Jacek Bezeg (2012-02-12)

Czyich interesów bronią polskie sądy w Opolu?

Tak się jakoś dziwnie na tym świecie składa, że są sprawy o których z góry wiadomo, że są przegrane i nic, po prostu nic się nie da zrobić, aby to zmienić. Do takich właśnie spraw zaliczyć można coś bardzo egzotycznego i zapomnianego. To “polska racja stanu”. Zwłaszcza na Śląsku jest to coś, co zawsze musi przegrać. Może kogoś to dziwić, ale nie mnie. Ja pamiętam, że kiedy pewna bardzo dobrze wykształcona pani obejmowała stanowisko Komisarza Unii Europejskiej zapytano ją: “Czy będzie Pani bronić w Brukseli polskiej racji stanu?” Odpowiedź jaka padła, mnie zszokowała, lecz nie słyszałem, aby jeszcze kogoś. Pani Komisarz zapytała bardzo sprytnie: “A cóż to jest ta polska racja stanu?”. Dziennikarz szybko zmienił temat.
Może w tej sytuacji, kiedy nawet nasi politycy nie wiedzą co to takiego ta “racja”, wypadałoby mi napisać teraz jakieś wyjaśnienia? Nie zrobię tego jednak, aby czytelników nie obrażać posądzeniem o takie braki.

Wróćmy do naszej okolicy.
We Wrocławiu na urzędach króluje czarny “piastowski” orzeł, a Hali Stulecia przywrócono starą niemiecką nazwę nadaną dla uczczenia niemieckiego cesarza. W Katowicach współrządzi województwem Ruch Autonomii Śląska i nawet kolor krzesełek na stadionie jest problemem. W Opolu  mamy niemiecką mniejszość, Instytut Śląski korzystający z niemieckich pieniędzy na badania przeszłości tych ziem, a od niedawna Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej. Mamy jeszcze Tomasza Strzałkowskiego, ale większość spraw przeciwko “niemieckim nazwom” miejscowości przegrywa. Jak się okazuje z powodów formalnych. Otóż okazuje się, że zdaniem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu Radny Powiatu Opolskiego nie ma “interesu prawnego” w tym, aby tablice ze staropolskimi nazwami naszych wiosek i miasteczek zapisanymi tak, aby mógł je przeczytać niemiecki urzędnik, stawiane były bez naruszania obowiązujących przepisów. Jeśli obywatel za własne pieniądze staje przed sądem, aby bronić swojego państwa, to może jednak jakiś w tym interes ma. Jedynym pozytywem jaki go spotkał ze strony Sądu było podanie informacji, że prawo do “czepiania się” nadgorliwych w dążeniu do “europejskości” urzędników,  ma tylko jeden człowiek w całym naszym województwie. Wojewoda. Dobrze, że choć jeden taki jest, ale nie pytajcie mnie jak się taka forma rządów nazywa, bo nie wiem.

Taka jest metoda?

Podobnie do Pana Tomasza zostało potraktowane nasze stowarzyszenie, Opolskie Stowarzyszenie Pamięci Narodowej. Kiedy poprosiliśmy o dopuszczenie nas do głosu w sprawie Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej okazało się, że to nie nasza sprawa. Mimo, że wielu naszych członków to osoby, których dotyczy ustawa mająca w tytule “walkę o niepodległy byt Państwa Polskiego”, to jednak integralnością jego terytorium już zajmować się nie powinniśmy. Na koniec dowiadujemy się z sądowego dokumentu, że Prokuratura już się tematem zainteresowała, stosowne dokumenty złożyła i wszystko o co nam chodzi załatwi dużo lepiej.

Dokumenty z Prokuratury wpłynęły w tym samym dniu, w którym i my złożyliśmy w Sądzie swoje. Oczywiście może to być przypadek, a może to być dowód na dobrze układającą się współpracę pomiędzy tymi urzędami. Jeśli to drugie jest prawdą, to nie wiadomo czy cieszyć się z naszego wpływu na urząd, czy martwić, że trzeba go popychać. Zobaczymy jaka będzie skuteczność urzędu powołanego do obrony prawa na dalszych etapach walki o integralność Rzeczypospolitej. Może nie dla wszystkich jest to oczywiste, ale prawne uznanie nowej narodowości na naszym terenie, to pierwszy krok do “polskiego Kosowa”. Im więcej ich będzie, tym trudniej będzie o zatrzymanie maszynerii.

Europa?
Wszystkie wymienione sytuacje przez wiele osób postrzegane są jako europeizacja. A przecież Europa w swej istocie wyrosła na cywilizacji chrześcijańskiej, a teraz upada, bo nieopatrznie się od niej odwróciła, odcięła. Polska jest więc dzięki mocniejszemu z tą religią związaniu, bardziej od wielu “starych członków Unii” europejska. O tradycjach naszej Unii Lubelskiej moglibyśmy im robić wykłady przydatne dla rozwiązywania wielu współczesnych problemów. Nasza unia była na przykład dużo bardziej demokratyczna.
Europeizacji więc nie potrzebujemy, ale i to co się dzieje trzeba nazwać zupełnie inaczej. Trzeba nam brać przykład z Niemiec w zupełnie innych sprawach. Konsekwentnie dążą do realizacji swojej, niemieckiej racji stanu we wszelkich dziedzinach. Począwszy od propagowania “polskich obozów koncentracyjnych”, a na nauczaniu wnuków powstańców niemieckiego, jako “języka ojczystego” i to na koszt polskiego podatnika, skończywszy. Jest to realizacja na terenie Polski niemieckiej racji stanu. A interesy nawet najbardziej przyjaznego sąsiada, tylko w szczególnych przypadkach są takie same jak nasze. Najczęściej są sprzeczne.

Dlaczego?
Brałem swego czasu udział w dyskusji na temat “niemieckie nazwy miejscowości ...” jaka odbywała się w Instytucie Śląskim.  Było nas tylko trzech uzasadniających bezsens, a nawet szkodliwość tej akcji. Zdecydowana większość obecnych piała z zachwytu nad naszym zbliżeniem się do “wielkiego świata” lub milczała. Dopiero po zakończeniu spotkania, już w kuluarach i raczej szeptem, otrzymałem liczne wyrazy poparcia moich tez i uznania dla odwagi.
A z jakiej racji gratulowano mi odwagi??!!  Wniosek może być tylko jeden. Ludzie czują przez skórę, że sprawa jest przegrana. Że Polska chce Śląsk oddać Niemcom i wolą się nie narażać przyszłym administratorom. Wojna była nie tak dawno. Wiedzą do czego Niemcy są zdolni.




wstawił J. Łysiak (2012-01-25)


Na witrynie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
http://www.sdp.pl/koledzy-nie-piszta-po-pijaku-komentarz-jadwigi-chmielowskiej

Pani redaktor Jadwiga Chmielowska, nasza droga Przyjaciółka, gorąca patriotka, opublikowała następujący komentarz do felietonu R. Ziemkiewicza pomieszczonego w tygodniku "Uważam Rze".  Z przyjemnością zamieszczamy go na naszej stronie, ponieważ stronniczość poglądów, do których każdy ma prawo, to jedno, ale w zacietrzewieniu bzdur jednak pisać nie wolno. Nawet jeśli się ma takie pióro i nazwisko jak Ziemkiewicz.
A może zwłascza wówczas.
                                                                                                                                                          

