Jacek Bezeg (2009-11-19)

   Profesor Mirosław Dakowski to postać niezwykła nie tylko z powodu życiorysu, ale i z powodu dokonań. Nikt nie potrafi dziś przeczytać tekstu dłuższego niż strona więc tylko "przeskoczę" po faktach. Jego opowieści o młodych latach spędzonych na "nieludzkiej ziemi" są wstrząsające.
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=496&Itemid=53

 A jednak przeżył, wrócił i jak gdyby nigdy nic, został fizykiem atomistą. Nie przeszkadzało mu "trudne dzieciństwo".
Samo przebywanie przez 30 lat (1959-1989) w sąsiedztwie reaktora jądrowego w IBJ w Świerku pod Warszawą jest już wyczynem odważnym, a Profesor (od 1997 belwederski) napisał przy tej okazji 70 poważnych, często cytowanych na świecie prac naukowych.
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=142&Itemid=52
Jak była moda na wydawanie książek w podziemiu to też się tym w wolnych chwilach zajmował.
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=128&Itemid=50 Napisał też jedną książkę "dla ludzi". Wraz z prof. Jerzym Przystawą "Via bank i FOZZ, o rabunku finansów Polski" wydaną w 1992. Niestety, przysłowie, że Polak mądry po szkodzie nie sprawdziło się. Większość z nas nie chce nic wiedzieć o tym kto i jak nas okradł. A może z innych powodów nie ma wznowień? Może jest tak z braku nadziei na ukaranie sprawców. Ale przecież pierwszym krokiem do tego by tak się stało jest utrwalanie opisów przestępstw. Niektórzy mówią o ludziach takich jak Profesor "chorzy z nienawiści". Zapominają zwykle dodać do kogo jest ta nienawiść, że chodzi o wrogów, zdrajców i nieprzyjaciół naszej Ojczyzny, Polski.
Profesor "nie odpuścił". 1 kwietnia 2007 ruszyła autorska strona internetowa http://www.dakowski.pl po to "by wymknąć się z cenzury merdiów w sprawach ważnych, a ciągle przemilczanych.". I tak trwa Jego prywatna wojna o prawdę, we wszystkich miejscach gdzie jest ona gwałcona, poniewierana, czy tylko "retuszowana".

Jacek Bezeg (2009-11-12)
Z inicjatywy Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej, w ramach cyklu Korzenie odbył się kolejny wykład. Tym razem zorganizowany we współpracy z Komisją Zakładową NSZZ Solidarność Uniwersytetu Opolskiego. Nie chcę streścić tu wykładu, a tylko zasygnalizować niektóre z zagadnień. Zresztą i sam wykładowca podkreślał, że podaje nam raczej spis treści do całego cyklu wykładów na jaki zasługuje to zagadnienie.


Profesor Franciszek Marek miał mówić o "Polskim charakterze Górnego Śląska w kontekście nazw miejscowych", jednak już w trakcie wykładu wspólnie uzgodniliśmy poszerzenie jego zakresu do całokształtu zagadnień związanych z polskością Śląska i jego znaczeniem dla kultury całego kraju. A były okresy, kiedy to ludzie z tej ziemi mieli dla Polski znaczenie ogromne. Cywilizacja łacińska przyszła wszak z religią chrześcijańską z Czech przez Śląsk właśnie, a synowie tej ziemi wnieśli niebagatelny wkład w jej rozpowszechnianie w całym kraju, a nawet poza jego granicami. W tym miejscu, nie można nie wspomnieć takich postaci jak; Iwo Odrowąż, święty Jacek, czy błogosławiony Czesław, albo pierwszy polski poeta i kompozytor Wincenty z Kielczy, autor Gaude Mater Polonia, znanych dość szeroko. Jednak mało znany jest na przykład fakt, iż jeszcze przed Uniwersytetem Jagiellońskim, jako pierwszy w Europie miał powstać uniwersytet w Legnicy i tylko z powodu braku zgody papieża tak się nie stało. Albo kto pamięta, że pierwszym doktorantem UJ był Jan z Kluczborka.
W czasach Rzeczpospolitej Szlacheckiej zaistniała między obszarem Polski i Śląska istotna różnica. W Polsce patriotycznym narodem, świadomie polskim była szlachta, a lud w większości nie poczuwał sie do polskiej narodowości. Na Śląsku patriotyczny i katolicki był lud, a szlachta się wynarodowiła i sprotestantyzowała.  W Małopolsce, na Mazowszu, chłopi zapytani kim są mówili "miejscowi, tutejsi"; na pruskim Śląsku na to samo pytanie chłopi odpowiadali "Polacy" - podaje jeden z podróżujących po Europie.
Profesor przytaczał opinie niemieckich zarządców i naukowców o beznadziejności prób germanizacji ludności śląskiej. Dobrze zrozumieli sytuację niemieccy protestanci. Ponieważ zależało im na rozpowszechnianiu swojej religii, nie silili się na germanizację lecz zakładali szkoły polskie.

Mówiąc o powstaniach Śląskich profesor naświetlił wiele szczegółów. Na przykład kwestię stosunku Piłsudskiego do tych walk. Ubolewał nad przemilczaniem kolejnych ich rocznic, oraz fenomenu na skalę światową jakim był ludowy charakter tych patriotycznych wystąpień. Z oburzeniem przytoczył opinię jednego z polskich(?) publicystów, że powstania były walkami bratobójczymi. "Po stronie polskiej było 90% ludności miejscowej, a 10% przyjezdnych z Polski. Po stronie niemieckiej dokładnie odwrotnie 10% stanowili miejscowi, a 90% przyjezdni z głębi Niemiec. Jak tu można mówić o walkach bratobójczych?!!"
Nazwy miejscowości, gór i rzek jakie były stosowane na Śląsku do 1933 są dobrym świadectwem jego polskości. Do XIII wieku były to tylko nazwy słowiańskie, a i potem stanowiły one większość. Ich źródłosłów jest polski, a tylko sposób zapisania bywał niemiecki. Dopiero po dojściu do władzy Hitlera przeprowadzono akcję "precz z tą polską fasadą" i wprowadzono niemieckie nazwy miejscowości oraz zniemczano nazwiska.
To co się działo od zakończenia wojny, aż do dziś ocenił profesor bardzo negatywnie. Wyjaśniał przyczyny rozmaitych działań władz polskich nie zawsze zgodnych z interesem Polski.
Z uwagi na duże zainteresowanie sali oraz dobra atmosferę zachęcano nas do organizacji następnych wykładów, już bardziej szczegółowych. Spotkania takie niewątpliwie będą miały miejsce.

