Romuald Szeremietiew (2011-08-03)

SEMPER  INVICTA

Stephane Courtois, francuski historyk, pracownik Centre National de la Recherche Scientifique oraz uniwersytetu Paris X Nanterre, profesor Katolickiego Instytutu Studiów Wyższych w La Roche-sur-Yon specjalizujący się w historii światowego ruchu komunistycznego (współautor „Czarnej Księgi Komunizmu”, polskie wydanie 1999 r.) odnalazł w Moskwie dokumenty dowodzące, że powstanie warszawskie przeszkodziło w przygotowanej i zaplanowanej w szczegółach operacji Armii Czerwonej, która w pościgu za Niemcami miała ruszyć przez Europę, aby dokonać jej podboju we współpracy z tamtejszymi komunistami.


W czasie II wojny światowej Naczelny Wódz i premier rządu RP gen. Władysław Sikorski odznaczył stolicę orderem Virtuti Militari. Odznaczony tym samym orderem Lwów jest znany z miana Semper Fidelis – Zawsze Wierny. Na herbie Warszawy mamy zapisaną dewizę Semper Invicta – Zawsze Niezwyciężona.

Nie ma wątpliwości, że historyk francuski przedstawił rzeczywiste zamiary Stalina. Czy jednak Sowieci mieli szanse zająć całe Niemcy i ew. „wyzwolić” Francję, a przeszkodziło w tym Powstanie Warszawskie?

Powstanie wybuchło 1 sierpnia 1944 r. i trwało do 2 października. W tym czasie wojska sowieckie oraz I Armia WP (berlingowcy) rzeczywiście stały na linii Wisły. Lądowanie wojsk alianckich w Normandii miało miejsce 6 czerwca. W sierpniu trwała bitwa pod Falaise (7-go) i wyzwolono Paryż (25-go). We wrześniu miała miejsce nieudana aliancka operacja powietrzno-desantowa „Market-Garden”. A jeszcze w grudniu Niemcy podjęli kontrofensywę w Ardenach, gdy Alianci stracili ponad 80 tys. żołnierzy i ich możliwości ofensywne zmalały. Forsowanie Renu (Operacja Plunder) – przekroczenie granicy niemeickiej z zachodu na wschód przez wojska alianckie nastąpiło dopiero w dniach 7 – 24 marca 1945 roku! A więc Sowieci, gdyby nie „postój” pod Warszawą byliby w stanie wyprzedzić Aliantów i zająć całe Niemcy. To zaś oznaczałoby, że Polska znalazłaby się w centrum sowieckiego imperium, być może jako jedna z wielu republik
ZSRR. Także graniczące z Niemcami Dania, Holandia, Belgia, Luksemburg i Austria najpewniej nie potrafiłyby powstrzymać komunistycznej infiltracji. Trudniej mogłoby być z zajęciem Francji bowiem wojska francuskie w końcu listopada zajmowały Strasburg. Jednak gdyby wojska sowieckie w październiku dotarły do Francji, w której działał silny komunistyczny ruch oporu, to kto wie czy Stalin nie powtórzyłby wyczynu cara Aleksandra I z 1813 roku, gdy wojska rosyjskie zajęły Paryż.

Można spotkać się z poglądami, że Stalin nie miał zamiaru zajmować Niemiec interesując się bardziej południem (Rumunia, Węgry, półwysep Bałkański). Wydaje się, że sowiecka ofensywa na południe miała charakter ubezpieczający główny kierunek natarcia na Niemcy. Stalinowi chodziło bowiem o ro, aby zagrodzić drogę ew. ofensywie wojsk alianckich na półwyspie Bałkańskim. Winston Churchill był zwolennikiem uderzenia w tzw. miękkie podbrzusze Europy, czyli na Bałkany. Tamtędy miała pójść główna ofensywa aliancka w której wojska polskie (Armia WP na Bliskim Wschodzie) odgrywałyby główną rolę. Anglikom chodziło o to, aby zająć przed Stalinem Środkowo – Wschodnią część Europy i zmusić okrążone Niemcy do kapitulacji. Biorąc pod uwagę tajne rozmowy z rządzami Rumunii, Węgier i Bułgarii oraz siłę podziemia w Jugosławii, Grecji i Polsce i taka ofensywa miałaby ogromne szanse powodzenia. Stalin wiedział o tych planach i zabiegał, aby lądowanie Aliantów miało miejsce we Francji. Prezydent Roosevelt poparł Stalina, a Churchill okazał się zbyt słaby by przeforsować swoją koncepcję pokonania Niemiec. W rezultacie zamiast na Bałkanach Alianci lądowali w Normandii i na południu Włoch, a Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie uczestniczyły w tych obu operacjach. Polski II Korpus nie wyzwalał więc Jugosławii tylko Włochy. W ten sposób także strategiczne plany rządu RP związane z sojusznikiem brytyjskim zawiodły. Jednak Stalin nie dowierzał Aliantom i uznał, że lądowanie ich wojsk, w tym Polaków na półwyspie włoskim może być początkiem ofensywy na Bałkany, Węgry i Polskę. W tym sensie zajęcie Europy Południowo-Wschodniej dla realizacji planów Kremla było niezbędne.

Tak więc rozpatrując strategiczne konsekwencje Powstania Warszawskiego powinniśmy dostrzegać nie tylko przegraną
wówczas bitwę o zachowanie niepodległości, stary i zniszczenie Warszawy. Powinniśmy uwzględnić podstawowym znaczenie Powstania Warszawskiego 1944 dla powojennych losów Europy, bowiem jakie byłyby konsekwencje zajęcie Niemiec przez Sowiety nie trzeba tłumaczyć. Nie byłoby Republiki Federalnej Niemiec, tylko jedna wielka komunistyczna Niemiecka Republika Demokratyczna. Każdy kanclerz Niemiec powinien na kolanach dziękować Bogu za Powstanie Warszawskie. Zapewne też nie byłoby NATO Europy w dzisiejszym kształcie gospodarczym i politycznym.

Znalazłem następującą opinię (Jan Sidorowicz, „Co działo się na wschód od Wisły w czasie Powstania Warszawskiego?” http://www.powstanie.pl/index.php?ktory=6&class=text).

„Realizmu nie wykazali również Niemcy, którzy na tym etapie wojny bardzo liczyli na, nieunikniony według nich, konflikt między “nienaturalnymi” sojusznikami, jakim była koalicja mocarstw zachodnich z ZSRS. Gdyby Niemcy, zamiast zwalczać Powstanie, oddali po krótkiej walce Warszawę powstańcom i tym samym umożliwili zainstalowanie się w stolicy legalnego rządu RP – doprowadziłoby to do bardzo poważnego kryzysu między sojusznikami. Stalin bowiem nie uznawał polskiego rządu na emigracji i zmierzał do zainstalowania w Warszawie posłusznego Moskwie PKWN. Ale w kwaterze głównej Hitlera górę nad rozsądkiem wzięła żądza mordowania Polaków i niszczenia miasta.”

Można rozważyć, co z punktu widzenia przegrywających wojnę Niemców byłoby lepsze – oddanie Warszawy, umożliwienie Sowietom wznowienia ofensywy i oddanie całych Niemiec Sowietom, czy uratowanie przynajmniej części, jak się okazało większej części, po zajęciu zachodnich Niemiec przez wojska alianckie? Może więc ta zbrodnicza walka z powstańcami warszawskimi miała dla Niemców jakiś głębszy sens.

W 1920 r. po Warszawą Polscy zatrzymali bolszewicki marsz na Europę. Wówczas polskie zwycięstwo na dwadzieścia lat powstrzymało marsz komunizmu na Zachód. W sierpniu 1944 roku Warszawa ponosząc ogromne straty odniosła jak się okazało drugie zwycięstwo krzyżując Stalinowi plany opanowania Europy.

PS. I pomyśleć, że gdyby nie było „narodowej katastrofy” w 1944 roku, to Radosław Sikorski, autor takiej opinii, najpewniej nie mógłby zostać ministrem obrony w rzadzie PiS i ministrem spraw zagranicznych w rządzie PO.

 

ze strony  

http://www.bibula.com/?p=41532
Jacek Bezeg (2011-08-02)

Uniwersytet Opolski - uczelnia komunistyczna?