Jakeś się ożor to idź spać - mówią na Śląsku. I mają rację.
Są jednak tacy, którzy rad nie słuchają i potem problem za problemem. Rafał Ziemkiewicz, lubiany przeze mnie publicysta, dał niezły popis w swoim tekście „Mniej Ziuka, więcej Romana” w „Uważam Rze”( z 9 stycznia 2012r. str. 77). Odkrył, że: „Sanacja ważyła się nawet na coś, na co nie ważyli się komuniści: skazywanie księży za słowa wypowiadane z ambony”. Szaleju się nażarł czy trunki były za mocne?
Trudno mi nawet podać dokładną ilość księży wiezionych w latach 1945 – 56 z biskupem kieleckim Czesławem Kaczmarkiem i Prymasem Polski Stefanem Wyszyńskim na czele! Komuniści mordowali księży także w latach 80-tych. Bł. ks. Jerzy Popiełuszko został zamordowany w 1984 r. za głoszenie  Słowa Bożego, księża Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec i Sylwester Zych zginęli z rąk czerwonych bandytów w trakcie i po rozmowach „Magdalenkowo - okrągło stołowych” w 1989 r.
Dalej przyrównuje Ziemkiewicz II RP do PRL-u pisząc: „pod wieloma względami rządy Piłsudskiego były prefiguracją PRL. Nie tylko w kwestii praw człowieka, ale także socjalistycznego zarządzania gospodarką.”  Przypominam w II RP zbudowano Centralny Okręg Przemysłowy, stocznie, porty, miasto Gdynię, przemysł chemiczny,  maszynowy, zbrojeniowy itp. Wychowano najwspanialsze pokolenie, które walczyło o niepodległość Polski, które ją odbudowało po zniszczeniach wojennych i nigdy nie dało sobie narzucić komunizmu, wychowało też nas - pokolenie „Solidarności”. Bereza też może, by się teraz niektórym politykom przydała. Mieliby czas na przemyślenie swego szkodnictwa!
Kolejnym zdaniem Ziemkiewicz już mnie całkiem „dobił”: „Sanacja była władzą „trepów”, wierzących, jak Jaruzelski ze swymi „grupami operacyjnymi”, w baczność-spocznij, malowanie trawy na zielono i ściganie spekulantów (w języku epoki „paskarzy”)”. Porównanie Jaruzelskiego – sowieckiego agenta – namiestnika i okupanta, do Piłsudskiego, a żołnierzy podległych Armii Czerwonej do legionistów i patriotów, którzy w wojnie bolszewickiej przelewali krew jest po prostu niesmaczne. Zwłaszcza w tygodniu, gdy miał zapaść wyrok na zdrajcę Jaruzelskiego, który napadł na własny naród nawet nie wypowiedziawszy wojny!
Dalej Ziemkiewicz pisze: „Rządy Piłsudskiego niestety  przyuczyły Polaków do pańszczyźnianej wiary w państwową urzędniczą opiekę, w której tkwią na zgubę Polski do dziś”.
Zgubą dla Polski jest łże elita oraz  „dmuchane” autorytety. Panosząca się agentura, zwłaszcza rosyjska i niemiecka. Niedouczone pismaki siejące zamęt w głowach czytelników.
PS
Do Autora „Mniej Ziuka więcej Romana”
Pamiętam Pana teksty z lat 1990-tych, gdy nawołuje Pan, by sprowadzić menagerów z zachodu i oddać im za symboliczną złotówkę nasze przedsiębiorstwa, bo Polacy się do niczego nie nadają. Myślałam, że Pan wyrósł z młodzieńczej głupoty. Pisze Pan świetnie, byle jeszcze mądrze!  Żadne fobie nie powinny Panem rządzić.
wpisał j.b. (2011-12-08)

Tematy do rozmyślań 13 grudnia 2011 i potem

Poniżej zamieszczam dwa teksty profesora Mirosława Dakowskiego, nie tylko fizyka, ale i człowieka doświadczonego przez los na różne sposoby, także i zesłaniem w głąb Kraju Rad.  Kiedy rozmaite, "dobrze ustawione" osoby straszą nas czym się tylko da, dobrze jest poczytać, koniecznie ze zrozumieniem, o tym co nam radzi ktoś, kto bardzo chce abyśmy się jednak nie bali. Rady te są bardzo proste i powinny trafić do każdego. Może zapoczątkują serię tekstów, pisanych przez osoby o różnych specjalnościach, o tym, jak przetrwać i nie poddać się wszechstronnej opiece, coraz bardziej podstępnych Sił Postępu.

Jacek Bezeg (2011-11-22)

Otrzymałem mailem taki komentarz z Kanady

Bóg,   Honor  i  Ojczyzna

Wiersz Aleksandra Rybczyńskiego napisany dla upamiętnienia Marszu Niepodległości w Warszawie i w Toronto w 2011 roku.
Wykorzystano fragment filmu
"Widziałem naziola" - za zgodą Autorów.
Fragment muzyki Jana Kantego Pawluśkiewicza
"Amat Vita" w wykonaniu Elżbiety Towarnickiej - wykorzystano za zgodą kompozytora.
Projekt graficzny wiersza - Hanka Kościelska.
Pozostałe ujecia filmowe
Filip Koss 2011
Wiersz czyta autor

http://www.youtube.com/watch?v=BZib6QLB8Xs

  Wiersz Aleksandra Rybczyńskiego

syna Anny Rybczyńskiej, żeglarki i pisarki marynistycznej,
autorki min. książki poświęconej Władysławowi Wagnerowi,
pierwszemu Polakowi, ktory opłynął swiat pod żaglami.
 
Obchody Dnia Niepoleglosci w Toronto i Warszawie
Wiktor Mokot (2011-11-21)

Sukces w Marszu do Niepodległości

Trzeba to jasno i wyraźnie powiedzieć: Polacy to cywilizowany zdyscyplinowany Naród, przywiązany do konstytuujących go wypisanych na sztandarach wartości: Honor i Ojczyzna. Dotyczy to wszystkich, nie tylko „matek z dziećmi” i „trzęsących się staruszków”, ale także, a może przede wszystkim tak poniżanych „środowisk kibicowskich”.

Od 1989 roku straszy się Polaków niebezpieczeństwem nacjonalizmu, którego dowodem miały być paramilitarne bojówki organizowane przez różnego rodzaju Tejkowskich i innych byłych agentów SB. Po zmianie ustroju kontynuowali oni swoją prowokacyjną działalność, lecz niestety Polacy są niezmiennie dalecy od jakichkolwiek skrajnych ideologii. Polacy nigdy masowo nie ulegli żadnym antyludzkim totalitarnym w swojej istocie pomysłom. To dlatego przecież na terenie Polski chronili się przed wiekami, szykanowani w całej Europie heretycy, Żydzi oraz inni innowiercy. Polacy okazali się przy tym na tyle przywiązani do swojej tradycji, że pomimo współistnienia z protestantami z jednej i prawosławnymi z drugiej, dziś w dalszym ciągu Polska jest katolicką wyspą otoczoną jak przed wiekami prawosławiem wschodu, protestantyzmem zachodu i ateizmem południa. Dotychczasowe próby złamania ducha narodu, najpierw poprzez fizyczna eksterminację, a następnie przez wieloletnia propagandę nie przyniosły spodziewanych rezultatów i dziś rozlewający się po Europie młodzi ludzie są cenionymi poszukiwanymi pracownikami, którzy swoją pracowitością i rzetelnością wzbudzają zawiść miejscowych robotników. Czy byłoby to możliwe bez przywiązania do wartości umożliwiających współdziałanie?

Tendencje oikofobiczne, przekonanie o niskiej wartości graniczące z nienawiścią do własnej nacji, są w medialnej propagandzie dziwnie skorelowane ze stopniem edukacji. Im wyższe wykształcenie tym częstsze przejawy pogardy do własnego narodu. Nieprzypadkowe jest przecież sformułowanie "młodzi, wykształceni z wielkich miast". Świadczy to jednak nie tylko o kreowanym wizerunku postawy, ale także o jakości edukacji, która oprócz przekazywania wiedzy i umiejętności ma przekazywać określony światopogląd. Wykształcenie jest przecież także czynnikiem warunkującym dostęp do władzy i nie jest przypadkiem, że im wyżej w państwowej urzędniczej hierarchii, ale też im bliżej publiczności szklanego ekranu, tym większe przekonanie o niskiej wartości ludzi mieszkających miedzy Bugiem a Odrą. A przecież - i trzeba to też powtarzać wyraźnie i głośno - takie przekonanie jest celem wbijanej nam co najmniej od 1945 roku do głowy komunistycznej propagandy.

Intencją blokady Marszu Niepodległości było nie tyle „powstrzymanie faszyzmu”, ile przede wszystkim kompromitacja idei niepodległościowych. Cała sytuacja zmierzała do sprowokowania zamieszek, by uwiarygodnić deklarowany strach przed demonami faszyzujących radykałów. Blokady w centrum miasta, informacje o zaproszeniu niemieckich bojówek, histeria antyfaszystowskich apeli, która wywoływała u większości Polaków odruch pukania się w czoło. To jednak nie zrażało funkcjonariuszy systemu propagandy i atmosfera absurdu nakręcała się coraz bardziej.

Intencją samego Marszu Niepodległości była zaś demistyfikacja propagandowego wizerunku oszołoma, jaki ze skutkiem udaje się przypiąć do każdego Polaka nie wstydzącego się swojej polskości. Stąd rezygnacja z partyjnych transparentów i znaków. Stąd nieustanne apelowanie o spokój, godność i nieuleganie prowokacjom. Stąd nieustanne próby wyciszenia skrajnych głosów i trzymanie do samego końca trasy Marszu w tajemnicy, by nie było okazji do konfrontacji, nad którą trudno będzie zapanować.

