety Wyborczej o wycofanie pozwu przeciw p. Antoniemu Klusikowi w sprawie toczącej się w Opolskim Sądzie o naruszenie dóbr. Jego opinia, iż Gazeta Wyborcza jest "organizacją przestępczą, wrogą naszej cywilizacji" jako wyjaśnienie wyproszenia dziennikarki Gazety Wyborczej z jego konferencji prasowej, była reakcją na medialny atak, przeprowadzony przez wyżej wymienioną gazetę na jego osobę z racji postępowania zmierzającego do wyjaśnienia przyczyn śmierci jego brata, Jana Klusika.

Twierdzenie owej pani redaktor, wyrażone w artykule "Kreowanie męczennika krzyża" (Gazeta Wyborcza, 10. 10. 2010), iż chce on, wraz z członkami OSPN zbić kapitał polityczny na śmierci swego brata, jest krzywdzące i obraźliwe. To tak jakby oskarżać rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej o podobne intencje z tej racji, iż dopominają się o pełne wyjaśnienie przyczyn tragedii, które zostawiła głęboką ranę w ich życiu.

Pan Antoni Klusik jest działaczem "pierwszej" Solidarności, niezwykle zasłużonym da budowania Polskiej demokracji. Jest uznanym autorytetem w swoim środowisku. Dlatego stajemy w jego obronie. Dajemy mu wiarę, iż był świadkiem ataku fizycznego na swego brata. Zgadzamy się z jego tezą, że zapisy z kamer wideo, których było pełno wówczas na Krakowskim Przedmieściu, a do których organy ścigania mają dostęp, potwierdzą tą wersję wydarzeń. Apelujemy do właściwych służ o upublicznienie tych zapisów.

P. Klusikowi wolno przeżywać żałobę po swoim bracie. Nie przesądzając o wyniku śledztwa w sprawie przyczyny śmierci jego brata, trzeba stwierdzić, że wolno mu dochodzić prawdy na ten temat. Gwarantuje mu to polski system prawny.

Należy podkreślić, że możliwości finansowe Agory i p. Klusika są nieporównywalne. Jako pojedynczy obywatel, p. Klusik nie jest w stanie ponosić kosztów np. nieprzewidywalnej ilości podróży do innych miast, gdzie miałyby się odbywać przesłuchania stron, lub nieprzewidywalnych kosztów przedłużającego się procesu.

Dlatego apelujemy do sędziów i prawników reprezentujących powoda, o uwzględnienie nierównych możliwości obu stron, apelujemy o wyrównanie szans, oraz o zachęcanie strony pozywającej do rozstrzygnięcia powyższego sporu nie na drodze sądowej, ale w dialogu medialnym, gdyż jest to właściwa płaszczyzna do wyjaśnienia problemów społecznych i kulturowych.

Prosimy o poparcie dla wyżej wymienionego apelu poprzez składanie podpisów na stronie:

http://www.solidarni2010.pl/n,274,8,apel-w-obronie-antoniego-klusika-prosimy-o-wpisywanie-sie.html
prof. Mieczysław Ryba (2011-04-27)