Po raz kolejny Uniwersytet Opolski na propozycję umieszczenia na swym budynku tablicy upamiętniającej czyn braci Kowalczyków odpowiedział zdecydowanie negatywnie. Zdecydowanie to znaczy nie wysuwając jakiejkolwiek innej propozycji upamiętnienia tego wydarzenia. Nie powiadomiono też co złego, zdaniem władz Uniwersytetu, jest w propozycji przedstawionej przez Opolskie Stowarzyszenie Pamięci Narodowej. Jedynym oficjalnym usprawiedliwieniem takiego stanowiska jest to, że przy wejściu do wyremontowanej Auli Starej umieszczono już tablicę informującą o ciekawszych wydarzeniach z nią związanych, takich jak koncerty, występy czy przemówienia rozmaitych osób, osóbek i osobników. Jest tam też i zapis informujący o wysadzeniu jej w "proteście przeciwko praktykom politycznym w PRL".

 


 

Przypomnijmy.
Protest polegający na wysadzeniu auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu dotyczył zamordowania na Wybrzeżu co najmniej 39 niewinnych osób i zranienia 1164. Wtedy nie minął jeszcze rok od tych wydarzeń i właśnie 6 października 1971 sprawcy, kierownicy i organizatorzy tej masakry mieli w tym miejscu otrzymać nagrody i odznaczenia. Bracia Kowalczykowie tak haniebne wykorzystanie uczelnianej auli udaremnili. Komuniści do dziś nie mogą im tego wybaczyć. Nazywanie zbrodni "praktykami politycznymi" to jakże charakterystyczny eufemizm. Zakrawa wręcz na ponury żart. Jego celem jest złagodzenie oceny, ukrycie prawdy i to nie o wadze czynu braci Kowalczyków, ale o tym co zdarzyło się wcześniej. Chodzi nie tylko o przedstawienie ich jako co najmniej dziwaków, ale i o pokrycie kurzem zapomnienia polskiej walki o wolność, oraz zbrodni dokonywanych, by walkę tę stłumić.
Oczywiście uzasadnienie decyzji Senatu UO może być zupełnie inne, tylko, że nigdzie o tym przeczytać ani usłyszeć nie można. Skazani jesteśmy na domysły, a te mogą być tylko takie, że oto mamy do czynienia z grupą osób zdecydowanych bronić komunizmu. Niby konstytucja zakazuje propagowania tego ustroju, tak jak i faszyzmu. Ogłoszono nawet swego czasu jego upadek, a jednak...

Trudno tu o inny wniosek, jak tylko taki, że oto w instytucji gdzie przygotowuje się naszą przyszłość, w miejscu gdzie kształci się nasze przyszłe elity i wychowawców naszych dzieci, większość osób taką pracą się zajmująca, to co najmniej zwolennicy, a może i propagatorzy idei z zasady zbrodniczej i zdecydowanie wrogiej naszej cywilizacji.

Nieładnie byłoby profesorów podejrzewać o to, że nie wiedzą co czynią, nie słyszeli o "dokonaniach" Lenina, Stalina, Dzierżyńskiego czy Jaruzelskiego.

Wieszając na ścianach uczelni takie tablice i nie zgadzając się na inne pracują nad wychowaniem pokoleń nie nastawionych wrogo do tych idei.

Wygląda na to, że komuna na Uniwersytet wracać nie musi, bo cały czas tam jest.

 

18 grudnia 2010 na murze stoczni w Gdańsku w pobliżu słynnego pomnika Trzech Krzyży odsłonięto tablicę.

 


 

 Relacja z tych uroczystości jest tu:

http://www.ospn.opole.pl/index.php?p=art&id=428

Relacja z uroczystości w Opolu ..

 

 

 

Izabela Brodacka (2011-07-30)
Świadoma naiwność

Sądzę, że wielu z moich i państwa znajomych nie przeżyłoby nie tylko masakry na norweskiej wyspie, czy wywózki na Syberię, ale nawet zabłądzenia w Lesie Kabackim

Marianna (2011-07-26)

 Ksiądz Dziwisz? Czy ksiądz Natanek?

Wydarzenia ostatnich dni, nałożenie kary suspensy na x Piotra Natanka wywołało dość duże poruszenie pośród  wiernych. Nie pragnę krytykować Pasterzy mojego Kościoła, ubolewam jedynie, że karany jest kapłan, który chce walczyć z największymi wrogami wiary – masonerią i laicyzmem, który w swoich kazaniach broni należnych praw narodu i suwerenności ojczyzny. Z przykrością należy stwierdzić, iż niewielu współczesnych Kapłanów stać jeszcze na taką odwagę, by publicznie upominać rządzących.
Przyjrzyjmy się więc Komunikatowi Kurii , wyjaśnieniom księdza Kardynała Stanisława Dziwisza. Porównajmy Jego słowa i czyny.

Zwracam się do Was, drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie, z trudną, ale równocześnie ważną wiadomością.
Jako biskup Kościoła Krakowskiego, w poczuciu odpowiedzialności za Jego jedność, jak też za prawdę i wiarygodność przekazywanej w nim Ewangelii Jezusa Chrystusa, zmuszony byłem podjąć zasadnicze decyzje wobec kapłana naszej archidiecezji ks. dr. hab. Piotra Natanka i ukarać go suspensą, zgodnie z przepisem Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 1371, 2º). Oznacza to, że ks. P. Natanek nie może sprawować żadnych czynności kapłańskich ani wykonywać władzy rządzenia.
Podstawą niniejszej decyzji jest ostentacyjnie okazywane przez ks. Piotra Natanka nieposłuszeństwo, polegające na uporczywym głoszeniu przezeń niezgodnych z nauką Kościoła poglądów dotyczących królowania Jezusa Chrystusa, opartych na prywatnych objawieniach oraz inspirowanych obcymi nauce Kościoła doktrynami sekt eschatologicznych.
W swoim przekazie, rozpowszechnianym przez media elektroniczne, publicznie podważa autorytet biskupów i kapłanów, pomawiając ich o niewiarę i współdziałanie z wrogami Kościoła. W odpowiedzi na krytyczne uwagi swoich pasterzy i współbraci kapłanów podejmuje próby tworzenia własnych struktur, do których włącza pozyskanych zwolenników, odwodząc ich tym samym od wspólnoty Kościoła powszechnego i narażając na wielkie szkody duchowe i moralne.

Tyle mówi Komunikat podpisany przez kardynała Stanisława Dziwisza. Słowa.
Przejdźmy do czynów:

Nagroda ADL dla kard. Dziwisza
Metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz odebrał w środę w Krakowie Międzyreligijną Nagrodę im. Kardynała Augustyna Bea, przyznaną przez Ligę Przeciw Zniesławianiu (ADL, Anti-Defamation League) – jedną z najważniejszych organizacji żydowskich na świecie. Nagroda jest nadawana dla podkreślenia wkładu duchowieństwa w realizację linii II Soboru Watykańskiego, której kwintesencją jest soborowa deklaracja „Nostra aetate”, traktująca o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich.

Kard. Dziwisz, dziękując za uhonorowanie go nagrodą, przywołał dokonania papieża Jana Pawła II w dziele zbliżenia chrześcijaństwa z judaizmem. Podkreślił, że dla Karola Wojtyły początkiem „pielgrzymki dialogu” nie była deklaracja „Nostra aetate”, ale przyjaźnie z żydowskimi dziewczętami i chłopcami z jego rodzinnych Wadowic oraz doświadczenia jako świadka horroru Zagłady.

- Jako biskup Krakowa chciałbym zapewnić, że Kościół katolicki w Polsce pragnie podążać za tym przykładem Jana Pawła II i odważnie odkrywać i odrzucać to wszystko, co czyni nasze życie niezgodne z Ewangelią. Dlatego też z przykrością dostrzegamy, że pomimo tak jednoznacznego nauczania ostatnich papieży na temat właściwego stosunku katolików do Żydów jeszcze nie wszyscy wśród nas potrafili przezwyciężyć w sobie uprzedzenia, urazy i szkodliwe stereotypy
– powiedział metropolita krakowski.

Zaznaczył jednak, że od czasu upadku komunizmu w Polsce „został położony solidny fundament pod wychowanie naszej młodzieży na strażników pamięci zamordowanego przez niemieckich nazistów żydowskiego świata, który przez wieki istniał w naszych rodzinach, miastach, miasteczkach i wsiach”.

