Teofil Topacz (2009-05-18)
    Choć tytułowe hasło odnosiło się onegdaj do prasy peerelowskiej, można i dziś zarzut kłamstwa postawić niektórym tekstom „Gazety Wyborczej”. „Opole zignorowało wykład homofoba” – donoszą na jej łamach (11.05.2009) Anita Dmitruczuk i Piotr Guzik. Jedno zdanie i kilka kłamstw. Bo świadoma dezinformacja to też kłamstwo.
    Jeśli przez „Opole” rozumieć „wszyscy mieszkańcy miasta”, to autorzy mijają się z prawdą, ponieważ uczestnicy spotkania są w większości również mieszkańcami tego miasta.  Jeśli natomiast „Opole” rozumieć jako pars pro toto, to chyba nie bardzo wiedzą, o czym mówią. Jakby przybyli z innej, peerelowskiej rzeczywistości. Wykład nie jest przecież wiecem.
    Dalej, etymologicznie źródłosłowem bezokolicznika „zignorować” jest łac. ignoro – „nie wiem, nie znam”. Stąd „ignorancja” to „brak wiedzy, czyli nieuctwo”, a „ignorant” to po prostu „nieuk”. Zatem „zignorować” znaczy „zlekceważyć z powodu nieuctwa”. Czyżby to mieli do zakomunikowania opolanom wszystko „lepiej wiedzący” dziennikarze „Gazety Wyborczej”? 
Wreszcie, rzeczownik „homofob” nie wystąpił tu w funkcji pojęcia, lecz obraźliwego epitetu. Jako taki nie zawiera więc treści poznawczych, a jedynie emocjonalne. Jeśli o czymś informuje, to chyba jedynie o niezbyt stabilnym stanie psychicznym autorów. Również twierdzenie, że Paul Cameron „domaga się, by homoseksualistów zamykać w gettach” to zwykłe pomówienie, którego właściwym miejscem jest magiel.
    Wedle słownika wyrazów obcych „dyskusja” to „wymiana zdań na jakiś temat”. Swoje zdania wypowiedziało, łącznie z Błażejem Chorosiem, 6 osób. Nie jest zatem prawdą, że organizatorzy nie dopuścili do dyskusji. Zapobiegli natomiast prowokacji ze strony umyślnego „Gazety Wyborczej”. Żądanie, by psycholog uzasadniał fakty, istotnie zawiera w sobie coś sowieckiego, czyli nienormalnego. Faktów bowiem się nie uzasadnia. One po prostu są.
    Gdyby zatem B. Choroś chciał rzeczywiście dowieść, że tezy P. Camerona są tylko jego mniemaniami, powinien przedstawić tezy własne, poparte wiarygodnymi danymi. Tego jednak nie uczynił, bo chciał jedynie zakłócić przebieg spotkania. Widocznie jaka gazeta, taki i jej „uczony” wysłannik.  Pewnie dlatego podała zaniżoną liczbę uczestników spotkania, że autorzy umieją liczyć tylko do dwudziestu kilku.
    Na koniec, dla poszerzenia tematu wykładu, dwa fragmenty z książki „Wszystko inaczej”, autorstwa nieżyjącego już pisarza, publicysty, kompozytora i polityka. Prywatnie, przyjaciela Adama Michnika. Oto  fragment, w którym pederastów nazywa „Aniołami”: „ ...policja zawsze chętnie przychodzi tam, gdzie są Anioły, wszelkiego typu szpicle węszą w Aniołach łatwy łup, czują tu podatność do szantażu, „materiał ludzki” płynny, odmienny od otoczenia, słabszy, bo powiązania ze światem ma inne, specjalne, łatwe do rozszyfrowania. Poza tym dla Anioła prywatne sprawy ludzkie, sprawy przyjaźni, zaufania, zrozumienia czy zgoła miłości, mającej tu częstokroć charakter bardziej duchowy niż między kobietą a mężczyzną, wszystko to znacznie jest ważniejsze od wszelkich problemów politycznych, ideologicznych, nawet od przyjętych kryteriów honoru. Cień pułkownika Redla, szefa wywiadu wojskowego cesarstwa Habsburgów, z którego to Redla Rosjanie, podstawiwszy mu pięknego młodzieńca, wyciągnęli wszystko, co tylko chcieli... unosi się nad wszelkimi anielskimi sprawami i szpicle, flicki całego świata doskonale o tym wiedzą”. I dalej: „Pewna renomowana i szeroko słuchana wróżka amerykańska obwieściła kiedyś, że przeznaczenie Ameryki wypełni się dopiero, gdy prezydentem Stanów zostaną kolejno: Żyd, Murzyn, kobieta i pederasta. Znacząca to rzecz, iż homoseksualistę umieściła na końcu, jako postać najbardziej wątpliwą, bo krańcowo wyalienowaną i uzależnioną. Istotnie: anielskość przepaja charakter i umysłowość zainteresowanego bez jego wiedzy i świadomości, pozbyć się jej nie może, nie sposób wszak pozbyć się samego siebie, wyjść poza swoją naturę. Częstokroć, myśląc, że działa publicznie, działa taki człowiek całkiem prywatnie”.
    Naśladując autora książki: Zgadnij, koteczku, kto to napisał?