Po zeszłorocznym Marszu Niepodległości obie strony wyciągnęły wnioski. Gdy poprzednim razem zmieniono jego trasę, a kolejne nielegalne blokady były profesjonalnie pacyfikowane przez policję poprzez zablokowanie blokady, uczestnicy Marszu cierpliwie stali i czekali, aż policja puści ich nową trasą. W tym roku organizatorzy trzymali trasę przemarszu w tajemnicy, zaś druga strona wpuściła prowokatorów do środka Marszu. W efekcie udało się wywołać zamieszki w medialnych punktach: startu na pl. Konstytucji i docelowym na Rozdrożu. Znamienne, że rozruchy na Nowym Świecie w okolicach siedziby Krytyki Politycznej, która była współorganizatorem blokady przeszły w zasadzie bez medialnego echa. Znamienne, że gdy policyjny klin wszedł w sam środek tłumu na Rozdrożu, jedyna reakcja było skandowanie przez tenże tłum okrzyku "prowokacja! prowokacja!" Znamienne, że idący po ulicach Warszawy przez dwie godziny Marsz nie był rejestrowany przez żadną stację TV i nie towarzyszyła mu żadna eskorta policji. Wszyscy po prostu doskonale sobie zdawali sprawę, że podczas Marszu nie będzie żadnych zadym, bo przecież nie o zadymy w Marszu chodzi.

Nie chcę się zajmować prezentowaniem dowodów na prowokacje różnych stron, od lewackich bojówek, przez kompromitującą się policję, aż do bezmyślnych narwanych kiboli. To świetnie robią obecnie wszyscy komentatorzy. Chcę skupić się na innym aspekcie wydarzeń z 11 listopada 2011 roku.

Trzeba to jasno i wyraźnie podkreślić: Marsz Niepodległości 2011 odniósł spektakularny sukces na wielu polach. Polacy udowodnili sobie samym, że stać ich ciągle na samoorganizację, że siła dobrych idei jest ciągle żywa i jest silniejsza niż medialna propaganda nienawiści i podziałów. Pokazali sobie samym, że agresja nie jest sposobem na rozwiazywanie problemów, a Polska jest naszym wspólnym domem, o który wszyscy musimy dbać wspólnie, bo jeśli sami o niego nie zadbamy to nikt o niego nie zadba.

Wypunktowując trzeba stwierdzić, że:
  1. Udało się zdemaskować skalę medialnego kłamstwa, porównywalnego jedynie, jak to ujął prof. Żaryn ze stalinowska propagandą. Stało się tak dzięki masowemu ruchowi dziennikarzy obywatelskich, czyli zwykłych ludzi, którzy zabrali ze sobą na Marsz swoje kamery. Zebrane przez Nowy Ekran materiały były następnie wykorzystywane przez inne media, często bez podania źródła, co w kolejny sposób zdemaskowało złodziejski charakter tych instytucji. Zostały bowiem naruszone zarówno zbywalne jak i niezbywalne prawa autorskie prezentowanych materiałów. Efekty tej demistyfikacji przyjdą z czasem.
  2. Skala tzw. zamieszek po podsumowaniu strat jest w porównaniu z liczebnością tej pokojowej manifestacji marginalna i pomijalna. Wystarczy sobie uświadomić, że nawet jeśli przyjąć, że liczba awanturników przekroczyła 1 tys. to jest to mikroskopijny ułamek uczestników obu manifestacji, który według ostrożnych szacunków oscyluje w sumie w granicach 30-40 tys. osób. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zatrzymanych osób było 210 to daje pół procenta uczestników. Jeśli uświadomimy sobie że prawie połowa z tych zatrzymanych to lewaccy obcokrajowcy, to okaże się, że burdy były nie były znacząco większe niż w codziennych policyjnych statystykach. Do przemocy wobec siebie nawzajem niechętni są zarówno prawicowi jak i lewicowi Polacy. To ważna konstatacja.
  3. Wobec powyższego faktu zupełnie inaczej należy spojrzeć na, jednak bardzo liczne, środowiska kibicowskie uczestniczące w Marszu Niepodległości. Okazuje się, że są w stanie masowo przyjąć do wiadomości apel o spokój i godne zamanifestowanie przywiązania do idei niepodległości, że wobec tej idei nie mają najmniejszego znaczenia podziały między wrogimi na co dzień klubami oraz, że są w stanie powstrzymać się od agresywnych reakcji na policyjne i lewackie prowokacje, jeśli wymaga tego potrzeba chwili. Udowodnili, że nie są bezmyślnym bydłem, jak chcą ich usilnie pokazać propagandowe media. Udowodnili sobie samym, że są godnymi ludźmi, przywiązanymi do wartości które wynieśli z domów, a które tak usilnie stara się zniwelować szkoła i medialna propaganda.
Po ostatnim 11 listopada, gdy minęła mi złość na medialne manipulacje i kłamstwa środowiska związanego z Krytyka Polityczną, zaczynam z optymizmem patrzeć w przyszłość. Kłamstwo działa dopóty, dopóki uchodzi za prawdę. Zdemaskowane kłamstwo przestaje być skuteczne. Ale tolerowanie kłamstwa w przestrzeni publicznej rozwala państwo. Jeszcze długo wielu ludzi będzie trwało przy serwowanej przez neostalinowską propagandę narracji, bo tego wymaga od nich psychologiczny mechanizm konsekwencji wobec samego siebie. Trudno jest się przed samym sobą przyznać do ulegnięcia. 15 lat od ujawnienia tego faktu przez Antoniego Macierewicza, Michał Boni w końcu przyznał się do współpracy z SB. Po 11 listopada 2011 skala manifestacji, jej wynikający z głębokiego zakorzenienia wyznawanych wartości spokój, powodują, że przełamane zostały kolejne lody narodowych podziałów. Spokojni biznesmeni, kombatantcy starcy, matki z dziećmi na wózkach, młodzi szalikowcy, ogolone karki, profesorowie, dziennikarze i posłowie szli razem czując się ze sobą dobrze i bezpiecznie. Zjednoczeni nie w abstrakcyjnym proteście, ale w afirmacji własnej tożsamości. Tożsamości eksterminowanej przez oba totalitaryzmy XX wieku:
Pod tym transparentem szła w Marszu Niepodległości Klubokawiarnia Republikańska i Ob-Ciach


Lepiej sobie nie wyobrażać, co by było gdyby te tłumy skrzyknęły się do protestu o porównywalnie „pokojowym” charakterze co środowisko kawiorowego lewactwa. To czego nie podają media dociera jednak do decydentów i dlatego prezydent Komorowski od razu wyraził "ogromny niepokój", że "ktoś mógł wpaść na pomysł, aby do Polski zapraszać ludzi spoza granic naszego kraju, którzy wyraźnie nie są zainteresowani świętowaniem polskiej niepodległości, a urządzaniem na polskich ulicach awantur i burd". "To narodowy polski wstyd." Donald Tusk z kolei podkreślał, że awantury tego dnia miały chuligański charakter, a nie polityczny. Zaś Tomasz Nałęcz wychodzi z propozycją zorganizowania w przyszłym roku wspólnego dla wszystkich środowisk Marszu Niepodległości, w którym znalazło by się "miejsce dla całego spektrum postaw - od profesora Jana Żaryna po Sławomira Sierakowskiego".

Te wypowiedzi świadczą o wypunktowanych przeze mnie elementach wielkiego sukcesu Marszu Niepodległości, poprzez który Polacy pokazali, że nie dadzą sobie zrobić wody z mózgu i są w stanie legalnymi pokojowymi metodami skutecznie działać w przestrzeni publicznej. Przekaz tego Marszu nie tylko pokazał coś obywatelom, ale realnie oddziałał na zabetonowane wydawałoby się władze. Pytanie czy obywatele uwierzą w tą nagłą zmianę narracji. Bo jest już chyba dla wszystkich jasne, że idące w zaparte środowisko Krytyki Politycznej popełniło spektakularne polityczne samobójstwo.