Andrzej Szubert (2009-11-07)
Po podpisaniu Traktatu Lizbońskiego przez L. Kaczyńskiego naciski na prezydenta Czech, Klausa nasiliły się. Atakowany jest zarówno z zewnątrz, jak i przez rodzimych eurofanatyków. Jedno wydaje się pewne. Prędzej czy później zostanie on zmuszony do złożenia podpisu pod owym dokumentem. Bo nawet jeśli czeski Trybunał Konstytucyjny zgłosi podobne do niemieckich zastrzeżenia, wprowadzone zostaną wtedy analogiczne do niemieckich „poprawki”. A po nich nastąpi wymuszona ratyfikacja traktatu.
Eurokomuchy już zacierają ręce. Do obsadzenia będą nowe stanowiska – jak choćby ustanowione w TL stanowisko ministra spraw zagranicznych unii.

Tymczasem nowo wybrany minister spraw zagranicznych Niemiec przyjechał do Polski.
Spotkał się z potulnym potakiwaczem Sikorskim, pełniącym obowiązki ministra. Niemiecki gość spotkał się także łaskawie z L. Kaczyńskim. Zapewne, aby wyrazić osobiście aprobatę za posłuszne podpisanie przez niego TL.
Niejawnym celem tej wizyty jest najprawdopodobniej przekazanie dalszych instrukcji rządowi, a dotyczących dalszego planowego demontażu polskiego przemysłu, oraz dalszej planowej wyprzedaży majątku narodowego. Celem jest uczynienie z Polski kolonii gospodarczej naszego nowego, zachodniego „wielkiego brata”.

W sprawach wewnętrznych wszystko bez zmian. Aferzyści, dywersanci gospodarki narodowej, specjaliści od „kręcenia lodów” mają się dobrze. Kłopoty mają ci, którzy owych „lodziarzy” ujawnili.

Teraz z innej beczki, gdyż o losach Polski (i nie tylko) kluczowe decyzje zapadają gdzieś indziej.

Informacje o Nowym Porządku Świata kwitowane są najczęściej przez sceptyków i niedowiarków postukiwaniem się palcem w czoło.
Choć od takich informacji w internecie aż się roi.
http://www.eioba.pl/a88587/nowy_porzadek_swiata_...

Informacje o grupie Bilderberga nie wywołują takich reakcji z tego prostego powodu, że w mediach grupa Bilderberga po prostu nie istnieje.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Grupa_Bilderberg

Czyż to nie dziwi? Dziennikarze gonią za sensacjami. A tutaj kompletnie nie interesują się, gdzie i kiedy i po co spotyka się światowa elita finansjery, gospodarki, polityki i mediów.

O Unii Europejskiej wiemy dużo (choć wciąż za mało), bo mamy z nią do czynienia na co dzień. Ale ilu z nas wie o innych ponadnarodowych instytucjach istniejących na innych kontynentach?
Choć tutaj musimy uczciwie przyznać, że w „unifikacji” – lub mówiąc precyzyjniej – w bolszewizacji „nasza” europejska Unia dzierży palmę pierwszeństwa.
Nie trzeba być specem od polityki, aby zauważyć, że TL (bezprawnie Europie narzucony), który w najbliższym czasie zacznie prawnie obowiązywać, likwiduje suwerenność państw europejskich. UE będzie prawnym molochem narzucającym państwom członkowskim, sprowadzonym do roli prowincji, swą wolę. Naturalnie „demokratycznie”.

A demokracja, o czym wszyscy dobrze wiemy, jest systemem politycznym, w którym wszyscy są równi (a co niektórzy nawet równiejsi).
System europejski jest nawet więcej niż demokratyczny. Jest arcydemokratyczny. Co należy rozumieć tak, że wszyscy są równi, niektórzy równiejsi, ale zdarzają się także najrówniejsi.
Na przykład Niemcy. Zastrzegli sobie, że postanowienia unijne mogą u nich tylko wtedy obowiązywać, jeśli zaakceptuje je ichni parlament, czyli Bundestag.
Zastrzeżenie jest o tyle śmieszne i mylne, gdyż zasiadające w obecnym Bundestagu wszystkie partie polityczne są prounijne. Różni je jedynie stopień służalczości wobec unijnego biura politycznego. No i ponieważ wszystkie decyzje unijne, nim zapadną, i tak muszą być zaakceptowane przez Niemców (będących lokomotywą unii), bądź wręcz są przez Niemców narzucane innym (tym równym i równiejszym), Bundestag zatwierdzi wszystko, co wymyśli Bruksela. No, ale ową poprawką Niemcy zapewnili sobie właśnie pozycję najrówniejszego.

Zagrożeniem dyktatu eurobolszewików są nadal jeszcze obowiązujące prawa obywatelskie.
Amerykanie są o duży krok przed eurokołchozem w ich ograniczaniu. Narzucone Ameryce prawodawstwo po zamachach z 11/9 (min. Patriot Act) daje prezydentowi USA możliwość wprowadzenia dyktatury wojskowej. Na przykład pod pretekstem ponownego zagrożenia terroryzmem (to właśnie jest powodem, że terroryści nadal mają się dobrze. Po prostu, są światowej mafii potrzebni).
Eurokochłoz musi więc pod jakimkolwiek pretekstem i na tym polu dogonić Amerykę.

