Prof. Jerzy Przystawa (2011-10-17)

Politolog brytyjski, Michael Pinto-Duschinsky, profesor Uniwersytetu w Oxfordzie, przeanalizował wyniki wyborów parlamentarnych, jakie w okresie od 1945 do 1999 roku odbyły się w siedmiu krajach uważanych za dojrzałe demokracje, a więc w Niemczech, Japonii, Włoszech, Szwajcarii, Belgii, Holandii i Szwecji. W artykule zatytułowanym Send the rascals packing: Defects of proportional representation and virtues of the Westminster Model (Niech łobuzy pakują manatki: wady systemu proporcjonalnego i zalety modelu westminsterskiego) wykazał, że obywatele tych krajów w badanym półwieczu 103 razy szli do wyborów parlamentarnych, ale tylko w 6 przypadkach, a więc mniej niż 6% wszystkich, w wyniku wyborów doszło do zmiany koalicji rządzącej! Jest to wniosek tym bardziej ciekawy, że dotyczy takich krajów, jak Włochy, gdzie w tym samym czasie rządy zmieniały się częściej niż raz na rok, były to jednak zawsze przetasowania w ramach rządzących elit, bez udziału wyborców. Przeciwnicy wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) często wysuwają argument straconego głosu, że jakoby wybory takie zmuszają wyborców do oddawania głosów nie na tych kandydatów, którzy im się podobają, tylko na tych, którzy – ich zdaniem – mają największe szanse. Jeśli tylko 6 razy na 103 obywatelom udało się przy pomocy kartki wyborczej zmienić układ rządzący, to Pinto-Duschinsky konkluduje, że w systemie wyborów proporcjonalnych całe wybory są stracone i wyborcy niepotrzebnie fatygują się do urn! Jak pokazuje doświadczenie, w krajach, w których wybory odbywają się w brytyjskim (westminsterskim) systemie wyborczym, przeciętnie co drugie wybory przynoszą zasadniczą zmianę partii rządzącej.

Triumf wyborczy Donalda Tuska i status quo

Polskie wybory parlamentarne 9 października 2011 w pełni tę konkluzję brytyjskiego politologa potwierdzają. Porównajmy wyniki wyborów z 2007 roku z ostatnimi.

partia

% głosów 2007

Ilość

mandatów

% głosów 2011

Ilość

mandatów

Zmiana % głosów

Zmiana liczby mandatów

PO

41,51

209

39,18

207

-2,33

-2

PSL

8,91

31

8,34

28

-0,55

-3

PiS

32,11

166

29,89

157

-2,22

-9

SLD

13,15

53

8,24

27

-4,81

-26

MN

0,2

1

0,19

1

-0,01

0

Ruch Palikota

-

-

10,02

40

+10,02

+40

pozostali

4,14

0

4,3

0

+0,16

0

Wynik ten ogłoszony został jako wielki triumf Platformy Obywatelskiej i rządzącej koalicji PO-PSL. Jak widzimy z powyższej tabeli koalicja zmniejszyła swój stan posiadania z 240 mandatów poselskich w 2007 roku do 235, aczkolwiek daje jej to nadal bezwzględną większość w Sejmie. Jednak, kiedy dodamy procenty głosów poparcia, to zauważymy, że większość uczestniczących w wyborach, dokładnie 52,48%, głosowała PRZECIW tej koalicji! W liczbach bezwzględnych wygląda to nie najlepiej: na 14,9 mln głosujących (frekwencja wyborcza wyniosła zaledwie 48,92%), ZA koalicją głosowało 6,4 mln; PRZECIW 7,8 mln i 0,7 mln oddało głosy nieważne. Mamy zatem 8,5 mln głosujących, którym się koalicja specjalnie nie podoba i jedynie 6,4 mln , którzy ją poparli. 6,4 mln to zaledwie 21% wszystkich polskich wyborców, więc te surmy triumfalne są trochę na wyrost. Wszystko to potwierdza konkluzję Michaela Pinto-Duschinsky’ego, że tak czy siak, mamy status quo, a więc wyborcy mogli równi dobrze pozostać w domach.

Ale pojawiła się rezerwa strategiczna!

Tą rezerwą jest Ruch Palikowa, formacja wypromowana w ciągu kilku miesięcy przez intensywną kampanię medialną. Socjotechnicy Platformy zdają sobie sprawę, że tzw. ordynacja proporcjonalna jest mechanizmem, który preferuje podział, a więc, że często się opłaca podzielić na dwa ugrupowania – pozornie konkurujące – bo w efekcie można zdobyć więcej mandatów. I tak Janusz Palikot, poseł PO od 2005 roku, wiceprzewodniczący jej Klubu Parlamentarnego i członek Prezydium PO, na początku 2011 roku wystąpił z partii, oddał mandat parlamentarny i ogłosił założenie nowej partii. Inicjatywa ta była a la longue wspomagana hałaśliwą kampanią medialną, nagłaśniająca wulgarne i prostackie prowokacje Palikota.

Nie ma wątpliwości, że Janusz Palikot, milioner i producent wódek, jeszcze kilka miesięcy temu jeden z czołowych polityków Platformy, to bezideowy i cyniczny prowokator. Studiował filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i karierę polityczną zamierzał rozwijać jako przedstawiciel nurtu chrześcijańskiego pod skrzydłami Kościoła. Zainwestował pieniądze w wydawanie chrześcijańskiego (katolickiego?) tygodnika „Ozon”, tworząc środowisko Czterech R: Religia, Rodzina, Rozsądek i Rynek. W jego piśmie publicystami byli katoliccy celebryci, jak np. uchodzący za osobistego przyjaciela Jana Pawła II prowincjał Zakonu O.O. Dominikanów w Polsce Maciej Zięba i inni. Dzisiaj, zaraz po wyborach, pierwszym żądaniem Ruchu Palikota jest usunięcie krzyża z Sali Plenarnej Sejmu RP! Od razu też oświadczył, że jego Ruch będzie sojusznikiem Platformy Obywatelskiej i, na dodatek, całkowicie bezinteresownym, bo nie będzie się domagał żadnych stanowisk w rządzie! To jest altruizm wprost niesłychany w świecie politycznym. Jedyny przypadek podobnego altruizmu dał nam ongiś Sekretarz Generalny SLD Krzysztof Janik, który, na konferencji Ruchu JOW w Tarnowie, zapewnił nas, że gdyby wprowadzono JOW, to SLD wziąłby co najmniej 420 mandatów w Sejmie, a nie czyni tego tylko dlatego, że SLD nie jest partią samolubną i chce, żeby inni też mieli udział we władzy!

To salto polityczne, od KUL do żądania usuwania krzyży z miejsc publicznych, podkreśla dodatkowo zbiorowisko osób, które z listy Palikota uzyskały mandaty poselskie. Są to ludzie praktycznie nieznani, jedynymi rozpoznawalnymi nazwiskami są Robert Biedroń – manifestacyjny, skandalizujący homoseksualista i transwestytka Anna Grodzka. Innym, który skandalizując zdobył mandat jest Tomasz Makowski z Ełku, który prowadził kampanię wyborczą paradując w koszuli z napisem Jestem gejem. Kocham Bronka. Taka rezerwa strategiczna bez wątpienia przyda się Donaldowi Tuskowi w trudnych czasach, jakie nas czekają.

Prawo i Sprawiedliwość ofertą alternatywną?

Leitmotivem zwycięskiej kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej w 2007 roku było odsunąć Kaczyńskich i PiS od władzy. Sukces ten był możliwy w wyniku autodestrukcji koalicji rządzącej i licznym kontrowersyjnym posunięciom premiera Jarosława Kaczyńskiego i jego brata – prezydenta RP. Wydawało się, że Katastrofa Smoleńska, a w niej śmierć Prezydenta i licznych członków elity politycznej związanej z PiS, ponownie przechyliła szalę politycznych sympatii na stronę Jarosława Kaczyńskiego i otworzyła przed nim szansę na objęcie urzędu po Lechu. Niestety, Jarosław Kaczyński nie wykorzystał tej szansy. Głównym motywem parlamentarnej kampanii wyborczej PiS, która rozpoczęła się praktycznie zaraz po wyborach prezydenckich 2010, było przywrócenie Jarosława na urząd premiera i w całym kraju pojawiły się gigantyczne bilbordy Premier – Jarosław Kaczyński. Towarzyszyła temu brutalna retoryka przedstawiająca rząd i Donalda Tuska osobiście, jako odpowiedzialnych za katastrofę i śmierć Prezydenta. Powstawało wrażenie, że pierwszym działaniem ewentualnego rządu PiS będzie ukaranie winnych, którzy już, w jawnej bądź zawoalowanej formie, zostali wskazani. W tej retoryce Polska została podzielona na dwa wrogie obozy: obóz prawdziwych polskich patriotów – a więc PiS – i obóz wrogów polskości i wszystkiego co polskie, a więc wszystkich niełączących się z PiS.

Po wynikach wyborów narzuca się prosty wniosek, że te działania przyniosły skutek raczej odwrotny do zamierzonego: w liczbach bezwzględnych PiS stracił ponad 700 tysięcy wyborców (5 183 261 w 2007 roku i 4 461 646 w 2011 roku), a więc przeszło 14%. Wprawdzie Platforma na tym bezpośrednio nie zyskała, ale zyskał Ruch Palikota, a ponad 16 mln wyborców pozostało w domach (ok. 1,5 mln więcej niż w 2007 roku).

W trudny okres kryzysu światowego, kryzysu światowych finansów i bankowości, trzeszczącej w posadach Unii Europejskiej i upadającego autorytetu Stanów Zjednoczonych, Polska wchodzi z niebudzącą zaufania elitą polityczną, która do tej pory nie potrafiła wykazać się umiejętnością rozwiązywania nabrzmiałych problemów społecznych. Stare, postkomunistyczne struktury SLD i PSL schodzą pomału ze sceny politycznej, ich jedyny cel to obrona wywalczonych beneficjów transformacji ustrojowej. PO-PiS wygląda na trwale podzielony, a jego elity nie są w stanie sprostać wyzwaniom czasu. Jedynym, rzucającym się w oczy sukcesem Platformy Obywatelskiej są przygotowania do Euro-2012 i być może wszystkie te gigantyczne stadiony piłkarskie będą na czas gotowe. Nie jest jasne, jakie korzyści odniesie z tego Polska i jej mieszkańcy. Od 2007 roku polski dług publiczny wzrósł o przeszło 250 miliardów złotych (ok. 100 miliardów dolarów) i część tego długu to z pewnością te międzynarodowe igrzyska, rozdęte do granic absurdu. Na razie klniemy, ale cierpimy cierpliwie: Polski ani samochodem, ani pociągiem, w żadną stronę przejechać się nie da. Polska w budowie –to hasło kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej. Mamy złe tradycje z takimi budowami na zamówienie polityczne: na drugi dzień po oddaniu do użytku, trzeba je rozbierać i poprawiać.