Autonomia Śląska a rozbicie dzielnicowe


Rozgłos, jaki towarzyszy dokonaniom Ruchu Autonomii Śląska szokuje wiele środowisk patriotycznych w Polsce. Zawiązanie koalicji w śląskim sejmiku wojewódzkim PO – RAŚ już przynosi różnorakie spory i konflikty. Do najgłośniejszych można zaliczyć POMYSŁ zmiany barw narodowych na stadionie śląskim na wniosek RAŚ. Jeszcze większy skandal dotyczy decyzji władz polskich o umieszczeniu w ankiecie spisu powszechnego tzw. „narodowości śląskiej”, którą mogą deklarować obywatele polscy. Wielka agitacja RAŚ, idąca w kierunku deklarowania przez ślązaków tego typu „narodowości”, wspierana jest przez różnorakie lokalne inicjatywy medialne. Wszyscy wiedzą, że lokalna prasa na Górnym Śląsku jest dziś w sensie struktury własności w rękach kapitału niemieckiego. Nagłaśnianie działań RAŚ jest tam nagminne. Niektórzy starają się lekceważyć problem, twierdząc, że bądź co bądź działania autonomistów nie mają jeszcze największego rozpędu, a po drugie, że nie głoszą oni przyłączenia Śląska do Niemiec, tylko autonomię w ramach państwa polskiego. Hasło w stylu: „zostawmy podatki w naszym regionie, nie wysyłajmy ich do Warszawy” – może być popularne niezależnie od regionu. Pamiętajmy jednak, że oprócz akcji autonomistów, na Śląsku Opolskim mamy do czynienia z działaniami silnej mniejszości niemieckiej, rozwijającej swoją działalność w analogicznym kierunku. Zupełnie niedawno miałem okazję spotkać się z jednym ze znaczących samorządowców opolskich, działaczem Mniejszości Niemieckiej, którego poglądy na temat Polaków można by łagodnie określić jako pogardliwe.

Usypiacze narodowej opinii twierdzą, że dzisiejszy Górny Śląsk to nie jest kraina granicząca z państwem niemieckim (tak jak to miało miejsce przed wojną). Na zachód rozciąga się wielka kraina Dolnego Śląska, gdzie dominuje ludność polska. Jak wiadomo w znakomitej większości jest to ludność przybyła na te tereny po drugiej wojnie światowej w dużej mierze z kresów wschodnich. Sukcesy ekonomiczne Wrocławia są symbolem „skoku cywilizacyjnego” i są zachętą dla innych regionów Polski. Mało kto zastanawia się jednak, jakie zmiany w ostatnim dwudziestoleciu zachodzą w świadomości społecznej Dolnego Śląska. Pomocne w tej materii mogą być obserwacje zatroskanych o polskość tych terenów patriotycznie nastawionych wrocławian, jak i analizy naukowe, które na szczęście pojawiają się raz po raz na polskim rynku. Marcin Sienkiewicz w artykule zamieszczonym w tomie wydanym w 2009 roku przez Instytut Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego zatytułowanym „Racja stanu” zauważył bardzo niepokojące procesy w dziedzinie propagandy i kultury. Na skutek intensywnej akcji propagandowej i przy wykorzystaniu różnorodnych ośrodków naukowych finansowanych niejednokrotnie za pieniądze niemieckie zaczęto radykalnie odcinać się od dziedzictwa piastowskiego, lansowanego w czasach PRL. Poszukiwania słowiańskich korzeni Dolnego Śląska uznano w całości jako przesycone ideologią i zaczęto lansować teorię o wielokulturowości Wrocławia, pokazując tę metropolię jako miasto europejskie, nie polskie. Zaczęto mówić o Wrocławiu jako mieście otwartym, „w pobliżu styku granic trzech krajów europejskich”. Zdecydowano się realizować „politykę historyczną” idącą w kierunku przywracania pamięci o niemieckiej przeszłości metropolii. Charakterystycznym przykładem takiej polityki była zmiana nazwy „Hali Ludowej” (nawiązującej do powrotu tych ziem do Polski po II wojnie światowej) na „Halę Stulecia” (mającą upamiętniać setną rocznicę ogłoszenia proklamacji Fryderyka Wilhelma w 1813 r. nawołującą do walki o wyzwolenie spod dominacji Napoleona). Nawiązywanie do tradycji pruskiej w nazewnictwie polskim wydaje się czymś tyleż kuriozalnym, co przerażającym. Owo dążenie do europejskości ma się przejawiać również pomysłami zmiany nazwy miasta, które rzekomo jest trudne do wymówienia przez obcokrajowców. Eurodeputowana Lidia Geringer de Oedenberg miała zaproponować bliską wszystkim narodom nazwę „Wratislavia”. Już tylko krok ku temu, aby płynnie przejść do nazwy „Breslau”. Wielce oburzająca była decyzja ministra Bogdana Zdrojewskiego o cofnięciu dotacji dla projektu Muzeum Ziem Zachodnich, z uwagi na rzekome jego podłoże ideologiczne. Tak jakby propaganda wielokulturowości Wrocławia nie miała podtekstu ideologicznego. Do rangi skandalu można zaliczyć happening wokół pomnika Bolesława Chrobrego mający udowodnić, że pomnik ten jest symbolem kiczu, czy wreszcie blokadę konferencji naukowej na Uniwersytecie Wrocławskim poświęconej germanizacji, a uznanej przez środowiska liberalne za antyniemiecką.