Jacek Bezeg (2009-05-17)
    Szanowny Panie prezydencie Rzeczypospolitej Polski. Chciałbym prosić Pana o znaczne spowolnienie przemian jakie zachodzą w naszej okolicy ze względu na mojego znajomego, pana Macieja. Miał on bardzo trudne dzieciństwo, a i resztę życia też niełatwą.  Miał pecha urodzić się w rodzinie polskiej zamieszkałej w małej podopolskiej wiosce czyli jako obywatel niemieckiej rzeszy. Ojciec, który nie dość, że sam był awanturnikiem, bo brał czynny udział w powstaniach, mających za cel zupełnie bezsensowne przyłączenie Śląska do Polski, to jeszcze w fatalny sposób wychował swoje dzieci. Miał zwyczaj zmuszać je do oglądania wschodzącego słońca komentując ten fakt bardzo nacjonalistycznie: "Widzicie, tak jak teraz to słońce stamtąd wschodzi, tak kiedyś stamtąd przyjdzie do nas Polska." Pan Maciej, wraz z rodzeństwem, czekał więc z utęsknieniem na tę Polskę. Takich ludzi Niemcy nie lubili i dlatego dzieciństwo było takie trudne.
    Kiedy wreszcie Polska przyszła też nie było lekko. Okazało się, ze Ślązak to niby Polak, ale jakiś taki gorszy, a chwilami to nawet podejrzany. Kilku kolegów i znajomych pana Macieja potraktowanych w ten sposób zdecydowało się pozostać raczej obywatelami państwa niemieckiego i wyjechać za tymi, z którymi ich ojcowie i dziadowie walczyli. Lepszy jest przeciwnik znany, do którego już się przywykło, niż nowy, zachowujący się w sposób trudny do zrozumienia. Pan Maciej był jednak uparty. "Polska to nasza matka. O matce nie można mówić źle." - wbili mu do głowy i tego się trzymał. Kiedy po latach, na skutek demokratycznych przemian, stała się ona dużo łatwiejsza do kochania, cieszył się jak dziecko.
    Jednak, nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło. Pojawili się, jak ich pan Maciej nazywa, "sprzedawczyki", którzy przyjmują drugie obywatelstwo, by jeździć do lepszej pracy. W szkołach uczy się dzieci "języka ojczystego", którym okazuje się być niemiecki. W kościołach są modły w "języku serca" czyli też po niemiecku. A już zupełnie ostatnio na drogach pojawiają się tablice z nazwami wiosek w tym samym języku. I to często pomimo protestów większości ich mieszkańców. Rodzice, nijak swym dzieciom nie potrafią tego "ojczystego" języka przybliżyć, a i dziadkowie niewiele go pamiętają, bo niezbyt za nim przepadali. Tubylców, znających tylko niemiecki można w całym województwie na palcach jednej ręki policzyć, jeśli w ogóle tacy są. Nikt więc nie potrafi wyjaśnić, po co, te zapomniane już nazwy, na drogowych tablicach. W czyim interesie się je przypomina?
    Pan Maciej ma swoje zdanie na ten temat. Obawia się, że ta niegdyś tak wyczekana i wymarzona Polska chce nas sprzedać, albo i za darmo Niemcom oddać. Po to tylko, aby się na nas, za tę wojnę, nie gniewali. Nie dość, że tak myśli to jeszcze takie rzeczy ludziom opowiada. Pan Maciej jest już w mocno zaawansowanym wieku, a i zdrowie ma nienajlepsze, więc zapewne niedługo umrze. Chodzi dosłownie o kilka, no góra kilkanaście lat.  Wstrzymanie przemian o które proszę naprawdę nie będzie musiało trwać zbyt długo. Jednak póki pan Maciej żyje dobrze byłoby oszczędzić mu cierpień i lęków. Boi się on bardzo tego co może go spotkać. Oczywiście wszyscy pozostali dobrze rozumiemy, jakie są konieczności dziejowe. Skoro już wiadomo, że wojnę wywołali naziści, a Niemcy byli narodem, który przez nich ucierpiał pierwszy i najbardziej, to nie ma powodu, aby dłużej im dokuczać, a nawet dobrze byłoby jakoś im te cierpienia wynagrodzić. Dlatego obiecuję, że po spokojnej śmierci pana Macieja już nikt na całym Śląsku nie będzie się pomysłom Rządu i Pana Prezydenta sprzeciwiał, ani czynem, ani najmniejszą nawet myślą.

Jacek Bezeg (2009-05-11)

      Odwiedził także i Opole, kontrowersyjny bardzo Amerykanin, doktor Paul Cameron. Jak to zwykle on, starszy już człowiek, narzekał i straszył.

 

 

      Narzekał na amerykańskich homoseksualistów, że za dużo chorują i zbyt kosztownie są leczeni. Lecz to przecież nie ich wina, a tamtejszych podatników. Wybrali sobie takie władze, które koniecznie chcą leczyć akurat takie osoby na koszt państwa, no to mają, jak mają.

 


       Ogólnie upierał się też, że dewiacje seksualne są bardzo kosztowne dla społeczeństwa. Przedstawiał słupki z liczbami obrazującymi te koszty. Straszył też, nas Polaków, najodważniejszy chyba naród na świecie, że wyginiemy. Chwalił się, że w USA (oni to wszystko maja lepsze) przeciętna kobieta rodzi 2,1 dziecka i tak trzeba, i dzięki temu nie wyginą. Nasze panie wykonują znacznie mniej normy, bo tylko 1,3 dziecka w związku z czym, już za 50 lat będzie nas tylko połowa tego co dziś. No, ale kto z nas dożyje tego czasu? A zresztą jakby co, to się przywiezie z Afryki, albo i z Chin, czy Peru.


      Byłoby to wszystko bardzo nieciekawe, bo jakoś ta kontrowersyjność w tych cyferkach, procentach i zestawieniach nie za bardzo była widoczna. Trudno zrozumieć dlaczego prześladujący go napastnicy zabili jego dzieciom zwierzątko, a jego samego oblali krwią zakażoną HIV. (Więcej o swoich problemach mówić nie chciał.)

