Jacek Bezeg (2013-10-08)

 

Kto pamięta o Kowalczykach?


Jak co roku w początkach października przychodzi na myśl wspomnienie o braciach Kowalczykach, i jak co roku pamięci o ich czynie nie można utrwalić

Mieszkańcy miasta, gdzie przed 42 laty wymierzono okupującej nasz kraj komunie siarczysty policzek, niespecjalnie chcą o tym wydarzeniu pamiętać. Poza paroma dosłownie osobami nikt nie ma ochoty myśleć, czy też dowiedzieć się czegoś więcej o tym wydarzeniu. O ile poza Opolem sprawa braci Kowalczyków jest bardziej znana i doceniana, to w naszym mieście tak nie jest. Na murze pod stoczniowym pomnikiem "Trzech Krzyży" w Gdańsku jest wiele tablic upamiętniających tragiczne "dokonania" komuny, lecz tylko jedna jest poświęcona żyjącym. To ta, którą mieszkańcy trójmiasta dziękują Jerzemu i Ryszardowi Kowalczykom za pomszczenie ofiar grudniowej masakry z 1970 roku.

Wysadzili aulę opolskiej WSP na kilka godzin przed rozpoczęciem swoistego „sabatu” funkcjonariuszy szczególnie zasłużonych w obronie „przodującego ustroju”. Panowie, mający być udekorowani za odważne strzelanie z czołgów i helikopterów do bezbronnych ludzi, otrzymali nagle przerażający komunikat:

Mogliśmy was wszystkich w jednym momencie pozabijać.

Nie zrobiliśmy tego, bo nie jesteście warci, by uczciwy człowiek tym sobie sumienie obciążał.

I nie wiadomo, które ze zdań tego komunikatu było bardziej bolesne. W każdym razie ból nim spowodowany mocno tkwi w pamięci do dziś. Dlaczego tak myślę? O ile większość obywateli nie chce pamiętać o problemach dawno „obalonej” komuny, to ona sama i jej potomstwo o wymierzonym policzku pamięta i „trzyma rękę na pulsie”. W Opolskim Stowarzyszeniu Pamięci Narodowej przekonaliśmy się o tym, gdy dla uczczenia pamięci braci odlana została z brązu pamiątkowa tablica. Najpierw senat uczelni nie zgodził się na jej zawieszenie na „szacownych” murach. Potem również ratuszowa ściana okazała się nieodpowiednia. Na koniec ojcowie franciszkanie nie zgodzili się nawet na jej przechowanie. Została więc tylko pokazana, poświęcona i następnie schowana.

Czeka na czas kiedy komuna rzeczywiście upadnie.

 
 


Tablicę w Gdańsku zobacz tu:

 
 
 Tablicę opolską zobacz tu:
 

 


