Zbigniwe Bitka (2009-09-26)
Tekst ukazał się w Magazynie „Trybuny Opolskiej”  11-12 IV 1992 r.

   „Ja Leon Czereda, zamieszkały w Grodźcu gm. Ozimek, urodzony w Jeziernej oświadczam niniejszym, że byłem świadkiem rozstrzelania czterech policjantów, wśród których był komendant naszego posterunku w Jeziernej koło Tarnopola Władysław Bitka. Było to 19 września 1939 roku. W tym czasie miałem 20 lat. Zabójstwo miało miejsce w Jeziernej pow. Zborów. Żołnierze rosyjscy przyprowadzili tych czterech policjantów do kamieniołomów, które znajdowały się blisko mojego domu. Pan Bitka ukląkł i modlił się, prosił o darowanie mu życia i mówił, że ma czworo dzieci, ale żołnierz strzelił mu w głowę z bliska. Rewolwer trzymał nad samym uchem. Wiele osób się temu przyglądało, bo był to czas wkraczania Rosjan do Polski. Przerażeni ludzie przyglądali się, nie rozumieli, dlaczego zatrzymanych od razu rozstrzelali. Zwłoki leżały przez dwa dni. Potem grabarz Fedko Gawor ich pogrzebał w tym kamieniołomie”.


ZBRODNIA W BIAŁY DZIEŃ
TADEUSZ BEDNARCZUK

    W połowie września 1939 roku na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej rozeszła się pogłoska, że Rosjanie w wojnie z Niemcami przyjdą Polsce z pomocą. W całym wojennym zamieszaniu ludzie brali serio każdą pocieszającą wiadomość. Przez tamte strony przelewała się fala uciekinierów z Polski zachodniej i centralnej. Ostatni pociąg w kierunku Zaleszczyk odszedł w południe 17 września. Mimo paniki niektórzy przedstawiciele administracji oczekiwali na sowieckie wojska. Na wielu posterunkach policji i w urzędach gminnych toczyła się, jak na te warunki normalna praca.
    Wojska sowieckie wkroczyły do Tarnopola 17 września około godz. 15. Pierwsze wjechały czołgi na ul. Tarnowskiego i Ruską za nimi ukazały się potężne działa zmotoryzowane, a dalej piechota na samochodach i traktorach. Samoloty zrzucały ulotki „Żołnierze polscy, nie podporządkowujcie się waszym oficerom. Pędźcie ich z waszej ziemi. Przychodźcie do nas śmiało, do waszych braci, do Armii Czerwonej. Tu znajdziecie uwagę i troskliwość. Pamiętajcie, że tylko Armia Czerwona wyzwoli naród polski z nieszczęsnej wojny. Uzyskacie możliwość pokojowego życia. Wierzcie nam! Armia Czerwona to wasz jedyny przyjaciel.”
    19 września w miejscowości Jezierna, oddalonej od Tarnopola o 20 km na posterunek weszli rosyjscy żołnierze. Licho ubrani, z długimi „wintowkami” na których osadzone był bagnety. Nie ma świadków tego spotkania czteroosobowej obsady placówki policji z „bojcami”. Z pewnością na rozkaz Władysława Bitki złożono broń.
Niewiele też wiemy o W. Bitce. Pochodził z Zagrobeli pod Tarnopolem. Ukończył dwuletnią szkołę policyjną w Warszawie. Do dzisiaj zachowała się fotografia z 20 stycznia 1935 roku, na której uwieczniono sylwetki 49 słuchaczy i wykładowców tej szkoły. „ O stryju Władysławie niewiele wiem – mówi Antonina Janowska – bo w latach 1933-1944 byłam nauczycielką w Zastawiu oddalonym 15 km od Zagrobelni. Stryj był najmłodszym z pięciu braci. Pięknie śpiewał podczas rodzinnych spotkań. Jego ulubioną piosenką była „Rosła kalina z liściem szerokim”. Najpierw był komendantem policji w stopniu starszego sierżanta w Kozłowie, a potem w Jeziernej, gdzie rozstrzelali go sowieccy żołnierze we wrześniu 1939 roku. Zostawił czworo dzieci w wieku 6-14 lat, którym pomogli przeżyć jego bracia Wincenty, Franciszek i mój ojciec Dominik.”
Bezbronnym już policjantom kazano rozebrać się do bielizny, a następnie wypchnięto na zewnątrz budynku. Utworzono kolumnę. Na przodzie „bojec” z karabinem, w środku czterech pół-nagich mężczyzn, z tyłu reszta żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału. Ruszyli długimi ulicami miasteczka ku śmierci. Ludzie wychodzili przed domy i patrzyli na poniżenie ludzkie. „Wyzwolicielom” właśnie o to szło. Chcieli pokazać mieszkańcom Jeziernej, że „polskich okupantów” zniszczą natychmiast – bez sądu, bez możliwości obrony i pożegnania z najbliższymi.
Opowiada córka Władysława Bitki Joanna Mirecka, obecnie mieszkanka Opola – Po wielu, wielu latach – w dniach 17-22 października 1991 – przebywałam z wycieczką w Tarnopolu. Stąd wyruszyłam do Jeziernej by tam od miejscowych ludzi dowiedzieć się, gdzie jest grób mojego ojca i trzech innych nie znanych z nazwiska policjantów. Weszłam na podwórko Zofii Demediak. Jestem  z Polski – mówię. Jestem najmłodszą córką komendanta państwowej policji w Jeziernej z 1939r. Ona na to: To pani jest córką pana Bitki? A więc trafiłam na dobry ślad, pani Zofia znała mojego ojca.
- Tak, pamiętam doskonale ten dzień i okoliczność, kiedy zginął pani ojciec – opowiadała. Około południa zrobił się ruch na szosie. Ludzie powychodzili z domów, by zobaczyć jak szosą szli żołnierze sowieccy i pod lufami karabinów prowadzili czterech rozbrojonych i rozebranych policjantów. Wśród nich był pani ojciec. Pamiętam go doskonale, pomagał przy kupnie parceli. Wielkie przerażenie panowało wśród tłumu, ludzie się bali. Żołnierze poprowadzili policjantów w kierunku cmentarza, który jest na końcu miasteczka. Tam nad rowem zatrzymali się i coś do siebie szeptali. Potem aresztowanych policjantów skierowali do pobliskiego jaru-wyrobiska. Zaraz dały się słyszeć strzały. Tam ich rozstrzelali. Na szosę żołnierze wrócili już sami. Wiem, że ciała rozstrzelanych policjantów leżały w jarze dwa dni, a potem miejscowy grabarz Gawor zakopał je pod osłoną nocy w jednej mogile na miejskim cmentarzu. Ludzie się bardzo wtedy bali. Gdzie jest miejsce pochówku – tego nie wiem – mówi Zofia. To tylko wie grabarz Gawor, który po wojnie wyjechał do Polski.
    Po tej relacji – mówi pani Joanna Mirecka – szukałam mogiły. Niestety nie mogłam jej odnaleźć. Nie miałam gdzie zapalić świeczki ani przytwierdzić tabliczki z nazwiskiem , którą przywiozłam z Opola.
    Ciężko przeżyliśmy okupację sowiecką. Panował głód i zimno. Przed 10 lutego 1940 roku ostrzeżono naszą rodzinę, że nocą zostaniemy wywiezieni na Sybir. Byliśmy na liście rodzin policyjnych przygotowanych do wywózki. Mama wraz z nami, czwórką dzieci, schroniła się u dziadków na wsi. Tam przeżyliśmy całą okupację sowiecką i w ten sposób uniknęliśmy wywiezienia. Dom nasz został splądrowany, wiele rzeczy zginęło. Po wkroczeniu wojsk niemieckich wróciliśmy do Tarnopola. W 1945 roku rodzina nasza wyjechała na zachód do Strzelec Opolskich, a potem do Opola gdzie mieszkamy do dzisiaj.”
    Odnalazł się jeszcze jeden świadek zbrodni w Jeziernej. Jest nim ksiądz Czesław Szymański, obecnie duszpasterz w Letyczewie koło miasta Chmielnickij (dawniej Płoskirow). Pisze m.in. „Tę smutną historię dobrze pamiętam i przeżywałem ją dosyć długo. To, że ciała rozstrzelanych zostały przewiezione na cmentarz – to pewne. Przedtem obdarto ich ze wszystkiego. Przez wiele miesięcy koło jaru paśliśmy krowy… Czasem wpadam do Jeziernej, gdzie na cmentarzu spoczywa moja matka i pytam starszych ludzi. Twierdzą oni, że ciała zabitych złożono na furmankę i zawieziono na cmentarz, gdzie pochowano ich na boku. Prawie nikt z cywilnej inteligencji pracującej w Jeziernej nie ocalał. Dwa lata temu odprawiałem w Katyniu mszę świętą. Pamiętałem o tych zamordowanych w pierwszych dniach napaści sowieckiej w 1939 r. Może odprawię jeszcze mszę na cmentarzu w Jeziernej?”.

