Jacek Bezeg (2012-11-05)

 Dla kogo jest ta msza?

 

W niedzielne popołudnia o godzinie osiemnastej trzydzieści w kościele pod wezwaniem świętego Sebastiana, przy placu świętego Sebastiana w Opolu, sprawowana jest Msza Święta w klasycznym rycie rzymskim, zwana też Mszą Trydencką.

 

foto:  http://opole.tradycja.org/

 Ponieważ zazwyczaj staram się być na tej Mszy, często słyszę od znajomych to pytanie: „Dla kogo właściwie jest ta Msza?” „Po co?”
 
Oczywiście tak jak każda Msza Święta, tak i ta jest dla ludzi. Każda nasza modlitwa potrzebna jest nam, przede wszystkim nam. Bóg naszych próśb, błagań, przeprosin i pochwał nie potrzebuje. To my, aby nasze życie miało sens i cel, musimy siebie, swój umysł, swoje uczucia „ustawiać we właściwym kierunku”. Do tego właśnie jest nam potrzebna modlitwa.
Lecz zadający tytułowe pytanie chcieliby się dowiedzieć jaki jest sens, cel sprawowania Mszy określanej najczęściej jako Msza po łacinie.
Może więc przytoczę kilka powodów, dla których warto tam być.
 
Ta Msza jest dla osób, którym przeszkadza to, iż kapłan modli się stojąc tyłem do tabernaculum, tyłem do znajdującego się tam Ciała Chrystusa. W trakcie Mszy Trydenckiej kapłan modli się w sposób bardziej naturalny, bo stoi przodem do Pana Boga. Ten powód jest najważniejszy i najbardziej rzucający się w oczy i powinien wystarczyć. Powinno nas cieszyć, że nie oglądamy księdza stojącego, siedzącego, czy w trakcie całowania stołu ołtarzowego wychylającego się tyłem do Ciała Chrystusa. Wiem, że ten ostatni moment bardzo krępuje niektórych kapłanów. Zwłaszcza po niedawnym wydarzeniu w Sokółce, gdzie jak stwierdzili specjaliści kardiologowie w miejsce Hostii pojawił się fragment mięśnia sercowego osoby o grupie krwi A. Hierarchia nie wypowiedziała się jeszcze w tej sprawie, ale jednak fakty wskazują na to, że otrzymaliśmy przekaz z prośbą o większy szacunek dla Eucharystii. 
 
Ta Msza jest jeszcze i dla tych, którzy się denerwują widząc takie nowinki posoborowe jak ministrantki, czy niepotrzebni w naszym kraju, gdzie nie ma jeszcze kryzysu powołań, nadzwyczajni szafarze. Klasyczny Ryt Rzymski tych rzeczy nie przewiduje. Podobnie jak „Komunii na rękę”, czy w pozycji stojącej. Znowu trzeba by przypomnieć o Sokółce.
Są też i powody bardziej prozaiczne. 
 
Ta Msza jest dla tych, którzy nie lubią być obserwowani i nie lubią by nimi komenderowano. Kapłan zwrócony przodem do ołtarza zajmuje się bardziej modlitwą i nie jest w stanie wydawać komend typu „wstać”, „siadać” czy wręcz wstrzymywać modlitwy oczekując aż wierni przyjmą „właściwą” pozycję. Zresztą ryt trydencki rozumie Mszę jako ofiarę składaną przez kapłana i wierni są tylko jej świadkami, a nie uczestnikami. Dlatego dopuszczalne jest nawet przyjęcie pozycji klęczącej na początku i zachowanie jej do końca. 
 
Ta Msza jest wreszcie dla osób przekornych. Dlaczego? Bo w żadnym kościele nie usłyszycie nigdy komunikatu: „W niedzielę o osiemnastej trzydzieści w kościele świętego Sebastiana jest sprawowana msza po łacinie. Idźcie i zobaczcie jak przez tysiąclecie ludzie się musieli męczyć w kościołach i w dodatku nic nie rozumieli.” No właśnie, z tym rozumieniem to tak źle nie było, bo podstawą średniowiecznej globalizacji, podróżowania nie tylko po Europie, ale po całym świecie bez jakichkolwiek dokumentów (i zezwoleń -tak tak) była powszechna nauka łaciny.
A jeszcze dalej, co do rozumienia. Msza Święta jest bezkrwawym powtórzeniem ofiary złożonej na Krzyżu przez Jezusa. Jeśli ktoś rozumie dlaczego Bóg dał się w tak okrutny sposób zakatować, pokutując za nasze jeszcze wtedy nie popełnione grzechy, to nie powinien i z łaciną mieć problemu. Stosowanie języka lokalnego w czasie Przenajświętszej Ofiary jest swego rodzaju oszustwem, bo  wskutek tego ludzie odnoszą wrażenie, że to wszystko jest takie jasne, proste i oczywiste. A nie jest!
 
Ta Msza jest jeszcze dla osób zainteresowanych historią, bo można ją traktować (kiedy wiary brakuje) jako zabytek, żywy relikt historii. I tu „ostrzeżenie”. Są tacy co twierdzą, że uczęszczając na takie msze stali się wierzący mocniej i głębiej. Stare przysłowie powiada „Jaka liturgia, taka wiara” więc coś w tym musi być. To jest odpowiedź na pytanie: „Po co?”
 
Ta msza jest wreszcie dla ciekawskich. Dla tych, którzy chcieliby wiedzieć z jakiego powodu Kościół Rzymsko-Katolicki zachowuje się tak dziwnie: zupełnie nie reklamuje swojej wielowiekowej tradycji, której istotnym elementem jest Msza Święta w Klasycznym Rycie Rzymskim. To najlepiej zbadać osobiście. Zachęcam.
Jadwiga Chmielowska (2012-09-23)

Jadwiga Chmielowska

Zacięte walki i trudne decyzje

Dowódca Grupy Operacyjnej „Śląsk” gen. Jan Jagmin – Sadowski
dostał meldunek od gen. Bernarda Monda  z informacją, że jego 6 dywizja walcząca pod Pszczyną nie wzmocni oddziałów walczących pod Mikołowem. Niestety gen. Mond nie wziął pod uwagę tego, że dywizja choć rozbita mogła nie tylko kontynuować walkę ale też uderzyć ponownie. Nie tylko inaczej potoczyłyby się losy bitwy na linii Wyry – Gostyń- Kobiór – Pszczyna ale byłaby możliwość przygotowania linii obrony na rzekach San i Wisła. Taki przecież był plan Naczelnego Dowództwa.
Generał Sadowski dowodził polską obroną na linii od Świerklańca do Rybnika i Żor. W tym rejonie operowały 23 Górnośląska Dywizja Piechoty i 55 Dywizja Piechoty, 95 Dywizjon Artylerii Ciężkiej, artyleria przeciwlotnicza, eskadra lotnicza, pociąg pancerny i Grupa Forteczna Obszaru Warownego oraz  kompania tankietek.  Tankietkami nazywano lekkie czołgi rozpoznawcze polskiej konstrukcji. Produkowano je od 1931 r. a prototyp powstał w Ursusie.


Zadaniem oddziałów gen. Jagmina – Sadowskiego
było jedynie opóźnianie marszu wojsk niemieckich. Potrzebny był czas na dokończenie prowadzonej mobilizacji i przygotowanie silnej linii obrony. Polska miała wiązać siły niemieckie i  dać czas na przeprowadzenie mobilizacji we Francji. Polacy często przechodzili nawet do działań zaczepnych. 55 Dywizja Piechoty w walkach pod Wyrami i Mikołowem zadała poważne straty niemieckim dywizjom 8 i 28.
Niemiecki VII korpus gen. Rittera E. von Schoberta  w składzie 27 DP z Koźla i 68 DP płka Brauna z Pyskowic miał uderzyć w rejonie Tarnowskich Gór i dalej na Zawiercie i Jędrzejów. Sztab wojsk polskich mieścił się  w budynku gimnazjum w Tarnowskich Górach. Zgrupowanie „Tarnowskie Góry” podlegało płk dypl. Henrykowi Gorgoiowi. Dowodził on bezpośrednio 11 pp. Podlegały mu  III/11pp mjr J. Bajtlika, 56 bat. Obrony Narodowej (ON) „Tarnowskie Góry” pod rozkazami mjr F. Książka, I/23pal. mjr M. Mazarakiego, kompania zwiadowcza por. T. Dudy, dyw. art. piech. por. L.Ganowicza. Odcinek „Trąbkowice” był obsadzony przez 6 kompanię spec.11 pp  mjr  J. Ćwiąkalskiego oraz I/ 11 pp mjr S Daradzińskiego. Ppłk A. Rogalski dowodził 203 pp rez. oraz pododdziałami stacjonującymi w Nowej Wsi. Mjr S. Karolus miał pod swoją komendą II/11 pp w Siemonii. Sztab w Tarnowskich Górach posiadał łączność z 23 DP.


Wojna w tym rejonie Śląska  rozpoczęła
się 1września od zestrzelenia nad Reptami samolotu rozpoznawczego lecącego w kierunku Częstochowy. Dokonał tego patrol kolarski plut. S Jędralskiego. W ręce polskie trafiły dokumenty i plany atakujących na tym odcinku 159, 146, i 193 pp oraz 169 p. art. które wchodziły w skład niemieckiej 68 DP. Uderzenie niemieckiej dywizji na Tarnowice Stare wspierał dywizjon artylerii stojący w  rejonie Księżego Lasu. W ataku wziął również  68 pp „Gernzwacht”. Wszystkie ataki na miasto zostały odparte. Celny ogień 2 bat. pod dowództwem kpt J. Żmudzkiego sprawił, że Niemcy w rejonie Nakła ponieśli straty. Na niemiecką piechotę posypało się w tym rejonie przeszło 150 pocisków. Bardzo celny ogień prowadziła też artyleria z Karłuszowca niszcząc gniazda niemieckich ckm- ów.  Południowe rejony miasta ubezpieczała rozmieszczona w  rejonie Boguszowic, 2 komp. O. N. dowodzona przez  L. Ślusarczyka. Wzgórza na skraju Tarnowskich Gór, które obsadziła 1 kompania ON pod dowództwem kpt. J. Iwaszkiewicza, były celem niemieckich bombardowań. Duże straty zadały Niemcom 155 komp. saperów i pododdział 11 pp dowodzony przez S. Wodejkę, które zniszczeniami skutecznie opóźniały posuwanie się Niemców. ( oprac http://www.muzeum-slask1939.pl/content/51 )


Od północy przez lasy świerklanieckie, nacierała w kierunku Kalet i Woźnik, niemiecka 2 Dywizja l
ekka pod dowództwem gen. mjr G. Stumme. W Miasteczku Śląskim pozycję obronne zajmował bat. O.N. „Tarnowskie Góry”. Bano się oskrzydlenia Śląska od północy.
Na kierunku południowym miasto ubezpieczała 2 komp. O.N.  kpt. L. Ślusarczyka rozlokowana w rejonie Boruszowic, a wzgórza na południowym skraju miasta obsadzała 1 komp. O.N. kpt. J. Iwaszkiewicza. Była ona silnie bombardowana przez niemieckie lotnictwo. Oddział Wydzielony „Tarnowskie Góry”, po wypełnieniu swego zadania polegającego na opóźnieniu  marszu sił nieprzyjaciela, wycofał się za Brynicę, w rejon Siemoni. Strat po polskiej stronie nie było. Manewr przebiegł bez walk. Straty Niemcom wyrządziła dywersja. Posuwanie się do przodu  niemieckich oddziałów skutecznie opóźniały niszczenia 155 komp. saperów oraz pionierów 11pp (por. S Wodejko). Niemcom udało się jedynie  na skrzydłach osiągnąć jakieś sukcesy. Ruchy niemieckie obserwował m.in. bat. O.N. „Tarnowskie Góry” w rejonie Miasteczka Śląskiego.


2 września 1939 roku oczekiwano  w tym rejonie bitwy granicznej Armii „Kraków”.
Wystawiono czaty  do lasów świerklanieckich i nad Brynicę. Sformowano linię obrony i tak: dowództwo w rejonie Sączowa; obsada sektora „Niezdara”- I/11pp mjr S. Daradzińskiego; sektor „Sączów” - 1 komp. fort. ckm por. I. Kuszkowskiego; sektor „Brynica” - 2 komp. I/11 ppor. F. Nowostawskiego; sektor „Ossy”  - 3 komp. fort. ckm por. Kusinowicza; sektor „Nowa Wieś” -  4 komp. fort. ckm por. Z. Babieńskiego; w Pyrzowicach -  III/11pp; w Siemoni rozlokował się II/11pp. (oprac. http://www.muzeum-slask1939.pl/content/51 ).
Cześć pododdziałów przemieszczono nawet do Czułowa, by tam wzmocnić polskie wojsko. ”Na północy w ciągu całego dnia nie dało się zauważyć nacisku wroga. Odpierano jedynie rozpoznania, szukające luk w polskich pozycjach i brodów na zalewach obronnych. Taka sytuacja utrzymała się do godz. 18.00, kiedy to Naczelny Wódz po konsultacjach z sztabem armii zdecydował się o wycofaniu w rejon Krakowa, co też sprawnie uczyniono. Pierwszy etap prowadził do Ząbkowic” – tamże.


Linia Frontu została przez Niemców przełamana w rejonie Częstochowy i Nowego Targu.
W nocy z 2/3 zarządzono odwrót armii Kraków z terenu Górnego Śląska.
Po wycofaniu się ze Śląska oddziały gen. Jan Andrzej Jagmin-Sadowski  ps  "Stefan Jagmin" brały udział w walkach pod Tomaszowem Lubelskim w dniach 17-20 września 1939r. Dostał się tam do niewoli. Ciekawe były dalsze losy generała. Po uwolnieniu z oflagu wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie W 1946r. wrócił do kraju i został natychmiast przeniesiony  w stan spoczynku. „W proteście przeciw odznaczeniu przez władze PRL Leonida Breżniewa -  przywódcę  Związku Sowieckiego, Orderem Virtuti Militari I Klasy, zorganizował w 1976 uroczystość złożenia na Jasnej Górze orderów Virtuti Militari przez żyjących jeszcze przedwojennych dowódców wojskowych.” - http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Jagmin-Sadowski.


Spikerka Rozgłośni Polskiego Radia „Katowice” żegnając się ze słuchaczami 4 września 1939r. powiedziała: „do usłyszenia po wojnie z Wrocławia”.

Michałowi Grażyńskiemu, ściągniętemu do Warszawy, wojewodzie śląskiemu zaproponowano kierowanie nowoutworzonym Ministerstwem Informacji i Propagandy. Znany był z antyniemieckiej postawy. Do 30 sierpnia miał zakończyć ewakuację śląskich urzędów do Lublina. Po wybuchu wojny Grażyński przyjął tę propozycję. Do tego ministerstwa skierowano również płk. Mieczysława Śnieżyńskiego, naczelnego redaktora agencji prasowej „Iskra”, prezesa Związku Dziennikarzy RP. Było to nowe ministerstwo, które należało dopiero stworzyć i to  w warunkach wojennych. „Były wojewoda stanął więc przed koniecznością zarówno opracowania szkieletu organizacyjnego resortu, jak i wyboru odpowiedniego personelu. Do współpracy zaprosił m.in. Konrada Libickiego, dyrektora Polskiego Radia, Tadeusza Katelbacha i Zdzisława Stahla.” -  napisała Wanda Musialik w swojej książce „Michał Tadeusz Grażyński 1890 – 1965”s. 293.


Grażyński wcale nie pogodził się z utratą Śląska. Wiedział jednak, że Niemcy mają przygotowane listy proskrypcyjne  a od maja w dziwnych okolicznościach giną ludzie wywiadu opartego na dawnych „Wawelbergowcach”. 
Słusznie podejrzewał, że Niemcy nie będą honorować konwencji i zaczną rozprawiać się z ludnością cywilną broniącą Śląska. Już 3 września 1939r. w porozumieniu z dowódcą Okręgu Korpusu gen. Aleksandrem Narbutem-Łuczyńskim spotkał się w Krakowie ze Ślązakami. „Przekazał K. Kierzkowskiemu, prezesowi Rady Naczelnej Związku Strzeleckiego, a zarazem kierownikowi, ośrodka dywersji pozafrontowej, pełnomocnictwa władz cywilnych wraz z poleceniem utworzenia szerokiej organizacji wojskowej „opartej o czynniki społeczne”. W następstwie tej decyzji zaczęła powstawać Organizacja Orła Białego”  - czytamy w książce w. Musialik s. 298. (J. Rzepecki, Kierownictwo polityczne polskiego podziemia politycznego w latach 1939 -1941 „Przegląd Historyczny 1974 nr1 s. 126).


Dopiero zaczęła się wojna a Michał Grażyński już polecił organizację partyzantki.
Trzeba pamiętać, że AK nie postała od razu. Jej zalążkiem była utworzona już we wrześniu 1939 Służba Zwycięstwu Polski (SZP), przeorganizowana z kolei w 1940 w Związek Walki Zbrojnej (ZWZ), który  dopiero 14.021942r. przyjął nazwę AK. W skład Rady Okręgowej SZP Okręgu. Krakowskiego wszedł mjr K. Kierzkowski – przedstawiciel istniejącej już  Organizacji Orła Białego. 
Grażyński był zdania, że jeśli ma być prowadzona walka z całą potęgą Niemiec do czasu odciążenia Polski przez stworzenie frontu zachodniego, to rząd powinien ewakuować ministerstwa  do Lublina a nawet dalej na wschód – po za linię kolejnej obrony na Bugu. Pomimo, że rząd i jego ministerstwo zostały ewakuowane, Grażyński pozostał w Warszawie. Przygotowywał odezwy do ludności. Był przeciwnikiem decyzji płka Romana Umiastowskiego, nakazującej  mężczyznom opuszczenie Warszawy.  Interweniował w tej sprawie nawet u  Sławoja Składkowskiego i gen. Tadeusza Kasprzyckiego. Grażyński polecił nadać komunikat mający uspokoić ludność stolicy i powstrzymać przed opuszczeniem miasta. Ograniczył tym nie tylko chaos na drogach, ale i wpadniecie wielu rodzin w ręce sowieckie.