Pomijam tutaj sztucznie utrzymywaną panikę przed pandemią świńskiej grypy, a także bez przerwy nagłaśniane zagrożenie katastrofą klimatyczną. Aby ograniczyć prawa obywatelskie potrzebne są eurokomuchom silniejsze „argumenty”.

A kto szuka, ten znajdzie. Albo sam coś wymyśli.

Niedawno w Londynie miała miejsce dziwna manifestacja islamistów. Młodzi, w dużej części nizezamaskowani ludzie wyszli na ulice z plakatami następującej treści:
„EKSTERMINATE THOSC WHO SLANDER ISLAM”, „ISLAM WILL DOMINATE THE WORLD”, „EUROPE. TAKE SOME LESSONS FROM 9/11”, “EUROPE YOU WILL PAY. YOUR 9/11 IS ON IT’S WAY!!”. Demonstranci nieśli wiele innych, podobnych plakatów i transparentów.

Zastanawia fakt, że policja zachowała daleko posuniętą rezerwę. Obeszło się bez rozpędzania demonstrantów. Zastanawia także lekkomyślność przyszłych zamachowców.
Czyżby terroryści byli na tyle bezrozumni, aby publicznie ogłaszać planowane zamachy? Główną bronią terrorystów jest wszak element zaskoczenia. A im groźniejsze zamachy planują, tym bardziej trzymają je w tajemnicy. Aby policja nie wpadła wcześniej na ich trop.

Demonstracja taka, jeśli komukolwiek służy, to jedynie zachodnim politykom. Czyli eurokomuchom. Z jednej strony utrzymywana jest w opinii publicznej psychoza zagrożenia. Z drugiej strony, taka demonstracja jest wygodnym alibi do zaostrzania przepisów bezpieczeństwa. A to związane jest z większymi kompetencjami policji i ograniczaniem praw i swobód obywatelskich. Naturalnie maskowane jest to hasłami troski o bezpieczeństwo obywateli.
Czyżby... demonstracja została zainspirowana przez tajne służby brytyjskie, wykorzystujące naiwność młodych muzułmanów mieszkających w Londynie? Aby móc dokręcać śrubę...

Ważną sprawą jest, jak na próby ograniczania praw obywatelskich zareagują prawnicy i sądownictwo eurokołchozu.

I tutaj mamy piękny przykład wydanego dwa dni temu wyroku Trybunału Konstytucyjnego w Niemczech. Sprawa była w sumie błacha. Pewnemu kibicowi piłkarskiemu zabroniono, wraz z jego kolegami, na dwa lata wstępu na mecze piłkarskie w Niemczech. A to tylko dlatego, że jego koledzy pseudokibice po jednym z meczów urządzili regularną zadymę i demolkę. On jeden nie brał w tym udziału. Co zresztą potwierdziła policja. Mimo to i jego ukarano zakazem wstępu na stadiony. Kibic ów odwoływał się do sądów kolejnych instancji. Ostatecznie sprawa trafiła do Trybunału Konstytucyjnego. A ten podtrzymał zakaz wstępu kibicowi na stadiony. Uzasadnieniem takiej decyzji było stwierdzenie sędziów, że istnieje prawdopodobieństwo, iż kibic ten w kolejnej zadymie czy bijatyce mógłby wziąć aktywny udział. I z tego powodu ma zakaz wstępu na stadiony piłkarskie na dwa lata!

Historia lubi się powtarzeć. Jako tragedia lub farsa. Było nagminnie praktykowane przez bolszewicki tzw. wymiar sprawiedliwości karanie ludzi na podstawie domniemania możliwości popełnienia przestępstwa. I taka bolszewicka wykładnia prawa zagościła obecnie w Trybunale Konstytucyjnym najrówniejszej prowincji eurokołchozu. Zapewne zostanie z radością podchwycona przez eurobolszewię. Przy takiej wykładni prawa do pierdla można wsadzić, kogo tylko dusza zapragnie. Na przykład każdego mężczyznę za domniemane prawdopodobieństwo popełnienia przez niego gwałtu.

Chętnych do realizacji tak rozumianego „prawa” w eurokołchozie nie zabraknie.
Taki wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, komisarz do spraw sprawiedliwości, wolności i bezpieczeństwa, Jacques Barrot, w 1995 roku został skazany prawomocnym wyrokiem na 8 m-cy więzienia w zawieszeniu za defraudację pieniędzy publicznych.
Parę lat później prezydent Chirac anulował wyrok przy pomocy amnestii.
Kryminalna przeszłość Barrota nie tylko nie zaszkodziła karierze francuskiego magika finansowego, ale wręcz zawiodła go na wyżyny polityki unijnej.
Kryminalista został komisarzem odpowiedzialnym za sprawy praworządności eurokołchozu.

Jest to zresztą dobra informacja dla naszych rodzimych aferzystów, malwersantów i „lodziarzy” z miłościwie nam panującej PO.
Po co marnujecie się w polskim grajdołku. Europa czeka na takich specjalistów jak wy.
A możliwości kręcenia lodów i to o niebo większych niż na hazardzie czy stoczniach w Polsce, w Brukseli nie zabraknie...
Jacek Bezeg (2009-10-25)

Wykład księdza Karola Stehlina na temat Maksymiliana Kolbego i jego Rycerstwa Niepokalanej nie zebrał zbyt wielkiej grupy zainteresowanych, lecz Ci którzy przybyli nie tylko nie byli zawiedzeni, a wprost trudno im było znaleźć słowa stosowne do wyrażenia swego zachwytu.
Ksiądz Karol to człowiek skromny i sympatyczny. Młody, wręcz chłopięcej urody. Kiedy zaczyna mówić o Maryi, o Bogu i jego wiernych sługach, czyli Świętych Pańskich staje się kimś zupełnie innym. Widać że wierzy i można się łatwo przekonać w co wierzy. Trudno nie wziąć sobie do serca tego co mówi.