*

    W 1989 roku w Kijowie wydano folder o Tarnopolu. Roi się w nim od kłamstw, przeinaczeń i określeń typu „polska okupacja”. Jeden z rozdziałów omawiający wejście wojsk sowieckich do miasta w 1939 roku zatytułowano „złoty wrzesień”. Jakież krwawe to było złoto.

Jacek Bezeg (2009-08-20)

Problem niewolnictwa kobiet.
Naród opiera się na rodzinie. Nie może być wielki i silny, jeśli ona jest słaba. A rodzina opiera się na kobiecie. Kobiecie będącej w domu i wychowującej dzieci. Naród jest nośnikiem cywilizacji, a więc cywilizacja opiera się na kobiecie. W historii znany jest (nie jeden zapewne) przypadek kiedy jeden naród podbił inny, wymordował mężczyzn i wziął sobie jego kobiety. W następnym pokoleniu nie było już tej cywilizacji, która zwyciężyła tylko ta przegrana, bo w niej kobiety wychowały dzieci. To pokazuje jak ważna jest ich rola. Wiele zła się dzieje tylko dlatego, że wychowanie dzieci zostało oddane państwu. Zbuntowanie kobiet i wygnanie ich z naturalnego miejsca pracy do pracy poza domem podcięło podstawy cywilizacji. "Łowca" nie ma już domu, a tylko miejsce do spania, nie ma dla kogo walczyć i polować. Jest jak mały chłopiec, któremu instynkt każe biegać za dziewczynkami, ale gdy je dogoni, to nie wie co robić, więc je bije. Degeneruje się. Kobieta, zamiast współdziałać z mężczyzną dla dobra dzieci, walczy z nim o zarobki. Ona uważa to za rozwój, a ja za degenerację. Nasze następne pokolenie, to jest ktoś kto niesie nasze wartości i idee, a nie ktoś komu dawaliśmy mieszkanie, ubranie i jedzenie przez dwadzieścia parę lat. Dziś, często, jest to całkiem obcy człowiek. Ale nie tylko my tracimy nie mając wsparcia i opieki na stare lata, ale i ci młodzi nie mając korzeni, ukierunkowania i podstaw moralnych z wielkim trudem znajdują sens w życiu. Stąd częste wypaczenia, degeneracje, samobójstwa.
Cała cywilizacja upada bo podcięto jej podstawę, podstawę rodziny. Zanika pojęcie narodu, patriota to "wstrętny nacjonalista". Rodzina to "zniewolenie kobiety i molestowanie dzieci". Stajemy się zatomizowanym tłumem bezideowych singli, bez narodowości, bez rodziny, łączących się w pary tylko na krótko, tylko w celu odbycia godów i wydania potomstwa, tak jak większość zwierząt. (A podobno niektóre ptaki, to tworzą pary dożywotnie. Dlaczego?)
Taka jest cena "uwolnienia" kobiety.
Jaki jest cel?
Jedni powiadają, że to jakoś to tak, samo się dzieje i nazywają to nieuniknionym postępem. Niektórzy, tacy jacyś dziwni, mówią o jakimś rządzie światowym, co to wszystkich ma wziąć pod but i zbuduje wreszcie prawdziwy komunizm. Podobno takim zatomizowanym społeczeństwem dużo łatwiej się rządzi. To by nawet pasowało do tego, co święty Jan opisał w Apokalipsie.