Grażyński forsował pogląd, że obrona powinna być na linii Bug – Lwów,
gdzie dałoby się zgromadzić i przegrupować częściowo rozbite armie.  Przeciwstawiano mu pomysł wyprowadzenia jak największej ilości wojska przez Rumunię. Po ewakuacji rządu z Lublina, pozostał w Łucku a T. Katelbach udał się do Bukaresztu, by tam utworzyć placówkę informacyjną.
W Kutach 17.09.1939 r. w dniu wkroczenia armii sowieckiej do Polski,  zapadła decyzja ewakuacji rządu do Rumunii. „W drodze do Zaleszczyk, gdzie rząd miał zamiar opuścić terytorium państwa polskiego, były wojewoda po raz ostatni na ziemi ojczystej spotkał się ze swymi śląskimi przyjaciółmi. A. Pawelcowi i Janowi Wyglendzie przekazał informacje rozwiewające nadzieje na prowadzenie z Rumunii działań zbrojnych. Sprawa stała się nierealna wobec sprzeciwu tego państwa” – podaje Wanda Musialik w swojej książce s. 300.


W Rumunii Grażyński został przydzielony do pomocy komisarzowi generalnemu ds. uchodźców
Tomaszowi Arciszewskiemu. Siedzibą tej agendy był Slănic. Właśnie tam przyłączył się  Grażyński do konspiracji tworzonej przez byłych oficerów i współpracowników „dwójki”. Powstało sprzysiężenie w składzie: płk. Józef Smoleński,  ppłk. Tadeusz Skinder, Jerzy Antoni Niezbrzycki , Tomir Drymmer,  Wacław Kostek- Biernacki,  Aleksander Hanke-Nowak, Władysław Dziadosz. (L. Goudek, „Wywiad polski w Trzeciej Rzeszy  1934-1939, Zarys struktury, taktyki i efektów obronnego działania wywiadu polskiego w Niemczech hitlerowskich „,Gdańsk 1975, s.115).
 Za „tajną dyrektywę” przyjęli oni założenie, że głównym wrogiem Polski jest Związek Sowiecki. Zamierzali przekonać o tym sztab Sikorskiego. Jako emisariusza wysłano do Paryża waśnie Grażyńskiego. ( oprac. W. Musialik „ Michał Grażyński 1890-1965, s.300).
Zanim jednak trafił do Francji przestał być już członkiem Rządu, gdyż ten podał się do dymisji 30 września 1939r. Grażyński rozpoczął natychmiast starania by powrócić do kraju.


Rozumowanie polskich służb dyplomatycznych w tamtych czasach było prawidłowe. Sojusz z Wielką Brytanią i Francją dawał pewność szybkiego zwycięstwa nad Niemcami.
Przewaga liczebna armii sprzymierzonych była ogromna zarówno pod względem osobowym jak i sprzętowym. Jeszcze 30 sierpnia odbyły się konsultacje. W Paryżu ambasador RP  Łukaszewicz  rozmawiał z premierem Francji Dalidierem. Ambasadora USA w Warszawie Drexela Biddle przyjął Minister Beck. W Tallinie z Ministrem Spraw Zagranicznych Selterem rozmawiał ambasador RP Przesmycki. W Bukareszcie z MSZ Gafencu spotkał się ambasador Roger Raczyński. Ambasador Sokolnicki konsultował sytuację z Ministrem Spraw Zagranicznych Turcji. Z Kardynałem  Maglione, zanim pojechał na spotkanie z Papieżem Piusem XII w Castel Gandolfo, rozmawiali kolejno ambasador Francji Charles Roux, ambasador PR Papée oraz Anglii d’Arcy Godolphin Osborne. (Gazeta Polska z 31.08.1939r. s.2.)


Konsultacje odbywały się także w Waszyngtonie.  „ Franklin Delano Roosevelt był przeciwny agresywnym planom Niemiec, Włoch i ZSRS, ale w praktyce nie robił nic by powstrzymać agresję tych krajów. Agresja na Polskę, pakt Ribbentropp-Mołotow, aneksja krajów bałtyckich i atak na Finlandię nie wzbudziły zainteresowania Roosevelta.
”  - twierdzi Maciej Jabłoński w artykule „Naiwniak i hipokryta” opublikowanym w Glaukopisie s. 31 http://www.glaukopis.pl/pdf/czytelnia/fdr.pdf


Należy też zwrócić uwagę na zasięg agentury sowieckiej w każdym z państw. Pomimo, że ambasador Francji w Moskwie przyleciał specjalnie do Paryża by przekazać informacje o Pakcie Ribbentrop – Mołotow, wiadomość ta nie dotarła do Polski.  Gdyby Beck miał potwierdzoną informację o planach Stalina i znał osiągnięcia demoralizacyjne Komunistycznej Partii  w społeczeństwie francuskim  z pewnością prowadziłby rozmowy z Niemcami jak ten korytarz eksterytorialny ma wyglądać. Zyskiwałby na czasie i dozbrajał polska armię. Trzeba przypomnieć, że Anglia już podczas powstań śląskich sprzyjała Niemcom.
Ciekawostką jest np. ujawnienie przez niemieckiego ambasadora w Hadze hr. Zecha informacji o tym, że były król Wielkiej Brytanii Edward VIII Windsor ujawnił Niemcom alianckie plany obrony Belgii. http://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_VIII_Windsor Król Edward został na szczęście  zmuszony do abdykacji jeszcze przed wybuchem wojny. Do Warszawy docierały informacje o Pakcie Ribbentrop – Mołotow z polskich attachatów. Beck w nie wierzył tym meldunkom,  bo MSZ ich nie potwierdzał. Wręcz przeciwnie Ministra oszukiwano na zlecenie Kremla.  


Najgorsze jednak jest to, że najbliższy współpracownik Ministra Becka wicedyrektor Departamentu Polityczno-Ekonomicznego MSZ i naczelnik Wydziału Wschodniego (P.III) Tadeusz Kobylański był agentem sowieckiego Razwiedupru (GRU -  ГРУ, Главное Разведывательное Управление; Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlenije (Główny Zarząd Wywiadowczy).
Zdaniem prof. Pawła Wieczorkiewicza, Kobylańskiego pozyskał osobiście Artur Artuzow - szef Wydziału Zagranicznego OGRU (INO), a później zastępca szefa wywiadu wojskowego GRU.  Artuzow był jednym z organizatorów operacji Trust. Został zgładzony podczas czystek w 1937r.
„Artuzow pozyskał np. attache polskiego poselstwa, majora Sztabu Generalnego, zausznika marszałka Piłsudskiego.(…) Ostatnio wyjaśniło się ,że był nim Tadeusz Kobylański.(…) służył w Moskwie w latach 1925-1928. Zwrócił tam na siebie uwagę jako karciarz, wielbiciel hulanek i spekulant. Zdrada nastąpiła jednak nie tylko na tle finansowym, ale i homoseksualnym. Kobylański, jako sowicie opłacany agent, dostarczał, co najmniej do roku 1937, kompletnych informacji we wszystkich interesujących Sowietów zakresach. Ponieważ był funkcjonariuszem II Oddziału Sztabu Głównego, a następnie wicedyrektorem Departamentu Polityczno-Ekonomicznego i zarazem naczelnikiem Wydziału Wschodniego MSZ, spowinowaconym i zaprzyjaźnionym do tego blisko z rodziną prezydenta Mościckiego, działania dwójki i polityka Becka nie miały odtąd przed Moskwą żadnych tajemnic” – napisał P. Wieczorkiewicz w książce  „Łańcuch śmierci. Czystka w Armii Czerwonej 1937-1939.” Warszawa 2001.


Trudno teraz gdybać -  co by się stało gdyby Minister Beck pojął inną decyzję. Nie mógł jej podjąć, bo był pewien o przychylnej neutralności Rosji Sowieckiej. To tłumaczy nawet tak dziwną sprawę jak niewypowiedzenie przez Polskę wojny Sowietom, po wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski w 17 września.
 „Sojusz polsko-francusko-brytyjski stanowił bardzo mocną zaporę przeciwko agresji niemieckiej i bez zaszachowania go potężnym sojusznikiem Niemcy nie mieli żadnych szans na realne rozpoczęcie wojny. Hitler był ryzykantem ale nie był szaleńcem!” – powiedział prof. Paweł Wieczorkiewicz w wywiadzie: „Rosja ma potężną partię w Polsce” dla portalu Fronda. w 2008r.


Można przypuszczać, że gdyby Polska nie stanęła na drodze Hitlerowi  to nie tylko Sowiety byłyby pokonane ale dominacja Niemiec w całym świecie pewna. Jak w Hymnie:
„Deutschland, Deutschland über alles, (Niemcy, Niemcy ponad wszystko,)
über alles in der Welt, (ponad wszystko na świecie,)
Wenn es stets zu Schutz und Trutze (zawsze do obrony i opieki)
brüderlich zusammenhält  (po bratersku są złączone)
Von der Maas bis an die Memel,  (od Mozy aż po Niemen)
von der Etsch bis an den Belt.  (Od Adygi aż po Bełt)
Deutschland, Deutschland über alles,
über alles in der Welt!”


Bez Paktu  Ribbentrop – Mołotow nie było by wojny. To te dwa państwa odpowiadają za koszmar ostatniej wojny.

Jedno jest pewne, że agentami lub co najmniej pożytecznymi idiotami są ci co wymyślili hasło „spiskowa teoria dziejów”. Zanim ktokolwiek zacznie podejmować decyzje polityczne powinien studiować wnikliwie mechanizmy działania wywiadów.  „Agentura wpływu” Rafała Brzeskiego jest abecadłem.

Zupełnie nie zrozumiałe są hasła budowy drugiej Japonii, Irlandii. A może powinniśmy zbudować drugą II RP? A jeszcze lepiej I RP!
Tekst ukazał się w „Gazecie Śląskiej”  21.09.2012r.

 

Jadwiga Chmielowska (2012-09-18)

Wróg w granicach – bohaterstwo i zdrada


Niemcy zmobilizowali i skierowali na front w Polsce ok. 1,8 miliona żołnierzy. Na granicę RP ruszyło 2800 czołgów, około 3000 samolotów i 10 000 różnych dział. Hitlera wspierała armia słowacka. Polsce, która na żądanie Anglii i Francji opóźniła mobilizację udało się wystawić jedynie około miliona żołnierzy (do 1.550tys. - nie wszyscy dotarli do jednostek). Wyszkolonych rezerwistów Polska posiadała w 1939 r. 2,5 miliona. Na front mogło ruszyć jedynie 880 polskich czołgów, 400 samolotów i 4300 dział.
Tekst tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow został przekazany dyplomatom amerykańskim (Charles Bohlen) i francuskim w Moskwie 24 sierpnia 1939 przez Hansa von Herwath, sekretarza ambasady Rzeszy w Moskwie. Sekretarz stanu USA Cordell Hull poinformował również Brytyjczyków. Informacja o zadecydowanym rozbiorze Polski nie została jednak przekazana do Warszawy, zaś Józef Beck był utrzymywany przez nieświadomego sytuacji ambasadora RP Wacława Grzybowskiego w przekonaniu o zachowaniu przez ZSRR życzliwej neutralności w ewentualnym konflikcie niemiecko-polskim.  Udokumentowane źródłowo ostrzeżenia napływające z polskich ataszatów wojskowych w końcu sierpnia i na początku września 1939 r. o istnieniu tajnego porozumienia wojskowego pomiędzy III Rzeszą a ZSRR i przygotowaniach ZSRR do agresji na Polskę (tajna mobilizacja i koncentracja Armii Czerwonej nad granicą z Polską i meldunek z 13 września 1939 o przecięciu zasieków po stronie sowieckiej na granicy z Polską zostały zlekceważone przez Naczelnego Wodza Edwarda Rydza-Śmigłego” -. Andrzej Pepłoński: Wywiad a dyplomacja II Rzeczypospolitej. Toruń 2004 za http://pl.wikipedia.org/wiki/Kampania_wrze%C5%9Bniowa#cite_note-45


Polska była przekonana, że Hitler będzie zmuszony do walki na dwa fronty. Francuzi dysponowali trzecią co do wielkości armią Europie po Niemcach i Rosji Sowieckiej. Przewaga  dywizji francuskich i brytyjskich nad niemieckimi była miażdżąca. Niemcy na front zachodni skierowali Grupę Armii „C” generała von Leeba. Do 12 września 1939r.  na granicy zachodniej Niemcy mieli 12 dywizji piechoty, w tym jedynie 7 pełnowartościowych, resztę stanowiła rezerwa. Potem, po zakończeniu mobilizacji, czyli w drugiej połowie września siły niemieckie wzrosły i dysponowały 42 dywizjami piechoty ( 23 pierwszoliniowe, 8 drugorzutowych i 11 rezerwowych). Wojska niemieckie były rozciągnięte wzdłuż granic nie tylko z Francją ale też z Holandią i Belgią. Dawało to więc Francuzom dogodniejszą pozycję do skutecznego ataku i rozbicia siła Wehrmachtu.  Luftwaffe dysponowała na zachodnim froncie 1186 samolotami (568 myśliwców, 343 bombowce, 152 rozpoznawcze). Pozycje niemieckie chroniła Linia Zygfryda - system umocnień zbudowany w latach 1936-39.
Na zachodnim froncie „Niemcy nie posiadali w tym momencie dywizji pancernej ani zmotoryzowanej oraz ani jednego batalionu czołgów – wszystkie zaangażowane były w Polsce. W konsekwencji oznaczało to w dniu 12 września co najmniej trzykrotną przewagę armii francuskiej nad Wehrmachtem na kierunku potencjalnej ofensywy, przy silnym nasyceniu wojsk francuskich artylerią ciężką i najcięższą – niezbędną dla przełamywania rejonów umocnionych..” (tamże).
1 września 1939 r. na terenie Francji stacjonowały 34 dywizje. Lotnictwo francuskie posiadało 3300 samolotów w tym przeszło 700 myśliwców (Morane, Bloch MB.151C1, Dewoitine), przeszło 175 bombowców „Bloch” oraz  ok. 400 samolotów rozpoznawczych -
w tym 85 Рotezów 630 i 206 Рotezów 631. W samej Francji na froncie znajdowało się 1275 samolotów bojowych, co dawało przewagę Armée de l’Air nad Luftwaffe. Brytyjski  RAF wyposażony w myśliwce Spitfire i Hurricane, bombowce Fairey Battle, Bristol Blenheim i Whitley posiadał 1500 samolotów. Anglicy wspierając ofensywę Francuzów mogli korzystać przecież z całej infrastruktury francuskiego lotnictwa. Łącznie sojusznicy mieli na froncie zachodnim przeszło dwukrotną przewagę w powietrzu.


Czyż Polacy nie mogli być pewni zwycięstwa? Sojusz z Anglia i Francją dawał bezpieczeństwo a wojna na dwa fronty skończyłaby się w ciągu kilku miesięcy sromotną porażką Hitlera. Francuzi mieli w końcu olbrzymią armię lądową – w skali całego świata plasowali się na trzeciej pozycji a ich flota wojenna zajmowała czwartą pozycję w świecie. Nie do pomyślenia było, aby Francja podjęła samobójczą decyzję siedzenia za linią Maginota i niewykorzystania faktu, że niemieckie siły wiązane są na wschodzie w walce z Polakami.  Wielka Brytania swój błąd zrozumiała również zbyt późno. Hitler zdawał sobie sprawę, że Polska będzie walczyć, a Francja niekoniecznie dlatego taki impas mu się udał. Doborowe siły i wszystkie jednostki pancerne ruszyły na Polskę.


Zarówno marszałek polny Wilhelm Kitel jak i gen. Alfred Jodl, którzy zeznawali w Procesie Norymberskim mówili wprost, że sukces mogli odnieść jedynie w osobnych kampaniach - najpierw pokonać Polskę a potem wszystkie siły rzucić na Francję.  Przyznawali, że w wojnie na dwa fronty mogliby ponieść klęskę. Gen. Jodl stwierdził: "Do roku 1939 byliśmy oczywiście w stanie sami rozbić Polskę. Ale nigdy – ani w roku 1938, ani w 1939 – nie zdołalibyśmy naprawdę sprostać skoncentrowanemu wspólnemu atakowi tych państw [Wielkiej Brytanii, Francji, Polski]. I jeśli nie doznaliśmy klęski już w roku 1939, należy to przypisać jedynie faktowi, że podczas kampanii polskiej około 110 dywizji francuskich i brytyjskich pozostało kompletnie biernych wobec 23 dywizji niemieckich." Keitel oświadczył na procesie w Norymberdze, że niemieckie dowództwo w braku działań wojennych na froncie zachodnim upewniło się, że Wielka Brytania i Francja pogodziły się z podbojem Polski prawie tak jak z Układem w Monachium i nie zamierzają pomagać Polsce.
Francja wprawdzie ogłosiła 2 września mobilizację  Już 3 września na froncie znalazło się jedenaście dywizji piechoty, dywizja kawalerii i dwie dywizje zmotoryzowane. 12 września siły francuskie wzrosły do 32 dywizji piechoty, 4 dywizji zmotoryzowanych i 18 samodzielnych batalionów wojsk pancernych (czołgów).  Francuzi dysponowali też ciężką artylerią zdolną przełamać obronę na Linii Zygfryda. Posiadali aż trzykrotną przewagę nad Niemcami. Dlaczego więc nie ruszyli?