Metropolita zaapelował do żydowskich „partnerów w dialogu” o wsparcie i wyrozumiałość – aby prócz działań godzących w los pojednania dostrzegali także zaangażowanie wielu ludzi dobrej woli.

- Dziękuję raz jeszcze za tę nagrodę, którą przyjmuję nie tylko w imieniu własnym, ale w imieniu wszystkich moich współziomków i współwyznawców, dla których to nowe braterstwo chrześcijan i Żydów jest cennym darem samego Boga –
powiedział kard. Dziwisz.

Obecny na uroczystości dyrektor Ligi Przeciw Zniesławianiu, Abraham Foxman, podziękował metropolicie za postawę anonimowego księdza, który w czasie okupacji ochrzcił go, ocalając z Zagłady. Rodzina Foxmanów pochodziła z Baranowicz. Uciekając przed nazistami, powierzyli niemowlę gosposi, Polce Bronisławie Kurpi, która ochrzciła go jako własnego syna i wychowywała do 1946 r

Zawiązana w 1913 r. w USA Liga Przeciw Zniesławianiu (Anti-Defamation League) jest jedną z najstarszych i najważniejszych organizacji żydowskich na świecie, której celem jest walka z nienawiścią i uprzedzeniami rasowymi wobec Żydów.
Spójrzmy jak to wygląda w praktyce?

Foxman (ADL): Nowy Testament jest antysemicki

Abraham H. Foxman, dyrektor ADL (część B’nai B’rith) twierdzi, że antysemityzm będzie istniał tak długo, jak chrześcijanie będą akceptować „kłamstwo” Nowego Testamentu (NT), że starożytni faryzeusze odpowiadali za śmierć Chrystusa. Foxman twierdzi, że to „zabójcze” oszustwo spowodowało nie do opisania żydowskie cierpienia na przestrzeni tysięcy lat. Taka wywołana przez NT nienawiść kulminowała holokaustem, jak twierdzi – ale wybucha na nowo, kiedy oskarżenie o „zabójcach Chrystusa” jest wnoszone w Pasji Mela Gibsona, oraz w Wielkanocnych czytaniach chrześcijańskiej „antysemickiej” historii.
Ale co najważniejsze, Foxman ocenzurowałby liczne fragmenty Ewangelii, które ujawniają faryzejski spisek by usidlić i w końcu zamordować Jezusa.
Foxman twierdzi, że Żydzi nie byli odpowiedzialni za ukrzyżowanie, oraz, że rzymscy urzędnicy opracowali plan śmierci Jezusa. Ale NT mówi tylko o jednym „urzędniku rzymskim,” który autoryzuje ukrzyżowanie, Poncjusz Piłat był bezwolnym oportunistą politycznym, niechętnym skazaniu Chrystusa. Był zmuszony przez cały żydowski sanhedryn i tłum obywateli żydowskich, krzyczących „Ukrzyżuj go! Jego krew na nas i naszych dzieciach.”

Foxman tak podsumowuje sprawę przeciwko NT:
„W ciągu ostatniego stulecia wzrastająca przewaga dowodów i badań naukowych wykazały, że egzekucja Jezusa była zainspirowana przede wszystkim przez władze rzymskie, które rządziły w Palestynie w I wieku, a nie przez naród żydowski. I antyżydowska retoryka, która szpeci kilka książek chrześcijańskiego Nowego Testamentu wykazuje, że nie odzwierciedla faktu historycznego, lecz rywalizację w czasie pisania tych książek między Żydami, którzy poszli za Jezusem i tymi, którzy nie poszli.

„Niemniej jednak, wersje opowiadań ewangelicznych, które podkreślają żydowską winę (a nie odpowiedzialność rzymskich władz cesarskich, którzy faktycznie nałożyli i wykonali wyrok śmierci) zostały włączone do chrześcijańskiego kanonu. W wyniku tego, poprzez coroczne czytanie lub inscenizowanie historii śmierci Jezusa w kościołach chrześcijańskich, miliony chrześcijan przyswajały pogląd, że to Żydzi są winni największej zbrodni w historii. Do naszych czasów, zniesławianie za bogobójstwo wykorzystywano do uzasadnienia nienawiści do Żydów i przemocy wobec nich, łącznie z chrześcijańskimi ambonami. Przez wieki te denuncjacje doprowadzały do licznych aktów przemocy wobec Żydów, w tym morderczych pogromów, ironicznej zdrady dziedzictwa człowieka, którego chrześcijanie czczą jako Księcia Pokoju.

 „Przez prawie 2000 lat chrześcijańskie nauki przyczyniały się do szerzenia antysemityzmu w Europie i poza nią.  Historia chrześcijańskiego antysemityzmu jest długa, skomplikowana i tragiczna. Uczeni tacy jak dr James Parks prześledzili bezpośredni związek starożytnych nauk chrześcijańskich nt. Żydów i judaizmu z obozami śmierci Hitlera.”
Według Foxmana, współcześni chrześcijanie są również w dużej części odpowiedzialni za holokaust:

„… wielu Niemców i Austriaków, którzy spędzali tydzień na mordowaniu Żydów, później szli w niedzielę do kościoła, widocznie nie dostrzegając sprzeczności w swoich działaniach, oraz prawdą jest również to, że atmosfera polityczna i społeczna, w której prześladowania i mordy milionów Żydów mogły być postrzegane jako szeroko akceptowane, nie mogłyby mieć miejsca bez cichego przyzwolenia ze strony kościołów chrześcijańskich – jak również zakorzenionego antysemityzmu 20 wieków dogmatów, doktryn i nauk demonizujących Żydów… ponieważ chrześcijanie i kościoły chrześcijańskie głosiły nienawiść wobec Żydów od tak dawna, niemożliwe jest by chrześcijanie – a zwłaszcza Kościół Katolicki – uważali się za biernych lub niewinnych przechodniów podczas holokaustu. Mordy nie miałyby miejsca bez grzechów milionów chrześcijan – grzechów popełniania i grzechów zaniechania.”


Nowoczesne chrześcijaństwo, twierdzi Foxman, jest więc oparte na nienawistnych, mściwych kłamstwach NT. Mówi, że ewangelizacja praktykowana przez bogobojnych chrześcijan jest również antysemicka.


ADL Foxmana wywiera ogromny wpływ na co najmniej pół miliona żydowskich członków B’nai B’rith na całym świecie. Jego czarne ostrzeżenia o zagrożeniu ze strony chrześcijan pomaga wyjaśnić zapał wielu Żydów do wyrażania sprzeciwu wobec chrześcijańskich symboli, uroczystości, świąt i wartości.

Foxman próbuje zaszczepić w chrześcijanach poczucie winy, a w narodzie żydowskim chęć stawiania oporu, ograniczenia, a ostatecznie prześladowania chrześcijan; w końcu właśnie w tym celu stworzono ADL / B’nai B’rith.

Czym jest organizacja B’nai B’rith, jaka jest jej historia i cele?
Spróbujmy sobie odpowiedzieć na te pytania.

 Początki B’nai B’rith
 
Organizacja B’nai B’rith została powołana do życia w 1843 r. w USA przez niemieckiego emigranta żydowskiego pochodzenia Heinricha Jonasa w celu zjednoczenia skłóconych środowisk żydowskich wokół pewnych ogólnych celów, opartych na judaizmie i ideologii racjonalistycznej. Założyciele BB od początku nie ukrywali, że chodzi im o stworzenie organizacji wzorowanej na wolnomularstwie, wykorzystującej jego symbole i obrzędy, jednak, w przeciwieństwie do jego kosmopolitycznego profilu, mającej charakter narodowy, czy, w specyficznym sensie, "rasowy", ograniczony do społeczności żydowskiej (zgodnie ze statutem, członkiem BB może zostać tylko osoba, która ma i deklaruje tożsamość żydowską, świecką bądź religijną, opartą na pochodzeniu żydowskim (z ojca lub matki) bądź na konwersji na judaizm). Celem było więc zjednoczenie Żydów, ale nie w sposób dowolny, lecz zgodnie ze zinterpretowanymi w duchu masońskim zasadami talmudycznego judaizmu, mającego liczne cechy zbieżne z oświeceniowym racjonalizmem wolnomularzy.
Jak twierdził w 1926 r. Abram Perelman, członek BB: Troska o zachowanie i odnowienie duszy żydowskiej - oto przyczyny powstania zakonu B’nai B’rith. A troska ta jest naturalnym wypływem z istoty samego żydostwa, która nie znosi asymilacji i widzi w niej niewolnictwo duchowe (cyt. za: L. Chajn, Wolnomularstwo w II RP, Warszawa 1975, s. 519). Wydaje się więc, że słusznie określił BB Nahum Sokołow, nazywając organizację żydowskim zakonem wolnomularskim.