Można zadać sobie pytanie, jaki związek ma ten stan rzeczy z niemiecką polityką historyczną?
Można wszak stwierdzić, że nie mamy tu wprost do czynienia z propagowaniem „niemczyzny”, ale „europejskości”. Jeśli z kolei postawilibyśmy sobie pytanie, w jaki sposób realizowane są główne kierunki zagranicznej polityki niemieckiej w dobie dzisiejszej to również nie zauważymy tu gry na prosty, tradycyjny nacjonalizm. Wręcz przeciwnie – RFN jest główny rzecznikiem integracji europejskiej, a swoją dominację na kontynencie sprawuje za pośrednictwem Brukseli. Tworzenie zatem „tożsamości europejskiej” leży w strategicznym interesie Berlina. Owa tożsamość europejska jest definiowana m. in. jako regionalizm, widziany w opozycji do klasycznego państwa narodowego. Pamiętam przed laty dyskusję naukową, w której brałem udział, i edukacyjne tezy stawiane przez „nowoczesnych” wykładowców. Twierdzono (oczywiście powielając tezy myślicieli zachodnich), że państwa narodowe z jednej strony są za duże (bo wielu ludziom jest daleko np. do Warszawy), z drugiej za małe (bo mamy do czynienia z globalnymi problemami). Zatem model idealny budowania struktur państwowych to region i państwo europejskie – przykładowo: Wrocław i Bruksela. Tak też powinna być sterowana polityka edukacyjna, nastawiona na generowanie nowych tożsamości i na minimalizowanie „ideologicznej”, jak twierdzono, tożsamości narodowej. Przy tak postawionych założeniach zrozumiałymi się stają tak reforma administracyjna z lat dziewięćdziesiątych (podział na szesnaście województw), jak i ciągłe wypłukiwanie elementów patriotycznych z programów edukacyjnych.

Ową europejskość starają się od lat promować na gruncie Polskim także niemieckie fundacje polityczne, które w większości wypadków w stu procentach finansowane są przez rząd w Berlinie.
Mają one potężny wpływ na różnorakie projekty badawcze, a także na działania społeczne w kraju. Grzegorz Tokarz w artykule zatytułowanym „Działalność niemieckich fundacji politycznych w Polsce po 1989 r.” zauważył, że na dwadzieścia najbogatszych fundacji działających na ziemiach polskich, dziesięć należy do Niemców. Jak już wspomniałem, fundacje te propagują europejskość w różnym wydaniu ideologicznym. Za Grzegorzem Tokarzem możemy tu wymienić: „Fundację im. Friedricha Eberta – powiązaną z Socjaldemokratyczną Partią Niemiec (SPD), Fundację im. Konrada Adenauera – powiązaną z Unią Chrześcijańskich Demokratów (CDU), Fundacją Friedricha Naumanna – powiązaną z Wolną Partią Demokratów (FDP), Fundacją Hansa Bölla – powiązaną z Partią Zielonych i Fundację im. Róży Luksemburg – powiązaną z Partią Demokratycznego Socjalizmu (PDS)”.