Parlament Francji 2.09.39r.  uchwalił kredyty wojenne. Sprzeciwili się jedynie komuniści.
„W Wielkiej Brytanii na posiedzeniu Izby Gmin, nastrój jest „gniewny i stanowczy”. Niektórzy mówią wprost, że nie tylko interes, ale i honor Wielkiej Brytanii wymaga wystąpienia po stronie polskiej” – relacjonował polski ambasador Edward Raczyński.
Po zawarciu paktu Ribbentrop-Mołotow Francuska Partia Komunistyczna dostała polecenie z Moskwy rozpoczęcia intensywnej kampanii antywojennej. Wzywała wręcz żołnierzy francuskich do dezercji.
Sekretarz generalny Francuskiej Partii Komunistycznej Marice Thorez zdezerterował i uciekł do Związku Sowieckiego. Propaganda komunistyczna wpływała silnie na morale żołnierzy.  26.09.1939r. Partia Komunistyczna została we Francji  zdelegalizowana. Skutki działania komunistów widać było podczas ataku Niemiec na Francję. Żołnierze francuscy nie chcieli się bić nawet o swój kraj.
3 i 4 Armia francuska już 7 września przekroczyła granicę niemiecką w Zagłębiu Saary.  Niemcy ewakuowali ludność cywilną. Francuzi oczyszczali przedpola i zamierzali zdobyć przyczółki dogodne do uderzenia na niemieckie linie obronne. Niemcy pozostawali bierni. Atak miał nastąpić dokładnie 17 września – tak mówił traktat – 15 dni od ogłoszenia mobilizacji. Na terytorium Francji zostało zmobilizowanych 70 dywizji. ( oprac. Polskie Siły Zbrojne w II Wojnie Światowej. t. I Kampania wrześniowa cz. 2. Przebieg działań od 1 do 8 września, Londyn 1954, opr. Komisja Historyczna Polskiego Sztabu Głównego, Wyd. Instytut Historyczny im gen. Sikorskiego )
Niektóre dokumenty świadczą o tym, że to Francuzi wpływali hamująco na Anglików. Ciekawe jaki wpływ na taki obrót sprawy miała sowiecka i niemiecka agentura. Stalin był wszak najlepszym przyjacielem Hitlera. Jedno jest pewne, do końca walk w Polsce, Hitler nie mógł przerzucić żadnej dywizji na front zachodni. Miażdżąca przewaga sił aliantów nie została wykorzystana. Za głupotę polityków i dowódców zapłaciły miliony ofiar. Hitler wiedział, że im dłużej Polska walczy, tym maleje jego szansa na zwycięstwo w dopiero co rozpętanej wojnie. Słał depesze do Stalina, by ten jak najszybciej wkroczył do Polski. Związek Sowiecki zrobił to w ostatniej chwili - w dniu w którym Francuzi powinni otworzyć ogień na pozycje niemieckie.
Polacy nie wiedzieli o Pakcie Ribbentrop – Mołotow. Dlatego Naczelny Wódz dał rozkaz nie prowadzenia walk z Armią Czerwoną. Nie przekazanie sojusznikowi tak ważnej informacji jest największą zdradą sojuszników. Reszta była jedynie konsekwencją.  


Jeszcze zanim Wehrmacht doszedł do miast górnośląskich już 1 września Freikorbs Ebbinghaus próbował zajmować miasta - np. w Chorzów.
Formacja ta złożona mniejszości niemieckiej mieszkającej na Górnym Śląsku działała po auspicjami Abwehry. Członkami tych bojówek byli zarówno Niemcy, którzy tuż przed wojną uciekli z Polski jak i wcieleni siłą, zatrzymani pracownicy dojeżdżający do kopalń znajdujących się po za granicą Polski. Niemcom zależało na znających nie tylko teren ale i posługujących się biegle językiem polskim. Freikorbs przekroczył granicę Polski prawie dwie godziny przed wkroczeniem Wehrmachtu.  
Odział  Freikorbsu próbował już 1 września dobyć Chorzów, skończyło się to jego klęską, gdyż jednostki polskiej samoobrony kierowane przez byłych powstańców rozbiły niemieckich bojowców.  Kopalnię Michał w Michałkowicach usiłował zająć  200 osobowy oddział Freikorbsu kierowany przez obersturmbannführera SA Wilhelma Pisarskiego. W wyniku potyczki z Polakami, zginęło kilkudziesięciu niemieckich napastników razem ze swoim dowódcą. Atak został przez byłych Powstańców Śląskich odparty. (oprac. Wojciech Roszkowski: Najnowsza historia Polski 1914–1945. Warszawa: Świat Książki, 2003, s. 344-354, 397-410 (tom 1).
„Na terenie Kamienia i Dąbrówki. Doszło do starć niemieckich bojówek i oddziałów V Kolumny, które chciały przejąć zakłady przemysłowe np. „Orła Białego”  w Brzezinach. Jedni wiwatowali na cześć wkraczających Niemców, a inni uciekli z obawy przed nimi.
- Dowódcą jednego z oddziałów Freikorpsu z terenu Piekar był niejaki Schimmelbrot, a także bracia Sitko z Kamienia - mówi Dariusz Pietrucha, historyk”. – napisała Agnieszka Strzelczyk w artykule „Były zamachy i wycofywanie się żołnierzy z fortyfikacji” -  Dziennik Zachodni 2012-09-07.
Dariusz Pietrucha dotarł również do materiałów o ataku Freikorbsu na kopalnię Andaluzja.
1 września Freikorps  zdobył na krotko zakłady "Orzeł Biały" ale kompania powstańcza oraz oddział wojska pod dowództwem kapitana Bomby odzyskały obiekt. Następnego dnia ten sam oddział  powstańczy walczył z dywersantami na dzisiejszej ulicy Siemianowickiej. Trzech dywersantów zginęło na miejscu a  pięciu trafiło do polskiej niewoli. W Dąbrówce Wielkiej działał 68 osobowy oddział samoobrony złożony z młodzieży i powstańców. Dowodził nim Wincenty Szołtysek. Wspierali oni w walkach z dywersantami swoich kolegów z Brzezin Śląskich. Po wycofaniu się wojska polskiego ze schronów, ich miejsce zajęli powstańcy z Dąbrówki Wielkiej.
Freikorbs wspierał regularne odziały Wehrmachtu i Grenzschutzu. Brał też udział w walkach pod Wieżą Spadochronową w Katowicach.


Obecnie trwa spór historyków o obronę Wieży Spadochronowej.
Ci, którzy opierają się jedynie na źródłach niemieckich zapominają o tym, ze Kazimierz Gołba zbierał materiały do swojej książki „Wieża spadochronowa” tuż po wojnie – szukał świadków i zbierał ankiety - relacje. Miał więc relacje wielu świadków. Być może ci, którzy opierają się jedynie na  relacjach gen. majora Ferdynanda Neulinga i jego podkomendnych, nie liczą czasu obrony Wieży przed atakiem  Freikorpsu. W walce z nim, obrońcy mogli dość długo faktycznie zadawać Niemcom straty. Dopiero walka z Wehrmachtem stała się beznadziejna i szybko zakończyła po ostrzelaniu z niemieckiego działa przeciwpancernego. Walki w Katowicach nie trwały długo.  4 września Niemcy ok. godz. 11  wkroczyli do Katowic.   

 
3.09.1939r. pod Węgierską Górką, kompania forteczna dowodzona przez kpt. Tadeusza Semika odpierała przez ponad 20 godzin ataki 7. Dywizji Piechoty. Ułatwiło to odwrót Armii „Kraków”. Te zaledwie trzy bunkry nazywane są „Westerplatte Południa”. Południowej granicy Polski broniła 1 Brygada Górska dowodzona przez płk. Janusza Gaładyka.  Doliny Soły strzegł 1 Batalion KOP „Berezwecz” 2 pp KOP pod dowództwem majora Kazimierza Czarkowskiego. Wspierani byli oni przez Batalion Obrony Narodowej „Żywiec”. Cztery schrony bojowe w Węgierskiej Górce obsadzała 151 kompania forteczna „Węgierska Górka” pod dowództwem kpt. Tadeusza Semika. Najbliżej stacjonowały 2 Kompania Strzelecka Obrony Narodowej „Milówka” por. Niemczyka i 3 Kompania Strzelecka Obrony Narodowej „Rajcza” por. Sicińskiego.
Niemiecka 7 bawarska  Dywizja Piechoty uderzyła 2 września w dwóch kierunkach na Ujsoły, Kamesznicę i Milówkę w Beskidzie Żywieckim oraz na Koniaków i Istebną w Beskidzie Śląskim. Pierwsze uderzenie próbował odeprzeć pododdział KOP dowodzony przez por. Romana Talarka. Jednak po nierównej walce musiał wycofać się w rejon Baraniej Góry. Już 2 września niemieckie straty wyniosły przeszło 50 zabitych i znaczne ilości  samochodów opancerzonych i innego sprzętu.


Przewodnikiem przedniej straży bawarskiej dywizji był Alojzy Wagner, kierownik schroniska "Beskidenverein" na  Hali Lipowskiej. Natomiast Gustaw Pustelnik, właściciel schroniska na Hali Rynianka 2 i 3 września przeprowadził przez granicę dwie jednostki niemieckiej 3. Dywizji Górskiej wraz z tankietkami, które przez Romankę dotarły aż nad Bystrą ,Wieprz do Sporysza. ( oprac. http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_W%C4%99giersk%C4%85_G%C3%B3rk%C4%85)
Kapitan Tadeusz Semik ze swymi 80-cioma żołnierzami przybył do Węgierskiej Górki dopiero 30 sierpnia. Z planowanych 16 schronów zbudowano dopiero 4. Nie zdążono nawet ich odpowiednio wyposażyć. Nie posiadały kopuł pancernych, oświetlenia, łączności itp. Elementów. Na uzbrojeniu były jedynie 3 działka ppanc. na które stanowiska miały 3 schrony. Część tych braków dało się szybko usunąć. Zamontowano lampy naftowe, przygotowano zapas wody i żywności . Okoliczne oddziały pomogły uzupełnić amunicję. Wieczorem 31 sierpnia przybyła amunicja i ciężka broń (m.in. 2 działa polowe 75mm, na które miał stanowiska jeden ze schronów).  Okoliczni chłopi i robotnicy pomagali w  przygotowaniach do obrony.
Wysadzono most kolejowy w Soli i drogowy w Ujsołach. Utrudniało to posuwanie się Niemców z kierunku Zwardonia oraz podejście do Rajczy i Węgierskiej Górki. Oddziały
Ochotników z Obrony Narodowej (ON), znające doskonale teren przemieszczały się bardzo szybko. W ten sposób w okolicach Kamesznicy udało się zorganizować obronę. Pomimo, poniesionych przez Niemców dużych strat (zabici i ranni), nie udało się im opanować drogi z Nieledwi do Milówki. Dopiero nadejście artylerii i ostrzał polskich pozycji miały odciąć drogi odwrotu ON. Po przekazaniu stanowisk wojskom KOP dowodzonym przez por. Talarka, kompanie ON dostały rozkaz wycofania się do Żywca.


Ok. godz. 10 Niemiecka artyleria ostrzelała w Węgierskiej Górce kilka zabudowań. Pół godziny później do ataku ruszyła piechota niemiecka. Podeszła na przedpola schronów bojowych w Węgierskiej Górce. ”Niewielkiemu oddziałowi wojsk polskich udało się odeprzeć pierwszą falę uderzenia nieprzyjacielskiej piechoty celnym ogniem ckm-ów. Niemcy zaczęli rozważniej podchodzić do kwestii planowania ataku, decydując się tym razem na zdobywanie poszczególnych schronów po kolei. Taktyka ta, której kluczowym punktem były grupy szturmowe wspomagane przez saperów, nie dała pierwotnie spodziewanych efektów. Ataki trwały aż do późnych godzin nocnych.” – podaje   http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_W%C4%99giersk%C4%85_G%C3%B3rk%C4%85
Schron "Waligóra", położony na lewym brzegu Soły był najdalej na zachód położonym ze wszystkich umocnień. Jest to jednokondygnacyjny tradytor artyleryjski. Załogę stanowili 1 oficer – por. Leopold Galocz, 3 podoficerów – wśród nich za-ca dowódcy plt. Paweł Tatur i 17 szeregowych.  Załoga późnym wieczorem 2 września  wycofała się wraz z żołnierzami Batalionu KOP "Berezwecz" do Oczkowa.


Schron "Wąwóz"- ten ostróg forteczny został wybudowany na wzniesieniu górującym nad drogą  z Węgierskiej Górki do wsi Żabnica. Posiadał działo 37 mm i 3 ckm. Załogę schronu stanowił ppor. Rez. Czesław Chludziński, 4 podoficerów i 13 szeregowych a wśród nich plut. Władysław Sierakowski, plut. Józef Sprycha, kpr. Izydor Midor, st. strz. Bronisław Fijak, strz. Józef Kaczmarek, st. strz. Józef Polak, st. strz. Leon Wąsik, strz. Franciszek Bednarz.
Schron ten nie został zdobyty pomimo zaciekłych ataków piechoty niemieckiej i ostrzału artyleryjskiego. Po poddaniu się 3 września "Wędrowca" załoga  "Wąwozu" jako ostatni obrońcy wycofała w nocy z  3/4 września. Warto dodać, że bohaterski obrońca por. rez. Czesław Chludziński, ur. 1905r. w Pniewach, aspirant Straży Granicznej wycofując się na wschód został zagarnięty przez wojska sowieckie. Trafił do obozu jenieckiego w Starobielsku i został zamordowany strzałem w tył głowy przez NKWD w Charkowie w 1940r. http://pl.wikipedia.org/wiki/Czes%C5%82aw_Chludzi%C5%84ski

 

Schron "Wędrowiec" – to ciężki schron piechoty, pełniący funkcje schronu dowodzenia oraz schronienia dla drużyny piechoty. Wybudowany został w Żabnicy przy jednej z odnóg strumienia Żabnica. Posiadał jedną armatę ppanc.  Dowódcą był kpt. Tadeusz Semik a załogę stanowili: sierż. Stanisław Raczyński, plut. Józef Żurek, kpr. Remigiusz Kamiński, kpr. Stanisław Kaługa, st. strz. Jan Jurasz, st. strz. Aleksander Podkorski, strz. Jan Flis, strz. Jan Kupla, strz. Stefan Kozak, strz. Władysław Kaproń, strz. Jozef Piątek, strz. Stanisław Powęska, strz. Józef Kasperek, strz. Kazimierz Kosturba, strz. Leon Czech, strz. Jan Król, strz. Stanisław Kowal, strz. Jan Sobielec.
„W trakcie początkowej fazy walk spełniał on rolę schronu dowódcy odcinka – kpt. T Semika, który nie posiadając łączności telefonicznej porozumiewał się z resztą swojej 151 kompanii fortecznej za pomocą kurierów. Kiedy walki nabrały na sile i niemożliwością stało się wysyłanie kurierów, dowódca kazał zabarykadować drzwi wejściowe. Od tego czasu załoga walczyła bez kontaktu z sąsiednimi punktami oporu. Kiedy jednostki Wehrmachtu okrążyły schron i podtoczyły małokalibrowe działa przeciwpancerne dowódca wraz z załogą schronił się w pomieszczeniach nie narażanych na ogień nieprzyjaciela. Schron ten podobnie jak i inne był celem artylerii przeciwnika oraz zaciekłych i wielokrotnie podejmowanych szturmów. Załoga aż do uszkodzenia działa 37 mm skutecznie powstrzymywała próby przedarcia się pojazdów pancernych osiągając według kpt. T Semika 8 trafień. Kiedy trafione zostało działo przeciwpancerne ostrogu, rany odniosło dwóch żołnierzy (w tym kpt. Semik), a jeden zginął. Od tego momentu los załogi został przypieczętowany. W między czasie zamilkł "Włóczęga", który do tej pory flankował dojście do "Wędrowca". O godzinie 17:00, po trzech dniach walk, po wyczerpaniu amunicji dowódca kpt. Tadeusz Semik poddał schron. Obrońcy po opuszczeniu schronu zostali pobici przez rozwścieczonych żołnierzy niemieckich. Zginął wtedy też stawiający opór st. strz. Jan Szprycha. Dopiero interwencja dowódcy Pułku pułk. Kunke zapobiegła dalszemu rozlewowi krwi.” – podaje http://pl.wikipedia.org/wiki/Kompania_Forteczna_%22W%C4%99gierska_G%C3%B3rka%22


Schron "Włóczęga" – to schron bojowy dla armaty ppanc. i broni maszynowej.  Usytuowany został na wschodnich zboczach góry Glinne, około 100 metrów od "Waligóry". Załogę stanowili: dowódca: ppor. Marian Małkowski, zastępca dowódcy- kpr. Franciszek Tomaszek oraz miedzy innymi: kpr. Bolesław Wiśniewski, kpr. Jan Siwy, st. strz. Jan Sprycha, strz. Kliszcz Wacław, strz. Bolesław Zieliński, strz. Antoni Michalski, strz. Jan Tlałka, strz. Jan Ścirka, strz. Alojzy Nosalik, strz. Jan Włodarczyk, strz. Edmund Staruch (żołnierz KOP, zabójca kpr. B. Wiśniewskiego).
„ Walka trwała przez cała noc z 2/3 września.  Do załogi nie dotarł rozkaz o wycofaniu się, stąd stawiała mężny opór aż do wyczerpania zapasów amunicji. Kres obrony nastąpił 3 września w godzinach rannych po wyczerpaniu wszystkich możliwości i środków obrony. Kapitulacja nastąpiła o godz. 8:30 rano, 3 września. Upadek "Włóczęgi" przypieczętował los załogi "Wędrowca", gdyż powstały na przedpolu martwe pola, nie ostrzeliwane ze schronu kpt. T. Semika. W trakcie walk "Włóczęga" był zalany wodą gruntową. Nie dość, że załoga musiała walczyć przy słabym świetle lamp, latarek, a później w ciemnościach to jeszcze brodząc w wodzie. W trakcie bohaterskiej obrony zdarzył się też niemiły wypadek: żołnierz KOP Edmund Staruch w trakcie obrony namawiał kolegów do poddania się, chwaląc ustrój III Rzeszy i bezsensowność umierania za II Rzeczpospolitą. Skarcony przez dowódcę ppor. Małkowskiego został zamknięty w jednym z pomieszczeń pod strażą kpr. Wiśniewskiego. Po poddaniu ostrogu, kiedy załoga opuszczała schron Edmund Staruch zastrzelił z karabinu na oczach towarzyszy kpr. Wiśniewskiego.” – (tamże)


Schron "Wyrwidąb" – nie ukończono prac budowlanych, nie zdjęto nawet wszystkich szalunków i cement był jeszcze mokry. Mógł on być jedynie schronem biernym. Przetrwał wojnę w idealnym stanie lecz Ludowe Wojsko Polskie testowało w nim materiały wybuchowe. Jest dziś najbardziej uszkodzonym schronem.
Jedną z najważniejszych bitew granicznych wojny obronnej Polski stoczono pod Pszczyną. W dniach 1-2 września. Niemiecka 5 Dywizja Pancerna, wchodząca w skład VIII  Korpusu armijnego (Armia „Süd”) chciała zdobyć przyczółki na Wiśle. Wywiad niemiecki doniósł, że nie ukończono fortyfikacji na południe od Pszczyny. Ten 3 km odcinek mógł w razie przełamania obrony zmusić wojsko polskie do wycofania się  z całego Górnego Śląska. Tej linii frontu broniła Armia Kraków. Jednostki niemieckie posiadały dużą przewagę liczebną i sprzętowa w rejonie działania armii "Kraków". Była ona: 3 krotna w liczbie żołnierzy i uzbrojeniu piechoty, 20 krotna w broni pancernej i 9 krotna w lotnictwie. Po zdobyciu Wodzisławia, Rybnika i Żor  niemiecka dywizja pancerna zmierzała w rejon polskiej linii frontu. Brzeźce były dobrym miejscem na obronę. Miejscowość położona jest na wzgórzu. Rzeka Pszczynka, rowy melioracyjne i bagnisty teren  utrudniały przedarcie się czołgów.