Przed II wojną światową w Polsce istniało zagrożenie, że tego typu działania BB, jako nacjonalistycznej organizacji żydowskiej działającej w kraju ze znaczącą mniejszością żydowską, w większości albo niezdolną, albo wrogą wobec asymilacji. Zresztą sama asymilacja była sprzeczna z celami i deklaracjami organizacji, stawiającej interesy "ogólnożydowskie" zarówno ponad wolnomularskimi celami "ogólnoludzkimi", jak też ponad interesami krajów, w których działały jej oddziały
 Zakon formalnie stosował rytuały i symbole typowo masońskie, oficjalnie popierał syjonizm. Wywoływało to wewnętrzne napięcie i wpływało na wizerunek samej organizacji, która starała się być zarazem kosmopolityczna i nacjonalistyczna, co w każdym wypadku było przynajmniej częściowo niezgodne z interesem II RP. Trudno więc dziwić się, że ostatecznie, kiedy 22 listopada 1938 r. ogłoszono dekret o rozwiązaniu zrzeszeń wolnomularskich, zaliczono do nich też zakon B’nai B’rith. W ten sposób BB przestała istnieć w Polsce na okres 70 lat.

9 września 2007 r. uroczyście otwarto w Warszawie należącą do BB lożę Polin, języku hebrajskim słowo to oznacza Polskę. Zgodnie z komunikatem ambasady USA, doszło do spotkania ambasadora Victora Ashe z działaczami tej organizacji - prezydentem BB International Moishem Smithem i wiceprezydentem Danem Mariaschinem - w trakcie którego omówiono m.in. sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Na uroczystości, oprócz wymienionych, obecni byli bracia Michel Zaki z Antibes oraz Witold Zyss z Paryża (inicjatorzy reaktywacji loży), członkowie BB z różnych krajów oraz ambasadorowie USA i Izraela.  Daniel S. Mariaschin dodał zaś, że Otwarcie naszej loży w Warszawie jest wielkim wydarzeniem. Mając na uwadze długą, lecz przerwaną historię B´nai B´rith w Polsce oraz obecne stosunki kraju ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem, a także fakt przynależności do Unii Europejskiej i odradzanie się życia żydowskiego, nasza loża może działać jako ważny uczestnik w szerokiej gamie zagadnień, którymi zajmuje się B´nai B´rith oraz szerszymi planami żydowskimi.
Z okazji reaktywowania loży Kancelaria Prezydenta RP wystosowała do jej władz list gratulacyjny, przeczytany przez obecną na uroczystości Ewę Junczyk-Ziomecką, Podsekretarz Stanu w Biurze Prezydenta, w którym można m.in. znaleźć takie oto stwierdzenia: Blisko 70 lat temu w 1938 r. dekret prezydenta Rzeczpospolitej zakazał działalności B’nai’B«rith w wyniku absurdalnego strachu, niezrozumienia i wprowadzenia w błąd, oraz zarządził nielegalność działalności w Polsce sekcji B’nai B’rith. Dlatego to powinno być rozważane jako symboliczny gest, że ja teraz jestem tutaj przed wami, jako reprezentant Prezydenta Rzeczpospolitej, po to żeby przywitać was i waszą organizację, która po raz drugi otwiera działalność w Polsce.

Nie oceniam działań Kardynała,( śp. pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego również) wskazuję tylko na przedziwne powiązania, otrzymywane honory, o których bardzo często wspominał w swoich płomiennych kazaniach suspendowany ksiądz Piotr Natanek.

Profesor Jerzy Przystawa (2011-07-17)

Przeszło, minęło całe pokolenie, kto jeszcze wie, kim był Falzmann i w ogóle o co chodzi? Czy warto wracać do tych przebrzmiałych spraw i czy mają one jakieś odniesienie do dzisiejszej rzeczywistości?

Nazwisko Michała Falzmanna wiąże się na ogół z tajemniczą sprawą FOZZ, a co ten akronim oznacza na próżno by pytać dzisiejszych studentów elitarnych uczelni. Sam Falzmann, prowadzący, na początku 1991 roku, kontrolę FOZZ z ramienia Najwyższej Izby Kontroli, miał pełną świadomość, że FOZZ jest istotnym, ale jednak tylko fragmentem większej całości. Notatka służbowa dla Naczelnika Izby Skarbowej, sporządzona przez niego jesienią 1989, jak w łupince orzecha, ujmuje istotę sprawy.

Donosił w niej, że PHZ „Universal”, największa w owym czasie firma zajmująca się handlem zagranicznym, udzieliła kredytu w wysokości 5 milionów dolarów nieznanej nikomu firmie „Altex”, założonej bez grosza, na dalekich Wyspach Dziewiczych, którą zarządzał jednoosobowo niejaki Krzysztof P., pracownik „Universalu”. Gwarantem kredytu okazał się być FOZZ. Celem miał być zakup nowoczesnej włoskiej linii produkcyjnej do produkcji włókna sztucznego, które to włókno produkować miała jakaś inna firma w dalekim Szczecinie, nazwę pomińmy. A potem zespoły biegłych kontrolerów Izby Skarbowej zgromadziły stosy dokumentów, a z tych dokumentów wynikało na pewno tylko tyle, że żadna linia produkcyjna nie została kupiona, a firmy, które pośredniczyły w tej operacji gdzieś się pozapadały. Na tej podstawie Falzmann sugerował Naczelnikowi Izby Skarbowej, że w całej tej sprawie nie chodziło nigdy o żadną linię produkcyjną, tylko o spekulację finansową i wytransferowanie z Polski grubych pieniędzy. I nie chodziło tu o głupie 5 milionów dolarów, tylko o znacznie większe kwoty, a dodatkowo Falzmann podejrzewał, że kontrola, którą mu zlecono była tylko pewnym testem sprawności polskich służb kontroli finansowej: czy są one kompetentne i czy są w stanie wykrywać spekulacyjne przekręty finansowe na dużą skalę.

Michał Falzmann okazał się człowiekiem kompetentnym, sprawnym i gotowym do odpowiedniego działania. Wobec tego został od razu usunięty z pracy w Izbie Skarbowej, a jak nam w swoich notatkach zapodał, stało się tak na podstawie polecenia zastępcy Leszka Balcerowicza, wiceministra Finansów, głównego negocjatora polskiego zadłużenia, przewodniczącego Rady Nadzorczej FOZZ, przypadkowo również pułkownika WSI. Jakoś tak się ułożyło, że dyrektorem generalnym FOZZ był inny wysoki oficer WSI, a szef „Universalu”, potem pierwszej polskiej spółki giełdowej, zaprzysięgał się na procesie, jaki wytoczył autorom ksiązki Via bank i FOZZ, że nic nigdy z żadnymi służbami specjalnymi nie miał, a nawet mieć nie mógł, bo w KC jakikolwiek kontakt ze służbami specjalnymi był surowo zabroniony. Dzisiaj, naturalnie, akronim KC nikomu nic nie mówi, nawet prowadząca sprawę sędzia Sądu Okręgowego nie wiedziała o co chodzi. Zmuszony do wynurzeń Dariusz Przywieczerski wyjaśnił wtedy, że chodzi o Komitet Centralny PZPR, gdzie wcześniej pracował. W dalszej fazie procesu wyjaśniło się także, że nie mówił do końca prawdy, bo Instytut Pamięci Narodowej wykrył, że jednak miał, a nawet podał sądowi jego służbowy pseudonim i zaszeregowanie.

Wspomniany w notatce Krzysztof P. też okazał się być nie od macochy. Przypadkiem jego zięciem był inny polski Przywieczerski, szef innego wielkiego przedsiębiorstwa handlu zagranicznego, a kiedy udało się dziennikarzom wytropić jego telefon, to trop prowadził wprost do Ambasady Związku Sowieckiego w Warszawie. Po latach jego nazwisko pojawiało się tu i tam, zawsze przy okazji jakichś nieważnych setek milionów dolarów, które raptem gdzieś przepadały, niczym pieniądze FOZZ-u, a gdzie by się miały podziać, tego służby prokuratorskie ustalić nie były w stanie, wobec czego śledztwa kończyły się niczym.