Trzeba jeszcze powiedzieć o samym temacie wykładu. Spodziewaliśmy się, że wpisuje się on w jakimś sensie w naszą obecną sytuację. Jednak dokładność tego wpisywania się zaskoczyła wszystkich. To było więcej niż trafienie w dziesiątkę, jeśli może być coś więcej. Zresztą posłuchajcie sami. Na dole tej strony są do pobrania dwa pliki dźwiękowe, które w sumie tworzą zapis spotkania w Opolu 21 października 2009.

 

 

Po wykładzie ksiądz Karol Stehlin podpisywał swoje książki,

a następnie rozmawiał z telewizją:

http://video2.v2.tvp.pl/2009/10/25/219401/film.asf

Więcej wykładów na:

http://www.piusx.org.pl/pobieranie/

   foto A. Klusik J. Bezeg

Prof Jerzy Przystawa (2009-10-23)

Czemuż nie mogę jak trup z wezgłowia
Powstać i głową ruszyć potężną,
Jako trup powstać i piciem zdrowia
Z grobu poruszyć Polskę orężną?

(Juliusz Słowacki, „Gdzie światła górą…”)

 

Instytut Pamięci Narodowej, z okazji 25. lecia morderstwa księdza Jerzego Popiełuszki, uruchomił w Internecie „pokój księdza Jerzego” (www.popieluszko.pl) i znajdujemy tam Jego słowa „kłamstwo zawsze kona szybką śmiercią”. Kapłan Solidarności był człowiekiem dzielnym, a przez to optymistą i z pewnością nie mógł mieć najmniejszego przeczucia, że Jego własna śmierć może się stać dowodem na to, że wcale nie, że kłamstwo może żyć długo, szczególnie wtedy, gdy w jego podtrzymywaniu zainteresowane są potężne siły.

 

Od 19 października 1984 przyszło na świat nowe pokolenie Polaków i pokolenie to nawet pokończyło studia – cały czas karmione bezsensowną legendą o męczeństwie i zamordowaniu Jerzego Popiełuszki. Stworzono monstrualną górę kłamstw, równie absurdalnych jak wyskoczenie skutego kajdankami Waldemara Chrostowskiego z auta pędzącego z szybkością 100 km/godzinę, uciekającego jakoby przed urojoną pogonią. Dla każdego przytomnego człowieka cała ta historia od początku była bezsensowna, nic tu nie trzymało się kupy, wszystko urągało zdrowemu rozsądkowi. Ale ten absurd sytuacyjno-logiczny podtrzymywany jest przez ćwierć wieku przez wszystkie „autorytety”, które potem zgodnie zasiadły przy Okrągłym Stole, aby pisać scenariusz przyszłej historii Polaków. Z tego powodu, od pewnego czasu, pojawia się określenie mordu na Jerzym Popiełuszce, jako „mordu założycielskiego III RP”.

 

Nie ma dzisiaj potrzeby, żeby wszystkie te kłamstwa i mistyfikacje jeszcze raz przedstawiać, bo każdy, kto się z tym materiałem chce zapoznać łatwo znajdzie w internecie zarówno moje artykuły, jak i artykuły innych autorów. Jest książka Krzysztofa Kąkolewskiego: „Ksiądz Jerzy w rękach oprawców”, jest książka Wojciecha Sumlińskiego „Kto naprawdę Go zabił?”, jest szereg innych tekstów. Sytuację trafnie podsumował p. Konrad Banachiewicz, w komentarzu pod moim tekstem „Wodo czarna i mroczna od nocy” na http://www.prawica.net/node/8841:

 Pomijając stronę etyczną zagadnienia, zapiera mi dech maestria techniczna ludzi chcących ukryć prawdę: zakładam, że p. Profesor nie grzebał po archiwach, tylko opiera się na źródłach jawnych. Czyli wszystkie fakty są na wierzchu, a mimo to nikt nawet nie próbuje zadawać pytań – a ludzie z wierchuszki kneblują ciekawskich, strojąc się równocześnie w piórka sprawiedliwych (prymas Glemp, Chrzanowski). I uchodzi im to na sucho – a statystyczny polski katolik czasem coś usłyszy w kościele w stylu "męczennik blablabla", a potem idzie do urny i głosuje na ludzi chcących ukryć prawdę. Porażające – ale i logiczne, biorąc poprawkę na to, że męczennik był Kościołowi w tym czasie bardzo na rękę. Komunie też uciszenie jeszcze jednego pyskatego "klechy" na pewno pasowało 

Inny komentator, podpisujący się „andynie” napisał:

Pan profesor trafił w sedno. Tajemnica naszej rzeczywistości zamknięta jest w prawdzie o śmierci księdza Jerzego. Wyjaśnienie tej sprawy wyjaśni wszystko co dzieje się dookoła nas. Ciekawe czy film o zabóstwie Księdza spowoduje, że coś zmieni się w podejściu do tematu? 

Najbardziej zdumiewającym elementem nielogicznej układanki, jaką nas karmią od 25 lat, jest fakt – dzisiaj już nie budzący wątpliwości – że ciało Księdza Jerzego wyławiano dwa razy i po raz pierwszy wyłowiono je na trzy dni przed oficjalnym wyłowieniem! Kiedy ten fakt komentowałem w listopadzie 1984 w podziemnym kwartalniku „Obecność”, opierałem się na poufnych informacjach z uniwersyteckich kręgów prawniczych. Dzisiaj sprawa jest już znacznie lepiej udokumentowana w zeznaniach świadków, które przytacza w swojej książce Wojciech Sumliński.

 

Dlaczego? Po co to komu było potrzebne? Sprawy przecież działy się na oczach wielu ludzi, ryzyko kompromitacji było wielkie.