Wybory 2011 nie przyniosły żadnej zmiany. Polska potrzebuje zmiany i potrzebuje alternatywy. Żadna z obecnych partii politycznych nie napawa optymizmem. Konieczna jest reforma systemu wyborczego, aby odblokować zamkniętą scenę polityczną, rozpocząć proces generowania autentycznej, potrzebnej nam elity. Potrzebne są jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do Sejmu, w małych okręgach wyborczych, z równym dla wszystkich prawem do kandydowania. Potrzebny jest westminsterski system wyborczy.

wpisał j.b. (2011-10-07)
Tadeusz Kasprowicz (2011-10-04)
O  ANALFABETYZMIE  POLITYCZNYM
Refleksje przedwyborcze


Marcin Król, kojarzący się zazwyczaj z kręgiem tzw. autorytetów moralnych, a w rzeczywistości niewirtualnej – publicysta, redaktor naczelny kolejno Res Publiki i Res Publiki Nowej, historyk idei (to idee, a nie ich recepcja, mają historię?), filozof polityczny, profesor UW, etc., etc., nazwał onegdaj tych, którzy nie biorą udziału w wyborach, analfabetami politycznymi. Czy miał rację?
Za moich szkolnych czasów analfabetę rozpoznawało się po tym, że zamiast podpisu stawiał krzyżyk. Tak przynajmniej mówili o nim nauczyciele, i taki był jego obraz  w ówczesnych mediach. Zatem, zgodnie z logiką tamtych przekazów, analfabetami należałoby nazwać nie kogo innego, jak głosujących. Nie wyłączając oczywiście dzisiejszego profesora.
No tak, powie ktoś, ale to tylko złośliwy żart, będący mocno spóźnioną reakcją na impertynencję ówczesnego redaktora naczelnego; żart, oparty na zewnętrznym podobieństwie sytuacji analfabety i wyborcy. Zanim bowiem postawi się krzyżyk przy odpowiednim nazwisku, trzeba najpierw to nazwisko odczytać. Zaś analfabeta czytać nie potrafi. Przedtem należy też własnoręcznie pokwitować odbiór kart do głosowania. A to wymaga umiejętności pisania.   
To prawda, ale nie do końca. Czytanie i pisanie stanowią podstawowe dla umysłu ludzkiegoo umiejętności, lecz są one zaledwie umiejętnościami technicznymi. Gdyby było inaczej, nie istniałoby zjawisko tzw. analfabetyzmu wtórnego. Wtórny analfabeta potrafi wprawdzie składać literki, lecz już zrozumienie sensu tego, co złożył, sprawia mu nieprzezwyciężalne trudności. To z kolei zamiast zachęcać, zniechęca go do czytania czy pisania. Dziś zresztą wtórny analfabeta ma łatwiej; tamte mozolne umiejętności zastępowane są coraz częściej przez tzw. cywilizację obrazkową. Można by powiedzieć, że historia zatoczyła koło: wyszliśmy od obrazków i do nich wracamy.
W podobnej, co analfabeta – ten pierwotny i ten wtórny – sytuacji znajduje się wyborca. Jest on  analfabetą politycznym, ponieważ tylko stosunkowo niewielka liczba głosujących zna coś, co można by nazwać „alfabetem politycznym”. Przytłaczająca większość nie ma o nim zielonego pojęcia, a to, co wydaje jej się, że zna, jest najzwyczajniejszą w świecie – by użyć młodzieżowego slangu – „ściemą”. Politycy wiedzą o tym i notorycznie „ściemniają”. Ilustracją niech będzie zdarzenie z przeszłości, którego byłem mimowolnym uczestnikiem.
Jakieś pół roku po reelekcji Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta Polski czekałem na peronie Dworca Głównego w Opolu na pociąg w kierunku Wrocławia. Na  ławce obok mnie przysiadł się jakiś podpity jegomość, który, jak to osoby „w stanie, wskazującym na spożycie”, musiał z kimś pogadać, albo się komuś wyżalić. – Popatrz pan – zaczął – jaki z tego Kwaśniewskiego ciul (w gwarze śląskiej słowo to oznacza męski narząd płciowy).  Głosowali my na niego wszyscy: ja, moja żona, mój syn – drugi raz w życiu, i córka – pierwszy raz, szwagier, szwagrówka... (tu jął wyliczać wszystkich bliższych i dalszych krewnych, a także sąsiadów), bo obiecał, że jak on zostanie prezydentem, to wszyscy młodzi w Polsce dostaną własne mieszkania. I popatrz pan – dodał zawiedzionym i jednocześnie oburzonym głosem – już pół roku jest prezydentem, a moje dzieci jak nie miały własnych mieszkań, tak nadal nie mają. No i powiedz pan, czy to nie ciul?
Niewątpliwie mój ówczesny rozmówca to modelowy przykład analfabety politycznego, choć nie wedle kryterium, przyjętgo przez Marcina Króla. Był nim, ponieważ nie wiedział, co należy, a co nie należy do prerogatyw prezydenta kraju. Można też domniemywać, że nie wiedział, co mogą, a czego nie mogą ministrowie, posłowie, urzędnicy państwowi i samorządowi rozmaitych szczebli, itd., itp. Z powodu swego analfabetyzmu nie rozpoznał też nieuczciwej, cynicznej i hochsztaplerskiej zagrywki ówczesnego reelekta. Jak wiadomo, nie on jeden.
Mechanizm tricku, jakim posłużył się Aleksander Kwaśniewski, jest dziecinnie prosty. Dlatego tak często się go wykorzystuje. Opiera się on na tym, że każda celowa działalność człowieka potrzebuje  środków, nie tylko finansowych i materialnych. Inaczej cele stają się pobożnymi życzeniami. Ci, którzy pragną zdobyć władzę polityczną w sposób demokratyczny, takich środków na ogół nie mają. Nie mają armii, by dokonać przewrotu, ani wystarczającej ilości pieniędzy, by wszystkich przekupić. Nie będą też w przyszłości dysponować dostateczną pulą intratnych stanowisk czy koncesji, by obdzielić wszystkich chętnych. Stanowiska i koncesje nie należą bowiem do dóbr podstawowych. Są to, jeśli można tak powiedzieć, dobra rzadkie. Co innego własne mieszkanie. Jest to jedno z podstawowych dóbr każdego człowieka, każdej ludzkiej rodziny, choć nie zawsze  osiągalne.
Ale zaspakajanie potrzeb mieszkaniowych społeczeństwa nie należy do celów politycznych prezydenta kraju. Może on polityce mieszkaniowej państwa sprzyjać, może ją stymulować, ale nie może jej realizować. A już z pewnością nie może wyborcom mieszkań obiecywać, ani tym bardziej ich nimi obdarowywać. Może natomiast, i tak uczynił Aleksander Kwaśniewski, posłużyć się potencjalnym celem polityki mieszkaniowej państwa jako środkiem do realizacji własnego celu. To nic nie kosztuje, a nabrani frajerzy nie pociągną go na ławę oskarżonych za niespełnione obietnice. Już choćby dlatego, pomijając brak  ku temu możliwości prawnych, że okazali się takimi ciulami.
Praktyka zamiany jednych celów na środki do realizacji innych celów jest w polityce polskiej, zwłaszcza rządzącej obecnie formacji, nagminna. Nie oznacza to, że inne partie się nią nie posługują. Przeanalizowanie wszystkich przypadków i opisanie ich w krótkim tekście publicystycznym byłoby niemożliwe. Zajmę się więc jedynie kilkoma przykładami z obecnej kampanii wyborczej w Opolu.
Tadeusz Jarmuziewicz, kandydat PO, to stary sejmowy wyjadacz. W obecnej kampanii występuje z hasłem „Nowoczesna Opolszczyzna”, które dokładnie nic nie znaczy. Już sam przymiotnik „nowoczesna” jest znaczeniowo nieostry i stanowi worek, do którego każdy może wpakować, co  mu się żywnie podoba. Nie wiadomo też, czy kandydat Jarmuziewicz chce dopiero budować „nowoczesną Opolszczyznę”, czy już ją zbudował i jedynie zamierza utrzymać istniejący status quo. Ale zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, musiałby w Sejmie zorganizować koalicję wokół idei „nowoczesnej Opolszczyzny”. Wątpię, by mu się to udało. Posłowie z innych województw chcieliby zapewne „nowoczesności” dla swoich regionów. A postaw sukna jest zbyt mały, by starczyło go dla wszystkich. Hasło Jarmuziewicza mogłoby od biedy stać się celem i tytułem programu sejmiku wojewódzkiego. Może więc kandydat pomylił adresy i sam już nie wie, do jakiego ciała przedstawicielskiego chciałby kandydować.
Innym trickiem Jarmuziewicza jest „bycie sędzią we własnej sprawie”. Chwaląc się, czego to nie dokonał w ciągu 14 lat posłowania (poseł Tadeusz Jarmuziewicz jest niechlubnym rekordzistą, drugim po Waldemarze Pawlaku, jeśli idzie o nieusprawiedliwione nieobecności na posiedzeniach Sejmu), dwukrotnie kończy wyliczankę sakramentalnym zwrotem: „dotrzymałem słowa!!!”. To, czy dotrzymał słowa, czy nie, i w jakiej sprawie, może ocenić ten, komu to słowo dawał, lecz nie on sam.
Kolejny jego trick, to epatowanie wielkimi liczbami. Blisko 1 mld zł to dla przeciętnego gospodarstwa domowego suma niewyobrażalna. Ale nie w inwestycjach drogowych, tym bardziej, że należałoby ją rozłożyć na 4 lata, czyli po blisko (jak blisko?) 250 mln na każdy rok.  Jarmuziewicz powinien był podać tę kwotę na tle innych, porównywalnych kwot. Wydatki gospodarstwa domowego nie są dla niej nie tylko dobrym, ale też żadnym tłem.
Kandydat PO prezentuje się w swej ulotce jako wiceminister w obecnym rządzie. Wstydliwie przemilcza jednak, w jakim resorcie. A jest się czego wstydzić, bo ministerstwo Cezarego Grabarczyka to jedno z najgorszych ministerstw. Przypomnę tylko horrendalny bałagan na kolei, który nie jest jedynym bałaganem w tym resorcie. Wiceminister Jarmuziewicz wcześniej wiedział o skandalicznych szkoleniach kierowców ciężarówek („wal pan w osobówkę!” – to instrukcja dla kierowców TIR-ów, jak wymusić pierwszeństwo na jezdni) i nic nie zrobił, by temu przeciwdziałać. Obudził się dopiero wówczas, gdy wybuchła afera. I jak tu wierzyć jego zapewnieniom z ulotki, że jego resort spowodował zmniejszenie liczby ofiar na drogach w 2010 r. o ponad 1,5 mln ofiar. Tak jest, nie pomyliłem się. Jarmuziewicz podaje, że w 2007 r. było 5.583 tys. ofiar, czyli 5 mln 583 tys., a w r. 2010 już tylko 3.907 tys.(3 mln 907 tys.). Jeszcze kilka takich ulotek, a Polacy w kraju przestaną istnieć. Pozostanie już tylko emigracja.