       Sprawę uratował pracownik Uniwersytetu, Błażej Choroś, żartobliwie nazwany przez Wieśka U. doktorem. Wypalił ze wszystkich rur jakie miał. Chciał koniecznie, aby prelegent przedstawił dowody naukowe na swoje twierdzenia, pomimo, że ten informował na bieżąco w trakcie wykładu, na czym opiera poszczególne twierdzenia, a na rozdanych ulotkach można było znaleźć szeroką bibliografię przedmiotu. Kiedy trzeci raz powtarzał swój tekst blokując innym chętnym możliwość zadania pytań, sala nie wytrzymała, i co nie co epitetów padło pod jego adresem. W ten sposób udowodniono, że pan doktor Paul Cameron faktycznie wzbudza w ludziach kontrowersje, czyli jest postacią kontrowersyjną.

 

 

      Szkoda mi tylko samych zainteresowanych, to znaczy niepełnosprawnych seksualnie   (patrz link poniżej)

 http://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1010&Itemid=53  

Nadal, nie tylko w Polsce, ale praktycznie na całym świecie miliony chorych, których chorobę, drogą głosowania uznano nie za chorobę, a po prostu "orientację" nie mają żadnej pomocy, żadnej nadziei na wyleczenie. Bo przecież z "orientacji" się nie leczy, więc nikt się nie zajmuje tymi, którzy chcieliby ją zmienić. Wzięci "pod opiekę" przez lewactwo mają jedynie wszelkie prawa i możliwości, aby swobodnie brnąć dalej i dalej, w głąb swojego piekła.

      Czy naprawdę tak trudno zauważyć, że Boże przykazania i nauki, to nie są jakieś bezsensowne wymysły, ustanowione tylko po to, aby sprawdzać naszą wierność, a po prostu recepty na to jak żyć, aby być szczęśliwym?

Jacek Bezeg (2009-04-25)
   Taki jakiś dziwny wydaje się ten czas. Z jednej strony w kinach pojawiają się filmy, na które czekaliśmy kiedyś z beznadziejną tęsknotą. Myśleliśmy, że nigdy takie nie powstaną. Oglądamy okropności totalitaryzmu i tych co oddali życie walcząc z nim. A więc poznajemy bliżej życie księdza Popiełuszki, pułkownika Kuklińskiego, generała Fieldorfa.
   Z drugiej strony zupełnie nie robi na większości żadnego wrażenia to, że nowe totalitarne władze powoli biorą nas pod swój but. Może dlatego, że robią to delikatnie, bucik jest atłasowy z napisem "Równość", a sznur na naszej szyi jedwabny, ozdobiony napisem "Wolność". Czasem tylko, jak na zamku w Pradze, z bucika wyłażą gwoździe i słoma, ale nikt się tym za bardzo nie przejmuje. Nikomu żadne straszne skojarzenia do głowy nie przychodzą. Nie takie okropności codziennie w TV oglądamy, a i tak śpimy spokojnie.
   Z jednej strony na naszych oczach spełniają się słowa zapisane dwa tysiące lat temu w świętej księdze naszej religii zapowiadające chipowanie ludzi. Z drugiej słyszymy od najwyższych tej religii kapłanów, że jest ona tyle samo warta co każda inna wiara, bo przecież wszystkie do tego samego Boga prowadzą. Nic dziwnego, że już tłumy chcą unieważnić swój chrzest, a rozmaici cwaniacy coraz to dziwniejsze sekty zakładają dla zdezorientowanych.
   Z jednej strony wszyscy, bez produktów elektroniki, córki nauk ścisłych i doświadczalnych na co dzień obejść się nie potrafimy, używając ich często bez zrozumienia, ale za to z pełnym zaufaniem. Z drugiej pozwalamy by pseudofilozofowie "wciskali nam ciemnotę", że nie wiadomo co to jest prawda, że prawd może być wiele, a może nawet w ogóle coś takiego nie istnieje. To jak nazwą oni wiedzę w oparciu o którą wszystkie te cudeńka i gadżety powstają i działają? Czy zasad budowy i działania konkretnego komputera może być wiele? A może jednak jest tak, że wystarczy jeden nieprawidłowy bit, jedno pomylone TAK, zamiast NIE, aby wszystko się rozsypało i konieczny był RESET?
   Z jednej strony, żyjemy w cywilizacji zbudowanej na naukach Jezusa. Wszystko co rozumiemy jako najbardziej ludzkie, głęboko humanitarne to po prostu zastosowanie Jego myśli w praktyce. Ci, którzy nie chcą w Nim widzieć Boga powinni spokojnie uszanować to, że położył fundamenty pod całkiem przyzwoitą etykę. A jednak kojarzone z Nim symbole i znaki są tak często znienawidzone i usuwane, a prezydent wielkiego mocarstwa obawia się przemawiać w sali gdzie są one widoczne. Jakie są prawdziwe powody takich reakcji?
   Wszystkie te sprzeczności i paradoksy mogą zaowocować rozwojem, mogą być bardzo inspirujące i oby tak było, ale mogą też świadczyć o jakimś naszym zdegenerowaniu, a nawet o zbliżającym się całkowitym upadku. 
   Jak zauważył Korwin Mikke: Głosiciele postępu wyśmiewają się z wieszczących upadek cytując hieroglify sprzed 4 tysięcy lat o podobnej treści. Zapominają tylko dodać, że tamto państwo i cywilizacja rzeczywiście upadły.

wpisał j. b. (2009-04-16)
 
 
 ze strony:    www.isakowicz.pl/

Niektórzy polscy europosłowie głosowali przeciwko rezolucji w sprawie upamiętnienia polskiego bohatera śp. rotmistrza Pileckiego. Publikuje w związku z tym nastepujące oświadczenie, bo warto zapamietać poniższe nazwiska. Zapamiętać, aby na osoby te  w czasie zbliżającej się kampanii wyborczej nie głosować.