Na intensywne działania propagandowe i edukacyjne nakładają się też kwestie finansowo-inwestycyjne. Samorządy od kilku lat wprowadzone są w obszar różnorakich programów inwestycyjnych finansowanych z budżetu UE. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że największe tego rodzaju przedsięwzięcia są realizowane w zachodniej części Polski. Jeden z posłów opowiadał mi, jak w latach dziewięćdziesiątych miał w ręku mapę, na której tereny na zachód od Wisły miały być pokryte gęstą siecią inwestycji infrastrukturalnych, wschodnie wręcz przeciwnie. Dla posła o narodowych poglądach rodziło to skojarzenia przygotowania do ewentualnego przyszłego rozbioru Polski. Samorządowcy biorący pieniądze unijne nie mają do końca świadomości, że pieniądze te w sporej części pochodzą również z polskiego budżetu centralnego (wszak Polska również wpłaca miliardy do budżetu Unii). Dla nich to Unia jest dobrodziejem, Warszawa utrudnia rozwój ich regionów. Regiony bogatsze deklarują tym większą frustrację, kiedy pieniądze podatników, np. śląskich, nie wracają w pełni do tego regionu, lecz rozdzielane są po całym kraju. Zatem uzależnienia finansowe od Brukseli zupełnie przestawiają relacje społeczno-polityczne. Dla przykładowych polityków regionalnych, gdzieś na zachodzie Polski, coraz bliżej w sensie gospodarczym jest do Berlina, coraz dalej do Warszawy. W sensie komunikacyjnym można to stwierdzenie odczytać dosłownie. Równoległe osłabianie poczucia więzi narodowej dokonywane przy pomocy systemu oświaty i różnorakich projektów społecznych, pogłębia rozbicie Polaków. Pytanie, jak mieszkańcy zachodnich prowincji Polski zachowaliby się za lat kilkadziesiąt, gdyby po rozpadzie Unii doszło do referendum, gdzie chcą dookreślić swoją przynależność państwową, pozostawię jako retoryczne. Działania niemieckie idące w kierunku osłabienia spoistości państw narodowych są bardzo czytelne, choć nie dla polskich elit politycznych, raz za razem wpisujących się w projekty, które w dalszej perspektywie mogą nas kosztować niepodległość.

Aby głębiej zilustrować realizowaną strategię, warto uświadomić sobie, że Niemcy mają w swojej historii nie tylko tradycję pruską, jeśli mówimy o ich tożsamości narodowej. Nacjonalizm pruski, który zaowocował zjednoczeniem Niemiec w 1871 r. wcześniej nie odgrywał w Rzeszy tak dużej roli. Mieliśmy do czynienia z tradycją cesarską i silnymi wpływami bizantyńskimi. Tożsamość narodowa była tutaj identyczna z tożsamością państwową. A więc mieliśmy do czynienia nie tyle z narodem niemieckim, co z Bawarczykami, Prusakami, Saksończykami itp., powiązanymi ideą cesarskiej Rzeszy. Bizantyński sposób kreowania tożsamości narodowej jest dziś testowany na krajach Europy środkowej, w tym na Polsce. Tworzenie ahistorycznej w gruncie rzeczy „tożsamości narodowej” górnośląskiej, dolnośląskiej, kaszubskiej itp. jest tego namacalnym dowodem. Uosobieniem dawnej „Rzeszy” miałaby zaś być współczesna Unia Europejska.

Przywiązanie do tradycji regionalnej ma w Polsce długą tradycję. Jednakże w tej zdrowej tradycji ów regionalizm, nawet po czasach zaborów, nie miał wymiaru separatystycznego. Młodzi żołnierze z Poznania czy Krakowa w 1920 r. nie walczyli za Wielkopolskę, czy Małopolskę, walczyli o niepodległość całej Rzeczpospolitej. Regionalizm w rozumieniu separatystycznym łączy się ze średniowiecznym rozbiciem dzielnicowym oraz z regionalnym egoizmem osiemnastowiecznych magnatów osiadłych na swoich latyfundiach. Taki podział kończył się zawsze dla Polaków tragicznie.