Wacław Grzybowski (2013-08-27)
Ten niezwykły tekst, wraz ze znakomitą jego interpretacją w wykonaniu znanego aktora opolskiego Waldemara Kotasa (na płytce CD), wręczył mi pewnego pięknego letniego dnia p. Antoni Klusik, współinicjator tej publikacji, w miejscu, gdzie zbiegają się wszystkie drogi Opolan, mianowicie w małej księgarence Klubu Naszej Gazety. Samo zaistnienie owego poematu, a potem fakt wydania go w formie wielo-medialnej wydał mi się czymś zasługującym na uwagę. Jednak przyznam się szczerze, że wysłuchałem tylko krótkie fragment recytacji p. Kotasa, by stwierdzić, że jest przejmująca i doskonała, że był to celny pomysł. Dlaczego nie wysłuchałem całej płytki? Ponieważ zacząłem od lektury własnej, a ta tak mi utkwiła w pamięci i wyobraźni, że obawa, iż p. Kotas wywróci moją interpretację do góry nogami, skłoniła mnie by zachować w myśli ten głos, który zrodził się przy własnym czytaniu Baśni Stołu Dębowego. Pemacie wołyńskim.
Albowiem ma ona swój własny głos, tak jak Pan Tadeusz, jak Beniowski, głos który przemawia do wyobraźni i zapada w pamięci. Epicka opowieść spisana mickiewiczowskim dziesięciozgłoskowcem, dźwięczna, melodyjna, barwna, dramatyczna, przejmująca do głębi. Powieść o nas samych, Polakach dwudziestego pierwszego wieku, mimo iż opisująca zamierzchłe dzieje, kończąca swą fabułę na upadku komuny. Mimo iż kresowa to jednak dotyczy wszystkich urodzonych na tej ziemi, nie tylko na Kresach, nie tylko ceniących polskość, ale i tych którzy uwierzyli telewizorom, którzy uwierzyli migającym obrazkom, pustej pseudo-mądrości głoszącej, iż „polskość to nienormalność”. Dlatego wydaje się, że jest to poemat nie dokończony. Czy da się go zwieńczyć jakąś współczesną konkluzją? Nie wiem. Wiedzieć to może tylko jego autor (którego nigdy osobiście nie spotkałem). 
Ma on swoją logikę, swoją fabułę. Współgra ona z melodyką owego archaicznego języka, melodyką przeważnie nieśmiałą ustępującą obrazom historycznym, realnym, lub prawdopodobnym, przekonującym. A jednak miejscami melodia narracji, jej głos, rytm i brzmienie staje się porywające przez dramatyzm treści, za którym idzie brawurowa forma, swobodna niemal gra z językiem. Wydaje się, że wynikają one spontanicznie z toku poetyckiej gawędy, ale zarazem pojawiają się w momentach kluczowych tam, gdzie, jak w symfonii, dramatyzm treści i formy jest konieczny. I właśnie w ten sposób, w tych fragmentach, poemat ów wywiera swoje piętno na wyobraźni i pamięci czytelnika lub słuchacza. Bo poezja jest po to, by czytać ją głośno, publicznie. Jest owo czytanie jej właściwą interpretacją. Ale zarazem interpretacji takich jest wiele, i wiele być powinno. Dlatego płyty wysłucham do końca, gdy moja wyobraźnia nasyci się głosem w niej zrodzonym. 
By nie być gołosłownym przytoczę kilka tych znamiennych fragmentów, zapadających w pamięć, do których z fascynacją powracam. Jest nim na przykład fragment z Prologu zachęcający do wsłuchania się w głos opowieści starego stołu: „Nachyl no uszka do staruszka! / Niech cię prowadzi baśni dróżka / Za góry, lasy, rzeki, doły, / W zamierzchły świat – w daleki Wołyń.” Jest nim fragment trzeciej części, Pustelnia, opowiadającej o bezimiennym pustelniku (z wieku ciemnego lub średniowiecza), który zamieszkał pod dębem, protoplastą dębowego stołu: „Brat szedł przez życie dobrze czyniąc, / zaś knieja, stając się świątynią / codzienną wieść o Bożej Chwale / z ust jego niosła dalej. / Czy śpiewał więc czy grał na fletni / wtórzył mu dębów chór stuletni / a gdy uczucie w dźwięk ubierał, / zewsząd ptaszęcy ród go wspierał  / w symfonie przemieniając pieśni, / jakich las nie znał ani nie śnił.” Skojarzenie z mickiewiczowskim obrazem „dzięcieliny,” co „panieńskim rumieńcem pała” narzuca się samo. Choć to inne nieco przesłania i inne stylistyki, mają, jednak, w sobie jakieś podobieństwo aury. 
W dobie sarmackiej dąb zostaje ścięty i zamieniony na stół: „Co ma być, będzie! Taki los … - / I wnet poczułem pierwszy cios / i drugi, setny i tysięczny / i ból co wszystek listek męczy … / Ząb śmierci gryzł mój pień z mozołem, / aż się zachwiałem - i runąłem.” Stół trafia do dworku szlacheckiego, gdzie codzienna modlitwa domowników przywodzi pamięć pustelnika (Dwór): „A ten codzienny prosty pacierz / wciąż przypominał mi o Bracie: / gdy kładł garść jagód na mchu miękkim / i zaczynał - od podzięki ….” Dwór jednak w czasie powstań pada ofiarą wojsk zaborcy: „A mściwy wróg, mijając wieś / czynił rabunek gwałt i rzeź … / Jakiż dać odpór dla hałastry / mógł starzec i z nim trzy niewiasty? / Huf śmierci, zżąwszy żniwo srogie, / złupił dwór – i podłożył ogień.” Po latach ocalały stół zostaje zamieniony na ołtarz. Kreśli więc przed naszymi oczyma obraz pobożności zatopionej w Sakramencie sprawowanym na nim (U progu nieba): „Oto wychodzi ksiądz z zakrystii / sprawować dzieło Eucharystii / a Chrystus przez kapłańskie dłonie / w misterium zmienia ceremonię, / z miłości ofiarując siebie  / z  Ciałem i Krwią – w winie i chlebie./ Lud na kapłana postać zważa: / klęka, powstaje i powtarza - / z książki, z pamięci, z głębi serca, / na głos lub szeptem, w myślach, w pieśniach.” Nadchodzi, jednak, czas piekielny (Piekło I, Piekło II, Piekło III), kiedy groza brunatna przepycha się z czerwoną, a między nie wchodzi okrucieństwo ukraińskiego tryzuba, bądź po prostu prostych ludzi otumanionych przewrotną ideologią, fałszywą nadzieją na wolność zbudowaną na lackich trupach (Piekło I): „Już w ogniu drugi dom i trzeci! /  Matka w ramiona garnąc dzieci, / półnaga, biegnie kryć się w zboże … / Ojciec chce walczyć, lecz nie może - / z widłami w piersi w ogniu tonie … / Psu wyją ...  Bydło rycząc płonie.” Czas komunizmu stalinowskiego przynosi ruinę świątyni (Piekło II): „Dzwon   rozerwany na kawałki, / uleciał  …    jak spłoszone ptaki … / Runął dach z wieżą … / Strop drewniany    zmiażdżył organy / Pękły ściany … / Krzyż – padł wprost na mój blat.” Stół zostaje przewieziony na komisariat UB (Piekło III): „Tak oto ołtarz stanął w piekle, / gdzie sam czart pięść tłukł w blat wściekle / i niczym pająk w sieci krat / w głowę ofiary sączył jad.”
To tylko nieliczne fragmenty tego niezwykłego poematu. Dają nam, jednak, one pogląd na jego stylistykę i fabułę. Co więcej, w logice dziejów dębowego stoły rysuje się pewna analogia, analogia między dębowym drzewem, stołem, Krzyżem Chrystusowym, i krzyżem ludzkich dziejów, historią cierpień, prześladowań i wzlotów. Wszak ołtarz Eucharystyczny jest symbolem zbawczego Krzyża.  Ale bieg dziejów nie jest zakończony. Historia Polaków walczących o swój wolny byt nie kończy się wraz z kresem terroru stalinowskiego, czy nawet wraz z Okrągłym Stołem. Trwa nadal. Dlatego Baśń Stołu Dębowego dopomina się o swój dalszy ciąg. Czy da się go opowiedzieć w stylistyce post-mickiewiczowskiej? Być może.   
Jacek Bezeg (2013-02-25)

 

Kilka uwag o architekturze wnętrz

W pięćdziesiąt lat po Soborze Watykańskim II dyskusja o jego dokonaniach nie tylko nie  ustaje, ale nawet zdaje się przybierać na sile. Niech będzie jakimś do niej nawiązaniem tych kilka słów poświęconych architekturze wnętrz. Chodzi o wnętrza szczególne, bo wnętrza świątyń. Chcę pokazać w jaki sposób zmieniają się one w ciągu tych kilkudziesięciu lat, a niech czytelnik sam wyciągnie jakieś wnioski z kierunku tych zmian.

 

 

Kościół parafialny w Gondrexange w Lotaryngii

Taki widok trudno już dziś zobaczyć. Niektórzy może jeszcze pamiętają. Wielu może nigdy nie widziało kościoła gdzie w centrum nie stoi stół posoborowy. Mamy tu normalny ołtarz. Jego centrum stanowi tabernakulum, w którym znajduje się Ciało Chrystusa. Ponieważ ołtarz z kolei stanowi centralny punkt kościoła, naturalnym jest nazywanie go Domem Bożym.
To przed podobny ołtarz przyprowadzały kiedyś matki swoje dzieci i pokazując Wieczną Lampkę tłumaczyły: „Widzisz, to światełko oznacza, że tu jest Pan Jezus. Uklęknij i pomódl się do Niego”.  