 

 ze strony:

 

 http://wiktorinoc.blogspot.com/2011/11/sukces-w-marszu-do-niepodlegosci.html

 

Jacek Bezeg (2011-11-14)

Czego dowiedziałem się w Warszawie 11 listopada

Był w tym zapewne palec Boży, że w tłumie 20, a może i 30 tysięcznym spotkałem człowieka, którego spotkać bardzo chciałem, profesora Dakowskiego. W wojennej zawierusze, jaką zafundowali nam urzędnicy stołecznego ratusza do spółki z dziennikarzami pewnej gazety, (której nazwy w dobrym towarzystwie się nie wymienia,) trudno takie spotkania planować, więc nawet nie próbowałem. W rozmowie przerywanej okrzykami i pieśniami wymieniliśmy uwagi o sytuacji tu i ówdzie. Opowiedziałem o naszej podróży do Warszawy pod czułą opieką służb porządkowych. Profesor przypomniał mi wtedy o podstawowej zasadzie obowiązującej w kontaktach z panami, którzy zapomnieli ubrać mundury i muszą jeździć swoim prywatnym samochodem. Trzeba dążyć do tego, aby sytuacja była jasna.

Wkrótce miałem okazję radę tę wypróbować. Po powrocie do autobusu za przejazd, którym do stolicy i z powrotem zapłaciłem, okazało się, że jestem aresztowany. To niesamowite, dwaj panowie, dla których zabrakło na mundury i radiowóz, ledwie na odznaki i legitymacje starczyło, potrafili zaaresztować trzy autobusy pełne ludzi. To jaka musi być sprawność i siła, tych, o których zadbano lepiej.
Udało mi się wyjść z więźniarki tylko dlatego, że poszedłem na rozmowę z policją. Mój strażnik - jeszcze niedawno tylko kierowca wynajętego przez nas autokaru, na taką rozmowę wyraził zgodę i nacisnął guzik.
Zapytałem młodego człowieka dlaczego nas śledzi, kim jest i kto wydał decyzję o śledzeniu nas. Pokazał mi odznakę i legitymację. Przyznał, że przyjechali za nami z Opola, a czasem jechali przed nami. Stwierdził, że nie muszą mieć niczyjego pozwolenia na "opiekowanie się nami". Robią to dla naszego dobra i niejako przy okazji, bo podstawowym ich zadaniem jest "opieka" nad grupą kibiców. Robią to dlatego, że kibice to przeważnie środowiska prawicowe, a nawet skrajnie prawicowe.


Zajrzyjmy do wikipedii: Prawica - zwyczajowe określenie sił politycznych, które charakteryzuje szacunek dla tradycji, autorytetów, religii, istniejącej hierarchii społecznej oraz wstrzemięźliwość przy dokonywaniu zmian w systemie społeczno-gospodarczym i politycznym.

Jak się okazuje takie poglądy są wystarczającym powodem do tego by znaleźć się w orbicie zainteresowania Polskiej Policji.  
To szokujące. Prawda? W jakich to krajach ściga się ludzi za przekonania? Zwłaszcza za prawicowe?
Trudno mi znaleźć pomysł na jakieś sensowne skomentowanie tego wyznania.
Może tak:
Panie policjancie! Te wszystkie cechy za propagowanie, których ludzie zasługują na miano prawicowych powodują, że społeczeństwa wzrastają i rozwijają się. Konsekwencją takiego wzrostu jest zwiększenie ilości pieniędzy wpływających do państwowej kasy jako podatki. Jak tych podatków jest więcej to może Pan dostać podwyżkę. Jak się nazywa ktoś kto podcina gałąź na której siedzi?
W krajach, które chcą stabilizacji i rozwoju, wojsko i policję rekrutuje się właśnie ze środowisk prawicowych. Polska Policja jest jak widać lewicowa. Do czego zmierzają nasze władze?

P.S. Nigdy za wiele powtarzania pewnych prawd, więc i teraz powtórzę:
1. Niemcy, którzy rozpętali Drugą Wojnę Światową i wymordowali miliony, czyli faszyści, byli członkami lub zwolennikami Narodowo Socjalistycznej Partii Niemiec.
      TO BYŁA LEWICA!!!        NIE PRAWICA!!!
2. Komuniści, którzy mają na rękach krew nie tylko milionów osób różnych narodowości, ale i milionów obywateli SSSR, TO TEŻ BYŁA LEWICA!!!
3. Ze wskazań Lenina wynika nazywanie wszystkich politycznych przeciwników faszystami i zwyczaj ten nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Jadwiga Chmielowska (2011-11-04)


Powstanie P.O.W. G. Śl.