Jacek Bezeg (2009-08-20)
W okolicach święta, które jest zarówno państwowe jak i kościelne, ładnie jest takim zdaniem zacząć swoje rozważania. Chciałem napisać o tym, jak ja je rozumiem, dlatego, że często przychodzi mi ono na myśl w obliczu toczących się na rozmaitych forach rozważań o tym, kto jest kim. W rozmaitych miejscach wyczytujemy z wypiekami na twarzy jakiej to narodowości jest jakiś polityk, czy nawet zgoła autorytet. Gdzie indziej znowu zdobywa się doktoraty szukając w  szpargałach kwitów jakie kiedyś, ktoś tam, (odpowiednio postraszony lub zachęcony?) podpisał. Oczywiście są to ważne informacje, bo pozwalają nam zrozumieć, dlaczego dany osobnik zrobił to czy tamto, lecz ważniejsze jest wiedzieć co zrobił (lub czego zaniechał) i na tej podstawie konsekwentnie go oceniać. I z ocen takich wyciągać konsekwencje.
Jeśli, jak pisze prof. Witold Kieżun, w Montrealu ponad połowa studentów tamtejszego uniwersytetu uważa, że naziści byli narodowości polskiej, to nie jest dla mnie ważne, czy nasz ambasador w Kanadzie nosi pejsy, czy może modli się do Allacha pięć razy dziennie. To jego prywatne sprawy. Ważne, by za taki stan świadomości obywateli tego kraju został on (i inne odpowiedzialne osoby) potraktowany tak, aby jego następca na tym stanowisku nie pozwolił już sobie na podobne zaniedbania. O kwotach potencjalnych odszkodowań, jakie można było wyprocesować od instytucji i organizacji oczerniających Polskę by doprowadzić obywateli Kanady do tak fałszywego poglądu na naszą historię, to nie ma już co wspominać, bo cóż dla nas znaczą jakieś tam miliony dolarów. Nie takie kwoty lekką ręką rozdajemy.
Jeśli, Prezydent Rzeczypospolitej Polski w sytuacji, gdy ona dopiero co, spod komunistycznego buta się mozolnie wyzwala, dopieszcza i masuje "lewą nogę", to bezsensowne jest zastanawiania się, czy i kiedy coś tam podpisał, czy nie podpisał. "Po owocach ich poznacie." Ważne jest, że zachowuje się tak, jakby podpisał! I za to przede wszystkim powinien ponieść konsekwencje. Stosowne, czyli, daleko idące konsekwencje!!
Kiedy minister polskiego rządu "prywatyzuje" polską państwową firmę sprzedając ją francuskiej państwowej firmie, to ja się nie będę zastanawiał nad jego wyznaniem, rodzinnymi koligacjami czy narodowością. Ważne, aby jak najszybciej przestał być ministrem, by jak najszybciej transakcję unieważnić i wyciągnąć w stosunku do niego takie konsekwencje, które zniechęcą następców do podobnych operacji. I tak dalej i temu podobne.
Reasumując, nie tyle ważne jest skąd się wziąłeś, ale co czynisz, bo jak tylko coś zrobisz nie tak, to pożałujesz. Niestety druga część poprzedniego zdania daleko od naszej polskiej rzeczywistości odstaje. Można nawet powiedzieć, że nic z nią wspólnego nie ma.
Jest jeszcze problem narodowości. Możemy zrobić szefem jakiejś naszej ważnej instytucji na przykład obywatela Portugalii. Może on się nawet będzie starał w kwestiach spornych z tym państwem brać stronę naszą, a nie swych pobratymców. (Załóżmy, że ma żonę Polkę i ona go przypilnuje.) Ale jakie my sumy będziemy musieli wydać na jego ochronę?!! I jak długo takiego ministra będziemy mieli?  Niektóre nacje są na takich zdrajców bardzo cięte. Tak więc oprócz dokładnego oglądania owoców dobrze jest czasem, wcześniej, w papiery zajrzeć.


Andrzej Szubert (2009-08-09)
W  praktyce politycznej ministerstwa spraw zagranicznych, korzystając z własnych ambasad i ich sieci informatorów, bacznie obserwują wydarzenia na całym świecie. Aby z góry i zawczasu wiedzieć o tym, co w trawie piszczy. Nie ma w tym nic zdrożnego. Robią to nawet ministerstwa najbardziej cywilizowanych, o wysokiej kulturze, państw. Zastanawia więc, dlaczego Polska, mająca ambicje należenia do państw cywilizowanych i kulturalnych, tak zdecydowanie odbiega od tego, powszechnie praktykowanego modelu.

O przygotowywanym przez nacjonalistów ukraińskich, miłośników Stepana Bandery, rajdzie rowerowym jego imienia, na Ukrainie było na tyle głośno, że informacje o tym dotarły już wcześniej do Polski. Organizatorzy tego rajdu nie robili tej imprezy konspiracyjnie. Inaczej bowiem ani organizacje zrzeszające Polaków z kresów wschodnich, ani ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski nie wiedzieliby o tym fakcie. A dowiedzieli się oni o tym, nie posiadając na terenie Ukrainy siatki informatorów. Dziwne jest więc, że polskie placówki dyplomatyczne nie powiadomiły o fakcie planowanego rajdu, mającego prowadzić także przez Polskę, centrali w Warszawie. Ukraińcom przyznano wizy wjazdowe do Polski. Wygląda na to, że polskie MSZ nie potrafi zdobywać informacji o planach ukraińskich nacjonalistów. Nie potrafi zbudować przy pomocy placówek dyplomatycznych na Ukrainie sieci informatorów ostrzegających Warszawę o takich, prowokacyjnych pod adresem Polski, zamiarach. Bądź też… MSZ ma taką sieć informatorów, ale nie zauważa, że symulują oni pracę dla Polski, a faktycznie są na żołdzie strony przeciwnej. Zamiast informować polski MSZ, dezinformują. Lojalni są wobec drugiej strony.

No bo jak można inaczej wytłumaczyć błogą nieświadomość naszego MSZ o prowokacyjnej i obraźliwej wobec Polski imprezie banderowców.

Nic, tylko banda idiotów.

Jest jeszcze inne wytłumaczenie. Ludzie z MSZ idiotami nie są. Wiedzieli o tych planach. Są natomiast tchórzami. Udając nieświadomość faktycznych zamiarów „rajdowców”, bojąc się – no właśnie… – kogo? – dla świętego spokoju zgodzili się na tę banderowską propagandówkę.

To samo dotyczy MSWiA. Jeśli o rajdzie wiedzieli „kresowiacy”, powinni wiedzieć o tym – i to prędzej i bardziej szczegółowo – pracownicy MSWiA. Mają przecież do dyspozycji odpowiednie służby. Albo więc jest MSWia, podobnie jak MSZ, bandą idiotów, która zatrudnia i opłaca nieudolne służby. Albo też są przez te służby, pracujące najwidoczniej dla "obcych" robieni w bambuko. Czym tym bardziej na miano bandy idiotów zasługują.

Napewno natomiast są tchórzami. Pod naciskiem części polskiej opinii publicznej w ostatnim momencie MSWiA zablokowało Ukraińcom wjazd do Polski. Wyłgano się – jako rzekomym powodem odmowy wjazdu – nieprawidłościami przy załatwianiu przez Ukraińców wiz wjazdowych do Polski. Ministerstwu zabrakło odwagi, aby podać faktyczną przyczynę zablokowania w ostatnim momencie banderowskiego rajdu przez Polskę.

Choć Polacy i tak dobrze wiedzą, jak było naprawdę.

A może by tak, w ramach szukania oszczędności w dobie kryzysu tych idiotów lub tchórzy po prostu wysłać na zieloną trawkę??? A także przestać opłacać pracujące dla "obcych" służby i ich informatorów? Bóg jeden wie, ile ich utrzymanie kosztuje.

Ciekawi też kompletne milczenie w tej sprawie ze strony Pana Prezydenta III PR.

Andrzej Szubert (2009-08-08)
W artykule „Izrael – horror w szpitalach” Rzeczpospolita pisze o eksperymentach medycznych prowadzonych na starszych pacjentach. Część z nich to ofiary holokaustu.

http://www.rp.pl/artykul/2,345573_Izrael__horror_w…

„ – To jakaś makabra. Trudno uwierzyć, że żydowscy lekarze robili coś takiego ocalałym z Zagłady. Na pewno zajmiemy się tą sprawą – powiedział “Rz” Henryk Flug, mieszkający w Jerozolimie przewodniczący Międzynarodowego Związku Ocalałych z Holokaustu i były więzień Auschwitz.”