1 września, Niemcy trzykrotnie atakowali odcinek w Brzeźnach i zostali trzykrotnie odparci. 30 czołgów (w tym wozów pancernych) udało się Polakom zniszczyć. Zdołało się przedrzeć jedynie kilka czołgów. „Wieczorem 1 września przyszedł zaskakujący dla żołnierzy polskich rozkaz, nakazujący wycofanie się na zasadnicze pozycje obronne koło Pszczyny.” http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pszczy%C5%84ska Główna obrona była na odcinku nieufortyfikowanym. Znacznie łatwiej było powstrzymywać Niemców na posterunkach wysuniętych, wykorzystując ukształtowanie terenu i fortyfikacje. „Pod wieczór 1 września w 5. Dywizji Pancernej zapanował niespotykany wprost chaos i sromota, co było wynikiem nie tylko samego oporu Polaków i klęsk poniesionych w kotłach pod Brzeźcami, Wisłą Wielką i Branicą (pod Brzeźcami Polacy wpuścili do takiego „kotła-pułapki” wszystkie atakujące niemieckie czołgi i następnie w wielogodzinnej walce wszystkie zniszczyli lub wzięli do niewoli – tracąc dwóch zabitych żołnierzy i jedną rozbitą sztukę działka przeciwpancernego !!!)” – czytamy  http://histmag.org/forum/index.php?topic=6963.0  oprac. na podst. Publikacji  Janusza Ryta, „Bitwa Pszczyńska 1939”.

Rozkaz odwrotu dla armii Kraków był spowodowany podobno niebezpieczeństwem okrążenia przez Niemieckie siły, które zaatakowały od strony Słowacji. Właśnie bohaterska obrona Węgierskiej Górki dała czas na wycofanie się oddziałów Armii Kraków.
Janusz Ryt  w swoje pracy „Bitwa Pszczyńska 1939” pisze: „Pod osłoną wezbranej Soły generał Mond odtwarzał swoją rozproszoną dywizję [...] temu znakomitemu organizatorowi ta sztuka się udała [...] to samo robił generał von Vietinghoff, który po wydarzeniach w Rajsku [jak i ogółem wydarzeniach bitwy pszczyńskiej] nie miał żadnych wątpliwości co do siły 31. Pułku Pancernego. Pułk do końca kampanii przestał istnieć jako samodzielna jednostka.”
Olbrzymi chaos zapanował 1 września w szeregach niemieckich. Przychodziły kolejne  paniczne meldunki od żołnierzy – 31. Pułku Pancernego – o potężnym kontrataku polskich wojsk pancernych. Były one dodatkowo potęgowane przez plotki.
„Gdy w końcu Niemcy weszli do wsi [Bojszowy –2 września – przyp.red.], ostrzał przeniósł się za rzekę, a obst. Schuckelt nie próbował nawet uchwycić przyczółka, czy rozpoznać innych istniejących wtedy mostów. W rezultacie kolumna wieczorem wycofała się z Bojszów do Międzyrzecza na noc, a dywizja [5. Dywizja Pancerna] straciła szansę na sukces operacyjny”. Napisał  Janusz Ryt „Bitwa Pszczyńska 1939”: s.82
„Rano 2 września Niemcy skierowali 130 czołgów w kierunku Goczałkowic i  280 czołgów wprost Ćwiklice i Jankowice. „Gdy wojska niemieckie minęły Ćwiklice, płk Misiąg wydał fatalny rozkaz wyjścia odwodów 6 DP - II i III batalionu 16 pp z lasu "Brzeziny" i przemieszczenia się do Ćwiklic. Doszło do masakry - II batalion został dosłownie rozjechany przez czołgi. Poległo 217 żołnierzy.” – podaje http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pszczy%C5%84ska


 W tym samym czasie gdy walczono pod Pszczyną Wehrmacht przeszedł do zażartej walki na odcinku wzgórza 341 (na zachód od Mikołowa) aż do rzeczki  Gostynia. Obronę strategicznego wzgórza 341 prowadził kpt. Tytus Wilkarski dowodzący  II batalionem Obrony Narodowej (ON Mikołów) i  203 Rezerwowym Pułkiem Piechoty. Pomimo 50% strat  kontynuował obronę tego odcinka, czyli obecnej Fiołkowej Góry położonej w Mikołowie – Mokrem. W lesie w Wyrach stoczono niezwykle zaciętą walkę. 2 września polski batalion musiał skapitulować Wehrmacht zdobył kontrolę nad obszarami leżącymi nad Gostynką.


Dwa niemieckie bataliony, które wyruszyły w kierunku Tychów w okolicach Żwakowa napotkały kolejny opór polskich jednostek. W „Bitwie Wyrskiej" ważną rolę odegrał pociąg pancerny Nr 51-"Groźny"-bardzo skutecznie ostrzeliwując pozycje niemieckie.
3 września 1939r. - „Biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego Juliusz Bursche i metropolita Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego Dionizy wzywają do obrony zagrożonej Rzeczypospolitej. Na posiedzeniu Sejmu członkowie Koła Żydowskiego deklarują gotowość społeczeństwa żydowskiego do poniesienia wszelkich ofiar w obronie Polski. Podobnej treści deklarację wydał Związek Żydów Uczestników Walk o Niepodległość Polski, zaś gmina żydowska w Warszawie powołała Społeczny Komitet dla Spraw Związanych z Obroną Państwa przy Gminie Żydowskiej w Warszawie.” -  podaje http://1wrzesnia39.pl/portal/39p/1288/8871/3_wrzesnia_1939_niedziela.html
Od 3 września radiostacja sowiecka w Mińsku podawała Luftwaffe koordynaty lokacyjne dla nalotów na Polskę. (-http://pl.wikipedia.org/wiki/Kampania_wrze%C5%9Bniowa)
Po przegranych bitwach w rejonie Pszczyny i Mikołowa  Armia Kraków zaczęła się wycofać z Górnego Śląska. Dowódca Armii Kraków  gen. Antonii Szyling zwrócił się do Naczelnego Wodza o zgodę na wycofanie ze Śląska. Tłumaczył się nie tylko przewagą siła niemieckich ale i ciągłymi napadami dywersantów.
Zgoda Naczelnego Wodza na odwrót w drugim dniu wojny Armii Kraków z ufortyfikowanych pozycji na Górnym Śląsku jest krytykowana przez historyków wojskowości. Armia Kraków nie wyszła z zagrożenia okrążeniem przez niemieckie jednostki szybkie, odsłoniła natomiast trwającą koncentrację odwodowej Armii Prusy wobec natarcia niemieckiej 10 Armii.

 Tekst ukazał się w Gazecie Śląskiej

 

P.S. Dostałem od jednego z czytelników takie uzupełnienie do tego tekstu:

P. Hans von Herwarth  przekazał treść układu Ribentropp- Mołotow już w godzinę po podpisaniu amerykańskiemu dyplomacie Charlesowi Bohlenowi w nadziel , że Amerykanie coś w tej sprawie
zrobią . Niestety -jedyną rzeczą , którą zrobili , było przekazanie treści układu Anglikom .
Anglicy z kolei w czasie spotkania Aliantów w Abbeville ( chyba dnia 12 września ) pokazali układ Francuzom i wszyscy zgodnie stwierdzili : Sowieci mają wkraczać ? Swietnie , to my już  nic nie musimy robić.
  J.B.

 

 

Jerzy Łysiak (2012-08-30)

W ten sposób odniósł się do zarzutów o przestępczej działalności Amber Gold, jego właściciela i zatrudnianego tam swego syna nasz premier Donald Tusk.

W takiej to sytuacji prokuratura umorzyła śledztwo, bo choć państwo jest w upadku, to premier ma jeszcze tyle autorytetu, by liczyć się z jego zdaniem.

Podniósł się krzyk, premier i jego dworzanie, broniąc własnej skóry, nie bronią już Plichty, przeciwnie wszystko na niego „zwalają”. To on ich oszukał, to on taki sprytny, to on, to on, tylko on. Więc w tej nowej sytuacji, choć pod rządami ciągle tego samego prawa, prokuratorzy stawiają teraz Plichcie zarzuty, teraz go nawet aresztują. Bo demokracja, demokracją, prawo, prawem, ale ciągle zdanie premiera i jego dworu liczy się przede wszystkim. Ileż to już tej demokracji, a ciągle jednak odruchy zdrowego rozsądku, zwłaszcza w sytuacjach wymagających szybkich decyzji ,przeważają. I to w całej tej śmiesznej sytuacji jest jednak pocieszające.

To daje też odpowiedź, kto, kiedy i dlaczego.

Prokuratorzy umorzyli śledztwo, bo premier broniąc swojego syna i całego Amber Goldu ogłosił, że nie każde oszustwo jest przestępstwem. Zatem należało uznać, że Plichta nie jest przestępcą, bo przecież nie wystarczy być oszustem, aby zaraz odpowiadać przed prawem.

Plichcie nie postawiono zarzutów, bo sam Tusk (jakby nie było premier) ogłosił na konferencji prasowej, że samo oszustwo nie stanowi jeszcze o przestępstwie.

I takie jest dziś dialektyczne znaczenie słów, taka dialektyczna prawda etapu.

Każdy, kto na to przystaje, kto się temu nie sprzeciwia – jest winien. I za to zapłaci! Jeśli nawet nie on, to jego dzieci i wnuki!

Jadwiga Chmielowska (2012-06-11)

Dlaczego politykierstwo zgłuszyło politykę? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie jest prosta.

http://niepoprawni.pl/blog/208/polityka-na-manowcach-debata-o-polsce 

Tak samo jak zło zagłusza dobro. Wystarczy,  nie walczyć ze złem i pozwolić mu się rozwijać! W społeczeństwie wystarczy, by porządni ludzie uwierzyli w to, że polityka jest brudna i nie warto nią się zajmować. Takie podejście sprawia, że polityką zaczynają zajmować się ludzie, którzy zdecydowanie nie powinni tego robić. Do polityki trafiają osoby, które możemy podzielić na trzy grupy.

Pierwsza to psychopaci, którzy żądni są władzy, inni leczą swoje kompleksy, dowartościowują się. Do niej zaliczam też takich, którzy mają zaburzona samoocenę. Uważają, że na wszystkim się znają, a jak nie, to się poznają - obserwują politykierów głupszych od siebie, więc myślą sobie „a dlaczego nie ja”. Czyli ogólnie rzecz ujmując, trafiają do polityki ze względów nazwijmy to osobowościowych. Ta grupa tworzy najwięcej groźnej patologii. Wymusza tzw. wazeliniarstwo. Wystarczy się dobrze podlizywać!

Druga grupa to złodzieje. Idą do polityki dla zysku. Nie są w stanie zarobić pieniędzy a śni im się „duża kasa”, więc wstępują do partii. Zostają radnymi, posłami, ministrami, prezesami, albo by kraść w sposób dosłowny  - czyli wymuszać np. na przedsiębiorcach haracze za dopuszczenie do zleceń, albo wspierać swoje rodziny i znajomych, mianując na odpowiednie, wysoko płatne stanowiska. Potocznie nazywa się to ustawianiem pociotków – „ wszyscy kumple królika”. Jest powszechne przekonanie, że nawet sprzątaczką można zostać tylko po protekcji. Ta grupa powoduje powszechny syndrom przestępcy. Prawie każdy boi się, że jeśli choć raz w życiu dał łapówkę, czy prezent, to ma wrażenie, że jakby się coś zmieniło, to pójdzie siedzieć. Więc, woli odpalać działkę i nie chce zmian. Bo teraz wie komu „posmarować”. Wszak jest nawet takie powiedzonko „nie posmarujesz nie pojedziesz”. Jakoś żyć trzeba. Powszechnie wiadomo, że zwyczaj ten przyszedł z zaboru rosyjskiego i rozwinął się w PRL. W III RP – czyli PRL-bis przeżywa on prawdziwy rozkwit.

W czasach PRL, owszem komunista z PZPR czasem zupełny laik a wręcz debil,  był dyrektorem ale jego zastępca musiał być fachowcem często bezpartyjnym, bo produkcja musiała iść - liczył się plan. Teraz trwa selekcja negatywna. Nic nie musi działać. Jak firma upadnie to tym lepiej. Jeszcze nagrodzą premią specjalną. Taniej nastąpi wrogie przejęcie.

Trzecią grupą jest garstka patriotów, którzychcą dla kraju coś pożytecznego zrobić. Niestety są zagłuszani, marginalizowani. Niekiedy dopada ich pokusa wejścia na tory „potakiwaczy”. Kiedy okazuje się, że są niezależni i silni, eliminuje się ich. W większości przypadków skutecznie.

Do tego doszedł „związek zawodowy posłów”. Wspierają się nawet po cichu międzypartyjnie tylko po to, by „załapać się” na kolejną kadencję. Wszak miło znów spotkać znajome twarze. 

Wiele środowisk zdaje sobie z tego sprawę. Do języka polskiego weszło już określenie „łże-elity”. Jest powszechne biadolenie o braku prawdziwych elit. Owszem w II wojnie światowej i zaraz po niej, pod sowiecką okupacją wymordowano kilkaset tysięcy tych najlepszych z najlepszych. Kolejne fale emigracji zabrały narodowi kolejne miliony jednostek aktywnych i przedsiębiorczych. Pod Smoleńskiem znowu społeczeństwo straciło członków politycznej elity. I nikt za te wszystkie zbrodnie na narodzie nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Więc hasło „patriota to idiota” zbiera swoje żniwo! Młodzież stroni od polityki.

Jak wyjść z tego zaklętego kręgu, z przeklętego matrixu, w którym tkwimy. Jak pozbyć się politykierów i sprawić, by ludzie powszechnie zaczęli działać rozumnie dla dobra wspólnego, czyli uprawiać politykę.Andrzej Gwiazda mówi, że jak ktoś się zgubił, to po swoich śladach musi wrócić do miejsca, w którym poplątał drogę. Inaczej będzie kręcił się w kółko i znajdzie się w labiryncie. To jest istotna wskazówka. W 1980 r. naród wyłonił elitę. Stan wojenny wprowadzono by się jej pozbyć. Jedni wyjechali z kraju, inni zostali skazani na zamilczenie i wegetację. Zadbano by nie mieli nawet możliwości kontaktowania się i liczyli pieniądze na chleb. Jeden z autorów wspaniałych książek historycznych żywi się z żoną za 5 zł dziennie. Wielu popełniło samobójstwa.

Nagłaśniano jedynie przygotowane zawczasu łże-elity. To one usiadły w do stołu w Magdalence i zapoznały się z napisanym na polecenie KGB, przez bezpiekę - czyli Kiszczaka, scenariuszem, który obowiązuje do dziś. Udał się ten zabieg dzięki temu, że przekaz z wielu źródeł szedł ten sam. Umowa z komunistami została podżyrowana zarówno przez Radio Wolna Europa jak i niestety niektórych hierarchów Kościoła. Im wierzono! Z protestujących i ostrzegających przed zdradą zrobiono „oszołomów”. Teraz się okazało, że to oni mieli rację. Ale jak trudno człowiekowi przyznać się nawet przed sobą samym, że był głupi i dał się oszukać.

Przez te ostatnie 23 lata „Gazeta Wyborcza” robiła swoje. Promowano w III RP hasło „róbta co chceta” i niszczono gospodarkę. Zlikwidowano przemysł pozwalając na wrogie przejęcia. Chór idiotów wrzeszczał, że trzeba sprowadzić z zachodu menagerów i sprzedać nasze firmy choćby za złotówkę, bo my nie potrafimy sami zarządzać! Inni krzyczeli -  wszystko sprywatyzować! Zwolnić inwestorów zagranicznych z podatków! Nie wzorowano się na II RP. Państwo zrezygnowało z monopoli, z dywidend. Za bezcen oddano banki, wprowadzono na rynek firmy ubezpieczeniowe i narzucono OFE, z tych międzynarodowych korporacji zysk wyprowadzany jest za granicę. Gdybyśmy pieniądze przeznaczane na przyszłe emerytury chowali do przysłowiowej skarpetki mielibyśmy więcej.

Zamykane są szpitale, likwidowane przychodnie, bo władzy niepotrzebni są ludzie chorzy, starzy. To kosztuje.

Podatek katastralny zabierze Polakom wszystko to, co zbudowali ich dziadkowie i ojcowie. Stracą domy, bo nie stać ich będzie na wielotysięczne podatki.

Na pytanie gdzie się podziały pieniądze z prywatyzacji odpowiedź jest jedna - przeżarli je politykierzy! Wszak już Urban mówił w latach 80-tych, że rząd się sam wyżywi.

Dlaczego zredukowano armię? Pamiętajmy, że 100 tys. wojska miały mieć Niemcy po I wojnie światowej, by nikomu nie zagrażały! O 100 tysięcznej polskiej armii marzył Lenin! Władze III RP zrealizowały postulat słabego państwa. Szeremietiew, który próbował ratować wojsko tworząc dywizje obrony terytorialnej – odpowiednik Gwardii Narodowej w USA, poszedł w odstawkę!  Kto nas będzie bronił?  

Rozwalono wszystkie dziedziny życia. Zniszczono wielopokoleniowe rodziny. Teraz babcie zamiast zmieniać pieluchy wnukom podcierają tyłki starym Niemcom. Często tym samym, którzy jako rasa panów najechali nasz kraj. Mordowali nasze elity, gdyż chcieli z nas Polaków zrobić tanią siłę roboczą. Dopięli swego rękami naszych łże-elit i zwykłych zaprzańców. Teraz młodzi ludzie wyjeżdżają masowo za granicę, by tam wić gniazda, rodzić dzieci i pracować na emerytury dla obcych. Pozbywamy się kolejnych elit. Młodzi wykształceni, aktywni szorują gary na całym świecie.