 

Nasuwa się hipoteza taka: po porwaniu Księdza Jerzego przez Piotrowskiego i Spółkę, z jakiegoś powodu nastąpiła zmiana planów i zmiana pierwotnego scenariusza. Łotry, które to porwanie zaplanowały nagle znalazły się wobec konieczności zmiany planów. Włączyły się jakieś inne łotry, które pomieszały szyki. Powstało zamieszanie, awantury, kłótnie, w wyniku czego trzeba było ciało Jerzego Popiełuszki wrzucać do rzeki dwa razy.

 

Były to potężne łotry, na tyle potężne, że były w stanie zmusić do milczenia i Księdza Prymasa i jego biskupów, i szlachetnych mecenasów – obrońców prawdy i pełnomocników rodziny Księdza Jerzego, i zmusić Piotrowskiego i jego bandyckich kompanów, żeby się przyznali do niedopełnionej zbrodni. I spowodować, żeby we wszystkich mediach – przed i po Okrągłym Stole – obowiązywała sfabrykowana przez nich legenda o męczeństwie i śmierci Jerzego Popiełuszki.

 

25 lat to szmat czasu. Całe, kompletne pokolenie. Ćwierć wieku. Ale większość z łotrów, które w tych zbrodniczych scenariuszach i planach brały udział, jeszcze żyje i, najprawdopodobniej, ma się dobrze. Dotarcie do prawdy jest wciąż możliwe. Ale ta prawda nie wydaje się być na rękę rządzącym Polską. Dlatego jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze wiele wiele razy powtarzać trzeba postulat:

Zmienić ordynację, rozwiązać Sejm!

Wrocław, 19 października 2009

Jacek Bezeg (2009-10-19)

  Korzenie
Tylko tyle właśnie zostało z Polski. Z tej Polski jaką mamy nie tyle w pamięci, co raczej w wyobraźni, bo któż z dziś żyjących, widział ją jako świadomy, w pełni dojrzały człowiek. Polska, jawi nam się nie tyle we wspomnieniach co w marzeniach, fantazjach z goła. Polska która otrząsnąwszy się z zaborców, oparła się sowieckiej nawale, zbudowała Gdynię, COP i wiele innych wspaniałości w zaledwie 20 lat. Polska, która dała światu kolejny przykład niesamowitego męstwa, kolejnych bohaterów, którzy walczyli na tak wielu frontach.
Pięć lat niemieckiej, pięćdziesiąt sowieckiej niewoli. Dwadzieścia lat szarogęszenia się rozmaitej agentury, a na koniec akcesja do europejskiego kołchozu. Cóż jeszcze można by dodać?
Jest jakieś nieszczęście, które nas nie spotkało? A przecież nie zginęła. I nie zginie!!
Tak jak na obrazku gdzie widzimy małą i słabą jeszcze roślinkę wyrastającą z czegoś czego już nieomal nie ma. Bo przecież nie jest to obraz potężnego, dumnego drzewa.
Jest na nim jednak ważna podpowiedź. Aby wzrosnąć na nowo trzeba nam wrócić do korzeni, zadbać o nie, a dadzą one początek nowej roślinie. A korzeniami naszymi są rodzina i wiara.
 Oba te byty są mocno związane ze sobą. Głęboka, ugruntowana wiara pomaga stworzyć rodzinę zdrową, mocno się kochającą i odporną na wszelkie losu przeciwności. I wzajemnie, taka rodzina najczęściej daje nam, społeczeństwu, osoby głęboko wierzące, wartościowe, a często i kandydatów do stanu duchownego.
Ktoś, kto chce sobie podporządkować jakąś społeczność, działając planowo najpierw będzie się starał pozbawić ją cech zwiększających jej odporność, a więc zniszczyć rodzinę i wiarę. Tylko tak możemy sobie wytłumaczyć zupełnie bezinteresowną, wydawałoby się, że wręcz bezsensowną nienawiść niektórych środowisk do tych tak ważnych instytucji, oraz planowe i systematyczne ich niszczenie.
W wyżej opisanej, a nawet zilustrowanej sytuacji nie widzimy innego sposobu walki o wolną i niezawisłą Polskę jak skupienie się na trosce o takie jej korzenie.

Panie Boże, dopomóż!!

Jacek Bezeg (2009-10-13)