Skromniejszy niż u Jarmuziewicza zasięg terytorialny ma hasło Tomasza Garbowskiego, kandydata SLD – „Dla Opola”. Garbowski nie wie jednak, czego chciałby dla naszego miasta. Chyba, że zawarte jest to w jego tajnej broni, czyli drugim haśle: „Dla lepszego jutra”. Kandydat SLD okazał się tu jednak nieodrodnym synem lewicy. Wszyscy komuniści świata nigdy nie chcieli lepszego dnia dzisiejszego, ale zawsze lepszego jutra. A to oznaczało „ad calendas Graecas”, czyli nigdy, jako że greckie kalendy nie istniały.
Kandydat na senatora, Stanisław S. Nicieja, już  raz był senatorem jako reprezentant SLD. Obecnie również startuje w tych barwach, choć z rozsyłanej po domach ulotki w formie pocztówki można się tego domyśleć dopiero po przeczytaniu nadruku (drobniutką czcionką, zbliżoną do nonparelu): „Wydawnictwo finansowane ze środków Komitetu Wyborczego SLD”. Tak jakby kandydat zamierzał to ukryć. Albo, mówiąc inaczej, jednocześnie powiedzieć i nie powiedzieć.
Jako senator chciałby Nicieja wspierać inicjatywy gospodarcze. Lecz to, że świetnie sobie radzi   we własnych interesach (z tego powodu nazwałem go niegdyś „człowiekiem obrotnym i obrotowym”), nie oznacza wcale, że ogarnia umysłem problemy gospodarcze w makroskali. To nie ten rodzaj umysłu. Niczego tu jednak wykluczyć nie można. Nicieja może zająć się tą sferą jako zadaniem partyjnym lub jakimś innym, sobie tylko wiadomym.
Wydawałoby się, że naturalną dziedziną jego działalności parlamentarnej byłaby polityka historyczna. Jest profesorem historii, od lat wydaje książki, częściej – albumy, których tematyka dotyczy utraconych przez Polskę terenów wschodnch. Ale czy się nią zajmie? Wątpię. Od Cmentarza Łyczkowskiego znajduje się bowiem w permanentnym rozkroku. Z jednej strony kokietuje Polaków drogimi ich sercom tematami (zaczął, by się uwiarygodnić, od naiwnej emigracji londyńskiej), z drugiej – na łamach opolskiej prasy deklaruje, że jego ideologiczne serce znajduje się po lewej stronie. Jest jak stevensonowski Dr Jekyll i Mr Hayde.
Czy Stanisław Nicieja nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie można reprezentować lewicy, mającej swe korzenie ideowe w PRL-u, a zatem w Związku Sowieckim, czyli sprawcy utraty przez Polskę ziem na północ, wschód i południe od Bugu, i jednocześnie grać na sentymentach Polaków do tych ziem? Że jest w tym jakiś fałsz, jakiś rozdźwięk, by nie powiedzieć – jakaś schizofrenia? Że najpierw polska lewica, czy jak ją tam nazwać, akceptowała utratę województw wschodnich, a teraz  chce stać się depozytariuszem pamięci o nich?
Nie sądzę, by nie zdawał sobie z tego sprawy. I jak tu mówić o jego wiarygodności jako polskegoi polityka.
Jeśli idzie o kandydatów PSL, wygląda na to, że są najmniej zindywidualizowani wśród ogółu opolskich kandydatów. Dwaj z  nich powtarzają, że „człowiek jest najważniejszy”, a skoro tak, to pewnie pozostali też. Ma to jednak i dobrą stronę. Nie porzucili, widać, rolnictwa, a dokładnie jego integralnej części, jaką jest hodowla baranów... Przepraszam, miałem oczywiście na myśli hodowlę owiec.
Na koniec tego krótkiego przeglądu kilka słów o kandydacie PiS-u – Patryku Jakim. Jest to ciekawy przypadek klientelizmu politycznego w samej polityce. Ten młodzieniec nie wykonywał prawie żadnej pracy, która by nie miała z nią związku. Wygląda to tak, jakby cały czas na polityce żerował. Dotąd na szczeblu samorządowym. Teraz zamarzył mu się Sejm.
Wprawdzie w „telegraficznym” skrócie biogramu podał, że kierował dużą instytucją finansową, ale nie napisał jaką. Dlatego taka informacja jest mało wiarygodna.
W ulotce Patryk Jaki przytoczył dwie pochlebne opinie o sobie. Jedna pochodzi od Zbigniewa Ziobry, druga – od Eugeniusza Mroza. Były minister Sprawiedliwości nie miał powodu, by źle mówić o swym młodszym koledze partyjnym. Po pierwsze – Patryk Jaki w niczym mu nie zagraża; po drugie – negatywna opinia byłaby niekorzystna dla samej partii. W tym miejscu natrafiamy na istotny dylemat, czy to, co dobre dla polityka i jego partii, jest jednocześnie dobre dla Polski. Politycy bowiem mają skłonność do utożsamiania obu interesów. Dlatego też opinia b. ministra nie  jest dla wyborcy wiążąca.  
W przypadku Eugeniusza Mroza zastanawiający jest fakt dużej różnicy wieku (ok. 60 lat) między nim a Patrykiem Jakim, by obaj mogli ze sobą współpracować. Prawdopodobnie więc opinia ta powstała na gruncie prywatnej, towarzyskiej znajomości. Z tego punktu widzenia jest również mało znacząca, choć dla Patryka Jakiego może mieć znaczenie ze względu na środowiskowy autorytet starszego pana – w młodości szkolnego kolegi Karola Wojtyły, późniejszego papieża Jana Pawła II. Eugeniusz Mróz był też żołnierzem AK.
Każdy, kto choć trochę otarł się o argumentację, opartą na rozumowaniu logicznym, wie, że na autorytety powołują się ci, którzy nie mają argumentów rzeczowych. Patryk Jaki takich rzeczowych argumentów w swej ulotce nie przedstawił.
Pascal de Sutter, profesor psychologii na uniwersytecie w Leuven, a także ekspert w zakresie psychologii politycznej, w książce Ces fous qui nous gouvernent (Ci szaleńcy, którzy nami rządzą) twierdzi, że zazwyczaj „wybieramy kłamców i sprzedawców marzeń”. Jeśli to prawda, świadczy ona źle nie tylko o naszej znajomości „alfabetu politycznego”, lecz również o naszej kondycji moralnej.
Tadeusz Kasprowicz (2011-09-28)

„ROTMISTRZ  WITOLD  PILECKI  NIE  BYŁ  KIMŚ  WYJĄTKOWYM”

Taką otrzymałem odpowiedź na pytanie, dlaczego rotmistrz Witold Pilecki jest systematycznie pomijany w rocie apelu poległych podczas uroczystości, upamiętniających żołnierzy NSZ z oddziału „Bartka”, zamordowanych 26 września 1946 r. w lesie niedaleko miejscowości Barut, pow. Strzelce Opolskie. Zbrodni dokonały wspólnie sowieckie NKWD i „polskie” UB.
Pytanie to zadałem pewnemu oficerowi Wojska Polskiego po zakończeniu tegorocznych, dla mnie trzecich, uroczystości na leśnej polanie, w miejscu kaźni.
Pełną odpowiedź ów oficer zaczął od tego, że rotę apelu układa się i zatwierdza w Warszawie, czyli w MON. Poradził mi więc, bym tam skierował swoje uwagi i sugestie. Zamiast jednak na tym poprzestać, wygłosił dość długi komentarz, mający uzasadnić decyzję ministerialnych urzędników.
Takich, jak rotmistrz Witold Pilecki, stwierdził, było wielu, i nie sposób ich wszystkich wymieniać imiennie, bo apel poległych trwałby zbyt długo. W pewnym momencie użył nawet określenia „pan Pilecki”, jakby szło o jakiegoś szemranego cywila, lecz natychmiast się z tego wycofał, wracając do formuły „rotmistrz”.
Ponadto, ciągnął dalej, rotmistrz Witold Pilecki nie został pominięty, bo z pewnością mieścił się w jednej z wezwanych do apelu formacji, choć nie powiedział w jakiej. Być może nie wiedział.  
Zwrócił też moją uwagę na to, że imiennie zostali wezwani jedynie niektórzy z wyższych dowódców (zauważyłem to wcześniej bez niego). Wśród nich najniższy rangą był major Henryk Dobrzański - „Hubal”. Pozostali to głównie generałowie. Jakże więc w takim otoczeniu wymieniać rotmistrza, czyli kapitana, należącego do grupy oficerów młodszych, skoro nawet wśród oficerskich żon istnieje hierarchia ważności, odpowiednio do rangi mężów – to już oczywiście mój komentarz, żadną miarą nie przystający do bohaterskich generałów i majora Hubala.
Żywo natomiast zareagował na moje słowa, że ministerialne pomijanie rotmistrza jakoś dziwnie koresponduje z wynikiem głosowania w parlamencie europejskim o uznanie Witolda Pileckiego za rodzaj patrona i symbol całej Europy w walce z totalitaryzmem. Przeciwko niemu, przypomnę, głosowali polscy eurodeputowani z PO i SLD, a wraz z nimi – Stanisław Jałowiecki, ówczesny europoseł z Opola.
Mój rozmówca zaprzeczył, jakoby te dwie sprawy miały ze sobą coś wspólnego. Z pewnością –   ani MON nie uzgadniało apelu poległych z europosłami, ani europosłowie nie mieli wpływu na jego treść. Nikt zresztą, łącznie ze mną, czegoś takiego nie twierdzi. Ale wstrętny klimat duchowy, jaki stworzyła i nadal stwarza partia, rządząca w Polsce od kilku lat; partia, sprzyjająca antypolonizmowi w kraju i poza nim oraz promująca anty-Polaków,  nie mógł ominąć urzędników MON. A także niektórych polskich oficerów.