Rok 1919 był od samego początku dla niepodległej Polski bardzo trudny. Trwała wojna z Rosją Sowiecką, walki z Ukraińcami na Wołyniu i Lwowie, konflikt z Litwinami,  z Czechosłowacją o Orawę, Spisz i Śląsk Cieszyński a z Niemcami o Górny Śląsk, Warmię i Mazury. Niemcy odstąpili od planów ataku na Polskę, gdyż bali się reakcji sił wojskowych  państw sprzymierzonych. W przygotowanych wówczas planach gen. Otto von Belowa uderzając z rejonu Bydgoszcz –Toruń na Gniezno, miał się połączyć z wojskami dowodzonymi przez gen. von dem Borne idącego ze Śląska przez Kalisz, Ostrów Wielkopolski, Krotoszyn. Niemcom sprzyjał brak jedności wśród państw ententy. Zwłaszcza Anglia coraz bardziej przychylna była Niemcom, Włochy w zasadzie popierały Anglię, jedynie Francja sprzyjała Polakom. Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego  rozpoczęło nawet przygotowywać plany operacyjne na wypadek zaatakowania nas przez Niemcy.
Ślązacy rwali się do walki o przyłączenie  Górnego Śląska do Polski. Ich nadzieję budził dodatkowo nie tylko wybuch Powstania Wielkopolskiego ale i jego sukcesy już w pierwszych dniach walk.
Józef Piłsudski już od grudnia 1918r. a Stanisław Wiza z Poznania od pierwszych dni stycznia 1919r. zachęcali do stworzenia Polskiej Organizacji Wojskowej (P.O.W.) na Górnym Śląsku. Józef Grzegorzek, któremu powierzono misję tworzenia P.O.W. G. Śl. choć mógł nadać sobie tytuł komendanta niestety nie zrobił tego. Powołał   Komitet Wykonawczy w składzie Adolf Lampner z Zabrza (administrator  „Gazety Ludowej”), Wiktor Rumpfeld. z Katowic (Sekretarz Związku Centralnego w Katowicach związany z PPS), Stanisław Wiza –delegat Naczelnej Rady Ludowej (NRL) w Poznaniu, Franciszek Lazar , malarz z Lipin. Józef Grzegorzek z Bytomia  był przewodniczącym Komitetu Wykonawczego a zarazem naczelnikiem P.O.W. G. Śl. Zebranie konstytucyjne odbyło się 11 stycznia 1918r. w mieszkaniu p. Aleksandry Szyperskiej w Katowicach. Wszystkie „sprawy natury wojskowej” konsultowane były z por. Alfonsem Zgrzebniokiem, mającym doświadczenie bojowe z armii niemieckiej. W ciągu dwóch tygodni mianowano komendantów powiatowych: Adam Całka – powiat bytomski, Adam Postrach –katowicki, Aleksy Fizia - pszczyński, Józef Buła – rybnicki, Alfons Zgrzebniok – kozielski, Jan Wygłenda – raciborski,  Jan Zejer – tarnogórski, Janusz Hager – gliwicki, Jan Pyka – zabrski, Władysław Wróblewski – toszecki, Kazimierz Leciejewski – strzelecki i Józef Gniatczyński – lubliniecki. „Wyjątkowe stanowisko wobec P.O.W. zrazu zajmował powiat katowicki ,w którym Józef Dreyza, Adam Postrach i Alojzy Pronobis zakładali związki wojackie, wciągając do nich byłych uczestników wojny a przede wszystkim członków towarzystwa gimnastycznego „Sokół”. Akcja ta była dla P.O.W. wielką przeszkodą. Aż do połowy marca wysłannicy Komitetu Wykonawczego, pomimo zapobiegliwości nie osiągnęli w powiecie katowickim żadnych rezultatów.” – relacjonuje we swych wspomnieniach  J. Grzegorzek. Dopiero 20 marca 1819r., pod wpływem nacisków oddolnych, zmieniło się   na szczęście podejście do P.O.W, wyznaczonego jego kierownictwa w powiecie katowickim. A.Postrach pozostał nawet  na swym stanowisku komendanta powiatu, co było rzeczą dla wielu niezrozumiałą.  Z czasem przyłączały się do P.O.W. G. Śl.  kolejne powiaty. Niestety w oleskim Franciszkowi Kawuli choć nie udało się stworzyć sieci organizacyjnej w całym powiecie, to w kilku miejscowościach zawiązały się silne grupy powstańcze, jak np. ta w Kościeliskach.
W domu związkowym „UL” w Bytomiu, 11 lutego 1919r.  komendanci powiatowi składali przysięgę, której rota brzmiała:
„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że jako dobry żołnierz będę spełniał wszystkie rozkazy mojej przełożonej władzy powstańczej. Ślubuję dochować tajemnicy organizacyjnej i na wezwanie  walczyć z bronią w ręku o przyłączenie Górnego Śląska do Polski. Tak mi dopomóż Bóg”.
Na tym samym zebraniu popełniono błędy, które miały w niedalekiej  przyszłości  katastrofalne skutki. Nie tylko zaprzysiężono Dreyzę, ale i powierzono mu godność prezesa komitetu wykonawczego P.O.W. Chciano w ten sposób łatwiej pozyskać powiat katowicki i „Sokoła”, którego Dreyza był naczelnikiem. Próbowano też wyrazić w ten sposób podziękowanie za jego pracę społeczną w Sokole – dowartościować, by tym chętniej zajął się rozbudową P.O.W. Dreyza wygłosił bardzo ostre przemówienie jak to silną ręką będzie trzymał struktury, a potem zniknął. Po 10 dniach odnalazł się w Sosnowcu, po polskiej stronie granicy. Niezrozumiałe jest  jak można było wierzyć człowiekowi, który dwa miesiące wcześniej był ogromnym przeciwnikiem walk powstańczych. Zjednywanie przeciwników stanowiskami mści się. Powinno się na szefów wybierać najlepszych z najlepszych a nie liczyć, że ktoś się zmieni, zwłaszcza w czasach przełomowych. „Zaszczyciwszy Dreyzę godnością przewodniczącego, Komitet Wykonawczy dał mu do ręki „złoty róg”, na głos, którego lud śląski miał zerwać się do boju. Dreyza na złotym rogu nie chciał lub nie umiał grać. Toteż – osiadając w Sosnowcu – sam usunął się w cień, a P.O.W. w osobie Józefa Dreyzy miała pierwszego uchodźcę – nie z konieczności, lecz dobrowolnego postanowienia”- napisał w swojej książce Józef Grzegorzek. W Sosnowcu „dezerter” dalej organizował związki wojackie – dekonspirujące Polaków a do P.O.W. miał stosunek wybitnie wrogi. Za niesubordynację został skreślony z ewidencji P.O.W. Dość szybko jednak poszczególni prezesi towarzystw wojackich i naczelnicy „gniazd sokolich” nawiązywali kontakt i oddawali się pod komendę P.O.W. Zrozumieli bowiem dziwną grę Dreyzy.
W marcu 1919 r. doszło do kolejnego spotkania delegacji śląskiej z Naczelnikiem Państwa  Józefem Piłsudskim. Wcześniej w grudniu 1918r. poradził im założenie P.O.W. Teraz, gdy już istniała i liczyła ok. 14 tys. członków, J. Piłsudski powiedział Ślązakom, że jeśli dojdzie do powstania, to: „ dam wam cztery tysiące, co mam najlepszego”.  Nie rzucał słów na wiatr. Już przy tworzeniu śląskiej organizacji bojowej uczestniczyli piłsudczycy Kazimierz Kierzkowski i Władysław Malski z biura Wywiadowczego Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego. Do nich dołączyli później Roman Abraham, Ignacy Boerner, Jan Kowalewski („Czapla”) ,Bogusław Miedziński, Ignacy Matuszewski, Lucjan Miładowski, Karol Polakiewicz, Franciszek Sikorski, Kazimierz Sosnkowski, Wojciech Stpiczyński a przed III powstaniem  dołączyli Stanisław Baczyński i Tadeusz Puszczyński organizatorzy działań specjalnych.
P.O.W. G. Śl. była finansowana i konsultowana zarówno przez Naczelną Radę Ludową z Poznania jak i przez Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego.
Najważniejszą sprawą dla oddziałów P.O.W. było zaopatrzenie się w jak największą ilość uzbrojenia. Broń zdobywano w niektórych garnizonach „Grenzschutzu” i mniejszych placówkach wojskowych. Kupowano, wykradano i zabierano siłą. „Powiat rybnicki kupował broń i amunicję w koszarach raciborskich. Nasi ludzie „fasowali” karabiny, spuszczane na sznurkach przez żołnierzy, mieszkających na górnych piętrach budynku koszarowego. W ten sposób uzyskaną broń załadowywano na wóz i przykrywano słomą lub workami. Po godzinie 10 wieczorem obowiązywały przepisy stanu oblężenia, a patrolki wojskowe krążyły po mieście. Z tego powodu przekupiony za 10,- marek policjant z „Pickelhaubą” na głowie osłaniał furmankę, siedząc na niej, dopóki nie opuściła granic miasta.” - pisze w swej książce komendant Grzegorzek.
P.O.W. powiatu bytomskiego kupowało broń od „Grenzschutzu” – jednym razem było to 50 karabinów, 8000 naboi i inny drobny sprzęt. Grupa rozbarska (Rozbark -obecnie dzielnica Bytomia) pozyskiwała broń w organizacjach spartakusowskich, z Turyngii trafiło 111 sztuk broni krótkiej. W Gliwicach peowiacy zaopatrywali się w koszarach 22 pułku piechoty  - a to wzięli 48 karabinów,  innym razem z hali lotniczej w biały dzień wywieźli 100 karabinów i tysiące naboi. U Franciszka Wieczorka na Wójtowej Wsi był prawdziwy arsenał - strych, piwnice, stodoła pełne karabinów a skrzynie z amunicją zakopane w ogrodzie.
Pod osłoną nocy, były niemiecki oficer frontowy, Alfons Zgrzebniok  zabrał z koszar w Koźlu 60 karabinów. Ośmielony takim sukcesem i zaopatrzony w podrobiony rozkaz wydania mu znacznej ilości broni, udał się do koszar. Mimo swobody w zachowaniu i udawanej  „niemieckiej buty” wpadł, gdyż dowództwo  było już czujne, gdyż dowiedziało się o wcześniejszym zniknięciu karabinów. Zgrzebniok został otoczony przez oddział „Genzschutzu” i aresztowany.  Dzięki fortelowi udało mu się na szczęście uciec. Pomimo pościgu dotarł pieszo do Piotrowic i schronił się na Śląsku Cieszyńskim.
Powiat pszczyński miał szczęście bo, gdy na stacji kolejowej  Tychy „ pojawił się wagon zawierający rzekomo „Alte Sachen” (stare rzeczy) kierownik ekspedycji kolejowej Florian Radwański i kolejarz Józef Loska z Glinki, ludzie wiecznie sceptyczni, otwarli wagon i stwierdzili, że prócz kilku starych mundurów, znajduje się w nim wielka ilość nowych karabinów. Rozumiejąc, że „Grenzschutz” broni tej otrzymać nie powinien, Radwański uświadomił o tem Stanisława Krzyżowskiego, poczem obaj ustalili plan działania. Kolejarz Loska nakazał przetokowym, ażeby wagon odstawili na tor boczny, zaś Stanisław Mańka majstrował na tym odcinku koło przewodów elektrycznych, co miało ten skutek, że skoro się ściemniło – lampa łukowa nie świeciła. Około północy przybył Krzyżowski ze swymi ludźmi, którzy wagon do szczętu opróżnili.- relacjonuje w swej książce naczelnik Grzegorzek. Choć całą akcja kierował Stefan Krzyżowski to podejrzenie padło na dyżurnego ruchu Grabowskiego – zagorzałego Niemca. Przeczesano mu domostwo a nawet ule.
Granaty ręczne peowiacy fabrykowali sami, we własnych wytwórniach. Sporządzano je przeważnie z tzw. smarownic, które przynoszono z hut i kopalń. Górnicy, przyszli powstańcy dostarczali potrzebny materiał wybuchowy, który podkradali w kopalniach. Granaty podczas prób się sprawdziły - działały precyzyjnie i wybuchały z ogromnym hukiem.
Należy wspomnieć o tym, że PPS powołała na przełomie  grudnia 1917 i stycznia 1918r. Pogotowie Bojowe. Miało ono własne laboratorium do wyrobu bomb i granatów. Materiałów wybuchowych dostarczała PPS z Zagłębia Dąbrowskiego. Każdy okręg organizował szkoły bojowe, w których prowadzono kursy dla instruktorów. Zapleczem więc dla Górnego Śląska  byli też wyszkoleni bojowcy PPS Zagłębia Dąbrowskiego.
W końcu lutego postanowiono złożyć Naczelnej Radzie Ludowej sprawozdanie ze stanu bojowego P.O.W. J. Grzegorzek z St. Wizą udali się do Poznania. Wojciech Korfanty zaprosił ich nie do siedziby NRL a do prezydium policji i tylko jego komendant Karol Rzepecki był przy rozmowie. Opisano stan przygotowań. Wspomniano też o tym, że Dreyza otworzył w Sosnowcu przy ul. Kołłątaja 9 własne biuro -. „Decernat dla spraw wojskowych na Śląsku”. Powstawało wrażenie, że identyfikuje się ono z Podkomisariatem Bytomskim czyli Kazimierzem Czaplą działającym w imieniu Komisarza Wojciecha Korfantego, który cały ten czas przebywał w Poznaniu. Dlatego by uzgodnić cokolwiek z Korfantym konieczna była podróż aż do Poznania.  Delegaci na tym lutowym spotkaniu w Poznaniu zastrzegli, że od  raportów  Dreyzy na temat P.O.W. G. Śl. organizacja  się dystansuje. „Korfanty z właściwym sobie sarkazmem rzecz całą usiłował zbagatelizować, załatwiając ją lapidarnym powiedzeniem: „Hę, Hę! Wybraliście sobie „Poczciarza” (Dreyza był urzędnikiem pocztowym – przyp. red.) , a teraz nie chcecie go słuchać – aże słuchać” – tak to spotkanie zrelacjonował jego uczestnik Grzegorzek.  Korfanty też stwierdził, że inne źródła podają mu inne dane o stanie organizacji. Nie chciał jednak ich ujawnić. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Korfanty nie tylko tolerował rozbijacką robotę J. Dreyzy ale ją wykorzystywał prowadząc dziwną grę polityczną.   Grzegorzek i Wiza zaapelowali do Korfantego o to, by Naczelna Rada Ludowa  z Poznania odkomenderowała na Górny Śląsk  fachowe siły wojskowe celem utworzenia sztabu wojskowego z prawdziwego zdarzenia. Otrzymali oni przyrzeczenie bezzwłocznego spełnienia prośby. P.O.W. G. Śl. szykowało się do powstania.  
Zyta Zarzycka tak opisuje ten czas - „Polski konspiracyjny ruch wojskowy na Górnym Śląsku po I wojnie światowej zaczynał nieomal od punktu zerowego. Ślązacy byli pełni zapału do walki i najwyższych poświęceń w imię słusznej sprawy, lecz  nie znane im były różnorodne  formy działalności podziemnej. Przygotowywano się do otwartej walki zbrojnej i jej podporządkowano rozwój organizacji wojskowej.”