Podczas manewrów amerykańskiej floty wojennej miał miejsce następujący dialog:
- Obiekt  312 wzywa obiekt 5121. Nie jestem pewien czy unikniemy zderzenia
- -
- Obiekt 312 wzywa obiekt 5121 do ustąpienia z drogi
- -
- Tu obiekt 312 . Jestem lotniskowcem i kategorycznie wzywam obiekt 5121 do ustąpienia z drogi.
- Tu obiekt 5121. Jestem latarnią morską i nie mam takiej możliwości.
Ta, być może prawdziwa, historyjka obrazuje w pewnym  stopniu sytuację w jakiej znajduje się Bractwo Świętego Piusa X . Warto ją wyjaśnić w przededniu spotkania jakie planujemy w Opolu z księdzem Karolem Stehlinem, przełożonym Bractwa na Polskę. Rozmaite zarzuty wysuwane pod jego adresem można napotkać. Rozmaite epitety; odstępcy, heretycy, nieposłuszni. W pewnym stopniu można się zgodzić z tym ostatnim. Lecz trzeba sobie zdać sprawę jakiego rodzaju jest to nieposłuszeństwo. Otóż kapłani, którzy utworzyli Bractwo wykonali "manewry" dokładnie takie jak wyżej wspomniana latarnia morska. Pozostali w Tradycji w jakiej tkwił, jakiej nauczał Kościół od setek, a właściwie od tysięcy lat. Tymczasem reszta, czyli cały Kościół Rzymsko- Katolicki po Soborze Watykańskim II wszedł na nową drogę. Nie tylko liturgia się zmieniła. Zmieniło się także wiele w stosunku Kościoła do świata i do innych religii. Czy na lepsze? Czy słuszne jest czerpanie z doświadczeń protestantów, ewangelików zwłaszcza w sytuacji kiedy jasno widzimy głęboki kryzys tych kościołów? Bractwo skupia tych, którzy nie są pewni pozytywnych skutków tych wszystkich nowości, tych, którzy po prostu pragną być wierni Tradycji. Tak Tradycji pisanej z wielkiej litery. Tylko tyle i aż tyle. To przecież nie powinno być grzechem.
I tutaj rzecz, której nie umiem zrozumieć. Każda jako tako zorganizowana grupa, czy są to hodowcy kanarków, czy oficerowie armii, ceni i wręcz hołubi w swym gronie tych, którzy są nosicielami jej tradycji. Tak czynią wszyscy ... tylko nie kapłani Kościoła Rzymsko - Katolickiego. Tyle się słyszy o ekumenizmie. Spotykają się księża i biskupi z pastorami, popami, rabinami czy nawet przedstawicielami bardzo egzotycznych kultów. Można przy takich okazjach zobaczyć Buddę postawionego na tabernakulum. Są tańce i inne "imprezy". Wszystko to odbywa się w atmosferze miłości, wzajemnego zrozumienia i czego byśmy tam sobie nie zapragnęli. Tylko Bractwo, którego jedynym "grzechem" jest to, że tkwi w tym czym był tenże Kościół Rzymsko - Katolicki przed rokiem 1965 i to przez setki lat, jest źle widziane. Nie jest zapraszane na plebanie, do kurii, na ekumeniczne modlitwy. Dlaczego tak jest? Nie wiem. A przecież kiedyś mi tłumaczono, że podstawową rolą Kościoła jest przechować dla żyjących i przyszłych pokoleń depozyt prawd objawionych przez Boga Ojca i Syna Jezusa Chrystusa. Przechować w niezmienionej treści i przekazać do wierzenia, jako drogę do Zbawienia. Jak można to zadanie wykonać tak bardzo nie lubiąc Tradycji?
Kiedy słyszę o księżach nie chcących dawać Pana Jezusa osobom klęczącym, kiedy słyszę o biskupich planach redukcji kultu Matki Bożej, to zaczynam się zastanawiać nad tym czy to jeszcze jest ten mój Kościół, ten w którym mnie ochrzczono. Skoro mi to nie odpowiada to pewnie powinienem już dawno umrzeć i nie przeszkadzać w postępie i rozwoju.
     Na szczęście jest jeszcze Bractwo Świętego Piusa X.
            Bogu Najwyższemu niech będą za to dzięki!!

 

więcej na   http://www.piusx.org.pl/ 

Anna Grega (2009-10-07)

Szczęść Boże!

Z uwagą zapoznałam się z wywiadem udzielonym przez x. Lisa GW w dniu 5 października. Dotyczył on przyznania Doktoratu Honoris Causa panu Zanussiemu przez Wydział Teologiczny na UO. Przyznam, że słysząc słowa pana Zanussiego, dotyczące trzynastoletniego dziecka, pomyślałam, że nie zawsze talent idzie w parze z moralnością. Czytając nieudolne tłumaczenia i obronę postawy pana Zanussiego przedstawiane przez x. Lisa jestem zdumiona jego sofistyką. Czy argument, że historia wydarzyła się 3o lat temu, a dotyczyła wówczas 13 letniej dziewczynki i dotąd nie została uporządkowana przez Polańskiego zmienia kategorię czynu złego na dobry? Czy czyn, nawet przedawniony przestaje być złem, a staje się dobrem? Czy można poważnie traktować Kapłana który snuje takie tezy? Czy można poważnie traktować Wydział Teologiczny, który inaczej naucza, a życie weryfikuje to nauczanie? Rozumiem, choć nie pochwalam, gdyby taką nagrodę za całokształt pracy twórczej przyznała panu Zanussiemu jakaś Akademia Filmowa, ale Katolicki Wydział?. Czy Kapłan, który twierdzi, że za pół roku nikt nie będzie pamiętał haniebnej postawy Zanussiego, rozumie o czym mówi? Wydaje mi się, że Kapłan Kościoła Katolickiego powinien być strażnikiem Prawdy, a nie mojej pamięci... Zastanawiam się, czy również miał na myśli pamięć skrzywdzonego dziecka? Boleję nad kompromitacją Wydziału Teologicznego, która uderza również w mój Kościół i Jego Kapłanów. Obchodzimy Rok Kapłański, w którym modlimy się szczególnie o świętość Kapłanów. Takie lekceważące wypowiedzi wobec skrzywdzonego dziecka i ich obrona z ust Kapłana nie napawa optymizmem... "Kto drwi z ubogiego, znieważa jego Stwórcę." ( K PRZYS.17,5) Bardzo x Biskupa proszę o podjęcie stosownych kroków uniemożliwiających przyznania nienależnych honorów osobie na to niezasługującej. Proszę usilnie o zwrócenie x. Lisowi uwagi na niestosowność jego słów.
Dziękuję za przyjętą posługę Biskupią w naszej diecezji,
                    pozostaję w modlitwie.      Anna Grega.

 

wpisał j.b. (2009-10-04)

 Ze strony http://porozumienie.mojeforum.net/temat-vt286.html?postdays=0&postorder=asc&start=0

  Tłumaczył Edward Klimczak, Berlin


Przedmowa tłumacza:

W związku z międzynarodowym apelem o obronę rosyjskiego dziennikarza opozycyjnego Aleksandra Podrabinka postanowiłem przetłumaczyć jeden z jego ostatnich artykułów, aby dać polskiemu Czytelnikowi wyobrażenie o tym, dlaczego grozi mu niebezpieczeństwo. Artykuł Podrabinka dotyczy niby błahej sprawy: właściciele moskiewskiej restauracji «Krokieciarnia antysowiecka” pod presją policji zmienili nazwę lokalu na „Krokieciarnia sowiecka”.