Kontrola, jaką prowadził Falzmann w Izbie Skarbowej zakończyła się wyrzuceniem go z pracy, co powinien był traktować jako ostatnią poważną przestrogę Opatrzności, bo już kontrola FOZZ, jaką nieopatrznie zlecono mu w NIK, zakończyła się jego śmiercią, po zaledwie trzech miesiącach dochodzenia, w dniu 18 lipca 1991.

Nazwisko Dariusza Przywieczerskiego, który przez 14 lat trzymał nas pod sądem, jeszcze nie jeden raz wypłynie, bo to postać szczególnie zasłużona. Kiedyś był ogłaszany herosem biznesu i transformacji ustrojowej, wymieniany bez przerwy na czołówce rankingu najbogatszych Polaków. Chwalił się publicznie, że wszystkie partie polityczne zwracały się do niego o pomoc materialną, a on pomagał tyle ile mógł. Jedyną partią, jaka od niego pomocy nie chciała był Sojusz Lewicy Demokratycznej i chyba tylko z tego powodu w jego pałacu w Głodowie balowali prawie wszyscy eseldowscy twórcy III RP, z Aleksandrem Kwaśniewskim, Józefem Oleksym, Leszkiem Millerem na czele. Potem, na procesie karnym FOZZ, okazało się, że to bidula, skromny emerycina, mieszkający w mieszkaniu o powierzchni zaledwie przekraczającym 40 metrów kwadratowych, na utrzymaniu żony – zawodowej tłumaczki, którego nawet nie bardzo stać na adwokata. Dzisiaj, kiedy przepadł bez wieści, a ścigają go po świecie sądowe listy gończe, nadal figuruje w Krajowym Rejestrze Sądowym we władzach ponad 50 firm. W tych spółkach pojawia się także i nazwisko jego żony – tłumaczki.

Wielkim zaskoczeniem dla wielu prostodusznych Polaków było pojawienie się na liście tej politycznej dobroczynności Przywieczerskiego osoby Jacka Kuronia. Pośrednikiem w tym zbożnym dziele była niejaka Anna Turska, w owym czasie dziennikarka „Gazety Wyborczej” i przyjaciółka Wielkiego Jacka. Może ten sympatyczny sponsoring polityczny przeszedłby niezauważony, gdyby Pani Anna nie wykpiwała w „GW” ludzi zajmujących się aferą FOZZ, a osobliwie śledczych i prokuratorów, którzy przez lata molestowali ten Fundusz. Zeznając przed sądem zaprzeczyła ona jakimś specjalnym związkom z Dariuszem Przywieczerskim – ot, po prostu Jacek poprosił ją, żeby po drodze wstąpiła do kasy – ale potem się okazało, że zbyt skromnie oceniła swoje koligacje, bo w wywiadzie prasowym wyznała nieoczekiwanie, że Przywieczerski to dla niej osoba bardzo bliska, tyle co szwagier. Co nie dziwi, ponieważ Przywieczerski założył razem z nią spółkę „Ad Novum” (a więc ku nowym, pięknym czasom!), która to spółka wydawała pamiętną „Trybunę” (już nie „Ludu”), a w drodze ewolucji Anna Turska dostała od szwagra tę firmę na własność i objęła funkcję redaktora naczelnego. Co chyba „Trybunie” najlepiej na zdrowie nie wyszło, skoro do dzisiaj ślad po niej zaginął. Ale nazwisko szwagierki i przyjaciółki nadal, bez kłopotu, znaleźć można wśród zarządzających i właścicieli ok. 40 różnych spółek opisanych w KRS.

Przywieczerski, Pochrzęst, Turska, Kuroń, Sawicki to wszystko rybki, większe i mniejsze, pływające w brudnej wodzie transformacji ustrojowej, a co służyło im za karmę, to wyjaśnił w swoim śledztwie Michał Tadeusz Falzmann. Były to rozliczne umowy kredytowe, gdzie różni Żemkowie i Przywieczerscy udzielali kredytów różnym Pochrzęstom, a ci spekulowali uzyskanymi pieniędzmi, korzystając z dobrodziejstw polityki finansowej Leszka Balcerowicza. Albowiem zniesienie prawa parytetu stóp procentowych poprzez zamrożenie kursu dolara na dziesiątki miesięcy, umożliwiało zysk bez ryzyka, wielokrotnie przewyższający kwoty udzielonych kredytów. W tej mętnej wodzie powstały rozliczne rekiny finansjery i imperatorowie III RP. Wielu z nich, po 20 latach, już gdzieś odeszło, jak i sam Przywieczerski, pochowali się za plecami dzieci, wnuków, szwagrów i szwagierek. Brudna woda jednak nie oczyściła się specjalnie i nadal wielu wędkarzy może w niej łowić złote rybki.

Śmierć Michała Falzmanna i procesy toczące się po jego śmierci, ciężarówki akt śledczych i kompanie prokuratorów i sędziów, dowodnie pokazały, że w konstrukcji ustrojowej III RP tkwi zasadniczy błąd, który oczyszczenie tej wody uniemożliwia. Nad grobem Michała Falzmanna powstał Ruch Obywatelski, który wskazuje, jak tego oczyszczenia trzeba dokonać: konieczna jest reforma systemu wyborczego do Sejmu i wprowadzenie na wzór brytyjski jednomandatowych okręgów wyborczych. I to jest nasze zobowiązanie wobec tego niezwykłego człowieka, który 20 lat temu poległ w służbie publicznej.

Jacek Bezeg (2011-07-04)

Rozmaite bywają pod tekstami komentarze.

Ale takiego fajnego to jeszcze nie miałem więc muszę się pochwalić.

 Komentarz jest do tekstu pod adresem:

http://wyszperane.nowyekran.pl/post/19534,domagamy-sie-przeprowadzenia-postepowania-dyscyplinarnego-w-celu-pozbawienia-prawa-wykonywania-zawodu-sedziego-sadu-rejonowego-miasta-warszawy-macieja-jablonskiego

 

 

 

Grzegorz Bieniarz (2011-07-03)
Jaka była Pana pierwsza reakcja na umorzenie przez prokuraturę śledztwa w sprawie śmierci pańskiego brata?

Nie wiedziałem, że coś się dzieje, bo prokuratura nie przesłała do mnie żadnych informacji, że śledztwo zostało zakończone. O tym fakcie dowiedziałem się z serwisu Niezależna.pl. W tej informacji intryguje mnie sprawa udostępnienia nagrań monitoringu. Monitoring w takim miejscu jak Pałac Prezydencki jest obowiązkową sprawą w planach ochrony tego miejsca i w tym wypadku to są rzeczy ściśle określone – ilość kamer, jakość kamer, sposób przechowywania i archiwizowania nagrań.

Czy orientuje się Pan jaki jest czas przechowywania takich nagrań?

W wypadku normalnych monitoringów ten czas trwa około miesiąca, czyli do momentu zapełnienia się pamięci na dysku i jest to praktyka zwyczajowa, a  nie wynikająca z jakiś przepisów. Natomiast tam, gdzie jest Pałac Prezydencki musi być inaczej, te nagrania muszą być archiwizowane chociażby ze względu bezpieczeństwa państwa i to nie jest problem techniczny dla tego typu instytucji. I opowiadanie, że nagranie z tego dnia jest nie do odzyskania, ponieważ zostało zagrane następnym zapisem, to są zwykłe brednie.  Do tego nie może dojść w tym miejscu, taką zasadę stosuje się np. do monitoringu miejskiego ale nie tam.

Czy spodziewał się Pan jednak takiej decyzji prokuratury, czy miał Pan jednak nadzieję na inne rozwiązanie?

Już jakiś czas temu mówiłem, że podstawą dla mnie nie są np. badania histopatologiczne, bo ja zdaję sobie sprawę, że ustalenie związku między uderzeniem a śmiercią po miesiącu, to jest sprawa niezwykle trudna i nie wiem, czy to się komuś kiedykolwiek udało i czy to w ogóle jest możliwe, żeby bezspornie, zgodnie ze sztuką sądową i kryminalistyczną taki bezpośredni związek ustalić. Nam chodziło po prostu o to, by pokazać tego bandytę, który kopnął mojego brata. Była taka nadzieja jeszcze miesiąc temu, bo według doniesień prasowych, prokuratura opolska badała zapis tego monitoringu. Ale jednak poszło to w inny sposób.