Oświadczenie

Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie wzywa wszystkich polskich eurodeputowanych, którzy nie poparli 2 kwietnia podczas głosowania w Parlamencie Europejskim zgłoszonych przez Hannę Foltyn-Kubicką poprawek do rezolucji "Świadomość europejska a totalitaryzm" - mających na celu wpisanie rotmistrza Witolda Pileckiego do tekstu dokumentu oraz ustanowienie dnia 25 maja (rocznicy jego śmierci) Europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem - do publicznego ogłoszenia rezygnacji z dalszego udziału w życiu politycznym. 

          Żadna z poprawek nie uzyskała wymaganej większości, co przyjmujemy ze smutkiem, ale prawdziwym skandalem jest dla nas imienny wydruk wyników głosowania dwóch z nich, z którego wynika, że także spora część naszych europosłów nie podniosła rąk za ich przyjęciem. Polscy eurodeputowani, głosujący przeciwko uhonorowaniu jednego z największych bohaterów najnowszej historii swojego kraju - tego nie wolno zbagatelizować, ani pozostawić bez wyciągnięcia surowych konsekwencji.

          Oto ich nazwiska: Czarnecki Marek, Onyszkiewicz, Piskorski, Staniszewska, Wielowieyski, Buzek, Chmielewski, Gacek, Jałowiecki, Lewandowski, Olbrycht, Protasiewicz, Saryusz-Wolski, Siekierski, Zaleski, Zwiefka, Geringer de Oedenberg, Grabowska, Liberadzki, Masiel. Sonik i Gierek w jednym głosowaniu wstrzymali się, w drugim byli przeciwko przyjęciu zgłoszonej przez Foltyn-Kubicką poprawki.

          Nie przyjmujemy do wiadomości żenujących tłumaczeń, że takie były ustalenia poszczególnych frakcji europarlamentu, w których zasiadają owi deputowani. Jeżeli zechcą oni  użyć w swej obronie podobnych argumentów, będzie to znaczyć że bycie Polakiem jest dla nich czymś nieistotnym, a więc logiczny jest wniosek, iż nie powinni już nigdy więcej reprezentować Rzeczypospolitej na żadnym publicznym forum w kraju, ani za granicą.

          W polityce bywają jednoznaczne sytuacje, w których wszelkie podziały powinny ustępować miejsca uczuciom patriotycznym. Trudno wyobrazić sobie zaś lepszą okoliczność do zamanifestowania dumy ze swego kraju w europarlamencie, jak właśnie ta opisana wyżej. Niestety, dla kilkunastu naszych deputowanych nie stała się ona znakomitą okazją do zademonstrowania swej polskości, ale wręcz przeciwnie: powodem haniebnej kompromitacji.

          Apelujemy do wszystkich posiadających czynne prawa wyborcze Polaków, aby dobrze zapamiętali wymienione wyżej nazwiska. Politycy podnoszący ręce przeciw uczczeniu uznanego przez cały świat za jednego z najdzielniejszych ludzi okresu II wojny światowej rtm. Witolda Pileckiego - dobrowolnego więźnia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenu (w celu zorganizowania w nim konspiracji), żołnierza Armii Krajowej, walczącego przeciw dwóm okupantom Polski i zamordowanego przez sowiecki reżim w Warszawie nie powinni bowiem w przyszłości reprezentować nas ani w Parlamencie Europejskim, ani w polskim, ani nawet w lokalnych samorządach.

W imieniu Rady POKiN

dr Jerzy Bukowski hm

Jacek Bezeg (2009-03-31)
Mieliśmy ostatnio w Opolu smutne uroczystości związane ze ś. p. pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim. I to nie dlatego, że 11 lutego minęła piąta rocznica jego śmierci. W normalnych narodach wspominanie ludzi zasłużonych dla ich wolności jest czymś podnoszącym na duchu, nawet jeśli okazją do takich wspominek jest rocznica śmierci. Ludzie "rosną" na samą myśl, że oto kiedyś był wśród nich ktoś tak szczególny, ktoś kto zrobił dla nich tak wiele. Pułkownik bez wątpienia był taką osobą. Przyczynił się do tego, że losy całego świata potoczyły się inaczej. Wyrwał zęby czerwonej hydrze, która świat chciała sobie podporządkować. Ujawniając jej wojenne plany zmusił do rezygnacji z ich realizacji i przyczynił się do bankructwa "przodującego ustroju".
Rada Miasta Opola podjęła decyzję o nadaniu rondu w cigu ulicy Wrocławskiej imienia pułkownika. Uroczystość jego symbolicznego otwarcia 27 marca tłumów nie zgromadziła. Może zbyt wielu zaproszeń nie rozesłano? Odbyła się w zasadzie konferencja prasowa. 

Prawie wszyscy goście zmieścili się na jednym obrazku

i było jeszcze dużo wolnego miejsca.
Pomimo, iż od decyzji rajców minął miesiąc nie udało się wykonać tabliczek informujących o jakie to miejsce chodzi.

Młodzi konserwatyści

i starzy pamiętliwi z OSPN przecięli wstążkę

i wygłosili mowy dla radia i telewizji.

W poniedziałek 30 marca odbył się jeden, jedyny seans filmowy, na którym obejrzeliśmy dokument Gry wojenne.


Sala była wypełniona dokładnie, bo jednak jest parę osób chcących zrozumieć "Kim był pułkownik Kukliński?". Seans był tylko jeden, bo zdaniem właściciela kina większa ilość seansów przyniosłaby zbyt wielkie straty. Nauczyciele historii, polskiego i innych przedmiotów przeciwko takiej opinii nie protestowali. Wiadomo, film dotyczy postaci kontrowersyjnej, a Konrad Wallenrod niejakiego Adama Mickiewicza jest w naszym kraju utworem kompletnie nie znanym, bo nigdy nie ukazał się po polsku. Nie ma więc potrzeby młodym głowy zawracać.
Ponieważ większość wniosków z tych wydarzeń jest moim zdaniem smutna to po prostu je pominę.