 

foto ze strony:

http://reduta.org.pl/index.php?q=node/51
Józef Szaniawski (2011-09-21)

Hołd ruski

 Chociaż okrągła, 400. rocznica hołdu ruskiego przypada dopiero za kilka tygodni, piszę o tym już dzisiaj. Piszę, aby o tym absolutnie wyjątkowym triumfie nie zapomnieli: prezydent RP, premier i ministrowie polskiego rządu, wojskowi, posłowie i senatorowie, duchowieństwo, a także dziennikarze. Ich wszystkich, podobnie jak mnie, nikt w szkole ani na studiach nie uczył o hołdzie ruskim. Ale to nie oznacza, że takiego faktu historycznego nie było. Był! Został tylko bardzo starannie wykreślony, w imię rosyjskiej, a nie polskiej racji stanu.
Czterysta lat temu, 29 października 1611 roku, na Zamku Królewskim w Warszawie miał miejsce hołd ruski - największy triumf w dziejach Polski. Ze względu na okoliczności tego epokowego wydarzenia zostało ono całkowicie wymazane z naszej historii jeszcze przez cenzurę carską w XIX wieku, a komunistyczna cenzura PRL podtrzymała tamten rosyjski zapis. Hołd ruski i data 29 października 1611 roku nie istnieją nie tylko w podręcznikach, encyklopediach, książkach, ale zostały celowo usunięte ze świadomości i pamięci narodowej Polaków. To najdłużej istniejąca biała plama w dziejach Polski, nadal skutecznie utrzymywana przez agenturę rosyjską w Polsce, historyków złej woli oraz przez polityczną poprawność!
Jan Matejko - Carowie Szujscy na Sejmie w Warszawie29 października 1611 roku wielki wódz i mąż stanu hetman Stanisław Żółkiewski, zdobywca Moskwy, przywiódł do Warszawy wziętych do niewoli wrogów Polski. Byli to car Rosji Wasyl IV, dowódca armii rosyjskiej wielki kniaź Dymitr oraz następca moskiewskiego tronu wielki książę Iwan. Pod łukiem triumfalnym przejechał najpierw zwycięski wódz i hetman Stanisław Żółkiewski, za nim inni dowódcy wojska polskiego, zwycięscy żołnierze, a na końcu car i jeńcy rosyjscy. W konwoju i pod eskortą polskich dragonów przez Krakowskie Przedmieście zostali doprowadzeni na Zamek Królewski, gdzie na uroczystej sesji zebrały się wspólnie Sejm i Senat Rzeczypospolitej. Obecni byli wszyscy posłowie i senatorowie, a także większość biskupów i wojewodów oraz najważniejsi politycy i dowódcy wojskowi. Na tronie zasiadł król w asyście Prymasa Polski i kanclerza wielkiego koronnego.
Car Rosji schylił się nisko do samej ziemi, tak że musiał prawą dłonią dotknąć podłogi, a następnie sam pocałował środek własnej dłoni. Następnie Wasyl IV złożył przysięgę i ukorzył się przed majestatem Rzeczypospolitej, uznał się za pokonanego i obiecał, że Rosja już nigdy więcej na Polskę nie napadnie. Dopiero po tej ceremonii król Polski Zygmunt III Waza podał klęczącemu przed nim rosyjskiemu carowi rękę do pocałowania. Z kolei wielki kniaź Dymitr, dowódca pobitej przez wojsko polskie pod Kłuszynem armii rosyjskiej, upadł na twarz i uderzył czołem przed polskim królem i Rzecząpospolitą, a następnie złożył taką samą przysięgę jak car. Wielki kniaź Iwan też upadł na twarz i trzy razy bił czołem o posadzkę Zamku Królewskiego, po czym złożył przysięgę, a na koniec rozpłakał się na oczach wszystkich obecnych. W trakcie całej ceremonii hołdu na podłodze przed zwycięskim hetmanem, królem i obecnymi dostojnikami Rzeczypospolitej leżały zdobyte na Kremlu rosyjskie sztandary, w tym najważniejszy - carski ze złowieszczym czarnym dwugłowym orłem. Ceremonia hołdu ruskiego zakończyła się uroczystą Mszą Świętą w sąsiadującym z Zamkiem kościele św. Jana (obecnie bazylika archikatedralna), zwanym wówczas kościołem Rzeczypospolitej.
 

Nasz Dziennik, Środa, 21 września 2011, Nr 220 (4151)

foto ze strony:  

http://hej-kto-polak.pl/wp/?p=453

 

eska (2011-08-30)

Dziwisz, Turowski  -  Proste pytania..

Z mediów publicznych wylecieli dziennikarze o poglądach prawicowych i pro-pisowskich. Doprawdy?

Wiem, jakie poglądy ma Jan Pospieszalski, ostatni, który właśnie wyleciał. Ale tak naprawdę to co wiem? Że jest praktykującym katolikiem i sympatykiem Kaczyńskiego – chyba? A reszta,  np. sprawy gospodarcze? Nie wiem.  Jeszcze znam poglądy Ziemkiewicza czy Sakiewicza, nie mam pojęcia o poglądach Anity Gargas i wielu innych.

Tak naprawdę wylecieli nie za poglądy, tylko za zadawanie niewygodnych pytań i ujawnianie nie tych, co trzeba faktów.

Ostatnim rzutem na taśmę Pospieszalski doprowadził do dyskusji o casusie Tomasza Turowskiego. I co wiemy? Wiemy, że facet jest zawodowym agentem,      z wysokim stopniem oficerskim. Dobra, nie on jeden.

Wiemy, że pod przykrywką kandydata na jezuitę antyszambrował swobodnie w Watykanie. To już budzi pewne zdziwienie, ale wobec informacji, że SB miało kilkudziesięciu agentów umieszczonych wokół naszego Papieża, to przestaje być dziwne. Ale to nie wszystko. Okazało się , że są zachowane jego meldunki z materiałami, do których nie miał prawa mieć dostępu.

Gdyby przekazywał wystąpienia i homilie Papieża przed ich oficjalnym opublikowaniem, nie zdziwiło by mnie to. W końcu taki materiał trzeba wydrukować, powielić, oprawić itd. – zawsze gdzieś może znaleźć się moment do wyniesienia i przekazania agentowi.

Ale on dostarczał brudnopisy z odręcznymi uwagami Papieża!

Wyobraźmy to sobie – Papież robi szkic i ktoś mu to przepisuje na maszynie. Wtedy nie było jeszcze komputerów, nie można się było włamać. Powstają dwie, trzy kopie – powiedzmy jedna do osobistego archiwum, jedna wraca do poprawek, może jedna idzie do sprawdzenia przypisów czy odnośników. Potem kopia papieska wraca "na maszynę" z odręcznymi poprawkami i ten materiał skopiowany ląduje w rekach Turowskiego. Podobno.

Jakim cudem taka kopia ląduje w rękach jakiegoś zwykłego jeszcze nawet nie w pełni zakonnika? No jakim???

Ile osób pracowało dla Papieża na etapie tych wstępnych przygotowań? Pięć, osiem??

Ktoś, kto mu to dawał, musiał wiedzieć, kim jest prosty braciszek – bo przecież inaczej to niemożliwe. A więc przeciek był pośród najbardziej zaufanych. I Turowski wie, kto nim był!

A osobisty sekretarz Jana Pawła II siedzi sobie w Krakowie w kapeluszu kardynalskim i nic. Nawet się zająknie na ten temat.

Idźmy dalej. Ten sam facet (Turowski) zostaje nagle wezwany ze stanu spoczynku i posłany do Moskwy przez Sikorskiego w celu przygotowania wizyt premiera i prezydenta. Sikorski rzekomo nic nie wie o jego przeszłości.

A co my wiemy o przeszłości Sikorskiego? Ano był w Afganistanie, o czym do pewnego momentu głośno opowiadał. Potem nagle wyciekła informacja, że został złapany przez Sowietów i podobno wyreklamowany przez Anglików. Gdzie to było, kiedy,  jak długo trwało? Nic nie wiemy. Ani pan Sikorski, ani nikt inny – znowu - nawet się nie zająknie na ten temat.

A przecież ktoś musi wiedzieć – nie tylko służby innych państw i stara agentura.

O takich rzeczach wiedzą premierzy i prezydenci, szefowie służb, to są sprawy super tajne tylko do ich wiadomości. Jedynie Siemiątkowski daje do zrozumienia, że coś tam o czymś wie, ale nie może powiedzieć. Reszta milczy. Nawet Kaczyński i Macierewicz nic nie mówią – a muszą coś wiedzieć z racji pełnionych wcześniej funkcji..

Dlatego mam proste pytanie:

Czy sądzicie, panowie politycy, że nie jesteśmy w stanie dodać dwa do dwóch? Że wystarczy, jak to powiedział Schetyna u Moniczki, pobudzić pozytywne emocje w narodzie i wszystko będzie OK?

Nie, już nie wystarczy wyrzucić zbyt dociekliwych dziennikarzy. Pytania już padły, a zdziwienie rośnie. Kiedy do faktu wynoszenia notatek Ojca Świętego z jego osobistej kancelarii odniesie się kardynał Dziwisz, za tę kancelarię odpowiedzialny?

Kiedy do sprawy rzekomego (?) aresztowania Sikorskiego odniesie się choćby Rokita – wszak to za jego czasów inwigilowano Sikorskiego po jego powrocie do Polski – kto i dlaczego zarządził tę inwigilację?

Powtarzam proste pytanie – czy naprawdę macie nas za idiotów???

Czy naprawdę myślicie, że możecie tu rządzić sobie walcząc o przywództwo i rząd dusz ponad naszymi głowami?

Że są prawdy dostępne dla wybranych, a reszta będzie posłusznie dawać się zaganiać do kolejnej farsy wyborczej pod dyktando pana Ostachowicza czy innego spin doktora? Że kiedy z IPN zaczynają wychodzić zarzuty prokuratorskie, to pan Seremet, prokurator naczelny RP,  chce odwołać głównego prokuratora IPN - to ma być państwo prawa?

Co wy tu nam ułożyliście, panowie politycy i nie tylko? Wygodny obóz dla kretynów?

Rządy oświeconych mędrców i fikcje wyborcze dla zatkania gęby proletom?

Jesteśmy oszukiwani - nie tylko w sprawie katastrofy smoleńskiej. Jesteśmy oszukiwani w sprawie emerytur i ochrony zdrowia, w sprawie budżetu państwa i w sprawie niszczenia systemu oświaty, w sprawie śledztwa dotyczącego zabójstwa Olewnika i w sprawie kontraktu na gaz.