Przypominam!

Nie tak dawno, bo w czerwcu tego roku, obradowały w Pradze ogranizacje żydowskie, których jedyną racją istnienia jest żerowanie na ofiarach holokaustu. Domagają się one wielomiliardowych odszkodowań od Polski za majątki bezpotomnie pomordowanych przez Niemców rodzin żydowskich.

Bezczelność w wysuwaniu takich żądań polega naturalnie na tym, że o takie odszkodowania mogliby występować jedynie prawni spadkobiercy pomordowanych, a żądania powinny być kierowane do tych, którzy mordowali i owe majątki sobie przywłaszczali.

Niemcy latami płacili Izraelowi odszkodowania. Ile setek miliardów Żydzi od Niemców dostali – tylko oni wiedzą. Choć od Niemców akurat im się odszkodowania należały. Kiedy jednak w pewnym momencie Niemcy, łagodnie acz zdecydowanie, powiedzieli – szlus, przyzwyczajeni do otrzymywania pieniędzy Żydzi zaczeli rozglądać się dookoła, szukając kogoś, kto dalej będzie za ofiary holokaustu bulił. Wpadli wtedy na genialny pomysł.

Sprytni naciągacze wypracowali funkcjonującą nienagannie metodę. Wybierają ofiarę, a następnie urządzają na nią medialną nagonkę. Ofiarę oskarżają o antysemityzm, wypominając jej wyimaginowane zbrodnie czy pogromy, stawiają ofiarę w jednym szeregu z nazistami, a następnie wymieniają sumę – tyle a tyle miliardów. Naturalnie w dolarach.

Nagonka żydowskiej propagandy na Polskę trwa już od lat. Rozzuchwaleni potulnością polskich(???) władz żydowscy roszczeniowcy wymienili już sumę, za jaką Polska musi się wykupić. Inaczej nie spuszczą nas z ich „celownika”. Zamiast posłać ich do diabła, polskie(???) władze uległy pod naciskiem medialnej nagonki żydowskim szantażom. Przyrzekły, że część żądanej przez szantażystów sumy zapłacą.

Teraz ja stawiam żądanie polskim(???) władzom!

Żądam, aby władze III RP odmówiły wypłacenia jakichkolwiek odszkodowań żydowskim organizacjom żerującym na holokauście. Dość już pieniędzy dostali od faktycznych sprawców holokaustu. Otrzymane przez Izrael w przeszłości pieniądze powinny być wypłacone przez władze Izraela faktycznym ofiarom niemieckich zbrodni.

A nie, że wyłudzonymi bezpodstawnie odszkodowaniami kieszenie napchają sobie szantażyści, a faktyczne ofiary holokaustu nie tylko nic z tego nie dostaną, to jeszcze są ofiarami eksperymentów medycznych w ojczystym Izraelu.

Cynicznie mógłbym zapytać – czy to dlatego likwiduje się w eksperymentach medycznych ofiary holokaustu, aby nie musieć dzielić się z nimi wyłudzonymi pieniędzmi?

Jacek Bezeg (2009-07-23)

Rocznica rzezi na Wołyniu przywołuje na myśl dalszych i bliższych znajomych związanych w jakiś sposób z tamtymi wydarzeniami. Dla mnie taką osobą jest Zdzisław Bernacki, człowiek niezwykły, bo niby rolnik z wioski niedalekiej od Brzegu, a przecież poeta. Wciąż żywe jest wrażenie, jakie zrobił na mnie, mówiąc fragment swego poematu.  Opowieści bezpośrednich świadków, a zarazem uczestników tamtych tragedii utkwiły głęboko w jego sercu i zaowocowały poematem. "Baśń stołu dębowego" mówi o życiu tam, w tych czasach, o chwilach pięknych, ale i tych tragicznych. Opowieść o nich snuje dębowy stół właśnie. Cóż więcej tu dodać, po prostu posłuchajcie i poczytajcie sami.

Poniżej do pobrania i posłuchania "Pieśń o czerwonej nocy" fragment poematu "Baśń stołu dębowego" w wykonaniu autora. Nagrano 15 listopada 2008 na spotkaniu w Rozkochowie.

Prof. Jerzy Przystawa (2009-06-28)
Ludzie, których podstawowym zawołaniem politycznym jest posiadanie serca po lewej stronie, pod koniec XIX wieku wymyślili tzw. reprezentację proporcjonalną, ogłosili  wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych za krzywdzące i niesprawiedliwe, a wraz z dynamicznie rozwijającym się postępem, potrafili socjalizującym elitom europejskim wmówić, że postęp i sprawiedliwość mogą być realizowane jedynie w formule tzw. wyborów proporcjonalnych. W wyniku tego sprytnego zabiegu językowego, w którym słowo „proporcjonalny” kojarzy się wprost ze słowami „równy” i „sprawiedliwy”, po I Wojnie Światowej na całym kontynencie europejskim zapanował „proporcjonalizm”.

Inwazję nieubłaganego postępu powstrzymały jedynie wody Atlantyku i „demokracja udoskonalona” nie przedostała się na Drugą Półkulę, a nawet nie przekroczyła Kanału La Manche. Zbyt mało postępowe społeczeństwa Wielkiej Brytanii, Kanady czy USA nie poddały się namowom znacznie bardziej rozwiniętych elit i pozostały przy tradycyjnym sposobie wybierania, w którym wybory wygrywa ten, kto zdobywa największą ilość głosów poparcia. Elitom, naturalnie, taki stan rzeczy nie odpowiada i dlatego np. w monografii największego światowego autorytetu „proporcjonalizmu” – profesora na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego, Arenda Lijpharta („Electoral Systems and Party Systems”. Oxford University Press, 2000) możemy przeczytać, że „wybory proporcjonalne są synonimem wyborów sprawiedliwych”, a nawet więcej: wybory wręcz nie mogą być wolne, jeśli nie są proporcjonalne.

W tej sytuacji nawet trudno się dziwić, że tę szlachetną ideę przyjęła bez oporu wyzwalająca się z komunizmu Polska, a w ślad za nią i wszystkie inne kraje postkomunistyczne. Polscy politolodzy i konstytucjonaliści bez wahania zaakceptowali te słuszne idee i dlatego z podręczników akademickich, praktycznie bez wyjątku, nasza młodzież dowiaduje się, że sprawiedliwość wyborcza może być realizowana jedynie za pomocą list partyjnych. Aby nie było wątpliwości, że Polska już na zawsze przystąpiła do obozu postępu, zasadę proporcjonalności wyborów do Sejmu wpisano do Konstytucji

Rzeczywistość jednak skrzeczy i przez całe 20 lat stosowania tej najdoskonalszej formuły ustrojowej, bez przerwy pojawiają się najróżniejsze wątpliwości i protesty, bo wielu jest takich, którzy nijak nie rozumieją, że warunkiem prawdziwego postępu jest uznanie, że czarne jest białe, a białe jest czarne.  „Skrzeczenie” to rozlega się także po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego, ponieważ nawet sami nasi prawodawcy nie chcą się pogodzić z jej logiką i wielu z pechowych kandydatów wydaje się nie rozumieć, jak to jest możliwe, że można w najbardziej sprawiedliwych, równych i proporcjonalnych wyborach dostać 10 razy więcej głosów, niż ktoś a inny, a mandatu nie oglądać? W tym konkretnym przypadku standard wyznacza nowy europoseł, Jacek Włosowicz  z PiS, który zdobył zaledwie 5 610 głosów poparcia. Tymczasem mandatów nie uzyskali kandydaci, którzy zdobyli nawet ponad 50 tysięcy głosów, jak np. Jan Kozłowski z PO (68 066); Jolanta Szymanek-Deresz z SLD (53 381), a z PiS Urszula Krupa (54 175), Arkadiusz Mularczyk (53 229) czy Beata Kempa (53.027).