Andrzej Gwiazda ma rację, trzeba wyłonić prawdziwe elity. Sprawić by się uaktywniły. Powtórzyć rok 1980-ty, gdy takie zjawisko zaszło. We wszystkich środowiskach są osoby, które mają cechy przywódcze i zdolności organizacyjne. Nie zawsze trzeba mieć doktorat, by być elitą, czasem prosty chłop czy robotnik ma więcej zdrowego rozsądku i zdolności organizacyjnych niż  profesorek utytułowany za schlebianie władzy a niekiedy za kablowanie na kolegów.

Potrzebna jest duża oddolna samoorganizacja społeczeństwa. Środowiska lokalne, zawodowe znają się. Dziennikarze zwłaszcza mediów lokalnych muszą umożliwić komunikowanie się społeczeństwa między sobą. To jest ich zadanie i misja!

 Połączmy siły i nie dajmy sobie wmówić „polactwa”. Pamiętajmy słowa A. Mickiewicza:

„Nasz naród jak lawa,

 Z wie­rzchu zim­na i twar­da, sucha i plugawa;

 Lecz wewnętrzne­go og­nia sto lat nie wyziębi,

 Plwaj­my na tę sko­rupę i zstąpmy do głębi.”

Nie oglądajmy się na politykierów. Róbmy swoje. Jednoczmy się, dyskutujmy i zaczynajmy działać rozumnie dla dobra wspólnego, czyli uprawiajmy politykę. Nie dajmy z siebie robić idiotów. Nie błądźmy po manowcach. Ratujmy nasze państwo. Bo tylko własne silne państwo będzie dbało o nas Polaków. Obcy będą nas zawsze wykorzystywać.

Jadwiga Chmielowska (2012-06-10)

 

Jadwiga Chmielowska

Środki masowego rażenia

Ciekawa jestem, czy koledzy dziennikarze czują się choć trochę odpowiedzialni, nie tylko za jakość polskiej debaty politycznej ale też za wykreowanych przez siebie polityków?  Jest coraz gorzej. Powszechnie wiadomo, że kogo w mediach nie ma, ten nie istnieje. Kto od rana do wieczora króluje na szklanym ekranie, ten może być nawet przysłowiowym baranem, a na niego ludzie zagłosują. Oczywiście przepraszam owce i barany, sympatyczne zresztą zwierzątka. Nie są one wcale takie głupie ale mają instynkt stadny tak jak ludzie i czasem za swym nienajmądrzejszym przewodnikiem biegną na zatracenie. Na szczęście wśród zwierząt mylne rozpoznanie przywódcy zdarza się niezmiernie rzadko a u homo sapiens niestety często. Nie oglądają telewizji i nie czytają opiniotwórczych gazet - to pomaga zachować zdrowy rozsadek.

Wszak to nie przypadek, że o śp. Annie Walentynowicz , jeśli już mówiono i pisano to zawsze z przekąsem. To samo dotyczy Andrzeja Gwiazdę. Nikt z dziennikarzy nie zadał sobie trudu, a może bał się wydawcy, by spytać wprost - jakie są argumenty przeciwników „okrągłego stołu”?  Powstało wrażenie, że „Solidarność” jest za!  Za grubą kreską, za prywatyzacją, za niszczeniem polskiego przemysłu, za praktyczną likwidacją służby zdrowia i szkolnictwa, słowem za tym całym bajzlem, który nas otacza. Nie dopuszczano do głosu nikogo, kto nie był w kontrakcie zawartym w Magdalence dopuszczony do politycznego koryta. Czuwali nad tym wydawcy. Naród miał spać i pozwolić na dewastację państwa.

Pacyfikację intelektualną i światopoglądową przeszły już też inne, jak nam się zdawało, wolne narody. Redaktor Reich – Ranicki kilkadziesiąt lat w zachodnioniemieckiej telewizji promował niemieckie elity. To on decydował, kto jest dobrym pisarzem, poetą, dramaturgiem itp.,  kto nie. Ten „wybitny” krytyk był w 1945 r. kierownikiem Wydziału IV katowickiego MBP, później w Londynie, jako bierutowski dyplomata rozpracowywał polską emigrację nakłaniał do powrotu żołnierzy gen. Andersa. W Polsce, pod okupacją Rosji Sowieckiej czekało ich wiezienie a nawet śmierć. 

Każdy dziennikarz uczy się, że trzeba wysłuchać wszystkich stron. Próbować dociec prawdy. Dziennikarz powinien być ciekaw otaczającego go świata. Poszukiwać, zdobywać, opisywać - to jego zadanie.

Telewizja Trwam nie dostała miejsca na multipleksie i dostać w III RP nie może. Stanowi bowiem wielkie zagrożenie w poukładanej i domkniętej przestrzeni medialnej. To takie współczesne Radio Wolna Europa. Kiedyś wydawał PRL krocie na zagłuszanie jej fal. W PRL- bis - zwanej w skrócie III RP, wystarczy nie dać koncesji. Sąd przyklepie i jest wszystko legalnie. Wszak naród uwierzył, że mamy demokrację i niewidzialną rękę wolnego rynku. Dobrze powiedziane „niewidzialna” – bo nikt jej w III RP nie widział.  Demokrację najlepiej zobaczyli dziennikarze skazani na mocy § 212 kk. za podawanie faktów i głoszenie swoich poglądów. No cóż niektórzy, są sami sobie winni – nie dociekali,  nie pokazywali, nie alarmowali. Winna jest większość środowiska dziennikarskiego, gdyż dalej podlizuje się wydawcom.

Poziom wykształcenia młodzieży dziennikarskiej jest coraz niższy. Kolejne reformy edukacji prowadzą do kształcenia matołków. Nie wiedza i samodzielne myślenie się liczy a zgaduj zgadula, jakiej odpowiedzi oczekuje egzaminator. W mediach nie fakty są ważne a jedynie to, czego oczekuje wydawca.

Mam coraz częściej wrażenie, że całą tą naszą polityką sterują jakieś niewidzialne krasnale.

Politycy nic nie mogą, dziennikarze też nie. Społeczeństwo ma być coraz głupsze i mniej wykształcone. Historia coraz bardziej zakłamana a rzeczywistość zniekształcona.

Dziennikarze nie powinni przykładać do tego ręki. Muszą wiedzieć, że współcześnie środki masowej informacji mogą stać się środkami masowego rażenia. A może już nimi są?

Powoli rodzi się społeczeństwo alternatywne. My Polacy mamy w tym wielowiekowe doświadczenie. Więc spoko!     

 

 

http://wyszperane.nowyekran.pl/post/64999,jadwiga-chmielowska-srodki-masowego-razenia

Tomasz Kwiatek (2012-06-05)

 

 Dzisiejsze problemy to efekt okrągłego stołu

Staramy się ograniczać koszty administracyjne tak, aby jak najwięcej środków było dostępnych na wspieranie dziennikarstwa – z Jadwigą Chmielowską, skarbikiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i legendarną działaczką „Solidarności Walczącej” rozmawia Tomasz Kwiatek

Niedawno w dniach 19 – 20 maja odbyło się spotkanie dziennikarzy SDP w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Rozmowy były o statucie, o czym jeszcze dyskutowano co zostało uchwalone?

Głównym celem zjazdu była dyskusja nad celami statutowymi. Zarząd został zobowiązany, aby w ciągu roku zwołać zjazd, którego celem będzie unowocześnienie statutu. Jest to o tyle istotne, że obecny został uchwalony na początku lat 90. ubiegłego wieku.

Padły również propozycje zmiany, aby usprawnić wybory gdyż ostatnie walne zebranie odbyło się w trzech turach i procedury głosowań ciągnęły się w nieskończoność. Zarząd warszawski zaproponował, aby w głosowaniach obowiązywała zwykła większość, a nie jak obecne bezwzględna, czyli 50 procent +1. I na tym punkcie zakończyły się dyskusje na tematy formalno- kosmetyczne w pozostałych punktach wszyscy byli zgodni. Prawnik zaproponował trzy warianty głosowań, w tym mieszany.

Kiedy odbędzie się walne zebranie członków SDP?

 27-28 października.

Też w Kazimierzu?

Planowo w Kazimierzu, w należącym do nas Domu Prasy.

Zarząd zajął ważne stanowisko w sprawie ataku posła PO Stefana Niesiołowskiego na redaktor Ewę Stankiewicz

Tak pierwsza i natychmiastowa reakcja padła ze strony Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Niesiołowski miał czas, żeby przeprosić panią redaktor. Ale w związku z tym, że poseł nie przeprosił i dalej zachowuje się butnie, Zarząd Główny wraz z przedstawicielami prawie wszystkich oddziałów SDP wystosowało oświadczenie, jedynie kolega z Wrocławia odmówił podpisania.

Pani jest skarbnikiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jak wyglądaja kondycja finansowa, struktura finansowania i na co są pieniądze przeznaczane?

Kondycja SDP nie jest najgorsza. Większość pieniędzy przeznaczana jest na działalność statutową, ostatnio udało na się pozyskać 50 tys. zł, które zostało przekazane oddziałom terenowym, Stowarzyszenie to nie tylko Warszawa ale również praca aktywna w oddziałach w całej Polsce: szkolenia, konkursy, spotkania itd. Przykładowo, planowany jest konkurs otwarty związany z Lublinem. Wcześniej był konkurs w Olsztynie. Oddział we Wrocławiu dostał pieniądze na remont swojej siedziby, zakup komputera. W każdym bądź razie większość pieniędzy staramy się przekazywać na działalność statutową.

Będą organizowane warsztaty dla młodych dziennikarzy z tych pieniędzy

Była dyskusja na ten temat. Oddział SDP w Katowicach ma przygotować warsztaty i kursy, m.in. pomagające założyć gazetę i jak prowadzić portal internetowy. Staramy się jak najbardziej ograniczać koszty administracyjne tak, aby jak najwięcej środków było dostępnych na wspieranie dziennikarstwa. Rozmawialiśmy o tym nie tylko na zebraniu ogólnym ale również na zebraniu zarządu SDP, które też się odbyło 19 maja w Kazimierzu.

Ważną rzeczą jest też fakt, że Zarząd podjął decyzję o pomocy finansowej dla dziennikarza Romana Graczyka, który wydał książkę, w której opisał agenturalność w redakcji „Tygodnika Powszechnego” i ma teraz proces sądowy. Cały czas dyskutujemy skąd pozyskać środki finansowe na pomoc dziennikarzom, którzy mają sprawy sądowe za zniesławienia czy zarzuty z art.212.

Najwięcej problemów mają dziennikarze pracujący w prasie lokalnej, np w jednej z miejscowości w oddziale olsztyńskim udało nam się pomóc dziennikarzowi, którego pozwał wójt za to, że ten napisał w jednym z artykułów, że wójt powinien wziąć się do roboty. Wygraliśmy tę sprawę w Strasburgu.

W czasie zjazdu SDP równolegle w Krakowie odbywało się spotkanie w sprawie obrony polskiej edukacji na którym miała Pani być. Co to było za spotkanie i czym się skończyło?

Był to ogólnopolski zjazd ludzi którzy podjęli głodówkę w obronie polskich szkół. Miało być pierwsze spotkanie komisji organizacyjnej Obywatelskiej Komisji Edukacji Narodowej.

Niestety nie mogłam być w dwóch miejscach w Polsce na raz. Wiem że komisja taka powstała, Prof. dr hab. Włodzimierz Suleja jest szefem, w skład weszli profesorowie z Krakowa profesor Żaryn z Warszawy. Z tym że było to pierwsze spotkanie i nie ma jeszcze pełnych planów. Przypuszczam że zostanie zostaną dopracowane później.

Natomiast wiadomo mi że niektórzy głodujący uważali, iż jeżeli komisja powstała to należało by być już przygotowanym i wszystko powinno być doprecyzowane, czyli stworzenie ruchu społecznego wspierającego przebudowę całego systemu edukacyjnego w Polsce. Mieli wrażenie jak by wysiłek głodujących w całej Polsce był zmarnowany. Myślę że było to spowodowane tym że bardzo krótko trwało to spotkanie i nie zdążono tymi wszystkimi sprawami się zająć.

W tym miejscu warto przypomnieć, że Pani również głodowała w Tarnowskich Górach w obronie polskiej szkoły i tegożeby lekcji historii było więcej w szkolnym programie nauczania. Ile dni trwała głodówka i jak Pani sobie poradziła?

To była śląska głodówka w Tarnowskich Górach. Delegatura Zarządu Solidarności udostępniła nam swój lokal w Tarnowskich Górach ze względu na warunki – był prysznic, duża sala z bezpośrednim wejściem z zewnątrz, co było bardzo dobre bo odwiedzało nas naprawdę wiele osób od samego rana czasem nawet, aż do późnych godziny nocnych. Ja bałam się o siebie, bo po tych wszystkich chorobach bałam się, że skoczy mi ciśnienie i wytrzymam 2 góra 3 dni, a głodowałam 9 dni i o dziwo czułam się całkiem dobrze. Jedynie co zauważyłam to, że 4 dnia byłam bardziej spowolniona tzn. wolniej rozmawiałam, wolniej pisałam na komputerze, wolniej rozmawiałam przez telefon (śmiech).

A przestała Pani palić papierosy?

Nie, rzuciłam jedzenie a nie palenie.

A szkoda!

(śmiech)

Dużo Pani straciła na wadze?

6 kilogramów. Wszyscy z kolegów, którzy głodowali oprócz jednego bardzo szczupłego, schudli ok. 6 kilogramów. Byłam później u lekarza, skierował mnie na badanie elektrolitów i potasu, ale wszystko było w porządku. No ale muszę to powiedzieć, że piliśmy wodę Muszyniankę, bo jest ona wysoko mineralizowana. Wszystkie inne rodzaje wody były dla naszych gości (śmiech).

Jeżeli czytają nas przedstawiciele Muszynianki, to zachęcamy do kontaktu z nami (śmiech).

To jest woda, która ma bardzo mało gazu i bardzo dużo sodu, potasu i jest idealna na głodówki. Podczas głodówki trzeba też mieć dużo ruchu, a każdy z nas miał masę roboty. Chodziliśmy spać najwcześniej o 1 w nocy, a wstawaliśmy o 7.30. Dzień rozpoczynaliśmy modlitwą, w której zawierzaliśmy Polskę Matce Bożej, a później w ciągu dnia przychodził ksiądz i przystępowaliśmy do komunii św., a dzień kończyliśmy dziesiątką Różańca św.  Generalnie przypomnieliśmy sobie 1980 rok! Trzeba było cały czas coś robić! A to ulotki, komunikaty do prasy, tysiące telefonów, setki rozmów z gośćmi, którzy nas odwiedzali…

Myśli Pani, że ten ruch głodówkowy coś zmieni?

Ten ruch, który przeszedł przez Polskę sprawił, że ludzie zostali poinformowani o problemie polskiej szkoły. Mam nadzieję, że dzięki temu, że ta akcja, która przechodzi przez większość województw w naszym kraju, sprawi, że stworzą się środowiska, które będą pilnowały tego, żeby powstały nowe wiarygodne, takie same podręczniki, żeby zmienić całą politykę edukacyjną i żeby powrócić do normalnego nauczania w szkole i żeby każde dziecko miało równy start.

Wiem, że po tej głodówce było spotkanie w ministerstwie edukacji. Kto wyszedł z inicjatywą i czym się to spotkanie skończyło?

Pani Minister Szumilas po spotkaniu z inicjatywy Prezydenta RP zaprosiła nas na spotkanie. Potem okazało się, że Prezydent Komorowski zrozumiał co innego, a pani Minister zupełnie co innego. Szumilas powtarzała cały czas, że chce się spotykać, rozmawiać. To koledzy uznali, że jak chce rozmawiać, to pojedziemy do niej na rozmowę. Na początku nie chciano nas przyjąć, a potem stwierdzono, że tylko trzy osoby, więc ja powiedziałam, że trzy osoby ale z każdego głodującego ośrodka, i ostatecznie weszło nas 15 osób i dziennikarze. Rozmawialiśmy w świetle kamer. Był też przykry incydent, bo chcieli usunąć telewizję Trwam, ale ja stanęłam w obronie i dziennikarz został. Przedstawiliśmy swoje zdanie na temat edukacji.

A jak Pani myśli, jak to się skończy? Ministerstwo się ugnie?

Nie wiem. Jeśli ministerstwo się nie ugnie, to zostanie apel do nauczycieli, do rodziców, żeby żądali, żeby w okresie przejściowym były dwa bloki tematyczne historii w szkole w klasie drugiej i trzeciej bo one są do wyboru prawda. Nauczyciel może wybrać akurat te bloki a niekoniecznie blok „mężczyzna, kobieta, dziecko” albo „wróżki” albo jakieś tam inne jeszcze bloki. Nauczyciele i rodzice powinni wymóc na szkole, żeby akurat nauczano historii. A tak wracając do źródeł, to szkołę zaczął psuć minister Handke, który wymyślił gimnazja i teraz okazuje się, że ci, którzy wówczas protestowali mieli rację. Po prostu w Polsce robione są reformy chaotycznie, bez analizy, badań, prognozowania itp. W naszym kraju jest tak, że ci co się pchają do władzy, do ław poselskich, na stołki dyrektorskie się po prostu nie znają na zadaniach, które otrzymują. Są mierni bierni ale wierni a na stanowiskach są z nadania partii.

Ale ludzie na nich głosują… Nie głosują na postawy, na życiorysy, osiągnięcia tylko na metki partyjne i to zarówno w wyborach samorządowych jak i parlamentarnych…

 No bo, niestety, po Okrągłym Stole doszło do takiej sytuacji, że zacementowała się scena polityczna. Przy okrągłym stole rozmawiała agentura ze swoimi oficerami prowadzącymi i jeszcze paru pożytecznych idiotów przy tym było i tak to poszło. A wszystkie możliwe osoby, które mogły być zagrożeniem dla tego układu zostały skazane na zapomnienie i zamilczenie. Ludziom powiedziano, że będzie dobrze, nic nie róbcie bo elity się dogadają. I teraz tak samo jest, mówi się: nie interesujcie się polityką. A do partii nie można za bardzo wstąpić bo bierni, mierni ale wierni eliminują tych z zdolniejszych z inicjatywą.

Czy to dotyczy wszystkich partii, czy jakichś konkretnych?

To dotyczy wszystkich partii bez wyjątku.

PiS nie jest wyjątkiem?