Problem sporu o tzw. „naród śląski”, jaki pojawił się w kontekście działań Ruchu Autonomii Śląska jest tak naprawdę wierzchołkiem góry lodowej. Jest w jakimś sensie ostrzeżeniem dla środowisk patriotycznych w Polsce, sygnałem aby zacząć działać. Hasło umacniania, a w niektórych przypadkach, odbudowy świadomości narodowej i patriotycznej Polaków jawi się jako obowiązek porównywalny do tego z XIX wieku.
Ponieważ z powodów, które opisałem powyżej, nie możemy dziś za bardzo liczyć na władze państwowe, konieczna jest ponowna mobilizacja społeczna. Jeśli obudzimy się zbyt późno odpowiedzialni możemy być za katastrofę państwa w równym stopniu co pokolenie XVIII wieku.

 dr hab. Mieczysław Ryba, prof. KUL jest kierownik Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX w. Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego

 

 ze strony:

http://www.realitas.pl/RealnaPolska/2011/MR25IV.html

 

Jadwiga Chmielowska (2011-04-18)
Jadwiga Chmielowska: wiele wskazuje na to, że ZLNŚ i RAŚ są inspirowane zarówno przez pewne siły w Niemczech, jak i Rosję

Ślązacy są solą w oku modernistycznego i neoliberalnego nurtu. Ich przywiązanie do tradycji, nieugiętość w poszanowaniu wartości, wysokie poczucie godności sprawiły, że pomimo wszystkich zawirowań w historii zachowali tożsamość narodową. Język polski przetrwał w swojej XVI–XVII-wiecznej formie. Należy pamiętać, że w XIV wieku, po rozbiciu dzielnicowym, księstwa Piastów śląskich znalazły się w granicach Czech i dopiero w roku 1742 zostały odebrane Habsburgom przez Prusy. Wtedy też zaczęła postępować germanizacja.


Ruch autonomiczny na Górnym Śląsku powstał w latach 1872–1879. Wtedy ukazywało się pismo „Schlesier – Ślązak”. Ruch ten był inspirowany przez niemieckie koła junkiersko-przemysłowe w celu neutralizacji Górnego Śląska i utworzenia państwa śląskiego, w którym żywioł niemiecki mógłby zachować swoją materialną i kulturową dominację. W grudniu 1918 r. w Kędzierzynie niemiecka katolicka partia Centrum wysunęła postulat utworzenia państwa śląskiego pod hasłem „Górny Śląsk dla Górnoślązaków”. Później autonomiści podzielili się na dwie grupy – jedni opowiadali się za państwem w ramach Rzeszy, drudzy byli zwolennikami niepodległego bytu państwowego. Ci drudzy właśnie założyli Bund der Oberschlesier (Związek Górnoślązaków), który od 1920 r. popierany był przez Berlin. Polski Związek Górnoślązaków Autonomistów, Jedność Górnośląska i kilka pomniejszych struktur powiązane były z dr. Karlem Spieckerem, szefem ekspozytury wywiadowczej niemieckiego MSZ.

Najpierw powstał Związek Górnośląski w 1989 r. Ślązacy chętnie do niego wstępowali, chcieli kultywować tradycję i kulturę śląską, a także zająć się sprawami gospodarki. Tworzyć izby gospodarcze itp. Z biegiem czasu okazało się, że Związek Górnośląski został stworzony być może zupełnie w innym celu. Część Ślązaków – polskich patriotów z niego wyrzucono, inni odeszli sami.

W styczniu 1990 r. powstał Ruch Autonomii Śląska, założony przez Rudolfa Kołodziejczyka z Rybnika. Szefem RAŚ został z czasem pracownik naukowy Uniwersytetu Śląskiego Jerzy Gorzelik. Następnym krokiem było założenie w 1996 r. przez Gorzelika, Rudolfa Kołodziejczyka i Erwina Sowę Związku Ludności Narodowości Śląskiej. Obecnie liderem Związku jest Andrzej Roczniok, a do jego aktywistów należą Dariusz Jerczyński, Grzegorz Kozubek, Rudolf Kołodziejczyk i Erwin Sowa.