Jesteśmy oszukiwani wszędzie i na każdym kroku. Nie wiemy, co z tym zrobić, bo nie mamy dostępu do informacji,  jeszcze nie. Nie umiemy sobie z tym radzić,  jeszcze nie.

Ale to przyjdzie, tak jak przyszła Solidarność.

To nie jest głupi naród, ludzie zaczynają się zastanawiać, zaczynają o tym mówić coraz głośniej – w pracy, w sklepie, u znajomych, na różnych forach netu. To nie jest kwestia tego, czy wygra PiS czy PO, czy jeszcze ktoś. To jest kwestia zupełni inna – po dwudziestu latach picu chcemy w końcu prawdy i rzetelnej wiedzy o nas samych!!! Chcemy tych praw i tych informacji, które zawłaszczyliście sobie! Dość bujdy i podziału na wtajemniczonych i resztę, czyli bydło, jak powiedział niespodziewanie szczerze pewien "profesor". Po prostu już dość!!!

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=lfWcyvj8OHk

http://www.eostroleka.pl/ostatnie-8222warto-rozmawiac8221-o-tomaszu-turowskim-raz-jeszcze-nie-przegap,art23077.html

zdjęcie > fotopolis.pl

 

ze strony :  http://eskaekranowa.nowyekran.pl/post/4307,proste-pytania     

(2011-08-29)

 "Opolanin" napisał:

Witam, z zainteresowaniem przeczyłem na Waszej stronie internetowej artykuł pt. „Ksiądz Dziwisz? Czy ksiądz Natanek?”, bo podaje prawdę. Dla rozumnego katolika i prawdziwego, trzeźwo myślącego Polaka – ksiądz Natanek jest i zawsze pozostanie nietuzinkowym, świętym kapłanem oraz patriotą wielkiego formatu To, że sprawujący funkcję biskupa Stanisław Dziwisz podjął wobec tego gorliwego kapłana wyjątkowo krzywdzącą i nieuzasadnioną decyzję – nie powinno znajdować aprobaty.Ks. Natanek jest różnie oceniany przez różnych ludzi. Dzięki temu dana jest możliwość łatwego rozeznania – kto jest kto i co z sobą tak naprawdę reprezentuje. Umożliwia to bezbłędne oddzielenie wartościowego ziarna od plew, pełnych ukrytych wrogów lub nieświadomych powagi sytuacji głupców. Szkoda, że po tym wyjątkowym, nawiązującym do upominających słów Matki Bożej, patriotycznie mocnym kazaniu z dnia 17.07.2011r. rozpętała się aż tak niesamowicie silna nagonka na tego księdza. Przeciwko temu świętemu kapłanowi i patriocie wielkiego formatu od razu zmobilizowali się i w jednym, atakującym szeregu stanęli od dawna oddani sobie sprzymierzeńcy tj. różne zakłamane TVN-y, polskojęzyczne, michnikopodobne gadzinówki typu „GW” oraz ,co gorsza, niektórzy hierarchowie Kościoła. Do tego haniebnego chóru obok kardynała Stanisława Dziwisza również solidarnie dołączył opolski arcybiskup Andrzej Czaja ( jak wiadomo do tej roli został on wybrany przez obecnie emerytowanego bp. Nossola m.in. z uwagi na jego politycznie poprawny „internacjonalizm”). Otóż, niedawno ( w dniu 02.08.2011r.) arcybiskup Czaja wygłosił na Górze Św. Anny swoją homilię w której tematem przewodnim była jego „troska” o Kościół jako nasz wspólny dom ( nie zdefiniował przy tym o jaki Kościół mu chodziło - Katolicki czy też masoński). W homilii tej padło zastraszające ostrzeżenie do przeszło 2,5 tysięcznej rzeszy pielgrzymów oraz dużej liczby asystujących im księży, że tak jak w rodzinie we wspólnocie nie powinno być takich „odstępców” jak ks. Natanek, których w przypadku dalszego nieposłuszeństwa powinno się całkowicie wykluczyć z Kościoła. Dziwne, że ten sam biskup nie wykluczył z naszego wspólnego domu i nie widział nic zdrożnego w RAŚ ( Ruchu Autonomii Śląska o germańskim zabarwieniu), który jak sama jego nazwa wskazuje czyni usilne starania ( również na forum międzynarodowym) w kierunku oderwania Śląska od Macierzy. W tej sprawie wierni kiedyś napisali „List otwarty”( jego treść można odszukać w internecie - http://www.bibula.com/?p=35933 ) zawierający m.in. protest, aby kierowana przez niego Kuria Opolska już nie udostępniała swoich pomieszczeń dla RAŚ, organizacji jawnie działającej przeciwko polskiej racji stanu. Zatem abp Czaja w tym wspólnym domu, jakim jest Kościół, chętnie akceptuje antypolski RAŚ, natomiast „ni to z gruszki i pietruszki” wchodzi on w kompetencje Kurii krakowskiej, aby zapamiętale dać upust swojej niechęci dla szczerego Polaka, ks. Natanka. Taka dwulicowa, pokrętna logika tego hierarchy opolskiego jest obrzydliwa i nie do przyjęcia.

 

Z satysfakcją publikuję na naszej stronie list „Opolanina” przesłany na nasz „formularz kontaktowy” umożliwiający internautom kontaktowanie się z wydawcą witryny, zwłaszcza w dyskusji na podejmowane tematy. Satysfakcja wynika przede wszystkim z zainteresowania podejmowaną przez nas problematyką, ale także z wyczulenia naszego słuchacza na te „nastroje”, które i nas ożywiają.

Pragnę jednak, jako rzymski katolik do wypowiedzi „Opolanina” odnieść swój komentarz.
Ożywiony patriotyzmem z wielką nadzieją odnoszę się do idei intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski, mojej Ojczyzny. Pan Jezus, odpowiadając Piłatowi potwierdził, że jest królem, ale stwierdził jednocześnie, że Królestwo Jego nie jest z tego świata. Wcześniej wielokrotnie twierdził i dawał do zrozumienia, że „ten świat” poddany jest władzy Złego, Szatana. Ludzie zatem już na  „tym świecie” pragną ustanowić Królestwo Chrystusa, aby tym sposobem przeciwstawić je królowaniu diabła. Chrystus jest naszym Królem, nie szatan, pod sztandarem Chrystusa Króla łatwiej nam będzie odrzucić władzę Złego. Zgodne jest to zresztą z błaganiem zawartym w Modlitwie Pańskiej „przyjdź Królestwo Twoje”.

Póki co jednak, biskupi nasi, nasz Kościół hierarchiczny, odrzucają tę ideę.

Nie jest łatwo udźwignąć nam takie stanowisko Przewodniczącego Episkopatu, Prymasa, Metropolity, naszego diecezjalnego biskupa. Nie jest łatwo!

Nie zapominajmy jednak, że nasz Kościół rzymsko-katolicki, matka nasza (jak to się kiedyś mówiło) jest hierarchiczny. W kwestiach doktryny winniśmy posłuszeństwo. Pokora i posłuszeństwo jest cnotą świętych.

Jest prawdą i naszym doświadczeniem, że kapłaństwo naszych wikarych, proboszczów, prałatów, biskupów i wszelkich innych dostojników, którym, jako postawionym na ich kościelnych godnościach, winniśmy posłuszeństwo, nie uświęca. Żaden kardynał nie jest święty z racji swojego wyniesienia. Kapłaństwo i wszelkie inne godności są tylko jarzmem i brzemieniem. Nie przybliżają do świętości. Chrystus powiedział kiedyś, że żydowskich kapłanów należy słuchać, ale nie należy postępować, jak oni.

Jak się w tym wszystkim rozeznać, Jak to pogodzić, zrozumieć? Chrystus wiele razy na te dylematy dawał odpowiedź, radę: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.

Ba!

Przyjąć nauczanie księdza profesora Natanka, czy je odrzucić?

Można tu tylko zastosować radę samego Chrystusa „kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. Każdy niechaj sam i na swoją tylko odpowiedzialność zastosuje tę Chrystusową radę, Sam sobie z tym musi poradzić.

Sam sobie, ale jednocześnie z bożą pomocą.

Zatem naszym, rzymskich katolików orężem w kwestii intronizacji Pana Jezusa Chrystusa na naszego króla już tu, w naszej ziemskiej ojczyźnie, nie są ani nasze poglądy, ani niewiadomo jak mądre i słuszne argumenty, nie są nasze postulaty, ani żadania, ale tylko paciorki różańca świętego. Udział w krucjacie różańcowej.

Jeśli chcesz panowania już tu, w naszej ziemskiej ojczyźnie, Rzeczypospolitej Polskiej, Pana Jezusa Chrystusa, jako naszego władcy, jako Króla naszego państwa, jest na to jedna rada, jest do tego jedna tylko droga: różaniec do ręki i na kolana!

(jł)

Zbigniew Rutkowski (2011-08-27)

Wspomnienie o śp. dr Dariuszu Ratajczaku – Zbigniew Rutkowski

Darek – przez pryzmat Jego kontaktów z Wydawnictwem WERS

Pożegnano Go z honorami. Katolicki „Nasz Dziennik” insynuacją o Jego samobójstwie[1], narodowo-demokratyczna „Myśl Polska” tezą o braku „równowagi psychicznej”[2], fryzujący się na konserwatywny dziennik „Rzeczpospolita” trzykolumnowym opisem Jego alkoholizmu[3].

Poznałem Darka niedługo po wydaniu jego najbardziej znanej książki „Tematy niebezpieczne”. Głośna była w owym czasie, w kręgach patriotycznych w kraju, obrona Darka w audycji Radia Maryja, w jakiej wzięli prof. Ryszard Bender i dr Peter Raina[4]. Profesor Bender, za sprawą tej audycji i swojej w niej wypowiedzi[5] ciągany był przez długie miesiące przez prokuraturę, z powodu donosu złożonego przez lewacką młodzieżówkę Unii Pracy. Było to też ostatnie – jak dotychczas – wystąpienie dr Rainy w Radiu Maryja. Jak widać opowiedzenie się po stronie „oświęcimskiego kłamcy” nadal stygmatyzuje.