Kaczyński sam mi powiedział, że on wie, że partia z czasem się degeneruje i do niego dochodzą sygnały, że w danej wsi powiedzmy są cztery pierwsze miejsca na radnych, no to mu już piąty człowiek w tej układance jest już niepotrzebny, bo to jest rywal. No więc póki się to nie zmieni, to będzie źle. Na przykład PiS zrobił wielki błąd, że po Smoleńsku, kiedy już wiadomo było, że ta wojna o niepodległość Polski weszła już w taką dość ostrą fazę – a ona toczy się już od ponad 20 lat – to nie otworzył partii. PiS powinien stać się partią masową, czyli wszyscy, którzy chcą działać politycznie, którzy są aktywni, to powinni do tej partii wstąpić. I faktycznie dość dużo ludzi się wtedy zgłaszało, na ale PiS ich po prostu nie przyjmował.

 Bardzo dziękuję za rozmowę.

Za pomoc i współpracę w redakcji tekstu dziękuję Michałowi Sibińskiemu

 

ze strony:

http://www.ngopole.pl/2012/05/31/dzisiejsze-problemy-to-efekt-okraglego-stolu/

Aleksander Ścios (2012-06-04)

1989 - NA POCZĄTKU BYŁO KŁAMSTWO


"To co się działo w 1989 r. nie miało nic wspólnego z wyborami i w tamtym czasie wszyscy to jeszcze nie tylko rozumieli ale i głośno mówili, nawet zwolennicy tej operacji. [...]Dla ludzi Platformy Obywatelskiej wywodzących się z ugrupowania powstałego przy okrągłym stole i z niego czerpiących swoje siły fikcja demokracji u źródeł III RP jest przesłanką usprawiedliwiającą ograniczenie, a nawet likwidację demokracji obecnie. Platforma wychodzi bowiem z założenia, że społeczeństwo, które nie potrafiło wywalczyć demokracji i niepodległości, a następnie pogodziło się z ich fikcją da sobie odebrać istniejące wciąż namiastki demokratycznych instytucji” - napisał przed trzema laty Antoni Macierewicz w referacie wygłoszonym podczas sejmowej konferencji zorganizowanej przez Annę Walentynowicz.


O fikcji leżącej u podstaw państwowości III RP pisał również Krzysztof Czabański - bezpośredni obserwator obrad OS, w wydanej w roku 2005 książce „Pierwsze podejście. Zapiski naocznego świadka”, .której ostatnia część jest dziennikiem prowadzonym od 6 lutego – do 6 kwietnia 1989 roku. Na stronie 225 Czabański zanotował:
„Tu nie chodzi o żadną czystość w rozumieniu romantycznym czy coś w tym rodzaju. O nie. Tu chodzi, po prostu, o wartości. Rozbrat z nimi, obserwujemy to na własne oczy, jest przeżyciem ciężkim i właściwie niewytłumaczalnym. Czyż tego wszystkiego, co się dzieje nie można by robić uczciwiej, rzetelniej?! Myślę, że tak. I wcale nie potrzeba by było do tego więcej wysiłku, wystarczyłoby zaufanie do innych, szanowanie innych, mniej klikowe rozgrywanie spraw. Zapewne się powtarzam, ale mam nieodparte wrażenie, że salon dominował nie tylko inicjatywy „S” i Wałęsę, ale w ogóle całą opozycję. Salon najprostszą drogą do degrengolady.”
Relacja Czabańskiego zawiera również bezcenny zapis opinii przeciwników OS. Kilkanaście stron wcześniej autor zanotował:
„Zadaniem K. W. wszystko to jest mistyfikacją. Według L. za „okrągłym stołem”, a właściwie za zawartym wcześniej układem, stoją duże pieniądze (kilka miliardów dolarów) i to skłania władzę do porozumienia. Według K. jest to plan sowiecki, realizowany bezwzględnie przez Jaruzelskiego i Wałęsę, który zwietrzył możliwość utworzenia przez elitę opozycji establishmentu wespół z elitą władzy. Jakby jednak nie było, wydaje się, że efekt końcowy może być podobny. Otóż, nastąpi legitymizacja władzy, Jaruzelski zostanie prezydentem wybranym przez sejm, który z kolei będzie wybrany przez naród. Wałęsa zaś będzie następnym prezydentem, a na razie np. przewodniczącym Frontu Porozumienia Narodowego. Jadzia uważa, jak donieśli mi wspólni znajomi, że „beton” zaciera ręce i śmieje się ze stołu. Bardziej z „S” zresztą. Dwa centra zawierają układ, a wszystko się i tak wywróci, z tym, że „S” zostanie po drodze skompromitowana. U końca drogi zaś, prorokuje K. W., skorumpowane elity będą blokować społeczeństwo, zaś rządzić będzie prezydent – choćby i Wałęsa – i tajna policja”.


O realizacji planu sowieckiego mówił w 1990 roku francuski historyk i sowietolog, Alain Besancon, w odpowiedzi udzielonej Adamowi Michnikowi na jego list otwarty zamieszczony w "Gazecie Wyborczej". Besancon, analizując sytuację po obradach OS i czerwcowych wyborach  napisał m.in.:
„To, co dzieje się w Polsce, to właśnie to, czego chciał dokonać Gorbaczow u wszystkich swych satelitów. Niemal wszędzie manewr ten zakończył się niepowodzeniem. Powiódł się w Polsce i to jest największym sukcesem Gorbaczowa. Ma w tym swój udział Michnik.”


Z perspektywy dwudziestu dwóch lat, powinna nas zdumiewać wyjątkowa trafność ówczesnych ocen. Historia przyznała rację tym, którzy prognozowali, że „wielka mistyfikacja” stanie się podstawą wszystkich procesów politycznych nowego państwa i pozwoli zastąpić autentyczną demokrację agenturalno-esbeckim erzacem. Proces wyłonienia III RP nawiązywał wprost do tradycji sfałszowanych wyborów z roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili swoje prawa do rządzenia Polakami. Jak tamto historyczne fałszerstwo stało się jednym  najważniejszych elementów mitu założycielskiego PRL -  tak wyborcza farsa z roku 1989 jest do dziś fundamentem układu OS. Samozwańcze „elity” III RP uczyniły z tych „częściowo wolnych” wyborów podstawę ułomnej państwowości i na nich oparły prawo do obecności komunistów w życiu publicznym. Choćby dlatego analogie z wyborami 1947 roku są oczywiste - jeśli nie poprzez sam akt fałszerstwa, to z uwagi na rolę, jaką czerwcowe wybory odegrały w naszej historii. To dzięki nim zalegalizowano PRL i wszystkie patologie  zbrodniczego systemu, włączając sowieckich namiestników i zależnych od okupanta funkcjonariuszy w krwioobieg III RP.  Trudno wyobrazić sobie większą nikczemność wobec narodu złaknionego wolności. Ludzie paktujący z komunistami przy „okrągłym stole” cynicznie wykorzystali nasze marzenia o Niepodległej i uczynili z nich obszar, na którym zbudowano przymierze katów i ofiar.


Jeśli dziś w otoczeniu Bronisława Komorowskiego znajdujemy niemal wszystkich beneficjantów  tego paktu, a w życiu publicznym dominują  postaci z czasów PRL-u – dowodzi to nie tylko trwałości mitu założycielskiego III RP, ale po dwóch dekadach od „wielkiej mistyfikacji” potwierdza jej antynarodowy i antypolski charakter.
Jan Olszewski, pierwszy faktycznie niekomunistyczny premier, w wywiadzie udzielonym niedawno miesięcznikowi „Nowe Państwo” przypomniał, na czym polegała ówczesna wina koncesjonowanej opozycji i samozwańczych „autorytetów”.
„Okrągły Stół – powiedział Olszewski -  był umową pomiędzy częścią elity opozycyjnej a władzami PRL bez udziału społeczeństwa. To są dobrze znane fakty. Strony ustaliły warunki ugody– nie dyskutujmy teraz nad ich adekwatnością. Później nastąpiły wybory 4 czerwca. Głos zabrał naród, czyli suweren. Mimo ograniczenia tych wyborów zasadą kontraktowości dał wyraźne wskazanie, czego sobie życzy.

W prawie rzymskim jest taka instytucja, obecna również w naszym prawie cywilnym, prowadzenia cudzych spraw bez zlecenia. Określa ona sytuację, w której ktoś musi się zaopiekować cudzym mieniem pod nieobecność właściciela i jakie wówczas może podjąć czynności. Można przyjąć, iż w 1989 roku część elity opozycyjnej podjęła się prowadzenia cudzych spraw bez zlecenia. Jednak po 4 czerwca jej rola została zakończona. Prawowici właściciele – czyli obywatele – powrócili. Rola samozwańczego opiekuna dobiegła przez to końca. Tymczasem znaczna część opozycji, która wzięła udział w Okrągłym Stole, albo tego nie zrozumiała, albo zrozumieć nie chciała. Trzymała się zupełnie bezwartościowego przekonania, że dała słowo komunistom i musi go dotrzymać, bo to będzie rzekomo dobre dla wszystkich. I tak mimo jasnego wskazania suwerena pakt z ludźmi PRL trwał przez lata niepodległości, z krótkimi przerwami na próby jego kwestionowania.”


Do tego, niezwykle ważnego wywiadu warto będzie jeszcze powrócić, bo ze strony polityków opozycji nieczęsto można dziś usłyszeć tak głębokie i trafne oceny.
Jan Olszewski precyzyjnie wskazał, że umowy OS nie znalazły akceptacji polskiego społeczeństwa, zaś wyniki wyborów z 4 czerwca podważały w istocie fundament, na którym zbudowano układ III RP. Władza wyłoniona z tych wyborów nie posiadała zatem demokratycznej legitymizacji i podtrzymując antypolski pakt z komunistami - działała wbrew woli suwerena. Ta pierworodna skaza musiała zaważyć na każdych następnych wyborach – czyniąc z nich zaledwie substytut autentycznego aktu demokracji.


Bronisław Komorowski i pozostali rzecznicy umów OS, chcą dziś nazywać rocznicę wyborów 1989 roku „Świętem Wolności” - i przez kolejne lata podtrzymywać fałszywą mitologię tego zdarzenia.  Licząc na niewiedzę lub amnezję Polaków, próbują ukazać je jako „przełomowe i historyczne”, a samych siebie wykreować na wyrazicieli niepodległościowych dążeń. Trudno o dowód większej pogardy i zakłamania - ze strony ludzi, którzy zakpili z własnego narodu.


Niezależnie, jak długo przyjdzie nam znosić butę takich postaci i ile czasu jeszcze upłynie nim obalimy system III RP – trzeba sobie uświadomić, że kłamstwo powtarzane po tysiąckroć nie nabiera cech prawdy, zaś władza wywodząca swój rodowód z historycznego oszustwa, nigdy nie uzyska miana przedstawiciela narodu. Choćby przez dziesięciolecia przywdziewała maski polskości i narzucała nam swoje łgarstwa – na zawsze pozostanie obcą.

Ks. Stanisław Małkowski (2012-05-31)
Boże wychowanie: Czyja wola?
 
Ks. Stanisław Małkowski

Warszawska Gazeta, 25 maja 2012

 

- Duch Święty, który od Ojca i Syna pocho­dzi, zstępuje na ziemię aby niebo z ziemią połączyć.

Pojednanie ludzi z Bogiem doko­nane mocą Krwi Chrystusa ma dopełnienie w postaci działania Ducha Prawdy. Jedność Bożo -ludzka i międzyludzka staje się obrazem jedności Osób Trójcy Świę­tej. Podziały - nie do pokonania w opar­ciu o ludzkie siły - przekracza i zwycięża Bóg.
Natomiast twórcą podziałów jest ­diabeł - taki jest etymologiczny sens greckiego słowa "diabolos" (od dia­ballein - dzielić). Pierwszy podział stał się w Raju, gdy Adam i Ewa zgrzeszyli; następny - gdy Kain zabił Abla; kolejny - gdy ludzie postanowili zjednoczyć się bez Boga i przywrócić światu raj utracony za pomocą utopijnego pro­jektu wieży Babel. W ten sam sposób postępuje dzisiaj diabeł wraz z ludźmi, którzy mu służą (nomina sunt odiosa). "Nie" rzucone Bogu i człowiekowi przykryte jest utopią jedności kosz­tem kłamstwa.

Bóg w swoim miłosierdziu pomieszał języki budowniczym wieży Babel aby nie dopuścić do zre­alizowania fikcji raju na ziemi. Duch Święty w darze języków i wzajem­nego rozumienia się ludzi naprawia to, co dawni i współcześni budowniczo­wie wieży Babel zepsuli i psują. Dia­beł chce rozbić wszelkie autentyczne wspólnoty, w których zawiera się ob­raz Trójcy Świętej: małżeństwo, ro­dzinę, naród, Kościół. Tego jesteśmy świadkami. Kto krzywdzi ludzi, nisz­czy wspólne dobro, walczy z Krzy­żem, historią i religią w szkole, szkodzi Polsce, ten służy złu i Złemu.

Czego więcej trzeba, aby Polacy nauczyli się odróżniać dobro od zła, prawdę od kłamstwa, wspólnotę od utopij­nego przestępczego wspólnictwa? Bóg jest wychowawcą ludzi i narodów, dopuszcza ujawnienie się skutków zła, aby pobudzić siły obrony przed złem.

Podobnie - symptomy choroby po­zwalają poznać chorobę, leczyć pa­cjenta i chorobę pokonać. Chora Polska potrzebuje lekarza a nie znachora lub truciciela. Mamy w Polsce znachorów u władzy, będących jednocześnie tru­cicielami.

Społeczna obojętność dużej części narodu, śpiących rycerzy umoż­liwia i ułatwia rozwój choroby, bezkar­ność trucia. Dawnym wynalazkiem była trutka na szczury, nowym wyna­lazkiem jest "trutka na ludzi”. Brońmy się więc przed truciem w mediach, w szkole, w Sejmie i Senacie, sądach i w rządzie. Kto odsunie od władzy trucicieli? Bóg dał nam wolność, aby­śmy czynili z niej rozumny użytek. Postulatem polskiego rozumu jest ra­tować chorą ojczyznę. lekarstwem jest prawda podawana z miłością - veritas in caritate.
 

Wciąż rozlegają się w Polsce głosy przeciwko społecznemu panowa­niu Chrystusa Króla w Ojczyźnie. Pe­wien kaznodzieja kilka dni temu, w niedzielnej homilii oświadczył: "Jezus nie chce być Królem Polski”.

Bogu dzięki Jezus jest innego zda­nia. Lecz „w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz”.


Maryja chciała być Królową Polskiej Korony i jest. Podobnie Jezus - chce być Królem Polski i będzie. 
 

ze strony: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=6351&Itemid=46
Rebeliantka (2012-05-20)

Wałęsa kontra Wyszkowski, czyli serial, którego nie powinno być

ZACHOWAJ ARTYKUŁ

Wałęsa znów się procesuje z Wyszkowskim. Niezależni dziennikarze nie są chronieni przez polski sąd. Czy prezydent Wałęsa to pieniacz?



Jak wszyscy pamiętamy,  24 marca 2011 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku - Wydział I Cywilny w składzie: SSA Bogusława Sieruga, SA Arina Perkowska, SA Roman Kowalkowski   (sprawozdawca) uchylił korzystny dla Wyszkowskiego wyrok Sądu Okręgowego w Gdańsku z dnia 31 sierpnia 2010 r. sygn. akt I C 1387/07 - oddalający pozew Lecha Wałęsy o ochronę dóbr osobistych - i wydał znamienny wyrok.

W wyroku tym nakazał Wyszkowskiemu opublikowanie w terminie 30 (trzydziestu) dni od uprawomocnienia wyroku w programie II-gim TVP w czasie emisji w godzinach od 18.00 – 18.15 lokalnego programu informacyjnego „Panorama" Gdańskiego Ośrodka TVP S.A. oraz w głównym wydaniu programu informacyjnego „Fakty" telewizji TVN emitowanego w godzinach od 19.00 – 19.30 oświadczenia następującej treści:

„W dniu 16 listopada 2005 r. w programach informacyjnych „Panorama" II programu TVP i „Fakty" telewizji TVN wyemitowano moje oświadczenie, iż powód Lech Wałęsa współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa i pobierał za to pieniądze. To oświadczenie stanowiło nieprawdę i naruszało godność osobistą i dobre imię Lecha Wałęsy, wobec czego ja Krzysztof Wyszkowski odwołuję je w całości i przepraszam Lecha Wałęsę za naruszenie jego dóbr osobistych".

 

 

Sąd Apelacyjny orzekł diametralnie inaczej niż Sąd Okręgowy

Wyrok stanowił całkowite zaprzeczenie uchylonego wyroku Sądu Okręgowego w Gdańsku. Sąd Okręgowy w uzasadnieniu wyroku argumentował m.in., że:

  • Wszelkie aspekty działalności publicznej i społecznej Lecha Wałęsy są przedmiotem badań i poszukiwań źródeł historycznych. Okres, którego dotyczy kwestionowana wypowiedź pozwanego Krzysztofa Wyszkowskiego, jest okresem wcześniejszym, kiedy powód Lech Wałęsa nie był jeszcze postacią tak znaną i jego reputacja nie była jeszcze utrwalona. Jednakże ze względu na szczególny udział powoda w nowej historii Polski, wszelkie aspekty jego działalności publicznej budzą żywe zainteresowanie historyków, którzy rozważają i opracowują istniejące oraz usiłują odnaleźć nieznane jeszcze źródła historyczne dotyczące osoby i działalności powoda. W związku z tym toczy się też szeroka dyskusja publiczna i polityczna z udziałem uznanych autorytetów, które uznają i komentują odnajdywane oraz istniejące dokumenty mające dotyczyć powoda. Dyskusja w tym zakresie nie jest w żaden sposób rozstrzygnięta, nie jest też z powinnością sądu, w niniejszej sprawie, przesądzenie argumentów na rzecz któregokolwiek z tych poglądów historycznych.
  • Sąd w pełni podziela stanowisko Sądu Najwyższego zawarte w wyroku z 15 listopada 2000, zgodnie z którym przedmiotem ustalenia sądu nie może być zaistnienie określonego faktu historycznego i przesądzenie z mocą autorytetu orzeczenia sądowego, że określony fakt historyczny miał miejsce. Sąd może czynić ustalenia dotyczące stanu wiedzy historycznej co do określonego faktu. Ten stan wiedzy zaś stanowić będzie ważny punkt odniesienia przy dokonywaniu oceny  wypowiedzi różnych osób na temat określonych zdarzeń czy faktów historycznych. Ma to znaczenie szczególnie istotne wówczas, gdy dany fakt pozostaje, w świetle aktualnej wiedzy historycznej, sporny.
  • Nie można także skutecznie domagać się orzeczenia przez sąd zakazu wypowiadania się czy głoszenia  określonych poglądów odnośnie do faktów historycznych, pozostawało by to bowiem w sprzeczności z podmiotowym prawem wolności  słowa oraz prawem do wyrażania i obrony własnych przekonań, które zagwarantowane są w konstytucji, w przepisach prawa sądowego, oraz wiążących Polskę aktach prawa międzynarodowego.