 

 

Kościół franciszkanów w Opolu

Przed takim ołtarzem także i Msza Święta sprawowana była inaczej. Niektórzy powiadają, że tyłem do ludzi, lecz chyba ważniejsze jest, że przodem do Boga. Przecież tu przychodzimy do Niego. Z kolegami znajomymi, czy nawet z rodziną, rozmawiać, wymieniać ukłony i ściskać się będziemy wtedy gdy zakończy się Ofiara Eucharystyczna i wyjdziemy z Domu Bożego. Tu, to nie przystoi. 

 

 


 

Bazylika p.w. św. Mikołaja, St Nicolas de Port, Lotaryngia

Po Soborze zapanował w Kościele nowy prąd polegający na zwróceniu się do ludu nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. Widzimy więc nie tylko tradycyjny ołtarz z tabernakulum, kwiatami i świecami, ale i posoborowy stół, a raczej stolik z lewej strony fotografii. Tak więc można tu sprawować Eucharystię na dwa sposoby  patrząc na krucyfiks, lub patrząc na Lud Boży.
Można powiedzieć, że duch aggiornamento wniknął do tej świątyni w sposób niepełny.

 

 

Katedra p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Opolu

Z całą pewnością nie możemy tego powiedzieć o Katedrze opolskiej. Stół posoborowy jest tu duży i solidny. Nie można go z niczym innym pomylić, bądź nie zauważyć.
Pojawił się tu jednak nowy element. Niektórzy widząc te eleganckie krzesła, nieomal trony  i to w tym miejscu są zaskoczeni i zdziwieni. Pytają czy nie utrudnia to dojścia do tabernakulum? Czy nie przesłania go za bardzo?
Jak się okazuje nie ma się czemu dziwić, bo katedra to miejsce sprawowania władzy biskupiej nad diecezją. A do sprawowania władzy potrzebny jest tron. Biskup ma jak widać dwóch biskupów pomocniczych.
Pytanie czy to wypada tak siedzieć tyłem do Ciała Chrystusa jest tu zupełnie nie na miejscu. Zapewne przepisy prawa kanonicznego na to pozwalają.

 

 

 

Katedra p.w. Zwiastowania Najświętszej Panny Marii w Nancy, Lotaryngia

Biskup we francuskim Nancy wolał jednak nie siadać tyłem lecz bokiem. W ogóle poszedł jeszcze dalej. Widzimy, że stół posoborowy stanowi główny i największy obiekt w prezbiterium Katedry. W głębi za nim jest jeszcze tylko gablota z figurką Maryi i jakaś dziwnie pusta przestrzeń. Nie ma ołtarza, tabernakulum, nie widać tu też Wiecznej Lampki. Kto pamięta nauki rodziców rozumie:
Nie ma tu Ciała Chrystusa. To gdzie my jesteśmy?

Spokojnie, spokojnie Pan Bóg jest wszędzie, a Boże Ciało przez uszanowanie przeniesiono po prostu w bezpieczniejsze miejsce.
Katedra ma poza głównym także i inne ołtarze. Właśnie na jednym z nich jest i tabernakulum i wszystko co trzeba. Takie coś małe czerwone leżące pomiędzy świecznikami z prawej strony, to właśnie Wieczna Lampka. Tu jest Ciało Chrystusa i tu nic mu już nie grozi. Ani turyści hałasujący i pstrykający fleszami, ani nikt siadający do niego tyłem czy bokiem. 

Na jednym z forów dyskusyjnych, na pytanie o naukę jaka płynie z cudu, jaki zdarzył się w Sokółce dostałem odpowiedź:
„Pan Bóg nie chciał nam powiedzieć niczego czego byśmy nie wiedzieli.”

Czy rzeczywiście?


Więcej o architekturze:

 http://www.bibula.com/?p=617

http://signum-dei.blogspot.com/2012/06/otarz-posoborowy.html


Post Scriptum :

W opolskiej Katedrze zaszła drobna zmiana. Teraz prezbiterium wygląda tak:


 



Pomimo, że nie wiadomo czym jest spowodowana zmiana ustawienia, trzeba jednak zauważyć, że kierunek zmian jest właściwy. Pamiętam czasy kiedy tron biskupi stał zupełnie z boku, za to pod pięknym baldachimem.
Komu to przeszkadzało? 


Jacek BEZEG
 

Piotr Lisiewicz (2013-01-30)

Narodowcy i koledzy z wojska


Narodowcy i koledzy z wojska - niezalezna.pl
foto: Małgorzata Armo; na zdjęciu Marek Dukaczewski
Admirał Marek Toczek brał udział w szkoleniu straży Marszu Niepodległości. Jednocześnie Toczek działa w stowarzyszeniu Pro Milito z byłym szefem WSI Markiem Dukaczewskim. Sam Dukaczewski, którego swoim doradcą w sejmie chciał zrobić Ruch Palikota, wystąpił ostatnio przeciwko… nagonce na Młodzież Wszechpolską i ONR. Ruch Narodowy jeszcze nie zaczął oficjalnej działalności, a już pokazuje, że jego walka z republiką okrągłostołową to pic na wodę

Zapowiedzi brzmiały radykalnie. Po Marszu Niepodległości szef Młodzieży Wszechpolskiej Robert Winnicki mówił w czasie wiecu na Agrykoli, że celem Ruchu Narodowego będzie „zorganizować naród i obalić republikę okrągłego stołu”. – Nie będzie żadnego okrągłego stołu, nie będzie porozumienia i nie będzie grubej kreski – wołał Winnicki.