Prof. Jerzy Przystawa (2009-03-04)

Miałem poniższy artykuł Profesora Jerzego Przystawy rozesłać do przeczytania moim przyjaciołom, internetowym korespondentom. Uznałem jednak, że należy grono jego czytelników rozszerzyć - umieszczam go zatem na naszej witrynie w rubryce opinii i komentarzy, dopóki nie otworzymy specjalnej zakładki z poważnymi artykułami utytuowanych autorów.
(Admin - JŁ.)

Zostałem poproszony o napisanie kilku słów wstępu do kolejnej książki Janusza Dobrosza i muszę się przyznać, że czynię to bez entuzjazmu i z ciężkim sercem. Jako jeden z setek tysięcy lwowian, zmuszonych przez okrutny los do porzucenia swojej ziemi i swojego miasta, cmentarzy, na których spoczywają prochy naszych dziadków i prapradziadków, kościołów pełnych tablic upamiętniających dzieła przodków, sal wykładowych i korytarzy, w których przez długie wieki rozbrzmiewała polska mowa – rozumiem doskonale uczucia i emocje breslauczyków, jacy dzisiaj gromadnie przybywają w odwiedziny do Wrocławia, a który przez równie długie wieki był ich ukochanym Breslau. Jestem pewny, że czują i przeżywają to samo, co lwowianie odwiedzający dzisiaj Lwów, czy rodowici wilnianie przybywający do utraconego Wilna. Jestem pewny, że nie jednemu z tych breslauczyków, gdy siada w ławce St. Elisabethkirche przy dawnej Herrenstrasse, ciekną po policzkach łzy, podobne do tych, jakich nie potrafiłem powstrzymać w kościele św. Elżbiety przy ulicy, która kiedyś nazywała się Leona Sapiehy, a dzisiaj nosi imię Stiepana Bandery.

Naturalnie, wszystko to są sentymenty i emocje, ale jeśli jakieś silne emocje wpisane są w uczucia i myśli setek tysięcy, a może nawet i milionów obywateli, to tworzą fakt polityczny, którego zlekceważyć i zignorować nie można. Emocje milionów Polaków, wypędzonych po wojnie ze swoich gniazd, były, przez długie dziesięciolecia, tłumione i wygaszane. Mówiono nam, że tak naprawdę, to nie mamy czego żałować, bo w zamian za tamte, biedne i zacofane bezdroża i kurne chaty, podarowano nam krainę uprzemysłowioną i cywilizacyjnie rozwiniętą, a na dodatek w bezpiecznych, etnicznych i geograficznych granicach. Inaczej było po drugiej stronie Odry: Niemcom w zamian nic nie dano, kazano im zacisnąć zęby i nie narzekać, bo mogło być gorzej, powinni cieszyć się, że w ogóle żyją, a nawet, o dziwo, dużo lepiej i wygodniej niż ich zwycięskie ofiary.

Jak się wydaje, nam, Polakom, kolejne powojenne rządy, skutecznie wyperswadowały, że wschodnie ziemie Rzeczypospolitej zostały nam zabrane na zawsze, że powrotu nie ma i być nie może. Na ziemiach tych powstały niepodległe państwa, Ukrainy, Białorusi i Litwy, którym dobrze życzymy i nikt nie myśli o zmianie tego stanu rzeczy. Tu i tam naszym artystom, poetom, pisarzom, naszym bohaterom narodowym pozmieniano imiona i nazwiska, a dzieci litewskie nie mogą się nawet uczyć języka, w którym swoje dzieła tworzyli ich najwięksi poeci i pisarze. Na znakomitych niegdyś uniwersytetach Jana Kazimierza i Stefana Batorego próżno szukać śladów istnienia fundatorów państwa, które umożliwiło ich powstanie, jak i ludzi, którzy tam tworzyli i rozwijali naukę i kulturę.

Jeśli nawet istnieją niewyrównane rachunki krzywd pomiędzy Polakami a Litwinami, czy pomiędzy Polakami a Ukraińcami, które rzutują na stan naszych dzisiejszych relacji, to mają się one nijak do rachunków między Polakami a Niemcami. Dlatego z satysfakcją mogę stwierdzić, że nasz stosunek do niemieckiego dziedzictwa na Ziemiach Odzyskanych jest zupełnie inny. Wrocławianie, szczecinianie i mieszkańcy innych miast i rejonów tych Ziem, nieomal codziennie są świadkami przypominania i honorowania dorobku kulturowego, cywilizacyjnego i naukowego Niemców, którzy przez wieki je zamieszkiwali. Plac, przy którym mieści się mój Instytut nosi nazwę Maxa Borna, wrocławianina, niewątpliwie wielkiego niemieckiego fizyka, choć żadnego przyjaciela Polaków i polskości. Na murach Uniwersytetu Wrocławskiego znajdujemy tablice upamiętniające nawet takie postacie, jak Philipp Lenard, niewątpliwie aktywny zwolennik Hitlera, czy Fritz Haber – twórca i organizator produkcji gazów bojowych i cyklonu B. Pomimo tego, że nikogo z nich nie można podejrzewać o sympatie do Polski i Polaków, w ten sposób pokazujemy, że uznajemy i szanujemy ich wkład w naukę światową i dorobek cywilizacyjny ludzkości.