 

Artykuł ukazał się w Gazecie Śląskiej

 

Jadwiga Chmielowska (2011-10-29)

O Śląsk w Polsce

Zakończenie I wojny światowej, klęska państw centralnych, rewolucyjny ferment nie tylko w Rosji ale i u pozostałych zaborców sprawił, że jak pisze we wspomnieniach Józef Grzegorzek:  „polska ludność, korzystając z dogodnej sposobności, chwyciła za broń, żeby utorować sobie drogę do nowej Ojczyzny – Polski”.
Niestety brak ciągłości państwa polskiego po 39r sprawił, że do dziś niestety nie przeprowadzono nad tym fenomenem rzetelnych badań. Pewnym wyłomem jest Encyklopedia Powstań Śląskich, która dostarcza wielu informacji ale nie jest to jednak pozycja próbująca kompleksowo rozwikłać istniejące do dziś zagadki. Wydana została w 1982 w PRL i nie zawiera wielu informacji między innymi o antypolskim nastawieniu partii Róży Luksemburg.  Likwidacja w III RP Instytutu Śląskiego i  paraliż decyzyjny w sprawie budowy Muzeum Powstań Śląskich w Katowicach, sprawiają wrażenie, że spuścizna tych, co rzeczywiście walczyli w Powstaniach ma zostać celowo pomijana. Zdaję sobie sprawę z tego, że mój tekst będzie dla wielu środowisk kontrowersyjny. Nie zamierzam jednak powtarzać wersji podawanych przez wielu badaczy bez uwzględniania innych źródeł – czyli takich, które przeczą ustalonej tzw. poprawności. Poprawność polityczna a tym bardziej historyczna mnie nie interesuje. Nie piszę też pod gust i upodobania recenzentów. Dziwi mnie fakt lansowania przez wielu nawet wybitnych naukowców jednej tylko grupy politycznej związanej z ugodową polityką wobec Niemiec. Ugodowcy wierzyli być może, że ktoś np. tzw. zwycięska Ententa - „Europa” ulituje się nad Polską i nam coś da…. Nie chcieli widzieć tego, że Anglia popierała rosyjskich  białogwardzistów i wcale nie chciała popierać Polski.  Jej marzeniem był dotychczasowy porządek w Europie. Nawet nie chciała wspierać armii polskiej w wojnie z bolszewikami. Zaopatrzenie dali nam jedynie Węgrzy. Trzeba o tym pamiętać i nie oczekiwać  teraz  od Europy tego, o co musimy zadbać sami.
Widzę tu pewną analogię z czasami współczesnymi. W podręcznikach szkolnych wspomina się głównie o prookrągłostołowej części „Solidarności”, marginalizuje się lub wręcz pomija organizacje niepodległościowe. Obszernie  natomiast opisuje się i promuje środowiska, które chciały widzieć w Polsce „socjalizm z ludzką twarzą” i absolutnie nie wierzyły w niepodległość. Doprowadziło to do obecnego stanu społeczeństwa, które nie wierzy w swą podmiotowość. III RP jest państwem, w którym w zasadzie nie wiadomo kto podejmuje decyzje i ponosi za nie odpowiedzialność.
Rozpocznę cykl o historii Śląska skazanej na zapomnienie. Moje źródła to relacje bezpośrednich uczestników, wspomnienia ale te, publikowane wtedy, kiedy żyli ci, którzy mogli bezpośrednio oprotestować tworzoną fikcję i bajania. Zobaczą państwo jak bardzo historia się powtarza, jak wiele błędów można uniknąć poznając historie naszych przodków.