Marek Dukaczewski przeciw nagonce na narodowców

Jesień 2012 r., siedziba portalu Nowy Ekran na Nowym Świecie. Trwa szkolenie straży Marszu Niepodległości. Pogadankę z narodową młodzieżą prowadzi admirał Marek Toczek ze stowarzyszenia Pro Milito. Powstało ono w 2008 r. Jego prezesem został wówczas generał Tadeusz Wilecki, absolwent Akademii Sztabu Generalnego ZSRS, były członek egzekutywy KW PZPR w Zielonej Górze, w 1992 r. mianowany przez prezydenta Lecha Wałęsę szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Zastępcą Wileckiego w Pro Milito został Marek Toczek, a do zarządu wszedł gen. Marek Dukaczewski, były szef WSI, absolwent sowieckich kursów i szkoleń GRU. Alians tego środowiska z „narodowcami” nie jest nowością – Wilecki w 2000 r. kandydował na prezydenta z poparciem m.in. ugrupowania Romana Giertycha.

20 listopada ub.r. Dukaczewski udzielił wywiadu radiu TOK FM. Przeszedł on niezauważony, choć generał powiedział tam rzeczy zaskakujące. Odnosząc się do sprawy Brunona K., Dukaczewski stwierdził: – W sprawie niedoszłego zamachowca niepokoi mnie to, że pojawiają się już sformułowania, że ten człowiek ma poglądy nacjonalistyczne i antysemickie. Znowu dolewamy oliwy do ognia, do dzielenia społeczeństwa.

Odnosząc się do Marszu Niepodległości, przeciwstawił się nagonce na działaczy Młodzieży Wszechpolskiej i ONR:Pamiętamy jeszcze, co się działo 11 listopada i jak reagowaliśmy na wystąpienia ludzi ONR i wszechpolaków; pamiętamy, jakie tam padały wypowiedzi. Jeżeli mówimy, że człowiek, który przygotował się do zamachu, reprezentował środowisko czy tylko myślenie nacjonalistyczne, to wpisujemy się w cały ciąg nagonki. I podsumował: – Znowu padną jakieś oskarżenia, znowu zostaną wykopane rowy, których przez wiele lat nie zakopiemy.

Słowa Dukaczewskiego są o tyle kuriozalne, że ostatni raz głośno było o nim, gdy w grudniu 2011 r. jako swojego doradcę w sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych zgłosił go Ruch Palikota. Jak pasuje do przeciwnika dzielenia społeczeństwa, wykopywania rowów i nagonki na Marsz Niepodległości? Przypomnijmy, że wcześniej Dukaczewski był podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, znany był też z dobrych kontaktów z Radosławem Sikorskim.

Prelegent narodowców chwali ubeka, co walczył z Żołnierzami Wyklętymi

Listopad 2012 r. Narodowa Łódź zaprasza na spotkanie z Andrzejem Wronką zatytułowane „Sytuacja demograficzna Polski”. Narodowa Łódź to ugrupowanie stworzone przez lokalne oddziały Młodzieży Wszechpolskiej i ONR, co zapowiadali ich liderzy Adam Małecki i Maciej Migus.

Jak opowiadają młodzi narodowcy, twory o analogicznych nazwach mają powstać w całym kraju (np. Narodowy Poznań, Narodowy Gdańsk itp.). W przyszłości miałyby zjednoczyć się i stworzyć wspólne ugrupowanie.

Gość Narodowej Łodzi zachwalany jest jako „charyzmatyczny komentator spraw społecznych”. Faktycznie, Andrzej Wronka na swojej stronie internetowej pisze z pasją: „W ferworze wielu zarzutów, kalumnii, oszczerstw, mowy nienawiści kierowanych pod adresem Pana redaktora Ryszarda Gontarza, mam radość zaprezentować wywiad z Człowiekiem legendą, Człowiekiem, który zawsze walczył – i walczy – o Polskę”.

Kim jest Ryszard Gontarz? Historyk Franciszek Dąbrowski w Biuletynie IPN z 2008 r. (nr 3) pisał o nim: „W maju 1948 r. zapisał się do PPR. Jako że był niepełnoletni, dodał sobie dwa lata, podając rok urodzenia nie 1930, lecz 1928. Niedługo później zamojski Komitet Powiatowy PPR wystawił mu skierowanie do pracy w tamtejszym PUBP. Gontarz 14 września 1948 r. został młodszym referentem Referatu III PUBP w Krasnymstawie. W życiorysie z 1961 r. pisał o tym, jak »miał automat« i »uganiał się po wertepach« za partyzantami Win-u. W prośbie o rehabilitację z grudnia 1956 r. skarżył się, że zachorował po całonocnym leżeniu na śniegu podczas operacji pod Fajsławicami w styczniu 1949 r. W kolejnych charakterystykach pisano również o jego »pracy z agenturą«”.

W 1949 r. został usunięty dyscyplinarnie z UB, jak twierdził w wyniku intryg. Wrócił do pracy w SB. Dąbrowski pisze: „Do aparatu bezpieczeństwa Gontarz wrócił dzięki koneksjom z funkcjonariuszami MSW oraz dzięki własnej publicystyce. Rekomendował go ppłk Władysław Walicki ze szkoły Departamentu I MSW (poznał go przez innego pracownika Departamentu I), pisząc: „Niedawno oddał do druku zbiór artykułów na temat nielegalnej działalności różnych ugrupowań w latach czterdziestych. Niektóre z tych artykułów czytałem, są one interesujące i pozytywne”; we wniosku personalnym z 18 listopada 1961 r. czytamy: »Ob. Gontarz Ryszard w swojej działalności dziennikarskiej zajmował się do niedawna sprawami kleru. On pierwszy po 1956 r. w prasie postawił usunięcie nauki religii w szkołach«”.

„Piękna rola” Ryszarda Filipskiego

Ryszard Filipski i Ryszard Gontarz – dwie osoby łączyła zarówno współpraca filmowa, jak i polityczna. Obaj uznawani byli za czołowe postacie moczarowskiego skrzydła PZPR, a potem ideologów betonowego Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”, krytykującego Wojciecha Jaruzelskiego za nadmierną pobłażliwość dla Solidarności.

Gontarz w latach 50. był dziennikarzem „Sztandaru Młodych”. Później kierownikiem literackim krakowskiego teatru eref-66, założonego przez Filipskiego. W 1977 r. napisał scenariusz do filmu innego moczarowca Bogdana Poręby „Gdzie woda czysta, a trawa zielona”.