Inaczej, jak się wydaje, przedstawiają się sprawy po zachodniej stronie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Przez długie lata istnienia dwu państw niemieckich, w Niemczech Zachodnich, swobodnie rozwijały się stowarzyszenia i związki ziomkostw, w których budowano i umacniano sentymenty do utraconych terytoriów i budzono nadzieje, na zmianę powojennego stanu rzeczy. Jak długo Niemcy musiały cierpieć rygory narzucone im po bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy, resentymenty i nawoływania do rewizji umów poczdamskich i jałtańskich były tonowane. Kolejne rządy niemieckie dystansowały się oficjalnie od żądań przesiedleńców i wypędzonych, jednak ich stanowisko uznać wypada za co najmniej dwuznaczne. Tę „dwuznaczność” wyraźnie wypunktowuje w swojej książce Janusz Dobrosz, analizując najróżniejsze dyplomatyczne oświadczenia i oficjalne zapisy. W szczególności, wielokrotnie powraca do osławionego art. 116 Konstytucji Republiki Federalnej, jaki otwiera wrota do szerokiej transformacji Polaków w Niemców, ale nie na odwrót. „Transformacji” tej Autor poświęca rozdział swojej książki zatytułowany „Pełzająca germanizacja”. W rozdziale zatytułowanym „Traktat za zamkniętymi drzwiami” pisze: „Strona niemiecka zostawiła sobie wiele furtek prawnych, które mają wielkie zaplecze w postaci budowanej od z górą 60. lat, teoretycznej, agresywnej wobec Polski doktryny niemieckiego prawa wewnętrznego. Specjalistyczne instytuty (Ostforschung), stowarzyszenia, związki ziomkowskie, wyspecjalizowane instytucje współpracujące z wyższymi uczelniami, obficie i nieprzerwanie finansowane z państwowych dotacji Zachodnich, a następnie zjednoczonych już Niemiec z środków w dyspozycji władz lokalnych landów, miast i prywatnych banków – nie zasypiały przysłowiowych gruszek w popiele”.

Po Zjednoczeniu Niemiec, wielu z nas zdało sobie sprawę, że ułożenie się stosunków polsko-niemieckich jest kwestią kluczową dla naszego dalszego bytu narodowego, a kto wie, może i dla przyszłości Europy? Założyliśmy więc Stowarzyszenie Inicjatyw Polsko-Niemieckich, które postawiło sobie za cel wzajemne zrozumienie i poznanie, wyjaśnianie trudności i ich łagodzenie. Patetyczna historia tego Stowarzyszenia, stosunek do niego władz polskich i niemieckich to temat na osobną rozprawę. Tutaj wspomnę tylko o jednym epizodzie tej historii.

Stowarzyszenie organizowało cykliczne „Rozmowy polsko-niemieckie”, na które zapraszaliśmy wybitne postacie działające na tym polu po obu stronach granicy. Jedną z takich postaci był „dr R.”, niemiecki działacz na polu walki o prawa człowieka, wspierający podziemną „Solidarność”, przyjazny i życzliwy Polakom, nawet ożeniony z Polką.  Zaprosiłem go więc na wygłoszenie odczytu na dowolny temat. „Dr R” odpisał, że zaproszenia przyjąć nie może, gdyż jedyny temat, na jaki chciałby mówić we Wrocławiu, to temat tabu: problem ostatniej pojałtańskiej granicy w Europie. Jak ten problem rozwiązać, we wzajemnej przyjaźni i szacunku?

Zaskoczony, odpisałem „dr R”, że granica, o jakiej myśli nie jest przecież wcale ostatnią pojałtańską granicą w Europie, że znam inne, które są wynikiem usilnych starań Niemców. Czy nie moglibyśmy zacząć nasze rozmowy od rozważenia jednej z tych granic na wschodzie Polski?

Dr R zarzucił więc mnie literaturą historyczną i prawną, wykazującą czarno na białym, że polskie pretensje do Lwowa czy Wilna są całkowicie bezzasadne, tak pod względem prawnym jak i moralnym, podczas gdy np. kwestia Wrocławia to zupełnie inna sprawa! Cały dorobek humanitarnej ludzkości, cały uznany międzynarodowo porządek prawny, uznaje wypędzenie stąd Niemców za rzecz wołającą o pomstę do Nieba!

Nie wiem, co by dzisiaj napisał do mnie „dr R”, kiedy po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej granicy polsko-niemieckiej już prawie nie ma, Niemcy mogą swobodnie przybywać i osiedlać się w Polsce, kupować tutaj ziemię i domy, a nawet uczestniczyć w wyborach lokalnych władz? Zdaniem Janusza Dobrosza znaleźliśmy się w fazie, którą określa mianem „Decydującego Starcia”. „Po latach ukrywania przed narodem prawdy, wypływają kwestie, które po 1989 roku nadal pozostały otwarte. Od „Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” upłynęło 18 lat i w międzynarodowej i niemieckiej doktrynie prawnej nic się nie zmieniło. Zmienił się ton wypowiedzi czołowych polityków i mediów niemieckich. Coraz nachalniej wprost artykułuje się oczekiwania od Polski wcześniej nie ujawniane…”

Książka Janusz Dobrosza jest wołaniem do polskich elit politycznych i intelektualnych o otrzeźwienie: „Polski Naród, polskie państwo, jako zbiorowość i instytucja, musi sobie uświadomić, że decydujące starcie polsko-niemieckie odbywa się i odbywać się będzie na polu prawa, historii i ekonomii. Będzie walką o świadomość.”

W tym miejscu wypada powiedzieć z kim mamy do czynienia? Janusz Dobrosz, prawnik z wykształcenia, poseł na Sejm przez pięć kadencji, za szczególny przedmiot swojego poselskiego zainteresowania przyjął stosunki polsko-niemieckie. W latach 1994 – 1997 pełnił funkcję współprzewodniczącego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. W 2006 roku wybrany wicemarszałkiem Sejmu. Jest więc osobą zarówno uprawnioną, jak i kompetentną do wypowiadania się w tej materii.