Zanim wybuchło Powstanie

W listopadzie 1918r. Niemcy były zrewoltowane. Hasła rewolucji październikowej trafiły na podatny grunt w demobilizowanej armii po przegranej wojnie. Ruch komunizujący dotarł także na Górny Śląsk. Naoczny świadek tak opisuje dzień 10 listopada 1918r.w Bytomiu: „Koło południa lotem błyskawicy rozeszła się po mieście wiadomość , że następnym pociągiem wrocławskim przybędzie do Bytomia brygada marynarzy z Kilonii, która w garnizonie bytomskim dokona właściwego przewrotu. Wieść tę roznosili po mieście agitatorzy niemieckiej partii socjalistycznej, żeby wśród mieszkańców szerzyć postrach i niepokój.”  Na budynku koszar wojskowych i ratuszu powiewał czerwony sztandar – znak, że władze objęła rada robotników i żołnierzy. Wtedy to powstał plan przejęcia kierownictwa w radzie przez Polaków i rozpoczęcia ruchu zbrojnego, by przyłączyć Śląsk do Polski. Niestety dwóch Polaków odmówiło przyjęcia funkcji w Radzie – zrobili miejsce innym, którzy pomimo, że nosili polskie nazwiska to mieli „duszę niemiecką – spartakusowską”. Plan nie wypalił. Jest to przykład na grzech zaniechania  i postawy „ są ode mnie godniejsi” lub  „dlaczego właśnie ja – niech inni to robią !”. Skutki opłakane.
W listopadzie dwaj proboszczowie Paweł Brandys z Dziergowic- powiat kozielski i ks. Banaś z Łubowic w powiecie raciborskim organizowali wiece pod hasłem powrotu Śląska do Polski. Na wiecach tych jeszcze w mundurze niemieckiego porucznika występował świetny mówca Alfons Zgrzebniok – porywający tłumy Ślązaków .  Niemcy przypuścili kontratak. Por. Burghardt, wysłannik rządu socjalistycznego, zwalczał zarówno polskie ambicje oderwania się od Prus jak i partie centrowe. Jeździł po parafiach, gdzie księża byli obojętni dla „sprawy polskiej”. Akcją  partii „Centrum”,  skierowaną oczywiście również przeciwko polskim dążeniom Ślązaków, jak i przeciwko rządowi socjalistycznemu kierował z Berlina Erzberger.
Red. Edward Rybarz zabiegał o zwołanie zebrania polskiej inteligencji, które miało zadecydować  o zorganizowaniu polskiego wiecu na bytomskim rynku. 12 listopada w Bytomiu spotkali się – Michał Wolski, Kazimierz Czapla, Wiktor Retzlaff, Paweł Maciejczyk, Jan Eckert, Maksymilian Hanke, Tadeusz Palacz, Stanisław Janowski, Janina Omańkowska, Edward Rybarz i Józef Rymer z Katowic ( późniejszy pierwszy wojewoda). Tak o tym wydarzeniu wspomina  Józef Grzegorzek: „Po dwugodzinnych obradach okazało się, że o zwołaniu wiecu pod gołym niebem, a co więcej o ruchu zbrojnym na Górnym Śląsku nie chciano nawet słyszeć. Nie można się temu dziwić, jeżeli weźmie się pod uwagę, że wymienieni panowie, byli to ludzie starsi, którzy z małymi wyjątkami na wojnie nie byli i ducha wojowniczego nie mieli. Zaznaczyć jednak wypada, że znaleźli się też tacy, którzy myśl zbrojnego czynu poparli. Ludźmi tymi byli: Edward Rybarz, Paweł Maciejczyk i Wiktor Retzlaff – tworzyli niestety znikomą  mniejszość”    Zebraniu przewodniczył Kazimierz Czapla – adwokat, dla którego „Alfa i omega wszystkich rzeczy to  - §. Natomiast wszystko to, co z paragrafem się nie zgadza, jest nielegalne, więc niedozwolone.” – tak oceniał go w tamtych czasach J. Grzegorzek - późniejszy twórca Polskiej Organizacji Wojskowej G. Śl.  Uważał też, że inteligencja śląska, swą zachowawczością  nie spełniła pokładanych w niej nadziei - „W „Ulu” zgromadziła się przeto górna warstwa polonii bytomskiej - wszystko ludzie, którzy stanowili niejako uprzywilejowaną kastę przywódców ludowych. A jednak gdy chodziło o to,  żeby w historycznej chwili  powziąć śmiałą decyzję, nakładającą ciężką odpowiedzialność, wówczas w całej pełni okazała się trafność wypowiedzenia, że „Wielkie czasy zastały małych ludzi”. (…) na drodze do wolności ludu śląskiego stał cały szereg takich paragrafów, które należało zastąpić nowymi” . Na wspomnianym zebraniu powołano polską Radę Ludową na wzór niemieckiego „Volksratu” i postanowiono „unikać wszelkich zaczepnych, publicznych demonstracji i na drodze legalnej domagać się sprawiedliwości dla ludu polskiego na Śląsku” Skuteczność takiej polityki pokazuje fakt, że Rada Ludowa w „Volksracie” bytomskim, po wielkich targach dostała aż 3 miejsca na 20 niemieckich.  Od razu Berlin przystąpił do kontrnatarcia - „Ostmarkenverein”  ostrzegł władze niemieckie informując o dążeniach polskich. Dodatkowo aby osłabić „spartakusowców” w radach żołnierskich stworzono tzw. „Arbeiter und Soldatenrat”, w którym większość stanowili robotnicy. Szefem śląskich rad robotniczo- żołnierskich został polakożerca O. Hörsing.
W Poznaniu, jeszcze podczas wojny,  w 1916r, powstała Naczelna Rada Ludowa (NRL) jako nielegalny Komitet Międzypartyjny.
Korzystając z zamieszania,  jakie nastąpiło w Niemczech, po wybuchu rewolucji i zawieszeniu broni, Tymczasowy Komisariat NRL wymógł na władzach niemieckich zgodę na zorganizowanie parlamentu składającego się z reprezentantów osób narodowości polskiej. Warunkiem jednak była zgoda Polaków na to, że sejm nie będzie miał prawa oderwać żadnego fragmentu niemieckiego terytorium.
Komisariat Naczelnej Rady Ludowej wydał 14 listopada 1918r. odezwę w sprawie przeprowadzenia wyborów delegatów do Polskiego Sejmu Dzielnicowego. Wybory odbyły się pomiędzy 16 listopada a 1 grudnia 1918r. Kobiety miały czynne i bierne prawo wyborcze.
W dniach 3-5 grudnia 1918r. w poznańskim kinie Apollo (posiedzenia komisji) i w sali Lamberta w Piekarach (posiedzenia plenarne) obradował Polski Sejm Dzielnicowy. Składał się on z 1399 przedstawicieli Polaków zamieszkujących ziemie pozostające w granicach Niemiec. W posiedzeniach wzięło udział 1100 delegatów.
NRL popierała pokojowe przejęcie ziem zaboru pruskiego przez odradzające się państwo polskie. Tak więc Wojciech Korfanty i Józef Rymer –Ślązacy wchodzący w skład Komisariatu NRL byli przeciwni walce zbrojnej. Korfanty nawet powstrzymywał wybuch powstania w Wielkopolsce.
Sejm Dzielnicowy, wyraził wolę powstania zjednoczonego państwa polskiego z dostępem do morza. Wysłano telegramy do Georges’a Clemenceau, Thomasa W. Wilsona i Davida L. George’a .
W składzie Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu, powołanej w celu koordynacji działań polskich na terenach byłego zaboru pruskiego, Górny Śląsk „zastępował  komisarz Wojciech Korfanty”. Ponieważ przebywał na stałe w Poznaniu to mianował na Górnym Śląsku podkomisarza – znanego ze swej zachowawczości,  wspomnianego już  adwokata - Kazimierza Czaplę. Podkomisariat Naczelnej Rady Ludowej  w Bytomiu był uznany przez lud śląska, jako „najwyższa polska władza na tym terenie”. Choć na polecenie Korfantego, Czapla wydał nakaz do wstrzymania się od uczestnictwa w wyborach do niemieckiego parlamentu, to nikt tego nie pilnował.  Chciano  przez bojkot pokazać, że lud polski nie zamierza mieszać się do niemieckich spraw, a chce należeć do Polski. Księża centrystowscy zachęcali a wręcz nakazywali wzięcie udziału w wyborach. Twierdzili bowiem, że obowiązkiem katolików jest powstrzymanie socjalistycznych rządów w Niemczech. 75% frekwencja była oczywiście ogłoszona przez Niemców jako wielki sukces. W tym samym czasie związani z partią „Centrum” przemysłowcy i arystokracja zaczęli snuć poważne plany stworzenia nawet „Autonomii Śląskiej” – by tylko nie dostać się w łapy bezbożnych niemieckich bolszewików. Lenin wszak snuł plany rewolucji w całym świecie. Lud śląski był głęboko wierzący i hasła czerwonych trafiały w próżnię.  
Już w grudniu 1918 r. delegacja działaczy śląskich  pojechała do Warszawy, by zorientować się, jakiej pomocy udzielą władze polskie w przypadku wybuchu powstania zbrojnego. Józef Piłsudski , oświadczył delegatom: „nie ma innej rady,  musicie stworzyć POW”.