Taka sytuacja nie mieści się w wielu głowach i wywołuje ożywczy ferment umysłowy albowiem  każe się zastanowić nad logiką systemu wyborczego, jaki nam miłościwie zafundowali. Podsuwam im więc pod rozwagę Wniosek 57 posłów do Trybunału Konstytucyjnego z dnia 12 kwietnia 2001 (Wniosek Dorna), wyjaśniający,  że ówczesna Ordynacja wyborcza do Sejmu sprzeczna jest z art. 96 ust. 2 Konstytucji, albowiem w sposób rażący narusza zapisane w niej zasady równości i proporcjonalności wyborów. Zasadniczym autorem wniosku był, jak się zdaje, przyszły marszałek Sejmu dr Ludwik Dorn, ale podpisali go inni najwybitniejsi nasi znawcy Konstytucji, jak przyszły marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, trzej premierzy – Jan Olszewski, Kazimierz Marcinkiewicz i Jarosław Kaczyński, oraz wielu innych głównych aktorów sceny politycznej: Bronisław Geremek, Marian Krzaklewski, Władysław Frasyniuk, Henryk Wujec…

Autorzy tej ciekawej skargi obszernie uzasadniają i opisują, jak kolejne ordynacje wyborcze do Sejmu łamią zasady konstytucyjne. Na użytek dzisiejszych rozważań zacytuję tylko jeden fragment „Konkluzji” Wniosku:

(…) Miarą sprzeczności między zasadami proporcjonalności, jak i równości jest porównanie liczby głosów, jakie w wyborach do Sejmu w 1997 roku przypadały na 1 mandat posła z różnych list wyborczych. Najmniejszy iloraz liczby głosujących w skali kraju na daną listę przez liczbę uzyskanych przez tę listę mandatów wynosił 21 654, a największy – 121 179. Oznacza to, że waga głosu wyborcy jednej z list była 5,6 razy większa niż waga głosu wyborcy innej określonej listy (…).

Idąc tropem rozważań konstytucyjnych Marszałka Ludwika Dorna and Co. spróbujmy przyjrzeć się wynikom ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego w Polsce. W wyborach tych mieliśmy 13 okręgów wyborczych. Dzieląc w każdym z okręgów liczbę wyborców przez liczbę przyznanych mandatów, a także dzieląc liczbę oddanych głosów przez liczbę mandatów, dochodzimy do następujących wniosków:

W okręgu nr 3 – województwo podlaskie i warmińsko-mazurskie - liczba uprawnionych wyborców wynosi 2 104 242, a w głosowaniu udział wzięło 425 310 osób. Okręgowi nr 3 przypadły 2 mandaty europosłów (Jacek Kurski z PiS i Krzysztof Lisek z PO). Widzimy więc, ze 1 mandat przypada tam na 1 052 121 wyborców i na 212 655 głosujących.

W okregu nr 4 – cześć woj. Mazowieckiego – liczba wyborców wynosi 2 143 847, a głosowało 835 865. W okręgu tym przyznano 5 mandatów. Dzieląc poprzednie liczby przez 5 widzimy, że 1 mandat przypadł na 428 769 wyborców oraz na 167 173 głosujących.

W okręgu nr 13 – woj. Lubuskie i zachodnio-pomorskie – uprawnionych do głosowania było 2 168 667 a głosowało 452 460. Mandatów przyznano 4. Wynika z tego, że 1 mandat w tym okręgu przypada na 113 115 głosujących oraz na 542 166 wyborców.

Stosując do tych liczb logikę Ludwika Dorna i jego parlamentarnych towarzyszy, powiedzielibyśmy, że takie wybory nie są ani równe, ani proporcjonalne.
Inaczej jednak powiemy, kiedy zapoznamy się bliżej z logiką obowiązującą w Unii Europejskiej.

Proporcjonalność degresywna

Unia Europejska, która po upadku Związku Sowieckiego przejęła pałeczkę przywództwa obozowi postępu, demokracji i sprawiedliwości społecznej postanowiła narzucić wszystkich krajom członkowskim procedurę wyborów proporcjonalnych i sama, z bezwzględną konsekwencją, tę zasadę stosuje. Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że konstruktorzy UE już całkowicie wzięli rozbrat z pojęciem proporcjonalności, jakie wciąż wynoszą ze szkół europejskie dzieci i nadali temu słowu zupełnie nową, jeszcze bardziej postępową i sprawiedliwą treść. Jest to proporcjonalność degresywna – degressive proportionality, która, najkrócej rzecz ujmując, oznacza, że temu kto ma więcej ten dostaje mniej, a ten kto ma mniej – więcej. Przykładem tej nowatorskiej proporcjonalności jest przydział mandatów parlamentarnych poszczególnym krajom członkowskim. Podział ten określa nieobowiązujący Traktat Lizboński, który jest realizowany w praktyce z pełnym rygoryzmem.

I tak, na przykład:

Niemcy mają 99 mandatów przypadających na ok. 82 miliony mieszkańców, co daje 1 mandat na 832 tysiące.
UK ma 72 mandaty na ok. 61 milionów, co daje 1 mandat na 846 tysięcy.
Polska ma 50 mandatów na ok. 38 milionów, co daje 1 mandat na 770 tysięcy.
Estonia ma 6 mandatów na 1 milion 300 tysięcy mieszkańców, co daje 1 mandat na 217 tysięcy.
Luksemburg ma 6 mandatów na 486 tysięcy mieszkańców, co daje 1 mandat na 81 tysięcy.

Jak z tego widzimy głos jednego Luksemburczyka jest przeszło 10 razy „mocniejszy” od głosu Brytyjczyka, Francuza czy Niemca. Głos Esta jest silniejszy od głosu Anglika czy Francuza prawie czterokrotnie, a nawet głos każdego Polaka mocniejszy jest od głosu Niemca czy Szkota!

W tej sytuacji nie może nas już dziwić, że na Podlasiu potrzeba było dwa razy więcej głosów, żeby uzyskać jeden mandat niż w Zielonej Górze czy Szczecinie, albo że na Mazowszu wypadło ponad dwa razy więcej mandatów niż na Warmii i Mazurach. To jest po prostu polskie zastosowanie wyższego pojęcia proporcjonalności, jaką jest europejska proporcjonalność degresywna.