Z propozycją pomocy Darkowi w formie wydania Jego kolejnej książki zwrócił się do mnie – Piotrek (przepraszam Piotrze, ale tak spolszczamy twoje imię) Raina. W poznańskim środowisku patriotycznym i narodowym „sprawa” dr Ratajczaka była długo dyskutowana. Inicjatywę zbieżną z propozycją dr Rainy podniósł znany poznański działacz narodowy i – rzecz jasna – „antysemita” Józef Woźniak  (z rodu Dziarmagów).  Tak powstała – i zmaterializowała się – za sprawą funduszy Józka Woźniaka, kolejna książka Darka – „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne”[6]. Wydawnictwo WERS przygotowało skład komputerowy, jak i okładkę tej książki. Co istotne dla podkreślenia: Józek Woźniak specjalnie powołał dla tego przedsięwzięcia Wydawnictwo Miecz i Pług w swych rodzinnych Kociatach (nakład wydrukował nieistniejący już zakład poligraficzny Politechniki Poznańskiej w Poznaniu). Józek przekazał nieodpłatnie! ¾ nakładu książki dla Darka jako formę wsparcia dla Niego. Od czasu powstawania książki „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne” nawiązały się między nami przyjacielskie stosunki Darka. Darek często zaczął odwiedzać Poznań. Nasza trójka – Józek Woźniak, Maciej Andraszyk – jeszcze tu nie wspomniany – wybitny poznański grafik komputerowy i fotografik, projektant i autor większości okładek Wydawnictwa WERS i niżej podpisany – spotykała się z Darkiem zwykle w gościnnym domu Macieja Andraszyka na ul. Wierzbięcice, lub u Józka na wsi. Darek bardzo mile wspominał poznańską dzielnicę Wilda z okresu swych studiów na UAM. Bardzo dobrze była mu ona znana. Ulica Wierzbięcice stanowi centrum tej dzielnicy. Pamiętam jedną z zimowych wizyt Darka, gdzie z przyprószoną śniegiem czupryną wchodził do domu Macieja. Długo wtedy rozmawialiśmy, przy kaflowym, opalanym węglem piecu w pokoju Macieja o przygotowywanej dla Wydawnictwa WERS kolejnej książce Darka zatytułowanej „Inkwizycja po polsku czyli sprawa dr Dariusza Ratajczaka”[7]. Zdjęcia z wnętrza tego rozżarzonego kaflowego pieca, wykonane podczas wizyty Darka w mieszkaniu Macieja posłużyły mu za laitmotiv do projektu okładki do „Inkwizycji…”. Mądry i piękny wstęp do tej książki napisał Piotr Raina. Podobnie jak w przypadku poprzedniej – drukowanej w Poznaniu – książki Darka, jako formę wsparcia otrzymał on znaczną część nakładu. Niezwykle miłe dla Macieja (i dla nas – Poznańczyków) były słowa Darka – wypowiedziane podczas jednego z kolejnych naszych spotkań – iż Maciej jest autorem dwóch najładniejszych okładek dla jego książek.

W tym miejscu chciałbym się odnieść do tezy dziennika „Rzeczpospolita” o alkoholowym „nałogu” Darka. Darek, jak każdy Polak – Sarmata, dobrych trunków „za kołnierz nie wylewał”. Podobnie jak trójka jego przyjaciół z Poznania: Józek, Maciej i Zbyszek. Wspólnie z Darkiem „osuszyliśmy” nie jedną butelczynę pliskiej czy słonecznego brzegu w zawsze gościnnym domu Macieja czy też w uroczej wiejskiej zagrodzie Józka. Nikt z nas nie widział żadnego problemu – „nałogu” – jak to perfidnie ujęła „Rzeczpospolita” – w zachowaniu Darka.

W 2004 roku Darek napisał przedmowę do wydanej przez WERS broszury śp. dr Konstantego Z. Hanffa – znanego działacza niepodległościowego emigracji i niżej podpisanego – zatytułowanej „Dekonspiracja Nowego Porządku Świata”.

Przedtem jednak, bo już w roku 2002, Darek podejmuje współpracę z ks. Andrzejem Sobaszkiem SAC. Prócz – opisanego powyżej – środowiska poznańskiego, będzie to jedyna osoba (nie środowisko) która wspierała Darka w publikacji Jego książek[8]. Dzięki współpracy z ks. Andrzejem Darek opublikował: „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne”, Opole 2002[9], wstęp do nowego wydania książki Franciszka Salezego Krysiaka „Z dni grozy we Lwowie (1-22 listopada 1918)”[10], „Prawda ponad wszystko”, Opole 2004, nowe, kolejne wydanie „Tematów niebezpiecznych”, Opole 2005, oraz „Spowiedź ‘antysemity’”, Opole 2005[11].

Wbrew publikacjom prasowym po śmierci Darka, myślę iż po okresie swej przymusowej banicji z nauczania uniwersyteckiego, i najcięższych dla siebie latach, po utracie pracy, rodziny i mieszkania, spotkał się on z bezinteresowną pomocą, wsparciem, koleżeństwem i przyjaźnią wielu ludzi i środowisk prawicy tak krajowej jak i emigracyjnej. Ludzi mu dotychczas osobiście nie znanych, lub znanych tylko z lektury pism lub książek o opcji niekosmopolitycznej.

W kraju Leszek Bubel wydał w nakładzie 30000 egz. wznowienie jego książki „Tematy niebezpieczne”[12]. Wydanie o tyleż istotne iż przyczyniło się do umorzenia jego sprawy sądowej. Leszek Bubel publikował jego publicystykę w kolejnych numerach pisma „Tylko Polska”. Darek publikował na łamach „Myśli Polskiej”, „Najwyższego Czasu” i „Opcji na prawo”. Józef Białek, wydawca „Opcji na prawo” w pierwszych miesiącach uniwersyteckiego wilczego biletu zaoferował Darkowi posadę redaktorską w wydawanym przez siebie dolnośląskim organie gospodarczym – „Forum Polskim”. Dało to Darkowi, bodaj półroczny okres satysfakcjonującej go pracy i dopływ stałych pieniędzy dla rodziny.

Na emigracji – mogę tu wspomnieć tylko – o dwóch osobach – instytucjach. W USA: Bolesław Czachor, działacz niepodległościowy emigracji, związany z prężnie tam działającym Patriotycznym Ruchem Polskim. Bolek przez znaczny okres czasu[13] przesyłał Darkowi jego miesięczną uniwersytecką pensję, jaką ten utracił na niesławnej pamięci Uniwersytecie Opolskim. Regularnie zaopatrywał Darka w anglojęzyczne książki i prasę rewizjonistyczną. Pomógł mu nawiązać wiele międzynarodowych kontaktów w tym środowisku. Był w stałym kontakcie telefonicznym i listowym z Darkiem[14]. Podobną rolę odgrywał w Australii Zbyszek Koeywo. Przeprowadził z Darkiem wywiad zatytułowany „Prawda ponad wszystko” jaki ukazał się w australijskim „Tygodniku Polskim”, został on przetłumaczony na język angielski i szeroko rozpowszechniony w internecie. Wywiad ten stał się osnową książki Darka „Prawda ponad wszystko”, Opole 2004. Zbyszek, podobnie jak Bolek, organizował pomoc finansową dla Darka, dopomógł mu również w nawiązywaniu kontaktów z australijskim środowiskiem rewizjonistycznym. Wspominam tu tylko o tych dwóch osobach z patriotycznych środowisk emigracyjnych, znanych mi osobiście lub korespondencyjnie. Wiem, z opowieści Darka, iż takich osób lub środowisk z emigracji politycznej wspierających Darka – w różnorodny sposób – przez te wszystkie lata, było bardzo wiele.

W roku 2007 w świątecznym numerze żydowskiej gazety wydawanej dla Polaków[15] ukazał się artykuł Doroty Wodeckiej-Lasota zatytułowany „Kłamca nie ma już siły”. Na pytanie zadane przez autorkę: „To jak by pan tę książkę dziś napisał?”[16] padła znamienna odpowiedź Darka: „Dziś to bym jej w ogóle nie napisał. Bardzo utrudniła mi życie. Wpisano mnie w szablon antysemity. Niesłusznie, ja jestem liberalnym konserwatystą, ale nikt nie chce o tym ze mną rozmawiać”. – Miałem żal do Darka za wypowiedzenie tych słów. Rozumiałem iż mógł mieć powód by tak myśleć, ale te słowa nie powinny były paść w rozmowie z dziennikarką żydowskiej gazety.

Jakie plany wydawnicze miał Darek? Miał przygotowaną do druku książkę o opolskim Kościele w czasach komunizmu, wraz z bogatym materiałem dokumentacyjnym z tego okresu. Nawiązał kontakt telefoniczny z emigracyjnym Prezydentem RP na Uchodźstwie Juliuszem Nowina Sokolnickim, oraz kontakt listowny z gen. Wacławem Bakierowskim – b. Ministrem Spraw Zagranicznych Rządu RP na Uchodźstwie[17]. Planował napisanie książki o działalności prawowitego, legalistycznego Prezydenta i Rządu RP na Uchodźstwie[18]. Dowodem tych zainteresowań Darka niech będą publikowane w niniejszym Aneksie dwa materiały: nie opublikowany przez redakcję „Tylko Polska” list Darka z 4 marca 2002 r. zatytułowany „W obronie prawdy i przyzwoitości” oraz jego Przedmowa do przygotowywanego przez Wydawnictwo WERS drugiego tomu pracy pt. „Nieznany Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Juliusz Nowina Sokolniki”[19]. Planem wydawniczym dla Darka była wreszcie książka którą trzymasz Czytelniku w swoich rękach – „Jak to się robi w Norwegii”. Jej wydrukowanych egzemplarzy Darek już nie zobaczył. Zasadniczy zrąb tej książki przesłał Wydawnictwu WERS jeszcze z Norwegii, ostatnie artykuły dosłał w kwietniu 2010 r. W dyskusjach z Darkiem byłem przeciwny tytułowi tej książki. Przeważyło jednak jego zdanie iż chce by ta książka zamykała, sumowała jego norweski okres życia. Grafikę na 1 stronę okładki i piękny portret Autora narysował do „Jak to się robi w Norwegii” najlepszy rysownik polskiej prawicy – Arkadiusz Gacparski. Okładkę zaprojektował i wykonał Maciej Andraszyk[20]. Ostatnim wreszcie planem wydawniczym Darka związanym z Wydawnictwem WERS są „Kartki z więzienia” Eligiusza Niewiadomskiego[21]. Zamysł ponownego wydania tej broszury i poprzedzenia jej obszernym wstępem przez Darka narodził się jeszcze w 2009 r.[22] W kwietniu 2010 r. dotarły do Wydawnictwa dwa bruliony, wraz z rękopiśmiennym Wstępem Darka[23]. W ostatnich akapitach swego Wstępu napisał: „Życząc ciekawej lektury, pragnę jeszcze nadmienić, że trzymacie Państwo w ręku II wydanie ‘Kartek z więzienia’. Pierwsze ukazało się w Poznaniu w 1923 r. nakładem firmy wydawniczej jakże zasłużonego dla tego miasta Karola Rzepeckiego. Jako że niniejsza pozycja ukazuje się ponownie w grodzie nad Wartą – tym razem dzięki Wydawnictwu WERS, a szczególnie jego nieocenionemu Dyrektorowi, Zbigniewowi Rutkowskiemu – możemy śmiało stwierdzić, że zachowujemy, drogą kontynuacji, typowy dla Wielkopolan porządek rzeczy”. Broszura ta zostanie wydana za kilka miesięcy.