Linki do artykułu Podrabinka:

http://www.ej.ru/?a=note&id=9467

Szkoda, że właściciele „antysowieckiej” krokieciarni pod naciskiem naczelnika zarządu dzielnicy Sztukaturowa i prefekta Mitwola ustąpili i zdemontowali szyld. Szkoda dlatego, bowiem żądanie urzędnika jest bezprawne. I dlatego też, że wszystko to jest zamachem na swobodę przedsiębiorczości, przede wszystkim szantażowanie strażą pożarną i sanepidem. I również dlatego, że skargi weteranów są świństwem, podłością i głupotą. I właśnie z tego powodu szyld „antysowiecka” powinien wytrzymać cios i się nie złamać.


Właściciele restauracji nie mogą zabierać głosu i tu trzeba ich zrozumieć — przecież chcą utrzymać swój biznes. A dyskusja z moskiewskimi urzędnikami, ogłupiałymi od czasu modlitw do Stalina, jest całkowicie bezprzedmiotowa. Trzeba by jednak zająć się weteranami, którzy złożyli skargę z powodu szyldu.


Wydaje się im, że mają patent na patriotyzm, miłość do Ojczyzny i troskę o jej przyszłość. I tylko im się wydaje, że mają prawo do zasłużonego, honorowego wypoczynku. Tylko im się wydaje, że cieszą się ogólnym poważaniem. Zasugerowano im to już dawno. A przecież ich czas już się skończył. Ich ojczyzna to nie Rosja. Ich ojczyzną był Związek Sowiecki. Są sowieckimi weteranami, a ich kraj nie istnieje już, dzięki Bogu, od 18 lat.

Związek Sowiecki był to przecież całkowicie inny kraj niż ten, który przedstawiali w podręcznikach szkolnych i w swojej kłamliwej prasie. Związek Sowiecki to nie tylko politrucy, stachanowcy*, bohaterowie pracy komunistycznej i kosmonauci. Związek Sowiecki to również powstania chłopskie, ofiary kolektywizacji rolnictwa i Głodomoru, setki tysięcy niewinnie rozstrzelanych w kazamatach przez czekistów* i miliony ludzi, zamęczonych w GUŁAGu* przy dźwiękach obrzydliwego michałkowowskiego hymnu*. Związek Sowiecki to dożywotnie wyroki w szpitalach psychiatrycznych dla dysydentów, morderstwa zza węgła oraz — na bezlicznych obozowych cmentarzach — groby moich przyjaciół, więźniów poltycznych, którzy nie dożyli do naszej dzisiejszej wolności.


Weterani oburzyli się na „antykomunistyczną” nazwę, bowiem z pewnością byli strażnikami w obozach i więzieniach, komisarzami specoddziałów w latach wojny, katami na poligonach egzekucyjnych. To wy, sowieccy weterani, broniliście władzy sowieckiej, a potem korzystaliście z jej łask. Teraz jednak boicie się prawdy i kurczowo trzymacie się swojej sowieckiej przeszłości.

Władimir Dołgich, przewodniczący moskiewskiego Związku Weteranów, ten właśnie, który złożył skargę przeciwko nazwie na szyldzie, był podczas wojny politrukiem, później zrobił karierę w partii i w końcu został sekretażem KC KPZR. Starsi ludzie powinni pamiętać jego nazwisko. Weteran totalitaryzmu. W czasie, gdy sprawował władzę, wsadzano ludzi do więzień za „działalność antysowiecką” /cudzysłów — przyp. tłum./ i nie ma się czemu dziwić, że właśnie on tak ostro zareagował na restauracyjny szyld.


Wy, Włodzimierzu Iwanowiczu, jesteście z tej bandy komunistycznych przestępców, którzy chcieli zgubić nasz kraj, a później szczęśliwie uniknęli sądu i kary. Teraz znów wypływacie na powierzchnię, aby usprawiedliwić swoją przeszłość — przeszłość sowiecką, krwawą, kłamliwą i haniebną.


A ja pochodzę z antysowieckiej przeszłości naszego kraju i muszę coś Panu powiedzieć. W Związku Sowieckim oprócz was byli jeszcze inni weterani, o których wy nie chcecie niczego wiedzieć ani słyszeć — weterani walki z władzą sowiecką. Z waszą władzą. Oni, podobnie jak niektórzy z was, walczyli z nazizmem, a następnie toczyli walki z komunizmem w lasach na Litwie i Ukrainie Zachodniej, w górach Czeczenii i w piaskach Środkowej Azji. Oni wywołali obozowe powstania w Kengirze* w 1954 r. i poszli na rozstrzelaną demonstrację w Nowoczerkasku w 1962 r. Prawie wszyscy zginęli, a pamięć o nich nie jest chroniona, ulice i place nie noszą ich nazwisk i nie oddają im honoru. Niewielu z nich udało się przeżyć. A dzisiaj nie dostają żadnej pomocy od państwa i renty partyjnej, żyją w biedzie i zapomnieniu. Więc to nie wy, stróże i bałwochwalcy władzy sowieckiej, jesteście prawdziwymi bohaterami naszego kraju.


Nasze zaspane społeczeństwo jeszcze tego nie pojęło. Nie jest nadal w stanie ani ocenić znaczenia antykomunistycznego ruchu oporu, ani uhonorować pamięć poległych w walce z władzą sowiecką. Nasze społeczeństwo znajduje się jeszcze pod hipnozą sowieckiej propagandy lub w najlepszym wypadku obojętnie patrzy na swoją przeszłość nie rozumiejąc jej znaczenia dla przyszłości.