Trzeba nam się pilnie uczyć tego nowego języka, bo co to będzie, jak Traktat Lizboński będzie obowiązywał nie tylko de facto ale i de iure?

Mirosław Dakowski (2009-06-21)
Stan świata – oraz: gdzie są nadzieje dla Polski

Mirosław Dakowski
[ głos w czasie II spotkań „Pokolenia Summorum Pontificum”w Zakroczymiu, 13. 06.’09 ]

Motto: Okazało się, że jesteśmy w łapach humanistów
Osip Mandelsztam do żony Nadieżdy (Nadziei)
Woroneż, ok. 1936, tuż przed kaźnią

I. STAN

A. „Globalizm” i agresywny „humanizm” są realizowane już jawnie co najmniej od Comeniusa (Jan Amos Komenski), poprzez plany - i potem realizację Iluminatów. Celem jest laickie Państwo Świata, ze swoim Przywódcą, zwanym przez zwolenników mesjaszem, a przez chrześcijan, szczególnie katolików, anty-chrystem. Podręcznikiem dla chcących wiedzieć więcej jest przede wszystkim książka Epiphaniusa „Ukryta strona  dziejów”, którą sygnalizuję oddzielnie.
W Starym Testamencie opisywane są wstępne figury anty-chrysta: Król Antioch IV Epiphanes, Aleksander zwany Wielkim. Potem był to Neron. W historii znamy wielu takich „wodzów zła”. W XX wieku byli to np. Lenin, Hitler i Stalin. Obecnie, po obaleniu cesarstw i królestw, plany „królestwa człowieka” (dla wybranych, oczywiście, nie dla wszystkich ludzi) realizuje samo-zwańcza, niewybieralna „elita mędrców” tworząca sztuczną, zaplanowaną Unię Europejską, czyli – według nich - Wieżę Babel Bis (są takie plakaty Rady Europy). UE jest stanowczo „laicka”, anty-boża. W artykule „Czy w UE powstaje nowa cywilizacja? (w dziale „Koneczny”) analizuję jej cechy i szanse. Jest to zalew (czyżby potop?) sztucznej, wymyślonej anty-cywilizacji.
    Przykładem satanizmu tego tworu (i podobnych realizacji „humanizmu”) jest pochodząca od Lenina i Hitlera „przemysłowa”, usankcjonowana „prawem”, rzeź niewiniątek. Za czasów Heroda zabito setkę czy parę setek chłopczyków, w ostatnim pół wieku zaś „humaniści” zabili oficjalnie ponad miliard dzieci (por. dane statystyczne w:  W demografii: zamilczana zbrodnia trwa ). O tym, iż są to dane znacznie zaniżone, niech świadczy przykład: w.g. danych Johnstona w Hiszpanii zabito ok. 1.9 miliona dzieci (w latach 1941-2005), a ostatnio kardynał Antonio Canizares, prefekt watykańskiej Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, wcze-śniej prymas Hiszpanii, alarmował, że zabito tam ok. 40 milionów ...  Z taką (nie-) dokładnością możemy poznać zbrodnie neo-satanistów... Ciarki po plecach chodzą.
    B. „Demokracja w USA”: Wiemy już z niezbitą pewnością, na podstawie licz-nych dokumentów i świadectw specjalistów, że zniszczenie trzech wież w NY (i części Pentagonu w Waszyngtonie..) (t.zw. 9/11) to rezultat, zaplanowany i przeprowadzony przez siły globalistyczne wewnątrz USA. I działo się to zupełnie (skrajnie!) inaczej, niż me®dia i Administracja przedstawiają. Ciarki po plecach chodzą.
    Opublikowałem gdzie indziej (por. w: Inne polityczne  Zagraniczne  :   Barack Obama - antychrystek? Notre Shame?  ) analizę kierunków, w jakich dążą siły stojące za Barackiem Husseinem Obamą. Tytuł streszcza wszystko. Duchowość Obamy i jego intelekt starcza do tego, by chwalić się publicznym zabiciem muchy. Ale jego „kapłani prowadzący’ przepychają legali-zację rzezi niewiniątek (FAMA) oraz wsparcie Administracji dla finansowania „małżeństw” zboczeńców różnych zainteresowań.
    Nie widać nadziei na skuteczne obudzenie większych odłamów narodu amerykańskiego. Czy on istnieje?
    C. Rosja: Naiwni optymiści oraz zawodowi kłamcy upatrują dowodu „postępu” w rozpadzie Związku Sowieckiego. Dla uspokojenia katolików - wiążą te zmiany z „wypeł-nieniem próśb Matki Boskiej Fatimskiej” o poświęcenie Jej Rosji przez poprzednich pa-pieży, szczególnie Jana Pawła II.
    Gdy jednak przyjrzymy się obecnemu stanowi Rosji:
    - rządy KGB-szników i oficerów sprywatyzowanych sekcji GRU, oraz Wielkiej Finansje-ry,
    - wpędzenie Rosji w nędzę materialną i duchową. Rozrost sekt, pseudo-religii, zabobonu, czarów i magii, satanizmów.
    - Więcej dzieci – sierot (biezprizornyje) niż było w latach 20-tych XX  wieku na skutek terroru Lenina i bolszewików. Potworny wzrost prostytucji dziecięcej, pedofilii i „używania” dzieci (i dorosłych, np. Czeczenów) jako „banku narządów” dla bogatego Zachodu.
    - Spotęgowane tępienie katolicyzmu, kapłanów i wiernych.
    Tylko wyjątkowo ślepi - oraz bezczelni - mogą mówić o „dokonanym nawróceniu Rosji”.

    D. Polska.   Od paru lat, po wielu walkach w dziedzinie gospodarczej (kopalnie, energe-tyka, gaz-rura z Rosji...), finansowej (banki, FOZZ), czy politycznej (wyjście oczywiste, a ignorowane: JOW) uznałem, że sposobami ludzkimi, politycznymi, społecznymi, wyjście z kabały (w obu znaczeniach tego terminu) jest niemożliwe. Obserwujemy coraz szybsze niszczenie górnictwa, przemysłu ciężkiego, stoczniowego, przejęcie energetyki, banków itd. Wymieniłem tylko dziedziny, którymi się zajmowałem.
    Bezsilnie alarmujemy o rządach agentury, jurgieltu, kłamstwa, „prowizji”. Szanse na wybór osoby zaufania do sprawowania władzy są zerowe. Przepisy dają tylko „prawo” do dania głosu na ich partyjną listę. Większe, więc wpływowe me®dia są w całości w rękach ukrytych ONYCH. I z pełną bezczelnością deprawują „owieczki”. Większość ludzi wycofała się w pry-watność, w bierność. Czy rzeczywiście nie ma nadziei?
    W drodze przemian politycznych i społecznych szans na Obudzenie, na Uzdrowienie nie widzę żadnych.