Śmierć Darka. Ciało Darka zostało znalezione 11 czerwca 2010 r. w samochodzie stojącym przy centrum handlowym w Opolu. Jego zwłoki znajdowały się w zaawansowanym stanie rozkładu. Zaskakującą tezę o jego samobójstwie podniósł katolicki, jak się wydaje, „Nasz Dziennik”. W sukurs przyszła mu redakcja „Myśli Polskiej” pisząca: iż Darek „nie wrócił do równowagi psychicznej, miał kłopoty ze sobą samym”. Czyż samobójstwa popełniają ludzie zdrowi – raczej nie, muszą mieć problemy psychiczne i „kłopoty ze sobą samym”. Podczas moich długich lat kontaktów z Darkiem nigdy (nawet w okresie ostatniego roku, i naszych częstych rozmów telefonicznych) nie widziałem jego rozchwiania psychicznego. Miewał lepsze i gorsze momenty swego życia, jak każdy z nas, ale zawsze z optymizmem patrzył w przyszłość. Informacja o jego rozchwianiu psychicznym i samobójstwie jest dla mnie ewidentnym fałszem. Dowodem tego jest książka którą trzymacie Państwo w ręku – „Jak to się robi w Norwegii”. Byliśmy umówieni z Darkiem iż na przełomie czerwca i lipca 2010 r. odbierze w Poznaniu swoją – autorską część nakładu tej książki. Kto na miesiąc lub dwa tygodnie przedtem (zależy kiedy przyjmiemy datę śmierci Darka)[24] odbiera sobie życie? Darek podchodził do każdej, kolejnej swojej książki, jak do narodzin swego nowego dziecka. Czy mógłby się targnąć na swoje życie na miesiąc/dwa tygodnie przed obiorem swej najnowszej książki? W jakim celu redakcje „Naszego Dziennika” i „Myśli Polskiej” podnoszą takie hipotezy – pozostawiam to ocenie Czytelników. Innym tropem poszła redakcja „Rzeczypospolitej” rozpisując się o alkoholizmie Darka. Jak napisałem powyżej, nikt z naszej trójki poznańczyków, przyjaciół Darka, nigdy nie dostrzegał u niego problemu alkoholowego[25]. W zakończeniu artykułu w „Rzeczpospolitej” czytamy: „Na razie trwa ustalanie, co było przyczyną śmierci. Biegły na podstawie oględzin wykluczył działanie osób trzecich. Trwają badania toksykologiczne, wszystko wskazuje jednak na to, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych”. Prokuratura Rejonowa w Opolu ustaliła jednak „stan faktyczny” zbieżny tezą „Rzeczpospolitej”: „śmiertelne zatrucie alkoholem”[26]. Więc sprawa zamknięta. Kropka.

Komu mogło zależeć na skutecznym zamknięciu ust doktorowi Ratajczakowi – pewnym jest iż „międzynarodowemu mocarstwu anonimowemu”. Darek przekroczył Rubikon publikując w swej książce tezy rewizjonistów holokaustu i drążąc ten temat skutecznie w swoich kolejnych wystąpieniach i publikacjach. Wiadomo jak ta grupa historyków traktowana jest w tzw. „wolnym świecie”: pobicia i więzienia to ich chleb powszedni, podpalenia siedzib prowadzonych przez nich instytutów – również. Teza o zabójstwie Darka wydaje się więc nie bezpodstawna. Dotychczas, jako jedyna w kraju redakcja, sprawę zabójstwa Darka podniósł tygodnik „Tylko Polska”.[27] Redakcja nie wskazała jednak żadnego tropu, napisała jedynie iż: „oskarżona – Gazeta wyborcza”. Na obecnym etapie rozwojowym tzw. „demokracji”[28], jest jednak mało prawdopodobne, jak się wydaje, by redaktor Adam Michnik, wysyłał swych asasynów by fizycznie likwidowali jego przeciwników politycznych. W Stanach Zjednoczonych prym w monitorowaniu tzw. „antysemityzmu”, w skali globalnej, światowej wiedzie komórka – agenda żydowskiej loży B’nai B’rith (Zakon Synów Przymierza), sprowadzonej do Polski przez prez. Lecha Kaczyńskiego; następna, o złowróżbnej nazwie Anti-Defamation League (Liga Przeciwko Zniesławieniu, Liga Antydefamacyjna) kierowana przez Abrahama Foxmana. Prowadzi ona globalny rejestr czynów uznawanych przez nią za „antysemickie”, prowadzi walkę z tzw. „nienawiścią” i „uprzedzeniami” wobec Żydów[29]. ADL gromadzi i ewidencjonuje organizacje i osoby których działalność – i tu uwaga! – jest przez nią (ADL) – uznana za niebezpieczną[30]. Jak się wydaje, jest pewnym, iż dr Dariusz Ratajczak, jako główny polski rewizjonista holokaustu, a co za tym idzie i „antysemita” był numerem 1. na polskiej części tej listy. Wszelcy negacjoniści i rewizjoniści holokaustu traktowani są przez chłopaków z ADL jak zwierzyna łowna. Śmierć Darka winno pokryć tyle prawdopodobnych hipotez by ukazać cały wachlarz problemów z nią związanych. Darka mógł więc zabić zwykły zawał serca lub… chłopcy z ADL. W kontekście odrodzenia działalności B’nai B’rith w Polsce hipoteza ta wydaje się jak najbardziej prawdopodobna.

Darku, żegnamy Cię.

Dobry Jezu A nasz Panie, Daj mu wieczne spoczywanie.

Zbigniew Rutkowski

[1] Marek Zygmunt, Samobójstwo ofiary nagonki „Gazety Wyborczej”, Nasz Dziennik, 18 czerwca 2010 r.

[2] Dr Dariusz Ratajczak nie żyje, dop. Od redaktora, Myśl Polska, 4-11 lipca 2010 r.

[3] Agnieszka Rybak, Historia doktora Ratajczaka, Rzeczpospolita, dodatek „Plus Minus”, 3-4 lipca 2010 r.

[4] Wydaje się iż przez te wszystkie lata dr Peter Raina najbardziej z przyjaciół Darka interesował się jego losem i starał się mu pomóc. Wyrażało się to poprzez dziesiątki jego telefonów do Darka (i odwrotnie) i – zawsze, gdy był w Polsce – spotkania z nim. Darek i niżej podpisany długo wspominali znakomity, niezapomniany w smaku dżem z konstantynopolskiej pigwy, jakim zostaliśmy obdarowani po wizycie u Piotra i jego małżonki w ich letniej daczy.

[5] Konkretnie cytaty ze wspomnień z Auschwitz-Birkenau opublikowanych w „Zeszytach historycznych” wydawanych przez Instytut Literacki w Paryżu. Prof. Bender konsekwentnie występował w obronie Darka na łamach nieistniejącego już tygodnika „Głos”.

[6] Dariusz Ratajczak, „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne”, Kociaty – New York, 2001.

[7] Dariusz Ratajczak, „Inkwizycja po polsku czyli sprawa dr Dariusza Ratajczaka”, Poznań 2003

[8] Postawa ks. Andrzeja Sobaszka, kapłana katolickiego – jako wydawcy książek Darka Ratajczaka – ukazuje iż Kościół polski i jego kapłani, wzorem swoich poprzedników, mogą stanąć w obronie ludzi atakowanych przez międzynarodowe żydostwo.

[9] Jest to drugie wydanie tej książki po wydaniu Wyd. Krzyż i Miecz, Kociaty – New York, 2001.

[10] Książkę wprawdzie wydrukowało i sygnowało Wydawnictwo Dextra (Rzeszów – Rybnik, 2003), ale skład i łamanie wykonało „Wydawnictwo AS”. Wszystkie książki wydane przez ks. Andrzeja Sobaszka sygnowano na stronach redakcyjnych iż skład i łamanie wykonało Wydawnictwo AS. Oby więcej takich kapłanów miała katolicka Polska.

[11] Prosimy ks. Andrzeja o odprawianie Mszy św. w intencji zbawienia śp. Darka. Czekamy również na wspomnienie o śp. Darku jego pióra.

[12] Dariusz Ratajczak „Skandal roku – dr Dariusz Ratajczak i Tematy niebezpieczne”, Warszawa 1999.

[13] Konkretnie jaki był to okres, przez swą wrodzoną skromność – niestety nie chciał mi zdradzić.

[14] Ślad tych kontaktów, w postaci listów Darka do Bolka można odnaleźć w zespole archiwalnym Archiwum Organizacji i Redakcji Wolna Polska, w  kolekcji Bolesława Czachora w Archiwum Emigracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wolą Darka było zadedykować książkę którą właśnie trzymasz w ręku Czytelniku właśnie Bolkowi i niżej podpisanemu.

[15] „Gazeta wyborcza”, dodatek „Gazeta na święta”, 24-26 grudnia 2007 r.

[16] Chodzi o książkę „Tematy niebezpieczne”, Opole 1999.

[17] Publikujemy na następnych stronach list gen. Wacława Bakierowskiego do Darka z 4 października 2000 r.

[18] Darek chciał oprzeć swoją pracę na dokumentacji tegoż Rządu zgromadzonej w zbiorach Archiwum Organizacji i Redakcji Wolna Polska, oraz kolekcjach Juliusza Nowina Sokolnickiego i Wacława Bakierowskiego przekazanych do Archiwum Emigracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

[19] W swej Przedmowie Darek m.in. odnosi się do poziomu pracy naukowej prof. Krzysztofa Tarki z Uniwersytetu Opolskiego. W cytowanym powyżej artykule żydowskiej gazety dla Polaków prof. Tarka tak mówił o Darku: „Trudno wracać do środowiska z którego zostało się wykluczonym, choć nie chcę rozstrzygać, czy taki powrót jest w ogóle możliwy. Ale patrząc ze względów – nazwijmy to – technicznych, to siedem lat, które upłynęły, odkąd dr Ratajczak stąd odszedł, jest dużą wyrwą w naukowym życiorysie. Jego dorobek naukowy jest w tej chwili mizerny, z tego powodu nie mógłbym go przyjąć – oświadcza prof. Tarka. Przed siedmiu laty zajmował z Ratajczakiem jeden gabinet. – Nie utrzymuję z nim kontaktów, bo nie byliśmy przyjaciółmi ani kolegami. Choć jak go spotkam na ulicy, to nie udaję, że go nie widzę – zapewnia prof. Tarka”.