Ale o kim jest mowa? — o stalinowskich sokołach czy breżniewowskich lizusach, dusicielach wolności z partii Władimira Dołgich. Ludzie normalni, jak się wydaje, żyją w pokorze i zobojętnieniu w świecie sowieckich symboli i nazw. Czytają „Komsomolską prawdę”, pracują w „Moskiewskim komsomolcu”, występują w teatrze „Leninowskiego Komsomołu”, mieszkają na prospekcie Lenina i nawet nie wnioskują o zmianę jego nazwy. Jaka to różnica, jak się co nazywa? Rzeczywiście – jaka to różnica, czy się żyje w czystości czy w brudzie? I obudzili się ze snu tylko wówczas, kiedy weterani odczuli obrazę władzy sowieckiej. Ach, jak to wszystko pogodzić, żeby było demokratycznie i żeby weterani się nie obrażali, bo przecież trzeba ich szanować?


Jasne, że tym, którzy walczyli z nazizmem, należy się nasz szacunek. Lecz nie obrońcom władzy sowieckiej. Trzeba szanować pamięć o tych, którzy przeciwstawiali się komunizmowi w ZSRS, bronili wolności w zniewolonym kraju. Pamięć o nich powinna być czegoś warta w Rosji, która przpisuje sobie atrybut bycia demokratyczną.


Czas już, aby zakończyć obłudne rozpaczanie z powodu obrazy uczuć weteranów, których ranią ataki na władzę sowiecką. Zło powino być karalne. Jego służalcy też. Pogarda potomków to minimum tego, na co zasłużyli budowniczy i obrońcy sowieckiego reżimu.


Fotografia autora

Przypisy tłumacza:

Aleksander Podrabinek, ur. w 1953 r., rosyjski dziennikarz, publicysta, obrońca praw człowieka, więzień sowieckich łagrów (1978-1983)

Kengir – łagier polityczny w Kazachstanie. Powstanie więźniów w 1954 r. trwało 41 dni i było impulsem do likwidacji łagrów oraz zaczątkiem antykomunistycznej opozycji.

Czeka, czekista — pierwsza tajna rosyjska policja bolszewicka – czrezwyczajnaja komisija – pod rozkazami Polaka Feliksa Dzierżyńskiego (przydomek „krwawy Feliks”), poprzednik sowieckiego wywiadu i tajnej policji KGB (dzisiaj FSB)

michałkowowski hymn - hymn Związku Sowieckiego i Rosyjskiej Federacji, którego trzy wersje (pierwszą z nazwiskiem Stalina w tekscie – 1944 r., drugą bez Stalina – 1955-1977 r. i trzecią ze słowami „przez Boga chroniona Ojczyzna” – 2000 r. napisał sowiecki pisarz Sergiej Michałkow (1913-2009), a muzykę sowiecki wojskowy kapelmistrz Aleksandr Aleksandrow (1945). Melodia ta jest również hymnem Rosyjskiej Federacji od 2000 r.

GUŁAG – po rosyjsku Gławnoje uprawlenije łagieriej, sieć setek obozów politycznych na Syberii i w Kazachstanie

stachanowcy – (od nazwiska Stachanowa) przodownicy pracy socjalistycznej ( w Polsce Wincenty Pstrowski i Wiktor Markiewka — „Markiewka, Pstrowski są przykładem//I my jak oni! My ich śladem” — autor Konstanty Ildefons Gałczyński)

Linki tłumaczań

www.edwardklimczak.de

http://www.poglad-berlinwest.de

http://www.solidarnosc-berlinwest.de

Jerzy Łysiak (2009-09-27)

Natrafiłem w Internecie na świadectwo zainteresowań, działalności dwóch polskich kapłanów katolickich. Różne jest ich miejsce w Kościele, różna rola, różny stopień w hierarchii: Jeden to "sekretarz" ks. Karola Wojtyły, jak go oficjalnie nazywano (choć nie wiem, co pisał, co napisał), znany zaufanym gościom Metropolity, Kardynała, Papieża jako "ksiądz Stasio", który po śmierci Wielkiego Jana Pawła II na Jego Cześć i Pamiątkę ubrany został w purpury i ustanowiony Następcą na Krakowskim Tronie. Drugi ksiądz to obecnie "podwładny" tego pierwszego. Nie nosi purpurowej sutanny, jest skromnym "szeregowym" kapłanem, dla którego może nawet parafii nie starczyło. Znalazł sobie, być może sam, zajęcie: poświęcił się opiece nad dziećmi niepełno-sprawnymi umysłowo, których nazywa "Muminkami", stworzył dla nich Fundację Brata Alberta, liczne domy opieki.

Obaj ci duchowni, prócz swych zajęć niejako zawodowych, znani są także z różnych zainteresowań, pasji. Pierwszy krząta się wokół zaprowadzanie i utrwalania "Pokoju Na Świecie", nie żadnego tam pokoju duchowego, pokoju w duszy człowieka, ale właśnie tego, który Ktoś, kiedyś nazwał "pokojem, który świat daje". I oto ten kapłan katolicki, jednocześnie książę Kościoła, Wielki Hierarcha, zatroskany o ów "światowy" pokój krząta się i wysila, aby był to pokój prawdziwy, sprawiedliwy, w jak najlepszym wydaniu, a przede wszystkim powszechny, wszechogarniający, jednakowo pożądany i dobry dla wszystkich na tym świecie, dla wszystkich jednakowo. To wielkie i ambitne zadanie, na miarę dziejów, dotąd nikomu się jeszcze nie udało, ale cel przecież szczytny, może tymi metodami..., może tym razem... Oby!

A drugi kapłan szuka prawdy. Wszędzie. Zwłaszcza w historii, w działaniach i postawach innych ludzi. No, nie jest to działalność piękna, nie. Jest, bo musi być, stale podejrzliwy, nieufny, "szukający dziury w całym". Nie ma w nim wielkodusznego wybaczania, zrozumienia dla ograniczonych możliwości każdego przecież człowieka, dla koniecznych, w różnych skomplikowanych sytuacjach, jego potknięć. 

Zresztą, wystarczy, sami poczytajcie, sami posłuchajcie.

http://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1393&Itemid=46 

 http://www.youtube.com/watch?v=151ols_wxPg&feature=related