Jak widać, ZLNŚ tworzyły w zasadzie te same osoby co RAŚ. Zaczęto oficjalnie propagować odrębność narodową. Niestety, wielu Ślązaków, choć do niego nie przystąpiło, zaczęło wpisywać w spisie powszechnym narodowość śląską. Sądzili, że jak będą sami gospodarzyć – bez tej Warszawy, bez tych polityków, którzy żyją we własnym świecie odizolowani od świata realnego – to się coś zmieni. Nie chcą mieć narzucanej „pseudoelity”. Przebudzenie nastąpiło, gdy Związek Ludności Narodowości Śląskiej w czasie wojny w Gruzji poparł Moskwę. RAŚ, który godzi w integralność Polski, szybko się zreflektował i odciął od stanowiska ZLNŚ. Wiele wskazuje na to, że ZLNŚ i RAŚ są inspirowane zarówno przez pewne siły w Niemczech, jak i Rosję.

Dzięki informacjom na temat zasięgu wpływów, jakie Gazprom ma na terenie Niemiec, wiele rzeczy staje się jasne. Tło – rozczarowanie. Niestety, 1989 r. przyniósł Ślązakom wielkie rozczarowanie. Po Magdalence nastąpił „okrągły stół”. Ślązacy wiedzieli, że to nic dobrego, ale reszta Polski w euforii uwierzyła. Przez Śląsk przechodziły największe manifestacje antyokrągłostołowe. Próbowano zająć KW PZPR, telewizję, a nawet Komendę MO, by chronić dokumenty przed zniszczeniem. Wszystko było torpedowane z Warszawy. Tych, co chcieli wolnej Polski, nazywano oszołomami. Ta wolna Polska nie była taka, o jakiej marzyli. Zupełnie nie rozumieli, dlaczego mają wybierać jako posła Adama Michnika czy senatora Andrzeja Wielowieyskiego, którzy byli „spadochroniarzami” z Warszawy.

Potem przyszła likwidacja przemysłu. Specjalnie zadłużano kopalnie. Likwidowano całe gałęzie gospodarki. Wszystko to, co z takim trudem budowało kilka pokoleń, zostało przez dyletantów, a może kogoś gorszego, bezpowrotnie zniszczone. Wiele zakładów skazano po prostu na wrogie przejęcia lub zamknięto, by nie stanowiły konkurencji dla firm w Europie Zachodniej. Ta wyśniona Polska stała się PRL-bis. Na Śląsku wzrastało poczucie krzywdy. Bezrobocie szalało i szaleje. Dla regionu znanego z tak wielkiego poszanowania solidnej pracy był to prawdziwy szok.

Nie rozliczono bandytów – Salomon Morel oskarżony o zbrodnie kat Ślązaków do samej śmierci w 2007 r. w Izraelu pobierał z Polski emeryturę 5000 zł. Byli SB-ecy mają się dobrze – otrzymują wysokie emerytury, w przeciwieństwie do tych, którzy o wolną Polskę walczyli. Sekretarze egzekutyw komitetów miejskich PZPR są posłami nawet w PiS. Sołtysi narzucani przez PZPR w latach 80., terroryzujący całą wieś, teraz dopisują sobie biografie i szkalują postaci niezmiernie zasłużone dla polskiego podziemia niepodległościowego. Największych polskich patriotów robią z siebie ci, którzy dla pieniędzy wyrzekli się narodowości polskiej, a przyjęli niemiecką i wyrzucają z pracy polskich patriotów.

Niestety, macki RAŚ sięgają różnych środowisk – politycznych, np. PO, i akademickich. Podziały przechodzą jednak wewnątrz głównych partii, a nie między nimi. W Sejmiku Śląskim PO zawarło koalicję z Ruchem Autonomii Śląska, tworząc Zarząd Województwa. Tusk na zjeździe Kaszubów powiedział: „polskość to nienormalność”, a Gorzelik chełpi się tym, „że niczego Polsce nie ślubował”.