W 1980 r. Filipski i Gontarz byli sygnatariuszami „Listu 44”, odezwy skierowanej do władz. Była ona apelem m.in. o zaostrzenie polityki kulturalnej i ograniczenie „masowego wystawiania” takich twórców, jak Sławomir Mrożek oraz Witold Gombrowicz, a także ograniczenie działalności kabaretu „Pod Egidą”.

O Ryszardzie Filipskim wspomniałem nie przypadkiem. Podczas wiecu narodowców po Marszu Niepodległości porywające przemówienie wygłosił rzecznik ONR Marian Kowalski. Powołał się w nim na „piękny film” „Hubal” Bohdana Poręby, działacza moczarowskiego skrzydła PZPR, Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, PRON oraz narodowo-komunistycznego Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald. Oraz „piękną rolę” w nim aktora Filipskiego.

Filipski 5 listopada 2011 r. w Krakowie wygłosił gorące przemówienie przeciwko tym, którzy twierdzą, że Rosjanie „są wszystkiemu winni”. Oraz wezwał: „Uważam, że powinni chrześcijanie, Słowianie, jak najszybciej się jednoczyć”.

Czy słowa Kowalskiego o Filipskim to tylko błąd, przypadek? Nie sądzę, rzecznik ONR jest świetnym mówcą, więc wie, że przemówienie na wiecu to nie recenzja filmowa, tylko polityczny manifest.

„Palikot nie jest tworem Moskwy”

Liderzy Ruchu Narodowego nie idą tak daleko, by jak Filipski wyzwać Słowian do zjednoczenia, jednak niektórzy z nich wskazują, że inaczej niż PiS rozkładają swoje priorytety. Po podpisaniu porozumienia pomiędzy abp. Józefem Michalikiem i patriarchą moskiewskim Cyrylem, przy entuzjastycznym poparciu Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego szef Młodzież Wszechpolskiej Robert Winnicki napisał tekst zatytułowany „Słuszny krok, dobry apel”: „Podpisanie dokumentu ocenić należy pozytywnie. Dystansując się od bieżących, trudnych i skomplikowanych problemów politycznych, jest zarazem przejawem polityki przez wielkie P. Dla polskiej prawicy jest zaś dobrym przypomnieniem, co stanowi główne zagrożenie dla kultury i cywilizacji, dla Polski i Polaków: nie jest nim Moskwa, lecz demoliberalizm, laicyzm i konsumpcjonizm”.

Stwierdził też: „Palikot nie jest tworem Moskwy, tylko tego, do walki z czym wzywają abp Michalik i Cyryl”.
Żródło:
 

 

Prof. Tadeusz Marczak (2013-01-28)

 Niemiecki cień nad RAŚ

 

W trakcie ostatniego, VI marszu dla autonomii zorganizowanego przez Ruch Autonomi Śląska zwracał uwagę wielki transparent głoszący: „Górny Śląsk w Europie Regionów”. Przypomnijmy, że po raz pierwszy wariant „Europa Regionów” zastosowano wobec Jugosławii z powszechnie znanymi skutkami.

Generał Pierre-Marie Gallois, swego czasu doradca gen. Charles’a de Gaulle’a i wybitny francuski geopolityk, twierdził, że za krwawym rozbiorem Jugosławii kryły się niemieckie tajne służby, niemieckie pieniądze, niemiecka dyplomacja i niemieckie dostawy broni. Potwierdzają to zresztą niektórzy autorzy niemieccy.

Zemsta za opór

Plany likwidacji państwa jugosłowiańskiego zrodziły się jeszcze w epoce zimnej wojny. W kontaktach z politykami zachodnioniemieckimi wysokiego szczebla, jakie generał de Gaulle miał w latach sześdziesiątych, nieustannie pojawiała się z ich strony myśl o konieczności rozczłonkowania Jugosławii.

Niemcy nie ukrywali przy tym, że będzie to zemsta za opór Serbii wobec Niemiec z czasów I, a zwłaszcza II wojny światowej. Ale widoczne były także przesłanki geopolityczne tego programu. Dunaj miał stanowić główną arterię i podstawę dominacji niemieckiej nad Europą. Nie było zatem w tym obszarze miejsca na liczące się organizmy polityczno-gospodarcze, stąd dążenie do podziału Czechosłowacji i rozczłonkowania Jugosławii. W tym drugim przypadku chodziło także o możliwość wyjścia przez Niemcy na Morze Śródziemne poprzez Chorwację i jej adriatyckie wybrzeże.

Dla realizacji tego celu uruchomiono szereg instytucji badawczych o pozornie niewinnych zadaniach i nazwach. Uczeni niemieccy przystąpili do opracowania ideologicznych podstaw rozbicia państwa jugosłowiańskiego, przyjmując zasadę „praw grup etnicznych”. Eksponowano i wyolbrzymiano różnice językowe wśród Słowian południowych, mimo że uczeni francuscy zwracali uwagę na sztuczność tej argumentacji, podkreślając fakt, że zróżnicowanie językowe w Niemczech (gdzie właściwie występuje 5 języków) jest o wiele większe niż między Serbami i Chorwatami, a niektórzy utrzymują, że np. różnice między językiem dolnoniemieckim a językiem bawarskim są o wiele większe niż różnice między językiem polskim a serbochorwackim. Kiedy zaś doszło do wybuchu walk między narodami Jugosławii, podsycano je oszukańczą i jednostronną propagandą prasową wymierzoną głównie w Serbów.

Niektórym natężenie antyserbskiej propagandy w Niemczech i w zdominowanych przez kapitał niemiecki mediach w innych krajach przywodziło na myśl analogiczną propagandę z czasów I wojny światowej, którą wtedy lapidarnie podsumowano: „Serbien muss sterbien” (swoisty neologizm od „sterben” – umierać, a więc: „Serbia musi umrzeć”).

Nie poprzestawano jednak tylko na wyżej przytoczonych metodach. Sięgnięto także po wypróbowane wzorce z okresu III Rzeszy. Jak wiadomo, końcowym akordem agonii Jugosławii była kwestia Kosowa. Autorzy niemieccy podali interesujące dane na temat działającej na tym terenie tzw. Armii Wyzwoleńczej Kosowa (UCK). Otóż według jednego z nich, jeśli chodzi o kadrę dowódczą tej formacji, to stanowili ją synowie albo wnukowie utworzonej przez Niemców w czasie II wojny światowej albańskiej dywizji SS „Skanderbeg”.