Kilkakrotnie w książce przywołuje George’a Orwella i „Rok 1984”: „Kto panuje nad przeszłością, panuje nad przyszłością”. Pisze więc, że „do tego konieczna jest rzetelna przemiana elit”.

Szkoda, że w swoim opracowaniu Autor nie mówi nam, jak tej koniecznej przemiany dokonać? Niewątpliwe jest, że tego sposobu trzeba pilnie poszukiwać. Czas ucieka, a z nim i nasze szanse na ułożenie stosunków polsko-niemieckich tak, jak moglibyśmy sobie tego życzyć.

R. Szram, W. Ukleja (2009-02-08)

Opole, dnia 08.02.2009r.

Redaktor Krzysztof Ogiolda
„Nowa Trybuna Opolska”


Pragniemy wyrazić zadowolenie z ukazania się w sobotnio-niedzielnym (z 7-8 lutego 2009 roku) wydaniu NTO wywiadu przeprowadzonego przez Pana Redaktora z zaproszonym przez opolski Klub Gazety Polskiej oraz Opolskie Stowarzyszenie Pamięci Narodowej księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim. Dobrze, że choć jeden powszechnie czytany dziennik zaprezentował poglądy głoszone przez tak znaną ze swoich zmagań o prawdę postaci. Opole nie jest miastem słynącym z bujnie rozwijającego się życia społeczno-kulturalnego, więc obecność człowieka takiego formatu jak ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski nie powinna pozostać niezauważona.

Dobrze stałoby się również, gdyby informacja o spotkaniu pokazywała pełną prawdę. Niestety, wbrew udzielonym przez Pana Redaktora zapewnieniom, czytelnicy nie dowiedzieli się ani kto był organizatorem spotkania (mamy nadzieję, że zdecydowała o tym być może fałszywie pojmowana konkurencja z inną gazetą*), a nie uprzedzenie wobec instytucji reprezentowanych przez organizatorów), ani gdzie ono się odbyło. Mamy nadzieję, że  Katechetyczny Dom Parafialny Katedry Św. Krzyża w Opolu nie jest w NTO objęty jakimś tabu narzuconym poprawnością polityczną. Informacja ta ma doniosłe znaczenie w odniesieniu do naszych władz kościelnych w obliczu niechęci ze strony części hierarchii, z jaką spotyka się osoba ks. Tadeusz Isakowicza-Zaleskiego w związku z prowadzonymi przez niego badaniami nad agenturą w Kościele. 

Jeszcze bardziej istotne, tak dla czytelników, jak i  z punktu widzenia rzetelności informacji, wydają się takie szczegóły jak wypełniona widzami po brzegi sala, która ledwo mieściła uczestników spotkania. Przybyli oni licznie z terenu Opola i okolic (nawet autokarem z gminy Olszanka), kierowani zainteresowaniem i chęcią poznania prawdy.

Często, w tym w NTO, opisuje się nasze miasto jako miejsce mało interesujące, pozbawione inicjatyw. Tymczasem, gdy inicjatywa trafia w oczekiwania społeczne, aczkolwiek organizowana jest bez inspiracji, nie mówiąc o pomocy, ze strony władz, nie pisze się o tym ani słowem.
Mamy nadzieję, że nasze uwagi związane z problemem rzetelności dziennikarskiej, dotyczące tego konkretnego przypadku, zostaną w przyszłości wzięte pod uwagę przez Pana Redaktora.

Z poważaniem
Przewodniczący Klubu Gazety Polskiej w Opolu Ryszard Szram
Wiceprzewodniczący Klubu Wiesław Ukleja  (Sekretarz OSPN)

*) konkurencja z inną gazetą - chodzi może o konkurencję z "Gazetą Polską"? (przypis admin.)

Wiesław Ukleja (2009-01-25)
     Jak donoszą media, Sejm (wciąż kontraktowy?) przypieczętował bez głosu sprzeciwu (znaczy przez aklamację) obchody dwudziestej rocznicy obrad Okrągłego Stołu. W całym kraju planiści włączyli się ochoczo do organizowania obchodów nowego święta, które ma pokazać, że to wydarzenie wiekopomne i doniosłe bardziej niż symboliczne zburzenie muru berlińskiego, pomimo, że w całej  Europie zrzucającej jarzmo sowieckiej niewoli nikt nie używał tego okrągłego mebla i nie dyskutował z usadzonymi w kółeczko agentami. Wysiłki władz państwowych najwyraźniej idą w tym kierunku, by w innych krajach dawnego bloku sowieckiego przywrócić wiarę w prymat kontraktu z komuną nad budowaniem normalnej demokracji. Niektórzy „analitycy” wyjęli z lamusa dawno zużyty oręż strachu i rozpoczęli wyścig w wyliczaniu setek tysięcy ofiar, spalonych ręką wroga miast i wsi, etc., gdyby do Okrągłego Stołu nie doszło. Lament płaczących matek i rzeź niewiniątek mają na powrót przekonać, że rzekomo polska droga do rzekomej wolności była najlepsza.
     Tylko kto ma w te brednie uwierzyć? Na pewno nie wierzy w nie wojewoda opolski Roman Wilczyński i jego speckomisja, która 14.01.2009 r. uchwalała porządek obchodów rocznicowych w 2009 roku i miała spore problemy z nadaniem tej rocznicy nazwy rocznicy odzyskania ..., no właśnie czego – bo, jak stwierdzono w czasie obrad komisji, na pewno nie suwerenności. Pytanie to zadawano sobie w kontekście istnienia w naszym regionie , jak to określono, środowisk, które mają do Okrągłego Stołu i wyborów z 4 czerwca 1989 roku stosunek mocno krytyczny. Cieszymy się, że wojewoda i jego drużyna dostrzegli w tym miejscu problem i zauważyli nasze środowiska. Postaramy się nie sprawić zawodu.
     Koniec końców, po wielu godzinach wytężonej pracy nazwy rocznicy nie udało się ustalić, ale służba nie drużba – oznajmiono, że nieważna jest nazwa, bo obchody i tak się odbędą. Być może z pomocą wojewodzie przyjdą  parlamentarzyści, którzy, jak za czasów PRL-u, jednogłośnie ustalili w co naród powinien uwierzyć. A może w Gazecie Wyborczej jakiś zdolny historyk – felietonista połączy w zgrabnej formie pozorne sprzeczności?
    Tym sposobem historia zatoczyła koło i wróciliśmy do punktu wyjścia, tak jakby dwadzieścia lat poszło w błoto. Opozycja niepodległościowa znowu z ulotkami i transparentami w proteście przeciwko zdradzie; beneficjenci Okrągłego Stołu zastanawiają się, jak ukryć tę prawdę. Jak widać Sejm III RP jest  zdolny do podejmowania decyzji ponad podziałami. Byleby  słupki wyborcze nie spadły!