II. WYJŚCIA. NADZIEJA

    Sami nie wyjdziemy. Symbolem tego przekonania jest m.inn. fakt, iż „Drogi wyjścia” umieściłem na mej Stronie tylko w dziale Kościół.
    Tylko wtedy, gdy naród realnie uzna Chrystusa za Króla Polski, a Pośredniczkę wszyst-kich Łask, jego Matkę, za naszą Królową, obronimy Polskę i polskość. Stąd apele o różne Krucjaty Różańcowe (zob. pod:  Drogi wyjścia ). Przecież zwycięstwa pod Lepanto (1571 r), przy ataku Turków na Republikę Wenecką w 1716 r. , czy wyzwolenie Austrii spod okupacji sowieckiej w połowie XX wieku to były zwycięstwa oceniane jednoznacznie jako osiągnięte dzięki Krucjatom Różańcowym.
    Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że osobiście uczestniczyłem w dwóch zwycię-skich Krucjatach: Wynikiem pierwszej było Motu Proprio „Summorum Pontificum” w 2007 roku, a następnej - odwołanie przez papieża Benedykta XVI ekskomuniki podobno ciążącej na biskupach Bractwa św. Piusa X. Przy drugiej odmówiliśmy ponad dwa miliony Różańców. Przecież z punktu widzenia ludzkiego obie te decyzje i fakty były nieprawdopodobne, niemożli-we! A jaki rejwach wywołały wśród „postępowców”! Można z dumą powtórzyć powiedzenie: Mój wróg świadczy o mnie.
    Nie powinno jednak być zadziwiające, ani nie jest paradoksem, że za najważniejszą dla Polski Krucjatę uznaję trwającą obecnie Krucjatę „12 milionów Różańców” o poświęcenie Rosji przez tego Papieża, Benedykta XVI, wraz z wszystkimi biskupami, Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny.
 
Słyszałem i słyszę głosy:
1) gdzie sens, gdzie logika?! Mówisz o Polsce, a proponujecie krucjatę o Rosji?
2) No, chociaż dodajmy np. intencję rozpadu satanistycznej UE ?!
3) przecież Rosję już papieże poświęcili, szczególnie Jan Paweł II w 1984 roku!
4) Czy można modlić się, by Ojciec św. poświęcił Rosję „z wszystkimi biskupami”, jeśli spora ich część to agenci, niedowiarki czy masoni, by nie rzec mocniej?

Ad 1: Tylko wtedy, gdy Rosja wyjdzie z obecnego pogaństwa i „smuty”, szczególnie religijnej, gdy nawróci się na katolicyzm, to przestanie grać rolę kowadła, na którym leży Polska pod ciosami „humanistów” z UE. Inaczej: Jeśli Rosja się nawróci, to Wieża Babel Bis (czyli UE) otrzyma cios, może śmiertelny, a na pewno ratujący Polskę na długo. Więc wymodlenie Na-wrócenia Rosji jest jedyną szansa na uratowanie Polski.
Ad 2:  Matka Boża Fatimska prosiła/żądała „poświęcenia Rosji”. Nie mówiła o Francji, Hiszpa-nii czy UE. A przecież Jej Syn wiedział, dokąd zaprowadzą Europę loże... Przypuszczamy, że cud rosyjski ma być widoczną dla wszystkich drogą, przez którą Bóg wyprowadzi narody na „pewien okres pokoju”. Ufajmy!
Ad 3: Te 18-20 lat po „pierestrojce” i „głasnosti” nawet największym optymistom powinno wystarczyć do zrozumienia, że TAM realnie rządzi inna odmiana anty-chrystka, że Rosja się nie nawróciła. Więc WSZYSCY możemy i powinniśmy w tej Krucjacie różańcowej z pełną ofiar-nością i pobożnością uczestniczyć. I do niej zachęcać innych katolików.
Ad 4: Tak, to ostatnie to prawda, ale... zostawmy tę sprawę Panu Bogu, módlmy się a na pewno zobaczymy wyniki. Na rozwiązanie tego dylematu czekam, przyznam się z ogromna „ziemską” ciekawością. Ale i z pełną ufnością.

         Róże składamy u stóp Pośredniczki Wszystkich Łask, lecz sprawozdanie z ilości odmó-wionych Różańców (jeden Różaniec = pięć dziesiątek) proszę co miesiąc do mnie (lub do Bractwa) , a ja przekażę SUMĘ róż (anonimowo!) do Bractwa św. Piusa X, bo to Biskupi Bractwa wezwali do tej Krucjaty. Oni zdadzą sprawę i podsumowanie Krucjaty Ojcu świętemu Benedyktowi XVI-mu, po Zwiastowaniu NMP 2010 roku (por. KRUCJATA 12 MILIONÓW RÓŻAŃCÓW w dziale Kościół).

Jacek Bezeg (2009-06-05)

W czasach coraz bardziej pogłębiającego się upadku naszej edukacji, kiedy słyszymy wręcz o usuwaniu przedmiotów tak podstawowych, jak historia czy fizyka z programów nauczania liceów ogólnokształcących
( patrz http://www.rp.pl/artykul/2,312378_Elbanowscy__Zero_tolerancji__dla_myslenia_.html  ) i zastępowaniu ich jakimiś dziwnymi pseudonaukami, każdy kto działa w kierunku przeciwnym, czyli próbuje rozwijać zainteresowania młodzieży zasługuje na szczególną pochwałę i ochronę. Okazuje się, że są nauczyciele, którzy potrafią nie tylko uczyć, ale wręcz zapalać w swych wychowankach pasję do swoich przedmiotów. Przykładem takich właśnie działań jest to co się dzieje na przykład w Głubczycach. Działające w mieście Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo - Wschodnich zdobędzie zapewne nowych, młodych członków dzięki pracy swojego wiceprezesa Katarzyny Maler. Tak się szczęśliwie składa, że jest ona nauczycielką tutejszego Liceum. Pracuje nie tylko naukowo (doktorat z historii Głubczyc), ale czyni też wiele, by historią zainteresować możliwie jak najszersze kręgi młodych.

 

 

Jednym ze sposobów na to, był konkurs pod tytułem "Korzenie wielu głubczyczan są na kresach", który zorganizowało Koło Młodych Historyków działające od roku 2006 pod kierownictwem Katarzyny Maler i Stanisławy Wiciak przy Zespole Szkół Ogólnokształcących w Głubczycach. Prace, zawierające spisane przez uczniów, wspomnienia osób, które przybyły z Kresów oceniano w dwóch kategoriach: Uczniów gimnazjum i Uczniów szkół ponad gimnazjalnych. Pierwsze miejsce w kategorii gimnazjów zajęła Marta Świerczyńska z Gimnazjum numer 1, drugie Łukasz Bernacki z Zespołu Szkół w Lisięcicach, trzecie Agata Kobylańska z Zespołu Szkół w Lisięcicach. W kategorii ponad gimnazjalnej trzy pierwsze miejsca zajęli uczniowie Liceum Głubczycach, pierwsze Klaudia Wnęk, drugie Mateusz Jurków, trzecie Adam Chruszczewski.