Dekompozycja narodów

Ale nie tylko w działaniach wobec b. Jugosławii opierano się na nazistowskich doświadczeniach. Kiedy na przełomie XX i XXI wieku przystąpiono w Polsce do tworzenia niemieckiej mniejszości narodowej, wychodzący w Opolu tygodnik „Schlesische Wochenpost” instruował swych czytelników w grudniu 2004 roku, że za Niemców mogą być uznani ci, którzy urodzili się w Rzeszy w granicach z 1937 roku, oraz ci, których rodzice albo oni sami zostali wciągnięci na tzw. Deutsche Volksliste wprowadzoną przez Niemców na terenach okupowanej Polski w 1940 roku.

Do czego zmierzają te działania? Wyjaśnia je francuski badacz Pierre Hillard, który w 2001 roku opublikował książkę pod tytułem (w tłumaczeniu na polski) „Mniejszości i regionalizmy. Europa federalna regionów. Badania nad planem niemieckim, który wywróci Europę”. Autor stawia tezę – dobrze ją dokumentuje – że mamy do czynienia z głęboko przemyślaną i konsekwentnie realizowaną akcją niemiecką, której celem jest dekompozycja narodów europejskich, cofnięcie ich do stadium plemiennego poprzez wykorzystanie i sztuczne wyolbrzymienie różnic regionalnych i odmienności gwar i dialektów, którym na siłę i w sposób sztuczny chce się nadać charakter różnic narodowych. „Naród śląski” i „język śląski” są dobrą ilustracją kierunku tych działań. Podobnego zdania jest dwójka autorów niemieckich Walter von Goldendach i Hans-Ruediger Minow stwierdzających, że istotą polityki Niemiec od czasów Bismarcka jest etniczna parcelacja Europy.

Jak ma wyglądać Europa według tych planów? W 2002 roku ukazała się pod auspicjami Parlamentu Europejskiego firmowana przez „Demokratische Partei der Voelker Europas” mapa, która ma ilustrować kierunek zmian. Według tej mapy Wielka Brytania zostanie podzielona na cztery jednostki „plemienne”: Anglię, Szkocję, Walię i Kornwalię. Silnej redukcji terytorialnej ulegnie Francja. Pozbawiona Bretanii i Korsyki utraci także dostęp do Morza Śródziemnego, gdyż powstanie tam twór o nazwie Okcytania. Podobnie z terytorium Hiszpanii wyodrębniony będzie Kraj Basków, a także Galicia i Katalonia.
Jedynie Niemcy nie ulegną jakimkolwiek przekształceniom terytorialnym, a nawet więcej, ich obszar wzrośnie poprzez włączenie doń Szwajcarii i Austrii. Cel więc jest jasny: zapewnienie Niemcom dominacji nad etnicznie rozparcelowaną Europą.
Wspomniana mapa nie ilustrowała przekształceń terytorialnych Polski. Ale już w 1991 roku poseł do Bundestagu Hartmut Koschyk ogłosił: ,,Dyskusja nad regionalizacją Polski według niemieckiego wzoru właśnie się toczy”. W pierwszym etapie miała ona objąć Śląsk, a następnie inne regiony naszego kraju.

Między tańcami ludowymi a neonazizmem


Jedną z organizacji zagranicznych, z którą RAŚ utrzymuje kontakty, jest Schlesische Jugend (Śląska Młodzież) działająca w strukturach Związku Wypędzonych Eriki Steinbach, a konkretnie afiliowana przy Ziomkostwie Śląskim kierowanym przez Rudiego Pawelkę. Niewiele jest informacji na jej temat w Polsce. Ograniczają się one do stwierdzenia, że „większość grup tej organizacji to grupy folklorystyczne”. Lepiej zorientowani RAS-iowcy wyrażają się o niej z entuzjazmem. „Rudek Pawełka i chopoki z Schlesische Jugend to najlepsche schloonckie synki” – czytamy na forum internetowym katowickiej edycji „Gazety Wyborczej”.

W Niemczech natomiast znana jest ta organizacja ze swoich silnych powiązań z neonazistami z NPD. Przedstawiła je Andrea Roepke w broszurze „Schlesische Jugend. Zwischen Volkstanz und Neonazismus”. Schlesische Jugend od 2002 roku organizowała wycieczki do Polski.

Ich uczestnicy na forum internetowym organizacji dzielili się swoimi wrażeniami z wypraw, przedstawiali ich program i swoje zamierzenia.
Dowiadujemy się więc, że Śląska Młodzież zorganizowała we Wrocławiu obchody rocznicy upadku „Festung Breslau” bez najmniejszej ingerencji ze strony polskich władz. Punktem kulminacyjnym innej wyprawy było zwiedzanie obozu zagłady Auschwitz. „Od tego momentu stałem się zadeklarowanym antysemitą” – pisze jej uczestnik i dodaje, że dzień zakończył się wesoło: nocnym ogniskiem, przy którym razem z kolegami „spaliliśmy flagę Syjonu”. Kolejna wyprawa odbywała się pod hasłem znanym z czasów II wojny światowej: „Wir fahren nach Polen um Juden zu versohlen” (jedziemy do Polski, żeby sprawić lanie Żydom). Jeden z uczestników wyprawy z maja 2005 roku swoje przeżycia skwitował lirycznym wierszykiem: „Gestern hatt’ ich einen Traum, ein Pole hing an einem Baum” (Wczoraj miałem sen, na drzewie wisiał Polak).

W swoich enuncjacjach o charakterze programowym SJ deklarowała, że z samej definicji stoi na gruncie rewizjonizmu terytorialnego wobec ziem, które obecnie w większości są zamieszkiwane przez Polaków.