Czyli to nie chodziło, tak jak twierdziła np. „Gazeta Wyborcza”, aby na siłę udowodnić, że Pana brat zmarł w wyniku tego pobicia?

Nawet gdyby znaleziono tego człowieka, który kopnął mojego brata, to znalezienie związku między tym kopnięciem a śmiercią i udowodnienie winy temu człowiekowi byłoby trudne i kto wie, czy w ogóle wykonalne, mi nie o to chodziło. Nawet sam nie mógłbym powiedzieć, że to on rzeczywiście  swoim czynem spowodował tę śmierć. Chodziło mi o to, aby pokazać tego bandytę. Zresztą tamtego pamiętnego dnia, na Krakowskim Przedmieściu takich bandytów było wielu.

Dziękuję za rozmowę.

 ze strony:

http://www.ngopole.pl/2011/07/02/%E2%80%9Echodzilo-mi-o-to-aby-pokazac-tego-bandyte%E2%80%9D-%E2%80%93-z-antonim-klusikiem-o-umorzeniu-sledztwa-przez-opolska-prokurature-rozmawia-grzegorz-bieniarz/#more-6333
Mirosław Dakowski (2011-06-24)

Z prof. Mirosławem Dakowskim, fizykiem jądrowym, przez ćwierćwiecze pracującym w fizyce rozszczepienia, m. inn. w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku, rozmawia Robert Wit Wyrostkiewicz

 [w mojej okolicy nie ma kiosku z Naszą Polską. Verboten! Ale dowiedziałem się telefonicznie, że wreszcie (z opóźnieniem.. .) NP umieściła ten wywiad. Więc już mogę umieścić u siebie z adnotacją, że to z n-ru NP z ok. 22 czerwca. MD

- Nowe prawo atomowe wyjątkowo jednomyślnie przeszło przez Sejm. Nie poparł go tylko jeden poseł a dwoje wstrzymało się od głosu. Reszta parlamentarzystów zgodnie zagłosowała za nowelą. Rząd liczy, że w lipcu prawo atomowe wejdzie życie. Pierwszy blok pierwszej elektrowni jądrowej miałby zdaniem rządu ruszyć przed końcem 2020 r. a do 2030 r. miałyby powstać dwie elektrownie o mocy 3 GW (gigawatów). Na inwestora rząd wybrał Polską Grupę Energetyczną. Czy to Pana zdaniem realna szansa dla polskiej energetyki, mrzonka czy pułapka?

 
- Nowe prawo atomowe bardzo ułatwia budowę energetyki jądrowej w kraju, w którym ta niebezpieczna gałąź energetyki miała zawsze różne zabezpieczenia prawne szczegółowo weryfikujące sprawy bezpieczeństwa i pozwoleń. Nowe prawo atomowe daje energetyce jądrowej zielone światło. Sejm przyjął to prawo prawie jednogłośnie, z jednym Rejtanem posłem Janem Szyszko i przy dwóch głosach wstrzymujących, również posłów z PiS-u. Może to świadczyć albo o ogromnych naciskach i „niekonwencjonalnym” lobbingu albo też o nieznajomości zagrożeń wśród szefów partii (bo głosowano wg. „ściągi”, więc poglądy posłów się nie liczyły) wynikających z narzucanej przez anonimowego „kogoś” strategii jądrowej dla Polski.

 
- Na czym polega to niebezpieczeństwo?



- Jestem fizykiem, wykładałem też teorię reaktorów jądrowych. Z tego doświadczenia oraz na podstawie analiz, które wykonuję do dzisiaj jako energo-analityk, mogę z przekonaniem powiedzieć, że energetyka jądrowa nie jest Polsce potrzebna. M.inn. dlatego, że reaktory jądrowe muszą pracować ciągle na pełnej mocy. Przez 24 godziny tak samo. Więc jeśli pan Tusk mówi o planowaniu budowy reaktorów o mocy 1,6 GW (gigawata), to musi pamiętać, że one na tej mocy będą musiały ciągle pracować. Tego się nie wyłącza przyciskiem na noc… Tymczasem Polska ma ogromne różnice zapotrzebowania na energię elektryczną zarówno pomiędzy dniem i nocą jak i między porami roku - latem i zimą.

Polska powinna się wystrzegać energetyki jądrowej także z innego powodu, a mianowicie problem stanowi jej ogromny koszt. Według minister Trojanowskiej czy premiera Tuska jeden reaktor o mocy 1,6 GW kosztowałby w przeliczeniu na kilowat niecałe 1300 dolarów. Tymczasem jedyne dwa reaktory typu „trzy plus” (jakie mają stanąć w Polsce) są dopiero budowane w Finlandii i we Francji (Olkiluoto i Flamanville). Nigdzie w Europie nie ma takich reaktorów w działaniu. Koszt wspomnianych reaktorów jak i czas ich budowy są znacznie przekroczone. Realny (jak na razie, bo może być dalej przekroczony) koszt w tym przypadku wynosi od 3,5 do 4,5 tysiąca dolarów za kilowat. Czyli ponad dwa razy więcej niż to co wmawia nam rząd.

Nie ma żadnej merytorycznej dyskusji specjalistów na temat potrzeb EJ dla Polski. Więcej, takie dyskusje są mocno tłumione. A możliwości rozwoju energetyki odnawialnej, rozproszonej oraz zmniejszenia energochłonności gospodarki są ogromne. Koszty tych strategii są wielokrotnie mniejsze.

Ze względu na koszta, jak i doświadczenie jakie mamy po budowie stadionów i autostrad, szansa na zrealizowanie przez Tuska planu budowy pierwszego reaktora jądrowego do 2020 r. jest równa zero.
 

- Jednak chyba komuś zależy na tej budowie. Inwestorem ma być Polska Grupa Energetyczna, ale wiadomo, że przy „atomie” kręci się Zachód i chce na tym skorzystać.


 - To prawda, ale Polska Grupa Energetyczna ma określoną zdolność kredytową wynoszącą – jak obliczył (czy ujawnił) energo-analityk prof. Władysław Mielczarski - 15-17 miliardów złotych. W sytuacji, kiedy na dwa reaktory trzeba wydać 30-45 miliardów złotych, taka zdolność jest niewystarczająca, a z zewnątrz nikt nie da kredytów na tak astronomiczne sumy na tzw. piękne oczy. Te kredyty mogą być wzięte jedynie pod zastaw resztek tego co zostało z Polski po latach złodziejskiej często wyprzedaży. Byłoby to ostateczne wywłaszczenie Polaków. Jeśli więc Tusk chce nas uszczęśliwić nie reaktorami, ale budową reaktorów za 60 czy 90 miliardów złotych to dochodzimy do niewyobrażalnych wartości kwotowych. Pamiętajmy, że Tusk mówił kiedyś o potrzebie wybudowania czterech elektrowni (po cztery reaktory w każdej) więc podane kwoty trzeba by jeszcze pomnożyć. A więc chcą oni oddać realne resztki kraju za mrzonkę jądrową.


- Jak Pan wspomniał niebezpieczną mrzonką, jednak inni się tego niebezpieczeństwa nie boją. Czy nie straszy Pan niepotrzebnie Polaków atomem, z którym wiele państw europejskich już się zaprzyjaźniło?


 „Zaprzyjaźnili się” szczególnie Niemcy. Czy dociera do nas, że Angela Merkel i rząd niemiecki uchwalili ostateczne wyłączenie wszystkich EJ w niedalekiej przyszłości?

W energetyce jądrowej od 30 lat nie ma realnego postępu. Dwadzieścia lat temu na świecie było 436 reaktorów energetycznych, a obecnie jest ok. 425. Tak wygląda postęp? Jedyny „postęp” związany jest z tym, że energetyka o tak ogromnej gęstości mocy wymaga coraz nowych zabezpieczeń, które generują coraz wyższe koszty. Zabezpieczania są coraz nowocześniejsze, bardziej skomplikowane, ale atom wciąż jest niezwykle groźny co pokazała nam ostatnia katastrofa sześciu reaktorów w Japonii (Fukushima 1). W Polsce to niebezpieczeństwo można pomnożyć o specyfikę: ewentualną kradzież betonu (jak w Żarnowcu) czy nie spawanie prętów zbrojeniowych (z pośpiechu)  co przecież miało miejsce ostatnio nawet w Finlandii. Tam budowała to firma Ariva z Francji, ale zlecała prace... podwykonawcom z Portugalii, a ci zatrudniali m.in. polskich spawaczy, którzy, poganiani, nie zaspawane elementy musieli dawać do zalania betonem, „bo i tak nie widać” . Tak wygląda w XXI wieku budowa rzekomo bezpiecznej elektrowni jądrowej typu „trzy plus”. Takiej jakie planowane są w Polsce.