Jacek Bezeg (2009-01-22)

Przyglądając się sytuacji w jakiej znajdują się "osoby represjonowane za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego" mam wrażenie, że albo ja czegoś nie rozumiem, albo coś tu jest nie po kolei. W dwadzieścia nieomal lat, po tym, jak Państwo to, ten  niepodległy byt uzyskało weszła w życie ustawa, która wyroki za działalność na jego korzyść unieważniła. Trochę to późno. Gdyby kombatantów z roku 1920 honorowano w tym tempie to ...  Ale lepiej późno niż wcale. Jednak tym samym aktem prawnym ograniczono odszkodowania za niesłuszne uwięzienia i inne represje do kwoty 25 tysięcy złotych oraz ograniczono możliwości dochodzenia swych racji na różne inne sposoby. Do białej gorączki może doprowadzić zestawienie informacji takich, na przykład: Pani, (Lisowej) która po kilku występach w TV nie będzie miała następnych przysługują kwoty astronomiczne, a panu, który za sprzeciwianie się komunistycznej niewoli był zamykany, śledzony i na wiele sposobów szykanowany, tak że zmarnowano życie jemu, jego żonie, ich dzieciom oraz  rodzicom obojga, wypłacić można nie więcej niż 10 średnich krajowych pensji. Aż żal sędziego, który w todze i godłem Najjaśniejszej na szyi tłumaczy, że ustawodawca takiej właśnie sprawiedliwości chciał. A gdyby nie nałożone ograniczenia? Odszkodowania i zadośćuczynienia osiągnęłyby kwoty proporcjonalne do wielkości z jakimi mamy do czynienia w innych podobnych przypadkach czyli w skali kraju astronomiczne. Powszechnie uważa się, że budżet by tego nie wytrzymał. Dlatego nawet sami starający się minimalizują swoje wymagania. To, że równocześnie z tego samego budżetu, wypłaca się rozmaitym "utrwalaczom PRL" i zwykłym funkcjonariuszom SB kwoty całkiem niemałe, jakoś mu zupełnie nie szkodzi. Zresztą są i tacy co tłumaczą, że SB-ecy mają swój niemały wkład w nasze dziś. Gdyby nie ich "ciężka praca" nie mielibyśmy kogo pokazywać dzieciom na szkolnych akademiach, nie mielibyśmy grobów, gdzie przy różnych uroczystych okazjach możemy składać kwiaty i palić znicze. Wracając do budżetu to, jak się okazuje może on znieść wiele. Poczynając od budowy stadionów do jednorazowego użytku (Euro 2012) poprzez 65 mld dolarów dla osób będących tej samej narodowości co ci, których wymordował okupant na naszej ziemi w czasie, kiedy my nie mogliśmy temu zapobiec w żaden sposób, aż do miliardów, które chce się włożyć do kieszeni bankom na pociechę po nieudanych szwindlach.
Może jednak przejdę wreszcie do meritum. Gdyby wszystkie "osoby represjonowane za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego" otrzymały to co powinny otrzymać w normalnym kraju osoby represjonowane niesłusznie, gdyby wypłacono im jeszcze coś dodatkowo za odwagę, za to, że wiedząc co im grozi, mimo to działalność tą prowadziły, to mielibyśmy do czynienia z sytuacją bardzo ciekawą. Pojawiłaby się w Polsce duża grupa osób o silnie ugruntowanej orientacji patriotycznej (sprawdzono to w boju) dobrze zakorzeniona w społeczeństwie (pierwsze niezależne wybory po roku 1939 to były wybory do władz Solidarności), a przy tym ludzie ci byliby niezależni finansowo, a często wręcz bogaci. Mielibyśmy wreszcie elity z prawdziwego zdarzenia, krótko mówiąc. Stalibyśmy się dużo mocniejszym krajem. Pomysł ten może komuś wydawać się zbyt rewolucyjny, czy zgoła szalony. Ale on nie jest mój. Nie wiadomo czyj, bo jest bardzo stary. "Od zawsze", mądrzy władcy, tym którzy dla wspólnego dobra się szczególnie zasłużyli, nadawali dobra i tytuły, tworząc w ten sposób arystokrację. Dając silny impuls reszcie narodu do działań patriotycznych. Dzisiejsza władza z tymi, którzy ją ustanowili targuje się o pokrycie zaledwie części podstawowych kosztów ich działalności.
Czy takie zachowanie to tylko głupota? Czy może jest w tym jakaś metoda?