Charakter tej organizacji i ekscesy jej członków stały się powodem interpelacji grupy posłów do Bundestagu skierowanej do rządu RFN w kwietniu 2011 roku. Interpelacja, którą podpisali m.in. Volker Beck, Claudia Roth i Monika Lazar, zawierała 41 szczegółowych pytań na temat działalności SJ i konsekwencji tejże działalności dla życia wewnętrznego Niemiec, a także stosunków polsko-niemieckich. Odpowiedź rządu niemieckiego, niekiedy zdawkowa, przyznawała, że SJ jest pod wpływem neonazistów i dlatego jej działaniom będzie się „przyglądać”. Padło w tej interpelacji także pytanie, czy rząd RFN w świetle przytoczonych faktów na temat SJ i nie tylko nadal podtrzymuje pochwałę, jaką kanclerz Angela Merkel obdarzyła Erikę Steinbach za jej działalność w sprawie osławionego Centrum przeciwko Wypędzeniom. Odpowiedź rządu była najkrótsza z możliwych: tak.

Steinbach a RAŚ

Zachowanie Eriki Steinbach w powyższej kwestii było symptomatyczne. Najpierw usiłowała zdyskredytować autorów interpelacji. Nie zostało to jednak dobrze przyjęte przez opinię publiczną, wobec czego, z wyraźną niechęcią, zdystansowała się od Schlesische Jugend. Nic to jednak nie zmieniło i obecnie organizacja ta wciąż jest w strukturach kierowanego przez nią związku.

Nadal także kontynuuje swoje wyprawy do Polski. 14 lipca 2012 roku jej członkowie wzięli udział w organizowanym przez RAŚ „marszu dla autonomii”. W sprawozdaniu zamieszczonym na stronie internetowej SJ zatytułowanym „Między autonomistami” piszą, że odbyli „niezliczoną ilość rozmów” i zyskali „mnóstwo nowych przyjaciół”. Zakończyli je życzeniami pod adresem RAŚ: „Alles Gute beim »Los von Warschau!«” (powodzenia w oderwaniu się od Warszawy!).

Członkowie Schlesische Jugend pojawili się także na zorganizowanym we Wrocławiu IV Festiwalu Kultury Mniejszości Niemieckiej w Polsce. Fakt ten oburzył członków działającego w Mannheim „Vereinigung der Verfolgten des Naziregimes” (Stowarzyszenie Ofiar Reżimu Nazistowskiego). Informacje o tym wydarzeniu zamieszczone na stronie internetowej zostały opatrzone tytułem: „Niemiecki konsul na spotkaniu faszystów i rewanżystów”. Nawiązywano w ten sposób do faktu, że konsul niemiecki w Opolu współfinansował imprezę i był do końca na niej obecny.

Podobnej wrażliwości nie obserwujemy niestety po stronie polskiej. Festiwal wrocławski zaszczycili swoją obecnością wojewoda dolnośląski, wiceminister administracji i cyfryzacji, a prezydent Komorowski wystosował list do uczestników. Jest to potwierdzeniem faktu, że władze polskie zapaliły zielone światło dla działalności neonazistów. Warto wspomnieć, że rząd niemiecki w odpowiedzi na interpelację posła Volkera Becka i innych podkreślał, że strona polska nigdy nie interweniowała w Berlinie w sprawie nagannych zachowań elementów neonazistowskich na terenie naszego kraju.

 

Prof. Tadeusz Marczak

 

za:  http://wolnapolska.pl/index.php/Bezpieczeństwo/2013012616611/niemiecki-cie-nad-ra/menu-id-311.html

 

Andrzej Kumor (2013-01-20)
Andrzej Kumor: Budujcie!!

Młode pokolenie to przyszłość Polski, dlatego patrząc na tańce godowe i różnego rodzaju pohukiwania, jakie wokół środowiska Młodzieży Wszechpolskiej i narodowców czynią dzisiaj ci, “co wiedzą lepiej”, chce się krzyczeć: “nie dajcie się chłopaki (i dziewczyny też)!”.

Dlatego cieszą słowa Roberta Winnickiego i Mariana Kowalskiego, bo budowanie oddolnego ruchu to jedyna recepta na podźwignięcie kraju.
Polityczne środowiska siedzące na Polsce i pilnujące swych koryt w naturalny sposób podchodzą do młodych ludzi jako zagrożenia. Wygląda bowiem na to, że – bez żadnej przesady – coraz więcej młodych Polaków jest uświadomionych narodowo, obytych w świecie i zniesmaczonych telewizyjnym “wychowaniem”; lansem “róbta, co chceta”. To już było, to się przejadło, to nie jest modne.
Od lat modlę się o modę na Polskę, i chyba nadchodzi!
Program przyjęty przez Młodzież Wszechpolską – budowania struktur lokalnych – wyłaniania lokalnych przywódców, tych na klatce schodowej, tych w dzielnicy, tych w powiecie i we wsi. To jest to, co dawno temu postulowała endecja, to powrót do korzeni i jedyna skuteczna metoda zrzucenia sitwy pookrągłostołowej, która sobie Polskę rozpisała między siebie; sitwy niebieskiej czerwonej i tęczowej.
Jedną z najsilniejszych motywacji działania politycznego jest możliwość decydowania czy współdecydowania o sobie, przełamanie bariery bezsilności, poczucie, że coś od nas zależy, że możemy działać i inni będą się z nami liczyć.
To pokonanie politycznego ubezwłasnowolnienia tak charakterystycznego w Polsce to jest rewolucja! System polityczny jest skostniały. Proporcjonalna ordynacja wyborcza powoduje powielanie się tzw. klasy politycznej – dopływ świeżej krwi odbywa się jedynie na zasadzie awansu wewnątrzstrukturalnego, który premiuje miernych, ale wiernych; osoby zbyt samodzielne odpadają, bo zagrażają pozycji urzędników politycznych, którzy mają “obsikane” swoje działki.
Modus operandi przyjęty przez środowisko młodzieży narodowej jest najbardziej skuteczny, dlatego z taką agresją młodzi są atakowani. Z jednej strony przez różnego rodzaju kanalizatorów, którzy chcieliby ich zamustrować do swoich szeregów, a z drugiej przez oficjalne środowiska i partie polityczne.
Niezależnie bowiem od wyników działania MW, to, co się już dzieje, wychowa pokolenie ludzi samodzielnie myślących, ludzi spoza “republiki okrągłego stołu”, świadomych polskich obowiązków, polskiego potencjału i spuścizny, którą dziedziczą.
Jednocześnie ludzi impregnowanych na propagandowe projekty obecnego obozu rozgrywającego.
Jeśli ci nowi działacze zdołają się przebić; zmienić ordynację na większościową, nauczyć skutecznego działania w gminie, miasteczku, wsi, to Polska ma szansę.
Kibicuję całym sercem Marianowi Kowalskiemu, Robertowi Winnickiemu i wielu innym ich kolegom. Chodzi o budowanie narodowej wspólnoty, chodzi o zachęcanie do bycia przywódcą i liderem. By już nikt nigdy Polakom “liderów” nie przywoził w czołgach czy w teczkach; by nam nikt nie narzucał szemranych autorytetów zdradą podszytych, by posprzątać gmachy, w których powinien być reprezentowany polski interes; by można było zbudować instytucje publiczne wolnego państwa.
Oczywiście położenie nie jest łatwe; Polska nie jest niepodległa, utraciła suwerenność, jest kontrolowana przez instytucje międzynarodowego kredytu, jest rozgrywana przez ościenne interesy…
Dlatego wychowywanie młodych ludzi w duchu suwerenności jest pierwszym koniecznym krokiem odbudowy. Przekonanie młodych ludzi do Polski, do możliwości zbudowania zasobnego kraju jest rzeczą cudowną.
Cud niepodległości nie przyjdzie z nieba. Tę niepodległość może zbudować nowa młoda polska elita. Chodzi o to, by była świadoma konieczności odwojowania instytucji państwa, by była wykształcona, wiedziała jak negocjować, jak walczyć, by znała własne atuty.
Fakt, że takie pokolenie Polaków wyrosło, że nie wszyscy wyjechali i nie wszystkim zgniły głowy od nowomowy neoliberalizmu obyczajowego, to już jest cud, jak człowiek popatrzy, jakie walce medialne jeździły ludziom po głowach.
Po oporze poznaje się wartość własnego działania, patrząc na to, jak wielka zgraja dzisiaj rzuca się na narodową młodzież, serce rośnie! Nie dajcie się, idźcie swoją drogą, plwajcie na skorupę straconych pokoleń, róbcie swoje!
Budujcie!