Próba wciśnięcia nam elektrowni atomowych stworzy zagrożenie ewentualną awarią i spotęguje zadłużenie kraju, najprawdopodobniej u którejś z dwóch firm. Chodzi o bardzo silnie lobbującą w Polsce amerykańską firmę Westinghause i francuską firmę Ariva, za którą lobbował bezpośrednio w rozmowach z prezydentem Komorowskim i premierem Tuskiem prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Dlaczego tak im zależy na Polsce? Odpowiedź jest prosta. W Europie i w świecie o rozwiniętej gospodarce przestało się budować reaktory atomowe, niektóre kraje jak Niemcy po katastrofie w Fukushimie wycofały się z programów jądrowych. Więc Polska, obok Indonezji i podobnych krajów stała się idealnym terenem do zrobienia jądrowego interesu dla Amerykanów i Francuzów. Jest to również eksport bezrobocia w dziedzinie „high technology”.

 
- Jeżeli więc nie atom, to co proponowałby Pan w XXI wieku? Energetykę odnawialną, nowoczesne technologie węglowe?


 - Propagandyści EJ stawiają nam często fałszywą alternatywę: albo energetyka jądrowa albo szkodliwa i trująca energetyka węglowa. Przez ostatnie 20 lat świadomie i celowo zniszczono w Polsce kilkadziesiąt kopalni węgla. Część kopalni sprywatyzowano. Polska z wielkiego producenta i eksportera węgla stała się importerem. Nowe, rozsądne decyzje niemieckie, by odejść jak najszybciej od energetyki jądrowej, spowodują renesans węgla. Niestety w Polsce w znacznym stopniu te pokłady węgla zostały zniszczone, zmarnowane, zalane wodą i teraz są bardzo trudne do odzyskania w sposób klasyczny. Natomiast od 20 lat tłumaczymy komisjom sejmowym i kolejnym rządom, że do gospodarczego rozwoju Polski, dla jej konkurencyjności, konieczne i możliwe jest zmniejszenie trzy do czterech razy zużycia energii na jednostkę produkcji. Jest to konieczne, bowiem Polska po komunizmie odziedziczyła cztero czy pięciokrotnie bardziej energochłonną gospodarkę niż w krajach zachodnich. Proponowane było odejście od technologii marnujących energię, które bez nakładów finansowych od razu zmniejszyłoby energochłonność, jednak niestety czasami tanie pomysły są zbyt tanie, komuś się nie opłacają i nie są brane pod uwagę.

Po drugie, należy naprawdę promować korzystanie z energii odnawialnych. Od lat nie mówię juz o tym co można by zrobić, ale co już zrobiliśmy. Przykładowo w Żarnowcu, nazywanym czasami przez miejscowych „Żarnobylem”, miały stać dwa reaktory sowieckie WWER-213, które miały mieć w sumie moc blisko 1 GW. Tymczasem z kilkudziesięcioma osobami udało nam się nasycić rynek kotłami C.O. na tzw. biomasę, czyli na odpady drewna, gałęzie, słomę, trociny, których moc sumaryczna (na 2005 r.) wynosiła około 6 GW, czyli był to odpowiednik sześciu takich planowanych Żarnowców. Prawdą jest, że tam miał być produkowany prąd elektryczny, a tutaj ciepło, ale produkowane jest ono z odpadów, odpadają koszty, jest to naprawdę tanie.

Być może z tego powodu (taniości) niejeden dyrektor straciłby prowizję, łapówkę. Dlatego wciąż pozostajemy przy energochłonnej technologii bądź lansujemy energetykę atomową. To samo dotyczy linii przesyłowych energii elektrycznej. Powinniśmy jak Niemcy wprowadzić klastry lokalnych sieci przesyłowych, gdzie poszczególne gminy, rolnicy, ludzie w miastach produkują ciepło i energię elektryczną. T. zw. „sieci sprytne” , już istniejące, reagują na bilans podaży i zapotrzebowania i straty w sieciach maleją dramatycznie. W Polsce potrzeba miliardów na remont starych sieci elektrycznych, ale nie tylko są one przestarzałe, ale sama koncepcja sieci centralnych jest po prostu archaiczna. W rozwijającej się Europie pieniądze idą na badania i rozwój (BR) w dziedzinie np. magazynowania energii. To tylko przykłady. Wykazano, m.inn. w USA, że nakłady na poszanowanie energii, nowoczesne sieci, magazynowanie energii i energie rozproszone dają siedmiokrotnie większe efekty gospodarcze, niż inwestowanie w energetykę jądrową, przestarzałą i zawsze niebezpieczną.

ze strony:

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=3694&Itemid=44

AnnaZofia (2011-06-16)

ZUS  -  wiedzy o nim nigdy nie za wiele

 

Zobaczmy więc, na czym polega "dobrodziejstwo powszechnego ubezpieczenia".
Średnie zarobki w Polsce wg GUS to: 2415 zł. Narzut na ZUS (składka) wynosi 25,8%, z czego 19,52% na same emerytury, czyli 471,41 zł miesięcznie.

Odkładamy to do banku na skromne 4% przy założeniu braku inflacji. Co oznacza, że rocznie odłożymy 5656,90 zł. Warto zauważyć, że jest to suma zaniżona! W rzeczywistości po roku mielibyśmy już naliczone procenty od pierwszej wpłaty, która leży 11 miesięcy, drugiej, która leży 10 itd. - ale pomijamy to!!!


Istnieje prosty wzór na obliczenie procentu składanego. Zawiera on jednak potęgowanie, które nie wszystkie kalkulatorki wykonują – a poza tym ci, którzy nie pamiętają arytmetyki, mogą posądzać o jakieś oszustwo. Doliczenie 4% jest to jednak po prostu pomnożenie przez 1,04.
Mnożymy – i otrzymujemy: 5883,17 zł.

Z rocznych wpłat jedna leży 39 lat - ostatnia tylko rok.
Trzeba to do siebie pododawać. Kolejno mnożymy składkę przez 1,04 - i te wyniki dodajemy.
 
Ostatnia składka, leżąca tylko 1 rok zarobiła 5883,17 zł, po 2 latach składka zarobiła: 6118,50 zł, itd...
a składka, która leżała w banku 39 lat, zarobiła 26 114,30 zł.
Sumujemy składki ze wszystkich lat:
531 892,56 zł.

Liczba ta jest, przypominam, zaniżona - i to znacznie. Jak obliczył fachowy bankowiec, przy uwzględnieniu ostatnich danych o średnich zarobkach oraz doliczaniu odsetek co miesiąc (co właśnie
stosowane jest w bankach) właściwa suma po 39 latach to 583589 zł.

 

Ponadto ludzie (nawet po studiach i kobiety) pracują dłużej niż 40 lat (65-19=46, 65-24=41, 60-19=41; tylko kobiety po studiach pracują krócej: 60-24=36.


Przechodząc na emeryturę, przestajemy wpłacać do banku i zaczynamy, jako rentierzy, żyć z odsetek.

Roczne odsetki to: 531 892,56 x 4% = 21 275,70
czyli miesięcznie: 21 275,70 zł : 12 = 1772,98 zł.
Tymczasem średnia emerytura wg GUS to: 1193,74 zł.


Teraz wiadomo, dlaczego ta  Hołota narzuca nam przymus emerytalny?


Nie, jeszcze nie rozumiecie! Nie pamiętacie bowiem, że po najdłuższym życiu z tego kapitału przeszedłby on w całości na dzieci i wnuki ubezpieczonego.

 

A gdzie podziewają się pieniądze po śmierci człowieka, który całe życie płacił składki na ZUS?
Ale w dalszym ciągu nie rozumiecie ogromu tego wyzysku. Otóż połowa (no dobrze: 47%) mężczyzn umiera przed osiągnięciem wieku emerytalnego.

Gdzie są ich pieniądze?