[20] Ze względu na śmierć Darka Wydawca postanowił zmienić okładkę książki, jednak jej pierwotną, planowaną wersję publikujemy w niniejszym Aneksie.

[21] Pierwsze wydanie tej pracy ukazało się w Poznaniu, w 1923 roku, nakładem Wielkopolskiej Księgarni Nakładowej Karola Rzepeckiego.

[22] List Dariusza Ratajczaka do Zbigniewa Rutkowskiego, Opole, 10 maja 2009 r.: „(…) Zabieram się za Niewiadomskiego. Być może jeszcze wyślę jego ‘Kartki więzienne’ wraz z moim wstępem przed przyjazdem do Ciebie”.

[23] Kartka pocztowa (z gen. Tadeuszem Rozwadowskim) Dariusza Ratajczaka do Zbigniewa Rutkowskiego, bez miejsca i daty: „Witaj! 2 zeszyciki ‘Wstępu’ – razem 20 stroniczek (pisałem tak wyraźnie jak to tylko możliwe) plus ‘Kartki z więzienia’. Serdeczności. Darek”.

[24] Zdaje się iż po dziś dzień jego precyzyjna, czy nawet przybliżona data śmierci nie została przez Prokuraturę ustalona.

[25] Najbardziej jednak zaskakującym fragmentem artykułu w „Rzeczypospolitej” są dla mnie pytania autorki – Agnieszki Rybak: „Dlaczego nie wyjechał? Nie zaczął życia w innym mieście – na przykład we Wrocławiu? (…) Dlaczego nie pisał pod pseudonimem?”. Odpowiem elementarnymi pytaniami: Dlaczego Darek miał wyjeżdżać ze swego rodzinnego miasta, lub ze swego kraju? Dlaczego miał ukrywać swe nazwisko i pisać pod pseudonimem?

[26] Zatrucie alkoholowe przyczyną śmierci dra Ratajczaka, „Gazeta wyborcza”, Opole, 5 lipca 2010 r.: „Sekcja zwłok wykazała jednak, iż przyczyną śmierci mężczyzny było śmiertelne zatrucie alkoholem. Na tej podstawie została podjęta decyzja o umorzeniu dalszego śledztwa w tej sprawie – mówi Marzena Stojek, zastępczyni prokuratora rejonowego w Opolu”.

[27] Dr Dariusz Ratajczak zamordowany, „Tylko Polska”, 1-7 lipca 2010 r. Redaktor naczelny tygodnika Leszek Bubel w swym piśmie do Prokuratury Generalnej z 21 czerwca 2010 r. m. in. napisał: „(…) wnoszę o wszczęcie postępowania przygotowawczego (…), ustalenie sprawców i skierowanie do Sądu aktu oskarżenia”.

[28] Właściwszym słowem byłoby: „demonokracji”.

[29] ADL zatrudnia w samym Nowym Jorku ponad 200 pracowników. Zaplecze strukturalne ADL w USA stanowi 29 biur stanowych i 3 biura zagraniczne. Budżet roczny organizacji wynosi ok. 50 mln dolarów.

[30] Znamiennym jest iż w imieniu śp. Prezydent RP Lecha Kaczyńskiego wyrazy radości z okazji „odrodzenia się” tej organizacji w Polsce przekazała Ewa Juńczyk-Ziomecka. Śp. Prezydent RP napisał m. in. „Blisko 70 lat temu w 1938 r. dekret prezydenta Rzeczpospolitej zakazał działalności B’nai B’rith w wyniku absurdalnego strachu, niezrozumienia i wprowadzenia w błąd, oraz zarządził nielegalność działalności w Polsce sekcji B’nai B’rith. (…) Polska jest wdzięczna dla akcji podejmowanych przez Anti-Defamation League ustanowionej przez B’nai B’r

 

ze strony:

http://www.bibula.com/?p=42543

zobacz też :

http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=352

 i tu też:

http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=362

Jacek Bezeg (2011-08-26)

Uwagi na marginesie tablicy

 Ktoś o Warszawie powiedział, że to małe miasteczko na niemiecko rosyjskim pograniczu. To co można powiedzieć o Opolu? I oto w tej małej mieścinie dzieje się coś co zapewne spokojnie nazwać można burzą w szklance wody. A jednak warto się jej bliżej przyjrzeć. Po to aby się czegoś więcej o całym naszym kraju dowiedzieć. Bo oto mamy banalną zdawało by się sytuację. Już 22 latka minęły od chwili kiedy ogłoszono w telewizorze, że "skończył się w Polsce komunizm", a więc nie powinno chyba być po nim żadnych śladów. Tym którzy walcząc z komuną podpalali całkiem eleganckie budynki, komitety PZPR wystawiono nawet przed 30 laty w Gdańsku całkiem spory pomnik. Czy wtedy nikt nie protestował dlatego, że wielu z tych podpalaczy udało się zabić? Jakoś nie przypominam sobie by ktoś wspomniał, że przecież w tych komitetach byli niewinni ludzie?
I oto w tym małym, gdzieś tam leżącym, Opolu znalazło się kilka osób, które chcą przypomnieć, że i ono ma w to "obalanie komuny" swój całkiem niemały wkład. Chodzi im o drobiazg, kawałek metalu z inskrypcją upamiętniającą fakt zaistniały przed 40 laty, wysadzenie miejsca dekorowania i nagradzania komunistycznych siepaczy zanim do tego dekorowania doszło. Nie można nawet powiedzieć, że dokonano zemsty. Ci którzy mieli na rękach krew niewinnych robotników - wszak wyszli oni na ulice domagając się jedynie sprawiedliwej zapłaty za swą ciężką pracę - nie zostali nawet draśnięci. Bracia Kowalczykowie swoim czynem powiedzieli im: "Mogliśmy was zabić, ale tak nisko jak wy, nie upadliśmy. Niech ukarze was Bóg". Zamiast ciosu otrzymali tylko policzek. To było jednak coś gorszego, to było upokorzenie. Cios rani ciało, a upokorzenie duszę. Co prawda komuniści twierdzą, że niczego takiego nie posiadają, ale jak się okazuje właśnie tam zostali trafieni. Zapewne z tych powodów do dziś nie mogą Kowalczykom wybaczyć.
Trudno zrozumieć dlaczego w czasach kiedy tyle pieniędzy wydaje się na promocję każdej mieściny, urządza najdziwniejsze festiwale święta i uroczystości tylko po to, aby w telewizorze mignęło coś dłużej lub krócej, Prezydent odpuszcza taką okazję aby "zaistnieć". Bracia otrzymali wysokie wyroki, z karą śmierci włącznie, za "usiłowanie obalenia ustroju". Jak się powszechnie uważa, został on już obalony, dzięki czemu żyjemy obecnie w wolnym kraju. (Mało tego można ich też fetować za pierwsze zastosowanie nowej metody walki. Chociaż użyli siły, to nie przelali krwi. Wielce po całym świecie chwalono za takie właśnie działania NSZZ Solidarność, a przecież wcześniej zastosowano je w Opolu.) Logicznym wydaje się więc upamiętnianie tych, którzy takim czy innym działaniem przyczynili się do tego co dziś tak nas cieszy. Logika, logiką, ale jak prawda wyjdzie na jaw to dopiero jest problem.
Bo w tej właśnie sytuacji widać jak w soczewce cały kraj. Komuna obalona, komuchów nie ma, a jednak ktoś przyszedł do Prezydenta Miasta i przekonał go, aby w takie bajki nie wierzył. Ktoś wyjaśnił Panu Prezydentowi, że bardzo niedobrze jest taką tablicę powiesić na ratuszu. Jak się okazuje to mogłoby podzielić obywateli naszego miasta. A na jakie dwie grupy? A no na zwolenników i przeciwników komunistycznych morderców. A komu taki podział by przeszkadzał? Przecież Konstytucja zakazuje propagowania tego ustroju. W czyim interesie jest to, by zwolennicy nie tak dawnego zniewolenia Polski wtopili się między jej obywateli?
Czy z Prezydentem rozmawiały te same osoby, które przekonały Senat Uniwersytetu, by nie dał zgody na tablicę? Czy to był ktoś inny? Z Opola czy skądś przyjechał?
Czy dobrze jest zadawać takie pytania?
Czy lepiej tego wszystkiego nie wiedzieć?

Więcej na ten temat:

http://blog.rp.pl/mazurek/2011/08/18/gloria-victis-czyli-chwala-kowalczykom/

http://www.ngopole.pl/2011/08/25/opole-miasto-hanby/#more-8594


http://www.bibula.com/?p=42432


http://www.ngopole.pl/2011/08/10/w-komitecie-honorowym-kilkadziesiat-osob-wsrod-nich-jaroslaw-marek-rymkiewicz/

http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=544


http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=542

Juliusz Słowacki (2011-08-09)

PIEŚŃ KONFEDERATÓW BARSKICH (II)

 

Juliusz Słowacki, “Ksiądz Marek”, akt I

1. Nigdy z królami nie będziem w aliansach

 nigdy przed mocą nie ugniemy szyi

 bo u Chrystusa my na ordynansach

 słudzy Maryi.

 

2. Więc choć się spęka świat i zadrży słońce

 chociaż się chmury i morza nasrożą

 choćby na smokach wojska latające

 nas nie zatrwożą.

 

3. Bóg naszych ojców i dzisiaj jest z nami

 więc nie dopuści upaść żadnej klęsce

 wszak póki On był z naszymi ojcami

byli zwycięzce!

 

4. Więc nie wpadniemy w żadną wilczą jamę

 nie ulękniemy przed mocarzy władzą

 wiedząc, że nawet grobowce nas same

Bogu oddadzą.

 

5. Ze skowronkami wstaliśmy do pracy

 i spać pójdziemy o wieczornej zorzy

 ale w grobowcach my jeszcze żołdacy

 i hufiec Boży.

 

6. Bo kto zaufał Chrystusowi Panu

 i szedł na święte kraju werbowanie

 ten de profundis z ciemnego kurhanu

 na trąbę wstanie.

 

7. Bóg jest ucieczką i obroną naszą

 póki On z nami, całe piekła pękną

ani ogniste smoki nas ustraszą

ani ulękną.

 

8. Nie złamie nas głód, ni żaden frasunek

 ani zhołdują żadne świata hordy

bo na Chrystusa my poszli werbunek

 na jego żołdy

 

 http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=4018&Itemid=46