Z drugiej strony przewodniczący Parlamentu Europejskiego – Jerzy Buzek, rodem ze Śląska Cieszyńskiego, europoseł z listy PO, bardzo krytycznie odniósł się do koalicji z RAŚ i powierzenia funkcji wicemarszałka liderowi RAŚ Jerzemu Gorzelikowi, któremu podlega edukacja i kultura w województwie śląskim.

Radna Sejmiku z listy PO, Ludgarda Buzek (Ślązaczka), pomimo dyscypliny klubu PO głosowała przeciwko koalicji z RAŚ i kandydaturze Gorzelika na wicemarszałka.

Senator PO Maria Pańczyk, popularyzatorka kultury i gwar, jest przeciwniczką kodyfikacji języka śląskiego i autonomii. Mówi o sobie, że jest Ślązaczką – czyli Polką.

Posłanka PiS Izabela Kloc – Ślązaczka z zacnej rodziny przedwojennych posłów na Sejm Śląski i RP – zgłosiła poprawkę do budżetu w celu sfinansowania budowy Muzeum Powstań Śląskich w Katowicach. Poprawka została odrzucona przez posła PO, Ślązaka Mirosława Sekułę, członka Związku Górnośląskiego, twierdzącego, że „powstania to była wojna domowa na Śląsku”.

PiS jest Ślązakom zdecydowanie bliższy niż inne partie. W wyborach na śląskiej wsi i w małych miasteczkach wygrywa, gdyż jest to partia ceniąca wartości. Rozpasany liberalizm jest Ślązakom obcy. Tu na tej ziemi Bóg, Honor i Ojczyzna jeszcze coś znaczą. Na Śląsku frelka (panna) jest frelką, a synek (chłopak) jest synkiem, wongiel jest czorny a mleko biołe, kiery godo inaczyj, to fanzoli (gada bzdury).

Samochody na Śląsku jeżdżą z naklejkami „Oberschlesien”. Emisariusze RAŚ chodzą po domach i agitują za narodowością śląską i autonomią. Na tego rodzaju aktywną działalność potrzebne są pieniądze, i to duże. Pozostaje zadać pytanie o ich źródło.

Wielu Ślązaków nie zdawało sobie sprawy, że są manipulowani, a obecnie nie chcą być dalej wykorzystywani. Dlatego też w nadchodzących wyborach działacze Związku Ludności Narodowości Śląskiej nie wystąpią pod własnym szyldem, ale będą kandydowali na listach PSL w okręgach: Gliwickim, Katowickim i Rybnickim.

Działacze Związku mają nadzieję powtórzyć sukces z wyborów samorządowych i wprowadzić do Sejmu trzech posłów. Ich głównym celem, jak sami piszą, będzie „legalizacja narodowości śląskiej. Nie wystarczą same obietnice działaczy PO i PSL, potrzebujemy naszych posłów i senatorów by tej sprawy dopilnowali”.

Ciekawe, z kim ze Śląska był konsultowany w raporcie PiS-u rozdział „Wstydliwy naród polski”. Zapis powinien być na tyle precyzyjny, by nie mógł być wykorzystany do medialnej burzy i nagonki na PiS i jego prezesa. Przecież jest jasne, że cała ta awantura ma przykryć istotne informacje zawarte w raporcie o tragicznym stanie państwa. Wyrwane z kontekstu słowa Jarosława Kaczyńskiego odnosiły się nie do Ślązaków jako takich, lecz do RAŚ-owców i tych, którzy wymyślili „nową narodowość”, dzieląc Ślązaków, być może nie tylko dla własnej kariery.

Autor: Jadwiga Chmielowska

Autorka zaprezentowała  ten wykład na konferencji w Konstantynowie Łódzkim 16 kwietnia 2011 r. Również ukazał się w „Gazecie Polskiej” z 13 kwietnia 2011 r.