Dopiero powstanie w Wielkopolsce (27.12.1918r.) wymusiło zmianę stanowiska NRL

i przejęcie kontroli cywilnej i wojskowej nad wyzwolonymi ziemiami.
   Uznano też w Poznaniu za rzecz konieczną stworzenie tajnej organizacji wojskowej w poszczególnych prowincjach. Józef Dreyza - naczelnik śląskiego „Sokoła”, choć dla wielu wydawał się najlepszym kandydatem na organizatora tajnego sprzysiężenia wojskowego, to nie zabrał się on w ogóle do jego budowy. Wręcz przeciwnie, tworzył on „Straż Obywatelską” . Zaangażował on do jej tworzenia bardzo pokrętną i dwuznaczną  postać Alojzego Pronobisa. Gdy Niemcy zabronili oficjalnej działalności Straży Obywatelskiej to Dreyza wpadł na pomysł znowu utworzenia legalnej organizacji „Związki Wojackie Polaków”. Statuty, listy członków i pobierane składki prowadziły jedynie do dekonspiracji przed Niemcami żywiołu polskiego. Korfanty odpowiedzialny w NRL za Śląsk,  te „gry i zabawy” tolerował. Nie przyjeżdżał w ogóle  na Śląsk, siedział dalej w Poznaniu.
Już 5 stycznia 1919r. na Śląsk przyjechał z Poznania Stanisław Wiza. Miał on pomóc w  zorganizowaniu Polskiej Organizacji Wojskowej. Korfanty polecił mu skontaktowanie się z Podkomisarzem K. Czaplą, a ten odesłał emisariusza do J. Dreyzy, który oczywiście jak usłyszał o tworzeniu POW  odmówił.  Zagadkowe jest wyznaczenie przez Korfantego właśnie do tych spraw mec. K. Czapli, znanego nie tylko z postaw zachowawczych ale i ślepo posłusznego niemieckiemu prawu. Wiza nie wypełnił misji i pojechał do Poznania po kolejne instrukcje. Po tygodniu wrócił i wtedy zaproponowano tworzenie POW Józefowi Grzegorzkowi. Ten wyraził zgodę. Był znany z tego, że usiłował wcześniej przejąć przez zaskoczenie zrewoltowane koszary, lecz czyn ten nie powiódł się z powodu zbyt ospałej postawy inteligencji bytomskiej.
Znamienne było spotkanie z Dreyzą, które Grzegorzek tak wspomina: „ Dnia 24 grudnia 1918r. podczas przygodnego spotkania na ulicy w Siemianowicach, Dreyza zagadnął  zapytaniem czy znane są pomysły poznańskich paliwodów, którzy marzą o powstaniu polskim na Śląsku. Następnie rozwodził się nad ogromem nieszczęścia, jakie polski ruch zbrojny sprowadziłby na ludność górnośląską”.
Józef Grzegorzek powołał błyskawicznie Komitet Wykonawczy POW G. Śl. uważał bowiem- „ za swój pierwszy i kardynalny obowiązek  utworzenie silnej, karnej, możliwie dobrze uzbrojonej armii powstańczej”.
Trzeba pamiętać, że w 1910r. na Górnym Śląsku mieszkało 1 257 186 Polaków i 884 045 Niemców. Zaraz po listopadowej rewolucji w Niemczech  i abdykacji 9 listopada 1918r Wilhelma II, najaktywniejsi działacze polscy zaczęli skupiać wokół siebie narodowo uświadomionych rodaków – zwłaszcza żołnierzy. Józef Michalski właściciel drogerii w Wodzisławiu Śląskim urządzał u siebie tajne zebrania dla ludzi z okolicznych wiosek. Podobnie czynił Ludwik Piechoczek z Ligoty Rybnickiej. W powiecie bytomskim członkowie „Sokoła” z Piekar i Szarleja zaczęli tworzyć kółka spiskowe. To głównie członkowie Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i Związku Młodzieży Polskiej „Zet” zasilali polskie oddziały bojowe. Bez jednolitego kierownictwa i wsparcia materialnego i logistycznego te luźne konspiracyjne sprzysiężenia nie mogły zlać się w jednolitą organizację militarną, mogącą walczyć zbrojnie o przyłączenie Górnego Śląska do Polski. Temu miała służyć POW G. Śl.
 Chęć czynu zbrojnego była powszechna i bardzo silna.

 

tekst ukazał się w Gazecie Śląskiej

Jacek Bezeg (2011-10-25)
Żegnamy ojca Eryka
Nasze opolskie środowisko Tradycji ponosi sporą stratę. W samym mieście mieliśmy tylko dwóch kapłanów sprawujących Mszę Świętą w tradycyjnym Rycie Rzymskim, zwanym też Trydenckim.

Teraz, kiedy z łaski Księdza Biskupa możemy już się cieszyć nią w każdą niedzielę, połowa kapłanów zostaje nam zabrana. Franciszkanin, ojciec Eryk zostaje nagle przeniesiony do klasztoru w Górkach Wielkich leżących na trasie ze Skoczowa do Brennej. W pięknej tej okolicy nagle zabrakło kapłana i potrzebna była taka decyzja.
Ojciec Eryk nie był widziany w kościele św. Sebastiana zbyt często, lecz wtajemniczeni wiedzą jak wiele znaczyło jego wsparcie merytoryczne jak i rzeczowe dla kapłanów i ministrantów sprawujących tridentinę. Jest kapłanem w tej mszy szczerze zakochanym. Od dawna przygotowywał się do jej sprawowania gromadząc wiedzę i paramenty mszalne.
Swego czasu usłyszał od zwierzchnika, że nie życzy on sobie Mszy Trydenckiej w kościele franciszkanów, a zakonnik powinien być kapłanem rezerwowym dla księdza Sebastiana. Teraz, nawet i taka możliwość zostaje mu zabrana. Trudno. Taki los. Wstępując do Zakonu ślubował posłuszeństwo.

Ostatnio poznaliśmy jeszcze inną stronę ojca Eryka. Msza Święta w czasie której poświęcił naszą wędrowną Tablicę Kowalczyków była nie tylko przeżyciem głęboko religijnym, ale i patriotycznym.
W tym miejscu poproszę o to o co zawsze proszą kapłani:
Pomódlmy się za niego. Poprośmy o Bożą opiekę na nowym miejscu zakonnej pracy.

Cezary Gmyz (2011-10-17)

Książki historyczne poświęcone służbom specjalnym na całym (czytającym) świecie cieszą się niebywałą popularnością.

Pozycje poświęcone historii CIA, KGB czy Stasi zazwyczaj stają się bestsellerami literatury faktu. Podobnie jest u nas – z jedną wszakże różnicą. Książki takie rzeczywiście świetnie się sprzedają, ale na ogół są przemilczane przez recenzentów.

Jak się zdaje, wydawnictwu Zysk i S-ka szykuje się kolejny bestseller – poświęcony wywiadowi wojskowemu komunistycznej Polski. „Długie ramię Moskwy" Sławomira Cenckiewicza nosi skromny podtytuł „wprowadzenie do syntezy". W rzeczywistości nie jest to żadne wprowadzenie, lecz właśnie synteza dziejów tzw. wojskówki od 1943 do 1991 roku.

Przyjęcie takiego horyzontu czasowego może dziwić. Wszak komunizm w Polsce zaczął być ustanawiany późnym latem 1944 r., a system totalitarny upadł w roku 1989. To jednak świadomy zabieg. Autor chce pokazać, że PRL nigdy nie miał suwerennych służb specjalnych, a bezpieka – wojskowa i cywilna – była narzędziem sowieckiej dominacji nad Polską. Konsekwencje zsowietyzowania służb wykraczają poza datę uważaną za koniec komunizmu w Polsce.

Cenckiewicz szkicuje sytuację w wywiadzie wojskowym niemal do dziś, pokazując, jak dawniejsze uwikłania wpływają na bieżącą politykę. Dość powiedzieć, że wpadł on na trop związków z wojskową bezpieką Stanisława Cioska, wieloletniego aparatczyka PZPR, a po 1989 m.in. ambasadora w Moskwie. Niezmiernie ciekawe są też informacje na temat Andrzeja Olechowskiego, m.in. ministra finansów w roku 1992 oraz szefa MSZ w latach 1993 – 1995. Dziś obaj politycy pozostają w cieniu, ale nikt nie zaprzeczy, że nadal odgrywają dużą rolę w życiu publicznym.

Cenckiewicz ma tę przewagę nad innymi historykami, że był członkiem komisji likwidacyjnej WSI. Chyba tylko były szef UOP Zbigniew Siemiątkowski może się pochwalić równie głęboką wiedzą na ten temat. Co ciekawe, mimo tak różnych biografii i Siemiątkowski, i Cenckiewicz dochodzą do podobnych wniosków. Z tym że autor „Długiego ramienia Moskwy" jest znacznie bardziej krytyczny wobec przedmiotu swych badań.

Najciekawsze są oczywiście fragmenty, w których Cenckiewicz ujawnia tajemnice wojskówki. Niestety, nie chodzi o spektakularne, bondowskie akcje, lecz o niekompetencję wywiadowców. Mit generała Kiszczaka jako profesjonalisty Cenckiewicz rozbija w drobny mak. Nie powiem, czyta się to z przyjemnością.

Promocja książki z udziałem pana doktora Sławomira Cenckiewicza odbędzie się w Opolu, ul. Oleska 48 - Aula Stara Uniwersytetu Opolskiego.
Uwaga możliwość uzyskania autografu autora.