 


1 czerwca w pięknych pomieszczeniach odrestaurowanego ratusza w bibliotece odbyła się miła uroczystość wręczenia nagród i dyplomów uczniom nagrodzonym i wyróżnionym. Przybyli  przedstawiciele władz, dyrektorzy szkół, członkowie Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo - Wschodnich, dziennikarze i rodzice. Klaudii zdobywczyni pierwszego miejsca towarzyszyła nawet prababcia, której wspomnienia były podstawą pracy konkursowej.

 

 


 

Po wręczeniu nagród nadeszły chwile szczególne. Odczytywanie fragmentów prac spowodowało, że na sali zapadła pełna napięcia cisza. W niejednym oku zakręciła się łza. Takie chwile są bardzo potrzebne. Młodym, żeby zrozumieli "skąd ich ród" i starszym, aby wiedzieli, że zostanie po nich nie tylko coś, ale i ktoś, ktoś, kto będzie pamiętał.

 


 

Po oficjalnych przemówieniach i podziękowaniach długo dyskutowano jeszcze o tym, jak i gdzie podobne działania rozwijać i rozszerzać.

 


 

Pani Katarzyna mówiła też nad czym obecnie pracuje. Zbiera informacje o losach grupy nauczycieli, którzy w październiku 1945 przybyli transportem z Kołomyi do Głubczyc i tu pracowali.

Jerzy Łysiak (2009-05-29)

Nadchodzi kolejna, w tym roku okrągła, 20 rocznica w połowie wolnych wyborów tzw. kontraktowych, przeprowadzonych 4 czerwca 1989 roku dla wykonania pierwszego punktu (niepisanej?) umowy okrągłego stołu, jaką komuniści, z Jaruzelskim i Kiszczakiem na czele, zawarli ze starannie wybranymi przez siebie osobami z pośród tych, którzy załapali się wcześniej do opozycji. O tym, czym była ta umowa i jakie miała i ma skutki mówiono między innymi na zorganizowanej przez nasze środowisko w grudniu ubiegłego roku konferencji pn. „Przełamać zmowę okrągłego stołu”
Dwudziesta rocznica domaga się jakiegoś skomentowania.

Rewolucja solidarnościowa, dwuletni karnawał wolności od września 1980 roku do grudnia roku 1981, gdy wydawało się, że Polska jest nasza, że komuna została pokonana, nawet pomimo wojny polsko-jaruzelskiej i straszliwych zbrodni komunistów nie pozbawiła jednak społeczeństwa nadziei. Wszystkie te wydarzenia spolaryzowały postawy – jasno określone było miejsce „nas” i „ich”. I dopiero konsekwentny proces rozpoczęty zmową okrągłego stołu doprowadził to takiego zglajszachtowania społecznego, że teraz już nie wiadomo kto ze mną, a kto przeciw mnie. I z tego powody trudno się cieszyć i trudno pisać, bo nie chcę cały czas tylko na smutno.
Zamiast swojego komentarza umieszczam poniżej tekst Księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, znaleziony na jego blogu, z którym się w pełni solidaryzuję.


Otrzymałem od Europejskiego Centrum Solidarności zaproszenie na międzynarodową konferencję, która w dniach 3-4 czerwca ma odbyć się w Warszawie i Gdańsku. Dostałem także bilet na koncert w Stoczni Gdańskiej. Zaproszenia jednak nie przyjąłem, a w liście  do o. Macieja Zięby napisałem.
Wielebny Ojcze! Szanowni Państwo!
Dziękuję za pamięć, której wyrazem jest przesłane zaproszenie. Przyjąć go jednak nie mogę. Po pierwsze dlatego, że dzień 4 czerwca 1989 r. nie był dniem upadku komunizmu. Dzięki bowiem Okrągłemu Stołowi komunizm miał się w Polsce bardzo dobrze jeszcze przez wiele lat, a aktywiści partii komunistycznej, jak i skompromitowani funkcjonariusze służb specjalnych, spokojnie weszli do życia społecznego i politycznego Trzeciej RP. Jeżeli rocznica tego dnia jest dla kogoś świętem, to przede wszystkim dla gorliwych wyznawców Czesława Kiszczaka i Adama Michnika, Wojciecha Jaruzelskiego i Tadeusza Mazowieckiego.
Po drugie, Trzecia RP, pomimo wielu niezaprzeczalnych sukcesów, jest macochą dla wielu grup społecznych, w tym zwłaszcza dla autentycznych bohaterów lat 1980-1989 r., którzy ze względu na swoje poglądy są pomiatani przez obecny establishment. Jest też macochą dla ludzi poszukujących prawdy o czasach PRL, czego najlepszym przykładem jest nagonka na autorów książek historycznych, w tym też na moją skromną osobę. To co przeżyłem w ciągu ostatnich trzech lat było czasami gorsze niż to, co przeżyłem w latach 80-tych.
Po trzecie, obecna RP jest też macochą dla wielu milionów Kresowian oraz ich dzieci i wnuków, którym w imię tzw. poprawności politycznej wciąż zabrania się mówić prawdę o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich spod znaku Stepana Bandery i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Taka sytuacja owocuje tym, że kolejne ekipy rządowe (niezależnie od etykietki) w milczeniu godzą się na to, aby na dawnych Kresach mogiły setek tysięcy pomordowanych obywateli Drugiej RP były nadal pozbawione nie tylko pomnika, ale i nawet znaku krzyża. I to w sytuacji, gdy na tych terenach pomniki buduje się katom, w tym też esesmanom i i osobom czynnie uczestniczącym w Holokauście.
Bolesnym przykładem jest też niedawne rozbicie konferencji naukowej na Uniwersytecie Wrocławskim oraz skandaliczna dezercja ministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego z konferencji organizowanej przez rzecznika praw obywatelskich. Wiele mówiącą absencją w czasie zeszłorocznych uroczystości ku czci ofiar ludobójstwa na Wołyniu wykazał się nie tylko pan prezydent Lech Kaczyński, ale i wszyscy trzej patroni, którzy figurują na zaproszeniach, czyli pan premier Donald Tusk oraz panowie marszałkowie Bogdan Borusewicz i Bronisław Komorowski. Ten ostatni dodatkowo zablokował przyjęcie przez Sejm uchwały oddającej cześć pomordowanym Polakom, Żydom i Ormianom, a także tym Ukraińcom, którzy z narażeniem życia ratowali Polaków.
Przy okazji odsyłam bilet na koncert w Stoczni Gdańskiej. Czynię to dlatego, że na zagraniczną gwiazdkę wydano wiele milionów publicznych pieniędzy i to w sytuacji, gdy w tym roku niepełnosprawni  podopieczni prowadzonej przeze mnie Fundacji im. Brata Alberta zostali pozbawieni należnych im funduszy na terapię.
Jeszcze raz dziękuję za pamięć.
Szczęśc Boże!
ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
Uczestnik opozycji demokratycznej od 1978 r. i kapelan strajku w Hucie im. Lenina w 1988 r.