Pełen tekst znakomitego orzeczenia Sądu Okręgowego w Gdańsku znajduje się tutaj.

Jak wcześniej napisałam, orzeczenie Sądu Apelacyjnego, uchylające wyrok Sądu Okręgowego w Gdańsku, było diametralnie odmienne. Krzysztof  Wyszkowski wniósł skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. W dniu 30 listopada 2011 r. Sąd Najwyższy w składzie SSN Zbigniew Kwaśniewski, na posiedzeniu niejawnym w Izbie Cywilnej, odmówił przyjęcia skargi kasacyjnej do rozpoznania, powołując się wyłącznie na względy formalne.

Sąd stwierdził, że skarga kasacyjna pozwanego Wyszkowskiego pozbawiona była adekwatnego uzasadnienia wniosku o przyjęcie jej do rozpoznania, gdyż „nie stanowi wystąpienia istotnego zagadnienia prawnego postawienie pytania, ujętego w konwencji istnienia wątpliwości pozwanego, czy dokonanie oceny tylko części materiału dowodowego nie doprowadziło do naruszenia prawa do obrony pozwanego oraz prawa do równego traktowania stron, jak i do naruszenia zasady wydawania orzeczeń w oparciu o pełny materiał dowodowy”.

Więcej tutaj.

W ten sposób Krzysztof Wyszkowski został pozbawiony możliwości zbadania jego racji przez Sąd Najwyższy.

Wyszkowski stanowczo podważa orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Odnosząc się do fragmentu wyroku - o treści:

"Pozwany tymczasem w telewizyjnej wypowiedzi stwierdził jednoznacznie "Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem o pseudonimie BOLEK, donosił na swoich kolegów, brał za to pieniądze." Taka kategoryczna wypowiedź i dotkliwy zarzut powinny były opierać się na sprawdzonych i pewnych dowodach, których nie było i nie ma."

ripostuje:

„To nieprawda - takie dowody były i, mimo kradzieży dokumentów pobranych przez Lecha Wałęsę w 1992 r., zostały sądowi przedstawione!”

 



Czy Wyszkowskiego na wniosek Wałęsy zlicytuje komornik?

Wyrok Sądu Apelacyjnego oznacza iż Wyszkowski jest zagrożony bardzo dotkliwymi konsekwencjami finansowymi. Jak oszacował prof. Marek Czachor w tekście z kwietnia 2011 r. „Sprawa Wyszkowskiego, sprawa Galileusza”:

„Odczytanie nakazanego przez Sąd tekstu zajmuje ok. pół minuty. Koszt wyemitowania 30-sekundowego ogłoszenia w TVN w godz. 19:00-19:30, wg cennika na maj 2011 r., wynosi 55 000 zł. Tak więc samo oświadczenie w TVN to suma rzędu 100 tysięcy złotych. Dodajmy, iż Wyszkowski utrzymuje się z pisania felietonów, więc ma dochody „poniżej zdolności kredytowej”.

To, czy zlicytują Wyszkowskiego, zależy teraz wyłącznie od byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Na razie podejmuje on kroki niejednoznaczne.

W dniu 4.11.2011 r. Wałęsa wystąpił o wydanie Postanowienia w trybie egzekucyjnym, tj. o wezwanie uczestnika Krzysztofa Wyszkowskiego do wykonania prawomocnego wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z dnia 24 marca 2011r. względnie o umocowanie Wałęsy do wykonania tegoż wyroku na koszt dłużnika oraz zagrożenie wymierzeniem grzywny uczestnikowi w razie dalszego uchylania się od wykonania w/wym. wyroku.

Jest to sprzeczne z oświadczeniem Wałęsy z maja 2011 r., w którym twierdził on, że nie zamierza wyegzekwować przeprosin od byłego działacza Wolnych Związków Zawodowych Krzysztofa Wyszkowskiego. Powiedział Radiu Gdańsk, że "to już nie jego sprawa", że spór z Wyszkowskim uważa za zakończony i że żadnych działań podejmować już nie będzie.

Była to reakcja na oświadczenie Wyszkowskiego, w którym zapowiedział on, że nie przeprosi publicznie byłego prezydenta, mimo że nakazał mu to Sąd Apelacyjny w Gdańsku. 

Wyszkowski oświadczył m.in.:

„Sąd - wykonując prawo - może rozmaite rzeczy. Moim zdaniem nie może jednak niczego włożyć w moje usta. Może orzec o obowiązku przeprosin i rozmaite inne postanowienia może... Ale nie może mnie zmusić, czy nakłaniać, do złożenia konkretnie sformułowanego oświadczenia, jeżeli miałbym głosić nieprawdę, zaświadczać coś, o czym nie jestem przekonany, albo - czego zupełnie nie rozumiem. Sąd zapewne lepiej ode mnie wie, że takie oświadczenie woli nie ma żadnej mocy prawnej [jako złożone pod przymusem lub w niewiedzy]. Jak rzekł dawno temu Stanisław Ossowski: co stałoby się z przekonaniem Anglików o insularnym charakterze ich ojczyzny, gdyby obłożyć takie twierdzenie ścisłym administracyjnym zakazem (lub nakazem)?

A gdyby sąd dowolną kazuistyką, czy dialektyką prawną, skłaniał mnie do przekonania (i publicznego głoszenia), że PRL była jednym z wydań niepodległego państwa polskiego albo KPZR wzorową partią demokratyczną świecącą Europie czy światu przykładem - czy mogę usłuchać wezwania do wygłoszenia takiego dictum, jako własnego przekonania? I kto ma prawo stosować środki przymusu doprowadzające człowieka do schizofrenii osądów, by przekonanie było sobie, a głoszone tezy – sobie?

Sądzę, że postanowienie sądowe co do przeprosin w tej postaci jest niczym więcej jak przekroczeniem (obrazą)  czy kreowaniem prawa, które urąga wszystkiemu naraz: prawdzie, zdrowemu rozsądkowi, świadectwu źródeł i faktów, wolności słowa i przekonań, podmiotowości skazanego, który miałby głosić zdania, o których najlepiej wie, że urągają prawdzie. Jeśli sąd drwi z prawa nie pozostaje nic innego jak obywatelski sprzeciw w formie obrony prawa przed sądami i prawnikami. Można rzec - elementarne i niezbywalne nieposłuszeństwo”.

Postanowieniem z dnia 15.11.2011 r. Sąd Rejonowy Gdańsk-Północ uznał się niewłaściwym miejscowo do rozpatrzenia wniosku Wałęsy z 4.11.2011 r. o wydanie Postanowienia w trybie egzekucyjnym i sprawę przekazał do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa.

A więc kwestia wykonania wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku nadal wisi nad Wyszkowskim jak przysłowiowy miecz Damoklesa.

 

Krzysztof Wyszkowski z adwokatkami podczas ogłaszania wyroku


Wałęsa wytacza kolejny proces Wyszkowskiemu

W dniu 8 marca Wyszkowski znowu ma się zgłosić do Sądu Okręgowego w Gdańsku. Jest pozwanym w sprawie z powództwa wniesionego  przez Lecha Wałęsę w dniu 19 grudnia 2007 r. Postępowanie to było zawieszone do czasu rozstrzygnięcia poprzedniego „procesu o Bolka” i zostało właśnie Postanowieniem Sądu z dnia 10 stycznia br odwieszone.

Wałęsa domaga się od Wyszkowskiego kolejnych telewizyjnych przeprosin, za to, że Wyszkowski w dniu 14.grudnia 2007r.w Gdańsku po ogłoszeniu przez Sąd Apelacyjny Wyroku w sprawie Sygn. Akt I.ACa 1164707, na korytarzu sądowym oświadczył dziennikarzom: "Lech Wałęsa był agentem, brał za to duże wynagrodzenie, robił to ochoczo, współpracował "całą gębą". Nadto domaga się wpłaty przez Wyszkowskiego na rzecz Fundacji "Sprawni inaczej" kwoty 30.000,- zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.

A więc serial sądowy trwa.

Konsekwencja Wyszkowskiego i jego dążenie do ujawnienia wszystkich okoliczności biografii Lecha Wałęsy są związane z wysokimi kosztami sądowymi i osobistymi dziennikarza.

Pierwszy "proces o Bolka" trwał od 18 listopada 2005 r. i miał 3 „edycje”. Przypomnijmy to.


Publliczność na procesach Wałęsa kontra Wyszkowski

 

Jak przebiegał „proces o Bolka”?

Pozew Lecha Wałęsy o ochronę dóbr osobistych został wniesiony pod koniec 2005 r.

23 stycznia 2005 r. Wyszkowski wniósł odpowiedź na pozew, w której podniósł, że powoływanie się przez powoda Lecha Wałęsę na:

  1. Zaświadczenie Instytutu Pamięci Narodowej, że powód jest pokrzywdzonym w rozumieniu art. 6 ustawy o IPN.
  2. Wyrok Sądu Apelacyjnego – V Wydział Lustracyjny w Warszawie z r. 2000.

„jest bezpodstawne, ponieważ już w dniu przyznania powodowi tzw. statusu osoby pokrzywdzonej, prof. Jerzy Stępień, członek Trybunału Konstytucyjnego, w wypowiedzi udzielonej telewizji publicznej wskazał, że przyznanie tego statusu nie oznacza orzeczenia, że dana osoba nigdy nie była tajnym współpracownikiem komunistycznych służb specjalnych. Wydany w trybie specjalnym wyrok Sądu Lustracyjnego również nie może być obecnie podstawą do zaprzeczania, iż Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, ponieważ nie uwzględnia on znaczenia, nieznanych wcześniej temu sądowi, dokumentów zgromadzonych przez archiwum IPN po roku 2000 oraz innych świadectw, w pełni potwierdzających twierdzenie, że Lech Wałęsa był płatnym agentem o pseudonimie „Bolek””.

Po roku procedowania Sąd Okręgowy w Gdańsku w dniu 30 stycznia 2006 r. wydałwyrok uznający powództwo Lecha Wałęsy i nakazujący Wyszkowskiemu m.in. telewizyjne przeprosiny powoda (uzasadnienie pisemne wyroku tutaj).

Po złożonej apelacji wyrok ten został w dniu 25 października 2006 r. przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku uchylony, a sprawę przekazano do ponownego rozpatrzenia przez Sąd I instancji.

wyroku Sądu Apelacyjnego znalazły się m.in. dobitne stwierdzenia, że:

„Rozpoznając tę sprawę sąd okręgowy błędnie założył, że zakres postępowania dowodowego, koniecznego dla rozstrzygnięcia o żądaniach pozwu, wyznaczało wydane w sprawie powoda Lecha Wałęsy przez Sąd Apelacyjny w Warszawie V Wydział Lustracyjny w dniu 11 sierpnia 2000r. orzeczenie stwierdzające, że złożone przez kandydata na Prezydenta RP Lecha Wałęsę oświadczenie lustracyjne jest zgodne z prawdą. Uznał bowiem, że ten wyrok wiąże go w sprawie o ochronę dóbr osobistych, gdyż to związanie wynika z regulacji przyjętej wart. 365 k.p.c. Co więcej, przyjął także, że skoro sąd właściwy do orzekania w tzw. sprawach lustracyjnych uwolnił powoda od zarzutu współpracy z organami bezpieczeństwa państwa, nie może czynić odmiennych ustaleń na potrzeby tej sprawy. 

Sąd apelacyjny nie akceptuje tej argumentacji, gdyż jest ona merytorycznie wadliwa.

W pierwszej kolejności trzeba przypomnieć, że art. 365 k.p.c., do którego odwoływał się sąd okręgowy uzasadniając swój pogląd o wiążącej mocy wyroku sądu lustracyjnego wydanego w stosunku do powoda, reguluje kwestię związania sądu wydanym orzeczeniem w innej sprawie, gdy tym orzeczeniem jest orzeczenie sądu cywilnego. 

\/\/spomniany wyrok sądu lustracyjnego z 11 sierpnia 2000r. wiązałby więc sąd cywilny orzekający w sprawie ochrony dóbr osobistych Lecha Wałęsy, gdyby był to wyrok sądu cywilnego. Poza tym to związanie zamykałoby się w granicach wyznaczonych przez art. 365 § 1 k.p.c., a więc sąd byłby związany faktem jego wydania, nie zaś motywami i przesłankami, na jakich oparto to rozstrzygnięcie".

I dalej:

"Widać więc, że orzeczenie lustracyjne nie jest tym, o którym mówi przywołany przez sąd okręgowy art. 365 k.p.c. Zatem tego przepisu nie można stosować do orzeczeń w sprawach lustracyjnych, gdyż te niewątpliwie nie są orzeczeniami wydanymi w sprawach cywilnych, o czym przekonuje konieczność odpowiedniego stosowania przepisów kodeksu postępowania karnego do wydania wyroku przez sąd lustracyjny, przeprowadzenia postępowania przed tym sądem i ustalenia statusu osoby lustrowanej.

Wyroki wydane przez sąd lustracyjny, przy odpowiednim stosowaniu do nich przepisów kodeksu postępowania karnego, można przyrównać do dwóch kategorii wyroków zapadających w sprawach karnych, a mianowicie do wyroków skazujących i wyroków uniewinniających.

Wyrok uwalniający osobę lustrowaną od zarzutu bycia kłamcą lustracyjnym jest zbliżony do wyroku karnego uniewinniającego, zaś wyrok uznający osobę lustrowaną za kłamcę lustracyjnego podobny jest do wyroku karnego skazującego. 

Dlatego ewentualny wpływ rozstrzygnięcia, jakie zapadło w sprawie lustracyjnej na toczące się postępowanie cywilne, wyznacza nie art. 365 k.p.c., jak błędnie założył sąd okręgowy, tylko art. 11 k.p.c. Zatem jedynie drugi z wspomnianych wyroków sądu lustracyjnego, a więc wyrok orzekający o złożeniu fałszywego oświadczenia lustracyjnego, czyli uznający za kłamcę lustracyjnego, wiązałby sąd cywilny. Jest tak ponieważ jest on bliski wyrokowi karnemu skazującemu, a tylko taki wyrok wiąże sąd cywilny jeśli chodzi o fakt popełnienia przestępstwa. Zatem jedynie taki wyrok przesadzałby w wiążący dla sądu cywilnego sposób, że osoba lustrowana złożyła nieprawdziwe oświadczenie lustracyjne. 

Skoro sąd lustracyjny w wyroku z 11 sierpnia 2000r. stwierdził, że oświadczenie złożone przez powoda o braku współpracy z organami bezpieczeństwa państwa, jest prawdziwe, owego związania sądu cywilnego rozpoznającego sprawę o ochronę dóbr osobistych wyrokiem w sprawie lustracyjnej nie ma. 

Droga do czynienia ustaleń procesowych przydatnych dla rozstrzygnięcia była więc otwarta i sąd okręgowy powinien był umożliwić stronom, zwłaszcza pozwanemu, dowodzenie swoich racji.

Przyjmując jednak błędne założenie, iż jest związany wspomnianym wyrokiem sądu lustracyjnego, ograniczył prawo pozwanego do prowadzenia postępowania dowodowego, które miało go uwolnić od odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych powoda. 

Swiadczy o tym przebieg rozprawy w dniu 23 stycznia 2006r., w trakcie której sąd okręgowy odebrał głos pozwanemu i nie udzielił mu go przed zamknięciem rozprawy, naruszając w ten sposób dyspozycję art. 224 § 1 k.p.c. i tym samym uniemożliwił pozwanemu zainicjowanie postępowania dowodowego. 
To, że pozwany takie postępowanie dowodowe chciał prowadzić świadczy jego aktywność procesowa, którą przejawił po zamknięciu rozprawy i przed wydaniem wyroku. Pozwany złożył bowiem wniosek o otwarcie rozprawy na nowo, chociaż niefortunnie nazwał go wnioskiem o wznowienie postępowania i zgłosił szereg dowodów, o których przeprowadzenie wnioskował. 

Pomijając kwestię nieprzydatności części z nich dla czynienia procesowych ustaleń, część z tych dowodów mogła mieć znaczenie dla ustalenia zakresu odpowiedzialności pozwanego - co dodatkowo potwierdziły czynności wyjaśniające sądu apelacyjnego - wobec czego sąd okręgowy nie mógł odmówić ich przeprowadzenia.

Poza tym trzeba mieć również na uwadze, że pozwany argumentował, iż część z oferowanych dowodów, mających świadczyć o agenturalnej przeszłości powoda, nie była znana sądowi lustracyjnemu. Dlatego tym bardziej należy mu umożliwić zainicjowanie postępowania dowodowego i dać możliwość udowodnienia prawdziwości stawianych zarzutów. 

Skoro, jak widać, sąd okręgowy popełnił szereg uchybień procesowych, które mogły zaważyć na poprawności wydanego wyroku i w ogóle nie prowadził postępowania dowodowego, zaskarżony wyrok musi być uchylony I sprawa przekazana do ponownego rozpoznania temu sądowi, gdyż postępowanie dowodowe trzeba będzie przeprowadzić w całości”.

Druga edycja procesu zakończyła się orzeczeniem Sądu Okręgowego w Gdańsku z dnia 5 marca 2007 r. ponownie uznającym powództwo Wałęsy, a po wniesieniuapelacji przez Krzysztofa Wyszkowskiego, kolejnym uchyleniem Wyroku Sądu Okręgowego przez Sąd Apelacyjny i skierowaniem sprawy do ponownego rozpatrzenia.