"Kto przemocą lub podstępem doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem podlega karze więzienia od 6 miesięcy do 5 lat"

Kodeks Karny - w wersji obowiązującej, gdy uchwalano ustawę o ubezpieczeniach

 

 ze  strony:

http://zpolski.nowyekran.pl/post/17691,zus-wiedzy-o-nim-nigdy-za-wiele

 

 

Jacek Bezeg (2011-06-08)

W odpowiedzi panu Aleksandrowi Ściosowi


Chciałbym w kilku słowach powiedzieć dlaczego nie zgadzam się z tezami Pańskiego tekstu z Gazety Polskiej. (Jest też i tu: http://cogito.salon24.pl/312186,nowy-ekran-stare-metody  )   Skrytykował Pan dość gruntownie koncepcję utworzenia "trzeciej siły" na polskiej scenie politycznej. Wyjaśnię dlaczego utworzenie, a nawet tylko próba jej utworzenia jest ze wszech miar korzystna.
Już od dłuższego czasu w trakcie kolejnych wyborów spotykamy się coraz powszechniej z opinią, że "Nie ma na kogo głosować". Część obywateli formułuje ją w słowach, a część komunikuje ją czynem, pozostając w domach. Różne partie i na różne sposoby próbują do tej zdegustowanej "klasą polityczną" części elektoratu dotrzeć, lecz z miernym skutkiem.

Przyjrzyjmy się interesującej nas obu partii.
Chcemy, aby wygrała, ale chcemy też aby realizowała cele jakie uważamy za korzystne dla Polski. Zupełnie nie jest nam potrzebna u władzy partia nazywająca się nie wiem jak bardzo patriotycznie, lecz wspierająca racje cudze. Gdyby były dwie pretendentki po prawej stronie, to ścigając się o względy prawicowego elektoratu doskonaliłyby swój patriotyzm. Skoro mamy jedynaczkę, to będąc pewną, jako jedynaczka, swoich wyborców, lekceważy ich i całkiem logicznie próbuje się podlizać lewicy. Mam nadzieję, że tylko taki jest powód działań i zaniechań, o które do PiS-u mam pretensje.  Wspomnę tu tylko kilka z nich:
1. Brak poparcia dla idei Jednomandatowych Okręgów Wyborczych - jedynej możliwości uwolnienia kraju spod władzy partyjnych koterii.
2. Poparcie i podpisanie traktatu lizbońskiego - likwidacja suwerenności Polski nie tylko bez wojny, ale nawet bez referendum.
3. Brak poparcia dla idei ochrony Życia Poczętego w sytuacji gdy na całym świecie dostrzegane już są ujemne skutki spadającej dzietności.
4. Radosna akceptacja dla wznowienia działalności loży masońskiej Bnai Brith otwarcie deklarującej cele sprzeczne z polską Racją Stanu
5. Brak informacji o rzeczywistych kosztach przynależności do UE i zagrożeniach związanych z wprowadzeniem euro.
6. Zmasowane głosowanie w sejmie za ustawą wprowadzającą energetykę jądrową, gdy inne kraje planują zamykanie tego rodzaju elektrowni.
Można by listę tę, niestety, ciągnąć znacznie dłużej, ale i tyle wystarczy, aby pokazać powagę sytuacji. Jestem przekonany, że wszystkie te sytuacje wyglądałyby zupełnie inaczej gdyby PiS "czuł na plecach oddech konkurencji" prawicowej, patriotycznej, obywatelskiej partii, lub przynajmniej społecznych ruchów poparcia takich czy innych idei. Ich rachityczna kondycja, lub zgoła brak, to moim zdaniem efekt działania "służb".
Pan uważa, że to właśnie służby takowe ruchy tworzą. Ja myślę, że czasem tworzą, a czasem wręcz odwrotnie, robią z nimi to, co Pan właśnie chce zrobić z NE.

Dla jasności sytuacji:
Wieloletni pobyt w tej części świata nauczył mnie, by nie ufać nikomu do końca, ale z drugiej strony płeć czyni mnie skłonnym do ryzyka. Ktoś powiedział, że ulotki ze słusznymi ideami trzeba wieszać na każdym słupie, a nie tylko na ładnych i czystych. Z tych powodów, będę to co uważam za konieczne, publikował na NE tak długo, aż mnie nie przegonią.

Co robić?
Aby odpowiedzieć sobie na pytanie czy wchodzić w coś co wygląda pozytywnie, ale nie jest do końca pewne rozważmy może historię Solidarności. Dziś wiemy już, że oba jej "wybuchy" były organizowane przez służby. W ten pierwszy jednak ludzie uwierzyli, weszli tam masowo i okazało się, że agentów jest za mało by nad nami zapanować. Sprawa wymknęła się spod kontroli i konieczny był grudzień. Czy jednak w ostatecznym rozrachunku sierpień był przegraną?
Przygotowania do 1989 były już dokładniejsze. Może nawet specjalnie trochę przedobrzono. Większość wyczuła co się dzieje, odniosła się do sprawy z dużą rezerwą, z dystansem, no i mamy co mamy. Ta runda jest przegrana.

Potrzebny bat
O tym jak fatalnie brak konkurencji wpływa na PiS świadczą różne oznaki. Partia nie szuka poparcia, nowych członków, nie wychodzi do wyborców. Trudno jest się do niej wpisać, zwłaszcza osobom znanym z aktywności. Okopani na synekurach działacze nie potrzebują konkurentów na listach. Mało tego, rozchodzą się "pomiędzy ludem" pogłoski, ponoć z samej góry, że "nie planujemy żadnego zwycięstwa w wyborach" i "wygodniej jest być opozycją i za nic nie odpowiadać". Jeśli szczerze zależy Panu na kondycji tego konia, to trzeba mu znaleźć jakiegoś sparring partnera, aby się nie rozleniwił. Koniecznie!! Jak najszybciej!!

Kto jest kto?

Pisze Pan wiele o kolegach, znajomych i współpracownikach twórców NE jednak nie udowadniając, a tylko sugerując ich związki ze służbami. Po pierwsze, uważam, że nie zostaje się agentem grając w golfa nawet z szefem wywiadu. Po drugie, chociaż prawdą jest, że wielu naszych agentów jest nimi tylko nominalnie, faktycznie działając w interesie obcych mocarstw, to jednak nie można wykluczyć tego, że są też funkcjonariusze uczciwi, patriotyczni i tak dalej. Zwłaszcza, że w tej branży fizyczna likwidacja zdrajców nie jest rzadkością. Znanych jest wiele przykładów gdy ludzie służb stawali na czele rządów, bo w normalnych warunkach mówiąc nasz agent, myślimy, człowiek, którego wierność jest sprawdzona. Dlatego proponuję przede wszystkim patrzeć na efekty działania i reagować natychmiast gdy są one niewłaściwe. Bywa przecież tak, że ktoś jest bardzo uczciwym idiotą i szkody jakie spowoduje są większe niż te, będące efektem działania nieprzyjaciół.

Ja również do NE mam szereg zastrzeżeń,

 lecz zupełnie innej natury. Nie podoba i się to, że panuje tam spory bałagan, nieczytelne są zasady funkcjonowania całości, a zwłaszcza przemieszczania się tekstów. W efekcie znalezienie tekstu, który jeszcze przed godziną był na pierwszym miejscu, ale z jakiegoś powodu jego analizę odłożyć postanowiłem na później wydaje się niepodobieństwem. Rzeczywiste cele i zamiary administratorów NE można wykazać analizując ich postępowanie z materiałem zawartym na portalu. Być może okazałoby się, że ma Pan rację.

A Pan to kto?

Jest jeszcze jedna sprawa. Można powiedzieć osobista. Pisząc o ludziach rozmaite szczegóły, o tym kto jest kto i podobnie, zapewne chciałby Pan, aby mu wierzono. Aby tak się stało wypadałoby samemu przestać się ukrywać. Wiadomo, że nie jest Pan Piotrem Bączkiem. (Chociaż niektórzy to co napisano traktują jako potwierdzenie, że jednak jest.) No ale ...  nie byłoby miło, gdyby się Pan okazał "za przeproszeniem" Palikotem.
Biorąc pod uwagę poprzednie teksty widziałem w Panu jedną z niewielu osób, które zaakceptowałbym w kierownictwie partii, do której chciałbym należeć. Teraz, nie wiem co mam myśleć.
Czy o to chodziło?  

Jacek BEZEG