W apelacji Krzysztof Wyszkowski dobitnie wskazywał na liczne naruszenia prawa procesowego podczas rozprawy, m.in. na:

  1. pozbawienie pozwanego prawa do reprezentowania go przed Sądem za pośrednictwem pełnomocnika mimo jego prawidłowego umocowania do działania w terminie rozprawy przez ustne zgłoszenie pełnomocnictwa w toku sprawy po wniesieniu stosownego oświadczenia przez pozwanego,
  2. naruszenie przepisu art. 5 k.p.c., przez jego niezastosowanie polegające na tym, że Sąd Okręgowy mimo zaistnienia uzasadnionej potrzeby procesowej nie udzielał niezbędnych wskazówek, bez których strona pozwana nie mająca pomocy prawnej ze strony profesjonalnego pełnomocnika procesowego pozbawiona była wpływu na toczący się proces i nie mogła zrealizować swoich uprawnień i gwarancji prawa strony do obrony,
  3. błędną wykładnię i zastosowanie przepisów kpc, polegające na tym, iż Sąd Okręgowy, uprzedzając właściwe rozpoznanie sprawy, wnikał w materialno-prawną ocenę treści i skuteczności wnioskowanych przez pozwanego czynności procesowych i w ten sposób wypowiadał się o zakładanym z góry wyniku procesu, co wskazuje na zaistnienie przedwczesnego (tzn. wyprzedzającego orzeczenie) ustosunkowania się do istoty sprawy, skutkujące nie uwzględnieniem w wyniku tego ocen prawnych i zaleceń Sądu Apelacyjnego w Gdańsku zawartych w uzasadnieniu wyroku z dnia 25. 10. 2006 r.,
  4. pominięcie i nie dopuszczenie zgłoszonych wniosków dowodowych z dokumentacji IPN oraz przedstawionych świadków mających potwierdzić prawdziwość wypowiedzi pozwanego, względnie potwierdzić zachowanie rzetelności i należytej staranności przez pozwanego przy zbieraniu do badań materiałów na temat współpracy powoda z komunistycznymi służbami specjalnymi,
  5. naruszenie przepisów prawa procesowego przez jego niezastosowanie, a mianowicie przepisu art. 328 par. 2 k.p.c. poprzez całkowite pominięcie w przez Sąd w swoich rozważaniach przyczyn dla których odmówił on wiarygodności i mocy wszystkim dowodom przedstawionym przez pozwanego.

Zwraca zatem uwagę, że w drugiej edycji procesu – podobnie jak w pierwszej – gdański Sąd Okręgowy dopuszczał się licznych naruszeń proceduralnych, uniemożliwiających wydanie rzetelnego wyroku.

Zostało to zmienione dopiero w trzeciej „edycji” postępowania, zakończonej wyrokiem Sądu Okręgowego w Gdańsku z dnia 31 sierpnia 2010 r., oddalającym powództwo Lecha Wałęsy.

No i co z tego, skoro tym razem Sąd Apelacyjny w Gdańsku - po zaskarżeniu wyroku przez Lecha Wałęsę - w orzeczeniu z dnia 24 marca 2011 r. także dopuścił się naruszeń procedury cywilnej i - bezpodstawnie odrzucając część materiału dowodowego - orzekł na korzyść Lecha Wałęsy?


 

Konkluzje końcowe

Lech Wałęsa wygrał z Krzysztofem Wyszkowskim po 6 latach krążenia sprawy między Sądem Okręgowym i Apelacyjnym w Gdańsku – jak się wydaje – wyłącznie z powodu nieprzestrzegania prawa procesowego przez Sądy. Sąd Najwyższy uchylił się od zajęcia stanowiska w tej sprawie.

Krzysztof Wyszkowski, poważnie chory (w ubiegłym roku przeszedł 2 ciężkie operacje neurochirurgiczne), ponoszący przez wiele lat niebagatelne koszty procesów, stoi nadal wobec perspektywy poniesienia drakońskich konsekwencji finansowych wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z dnia 24 marca 2011 roku. Właściwie to nie jest w stanie im sprostać.

Ponadto rozpoczyna się kolejny proces, który – z uwagi na poprzednie orzeczenie – Wyszkowski może przegrać.

Czy prawda historyczna w Polsce będzie coraz trudniej dostępna, bo Sądy uniemożliwiają swobodę wypowiedzi historykom i dziennikarzom?

Co zatem można zrobić? Nie zostawmy Krzysztofa Wyszkowskiego samotnym.

 

 

Konto na donacje

Zapamiętajmy to konto, bo to jedna z rzeczy, którą na pewno możemy zrobić dla Krzysztofa Wyszkowskiego:

Z POLSKI i ZAGRANICY:
odbiorca: Krzysztof Wyszkowski
adres: ul. Andersa 12/5
kod i miasto: 81-831 Sopot
nazwa banku: BZWBK 0/Sopot
nr konta: PL20109010980000000109171939
Kod SWIFT (BIC code) BZ WBK S.A.: WBKPPLPP

WPŁATY W WALUCIE EURO:
odbiorca: Krzysztof Wyszkowski
adres: ul. Andersa 12/5
kod i miasto: 81-831 Sopot
nazwa banku: BZWBK 0/Sopot
nr konta: PL74109010980000000116331798 waluta: EUR
Kod SWIFT (BIC code) BZ WBK S.A.: WBKPPLPP

Tytuł wpłaty: donacja

Wpłaty na Fundację Obrony Wolności Słowa

 

I upowszechniajmy poniższy załącznik.

Appendix

/To uzasadnienie należy zapamiętać, gdyż tak orzekają rzetelni sędziowie/

Wyrok Sądu Okręgowego w Gdańsku, I Wydział Cywilny z dnia 31 sierpnia 2010 roku, uchylony orzeczeniem Sądu Apelacyjnego z dnia 24 marca 2011 roku

Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej

Dnia 31 sierpnia 2010 roku, Sąd Okręgowy w Gdańsku, I Wydział Cywilny, w składzie tu obecnym, po rozpoznaniu, w dniu 3 sierpnia 2010 roku, w Gdańsku, na rozprawie sprawy z powództwa Lecha Wałęsy przeciwko Krzysztofowi Wyszkowskiemu o ochronę dóbr osobistych i zapłatę:

1. powództwo oddala;

2. zasądza od powoda na rzecz pozwanego kwotę 140 złotych tytułem zwrotu kosztów sądowych i kwotę 2760 złotych tytułem zwrotu kosztów zastępstwa procesowego.

(Uzasadnienie ustne)

Sąd przedstawi główne, zasadnicze motywy rozstrzygnięcia, którymi kierował się wydając to orzeczenie: Pan powód Lech Wałęsa domagał się w niniejszej sprawie ochrony swoich dóbr osobistych, naruszonych, jak twierdził, wypowiedzią pozwanego Krzysztofa Wyszkowskiego z 16 listopada 2005 roku, w której pozwany stwierdził, że powód w latach 70-ych ubiegłego stulecia współpracował z SB, oraz pobierał za to pieniądze. Wypowiedź pozwanego została wyemitowana, przez telewizję w  dniu, w którym panu powodowi wręczone zostało, przez prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, zaświadczenie stwierdzające, że powód został uznany za pokrzywdzonego, w rozumieniu artykułu 6 ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Pozwany, z kolei, wnosił o oddalenie powództwa zarzucając, że posiada dowody na prawdziwość swojego twierdzenia, a także, iż jako dziennikarz zbierał materiały dotyczące powoda, zaś swoją wypowiedź poprzedził rzetelną i staranną analizą źródeł.

W toku procesu strony spierały się co do skutków wystawionego panu powodowi zaświadczenia przez IPN, skutków jakie wywołało orzeczenie sądu lustracyjnego, a także, co do zasady swobody wypowiedzi pana pozwanego w tym przedmiocie. Pozwany szeroko argumentował, że jego wypowiedź była jednym z głosów w dyskusji publicznej, zaś za możliwością jej głoszenia przez pozwanego jako dziennikarza przemawia fundamentalna zasada wolności wypowiedzi, wolności słowa oraz prawo do poszukiwania prawdy historycznej w społeczeństwie demokratycznym. Dla sądu jest niewątpliwe, że pan powód jest, był i będzie postrzegany, zarówno w Polsce, jak i na świecie, jako ikona Solidarności, jako legendarny przywódca Solidarności oraz symbol zmian, które doprowadziły do upadku komunizmu. Wynika to z roli powoda w wydarzeniach jakie doprowadziły do podpisania ,,porozumień sierpniowych’’ i zapoczątkowały przejście Polski do systemu demokratycznego. Z tym niewątpliwie wiąże się uprawnienie pana powoda do domagania się szczególnej ochrony jego dóbr osobistych określonych w artykule 23 kodeksu cywilnego.

Z drugiej jednak strony, właśnie w związku z tą rolą oraz wydarzeniami, pan powód stał się osobą publicznie znaną, postacią wręcz historyczną, której wszelkie aspekty działalności publicznej i społecznej są przedmiotem badań i poszukiwań źródeł historycznych. Okres, którego dotyczy kwestionowana wypowiedź pozwanego, jest okresem wcześniejszym, kiedy powód nie był jeszcze postacią tak znaną i jego reputacja nie była jeszcze utrwalona. Jednakże ze względu na szczególny udział powoda w nowej historii Polski, wszelkie aspekty jego działalności publicznej budzą żywe zainteresowanie historyków, którzy rozważają i opracowują istniejące oraz usiłują odnaleźć nieznane jeszcze źródła historyczne dotyczące osoby i działalności powoda. W związku z tym toczy się też szeroka dyskusja publiczna i polityczna z udziałem uznanych autorytetów, które uznają i komentują odnajdywane oraz istniejące dokumenty mające dotyczyć powoda. Dyskusja w tym zakresie nie jest w żaden sposób rozstrzygnięta, nie jest też z powinnością sądu, w niniejszej sprawie, przesądzenie argumentów na rzecz któregokolwiek z tych poglądów historycznych. W tym zakresie sąd w pełni podziela bowiem w pełni stanowisko Sądu Najwyższego zawarte w wyroku z 15 listopada 2000, zgodnie z którym przedmiotem ustalenia sądu nie może być zaistnienie określonego faktu historycznego i przesądzenie z mocą autorytetu orzeczenia sądowego, że określony fakt historyczny miał miejsce. Sąd może czynić ustalenia dotyczące stanu wiedzy historycznej co do określonego faktu. Ten stan wiedzy zaś stanowić będzie ważny punkt odniesienia przy dokonywaniu oceny  wypowiedzi różnych osób na temat określonych zdarzeń czy faktów historycznych. Ma to znaczenie szczególnie istotne wówczas, gdy dany fakt pozostaje, w świetle aktualnej wiedzy historycznej, sporny.

Nie można także skutecznie domagać się, jak zauważa Sąd Najwyższy, orzeczenia przez sąd zakazu wypowiadania się czy głoszenia  określonych poglądów odnośnie do faktów historycznych, pozostawało by to bowiem w sprzeczności z podmiotowym prawem wolności  słowa oraz prawem do wyrażania i obrony własnych przekonań, które zagwarantowane są w konstytucji, w przepisach prawa sądowego, oraz wiążących Polskę aktach prawa międzynarodowego.

Strona powodowa powoływała się na związanie sądu orzeczeniem Sądu Lustracyjnego z 11 sierpnia 2000 roku. Niewątpliwie w świetle przepisów kodeksu postępowania cywilnego takie związanie nie istnieje. Jednakże sąd miał na uwadze również wyrok Sądu Najwyższego, dotyczący sytuacji podobnej, aczkolwiek nie identycznej, w której Sąd Najwyższy stwierdził że orzeczenie Sądu Lustracyjnego ma wiążący skutek dla sądu w sprawie ochrony dóbr osobistych. Trzeba mieć jednak na uwadze że sytuacja faktyczna w sprawie będącej wówczas przedmiotem rozstrzygania przez Sąd Najwyższy, była odmienna od sytuacji jaka ma miejsce w niniejszej sprawie. Sąd zważył, że niniejsza sprawa ma charakter całkowicie odmienny. Wynik tej sprawy, zdaniem sądu, dotyczy w rzeczywistości nie ustaleń określonego faktu historycznego, ale dopuszczalności określonych wypowiedzi, dopuszczalności w zasadzie wolności słowa w zakresie określonych faktów historycznych. Zdaniem sadu nie można w sposób prosty wskazać, że w sprawie w której zachodzi spór co do zaistnienia określonych faktów historycznych i w której od lat trwają prace historyków zmierzające do odnalezienia dokumentów dotyczących tego okresu, a także ich odpowiedniej interpretacji, zgodnie z zasadami metodyki obowiązującej historyka, sąd ma dokonać na podstawie zaoferowanych dowodów jednoznacznego ustalenia, czy dany fakt historyczny miał miejsce, czy też nie i na tej podstawie dokonać oceny zasadności powództwa o ochronę dóbr osobistych postaci żyjącej, a jednocześnie historycznej.

Dlatego też nie można stwierdzić, jak chce strona powodowa, że w takiej sytuacji powód może domagać się zawsze skutecznie ochrony swoich dóbr osobistych, jeżeli pozwany nie dowiedzie z całą skutecznością i w sposób jednoznaczny, że powód był tajnym współpracownikiem ps. Bolek, przedstawiając dowód w postaci pisemnego oświadczenia powoda o zobowiązaniu się do współpracy. Nie sporne jest, że w chwili obecnej historycy nie znajdują się w posiadaniu takiego dowodu. Nie znaczy to jednak że należy calkowicie wykluczyć możliwość badania istnienia takiego faktu historycznego i prowadzenia dyskusji na temat jego istnienia. Nie można też, zdaniem sądu, zabronić, w takiej sytuacji, wypowiadania się, zwłaszcza dziennikarzom, na podstawie rzetelnych przesłanek opartych na solidnych badaniach historycznych, co do istnienia określonego faktu historycznego. Zdaniem sądu powód nie może domagać się, aby sąd poprzez swoje decyzje zabronił w istocie poszukiwania prawdy historycznej.

Wprawdzie zgodzić się należy z twierdzeniem sądu apelacyjnego, że dla powoda, właśnie z uwagi na jego pozycję, pomówienie o agenturalność jest szczególnie dotkliwe, to jednak należy mieć, z drugiej strony, na uwadze, że właśnie powód jako osoba niewątpliwie nie tylko bardzo znana, publiczna, ale też, w omówionym wyżej sensie, historyczna, musi liczyć się z obowiązkiem znoszenia w większym zakresie zainteresowania swoją osobą, krytyki swoich poczynań czy formułowania określonych twierdzeń, na podstawie ujawnionych faktów historycznych. Zwłaszcza należy mieć w tym zakresie na uwadze, że dyskusja na temat domniemanej agenturalności powoda, nie zaczęła się toczyć na skutek wypowiedzi pozwanego, ale że ta właśnie wypowiedź pozwanego, była jedynie elementem szerokiej dyskusji, toczącej się w tym zakresie od wielu lat.

Sąd miał więc na uwadze fakt, iż powyższe orzeczenie Sądu Lustracyjnego zapadło w określonym stanie wiedzy, przy dysponowaniu przez sąd określonym materiałem dowodowym, przy czym miało to miejsce w roku 2000, zaś kwestionowana wypowiedź pozwanego w roku 2005. Od tego czasu do momentu tej wypowiedzi pozwanego prowadzono szereg dalszych prac historycznych i ujawniono szereg dalszych źrodeł historycznych, które spowodowały szeroką dyskusję na temat domniemanych związków powoda z SB. Dyskusja ta zaowocowała także szeregiem publikacji prasowych i książkowych, w których temat ten szeroko omawiano. Zatem wypowiedź pozwanego nie była wypowiedzią jednostkową, ale jednym z wielu głosów w powyższej dyskusji publicznej na temat wyników pracy historyków. Sąd zważył że pozwany, jako dziennikarz od lat zajmujący się zbieraniem, analizowaniem i publikowaniem wyników badań i danych historycznych na ten temat, uprawniony był do zabrania głosu w powyższej dyskusji, zaś powód jako osoba publiczna i zarazem postać szczególna dla najnowszej historii Polski, musi liczyć się z tym że cały okres jego działalności publicznej będzie poddawany szczególnej analizie, która będzie przedmiotem dysputy publicznej.

Dlatego też zdaniem sądu w sprawie niniejszej zadaniem pozwanego nie było wykazanie w sposób bezsporny, że jego wypowiedź dziennikarska była prawdziwa, zwłaszcza wobec toczącego się sporu historyków na ten temat, ale że jako dziennikarz dochował należytej staranności w zbieraniu informacji i ich weryfikacji oraz że oparł się na rzetelnych źródłach. W toku procesu pozwany wykazał, że ten warunek spełnił opierając się na badaniach niezależnych historyków polskich i zagranicznych, wypowiedziach osób publicznych, które mógł uważać za osoby wiarygodne z uwagi na to, że miały bezpośredni dostęp do dokumentów dotyczących omawianej kwestii. Dyskusja zaś w tym zakresie, toczyła się również z udziałem powoda, który także mógł i wypowiadał się w tej kwestii, czasem nawet w sposób prowokacyjny. W dyskusji tej wypowiadało się też wiele innych osób, nie zawsze na korzyść powoda, zaś powód nie sprzeciwiał się przed sadem analogicznym wypowiedziom innych osób.

Podsumowując stwierdzić należy, że sąd w żadnym razie nie ustalił w niniejszej sprawie, aby powód prowadził działalność agenturalną pod ps. Bolek. Okoliczność powyższa sprowadzała by się bowiem do ustalenia przez sąd, z mocą jego autorytetu, czy miał miejsce określony fakt historyczny, który jest sporny. W tym zakresie sąd orzekający w niniejszej sprawie w pełni podziela stanowisko Sądu Najwyższego, stwierdzające że rolą sądu nie jest ustalenie faktów historycznych, a najwyżej stanu wiedzy historycznej na temat zaistnienia określonego faktu. Sąd uznał jedynie, że pozwany dochował należytej staranności i rzetelności dziennikarskiej, i w świetle posiadanych informacji, po dokonaniu weryfikacji ich źródeł, był uprawniony zabrać głos w dyskusji publicznej na temat stanu wiedzy historycznej dotyczącej spornego fragmentu działalności publicznej powoda. To mając na uwadze sąd na podstawie artykułu 24 kodeksu cywilnego a contrario, orzekł jak w sentencji wyroku o kosztach, orzekając na podstawie zasady o odpowiedzialności za wynik procesu.

Bardzo państwu dziękuję.

ze strony: http://rebeliantka.nowyekran.pl/post/52567,walesa-kontra-wyszkowski-czyli-serial-ktorego-nie-powinno-byc