Andrzej Kumor, Mississauga
http://www.goniec.net


za:  
Jadwiga Chmielowska (2012-12-13)

Jak rozumieć 13 grudnia?

Nie udało się podmienić w "Solidarności" elit - tych niekonstruktywnych na konstruktywne, więc wprowadzono stan wojenny

Prowokacjom, zwłaszcza dobrze przygotowanym można ulec, ale ważniejsze
jest jak wykorzystać je do swoich celów. Tak było ze strajkami w
sierpniu 1980 r. Sprowokowały je władze, ale akcja wymknęła się spod
kontroli. Powstała nie tylko "Solidarność", ale cały naród
zorganizował się w niezależne od władzy struktury. Nawet PZPR przeżyła
ruch odnowy zwany "poziomkami". Zaczęły się tworzyć struktury poziome,
a w Katowicach nawet w wyborach do Plenum KW PZPR "poległ"
dotychczasowy antysolidarnościowy I Sekretarz Żabiński. W województwie
katowickim na czele dwóch komitetów powiatowych stanęli I sekretarze,
którzy po 13 grudnia rzucili legitymacje partyjne.

Przesilenie marcowe po "Prowokacji Bydgoskiej" sprawiło, że władza
zdała sobie sprawę nie tylko z potęgi "Solidarności", ale i z tego,
jak kruche ma struktury w zakładowych Podstawowych Organizacjach
Partyjnych (POP). Wysyłały one  w marcu 1981 r. uchwały popierające
strajk generalny. Adam Michnik jeździł po prawie wszystkich MKZ -tach
(zarządy wojewódzkie "Solidarności") i próbował zaszczepiać myśl o
finlandyzacji Polski oraz  komunizmie z ludzką twarzą. Nie wiem, jak w
innych regionach mu się powiodło, w Katowicach miał pecha do rozmów z
panem Adamem wystawiono mnie. Zapis mojej odpowiedzi jest w mojej
teczce w IPN. Powiedziałam wprost, że mnie to nie interesuje - walczę
o niepodległą i wolną od komunizmu Polskę.

Komuniści próbowali przejąć agenturalnie władze "Solidarności" podczas
wyborów w 1981 r. Były to pierwsze wolne wybory od wybuchu II wojny
światowej. I znowu zamierzeń nie udało się im zrealizować. Jedynie 20%
wśród delegatów stanowili agenci - TW. W skład Zarządów Regionów
weszło poniżej 10%. Mogli skłócać, ale nie rządzić.

Nad różnymi wariantami "pierestrojki" pracowano w Moskwie już od
początku lat 70. XX w. Oczywiście z różnym natężeniem. Należało na
polecenie towarzyszy z Kremla coś z tą "Solidarnością" zrobić. W
Moskwie brano nawet pod uwagę jakąś formę dogadania się. Pisał o tym w
książce "Moskiewski Proces" Władimir Bukowski na podstawie dokumentów,
do których miał dostęp za rządów Jelcyna.

Jaruzelski jednak postawił na rozwiązanie siłowe. Nie udało się
podmienić w "Solidarności" elit - tych niekonstruktywnych na
konstruktywne, więc wprowadzono stan wojenny. Przyznał to wprost gen.
Czesław Kiszczak na konferencji Ministrów Spraw Wewnętrznych Krajów
Demokracji Ludowych w Pradze w 1983 r. Główne tezy wystąpienia tow.
generała z Polski zapisał w swym sprawozdaniu  towarzysz z NRD. Raport
znajduje się w archiwach Instytutu Gaucka.

Była to kolejna rozprawa z polskimi elitami. Pomyślmy jakby teraz
Polska wyglądała, gdyby nie podmiana elit w "Solidarności"! Nie byłoby
Geremków, Buzków, Krzaklewskich, Mazowieckich itp.

Z dokumentów PZPR wynika jednak, że już wtedy istniały dwie Polski.
Była wtedy "sekta chłodni", która wierzyła, że "Solidarność" lada
moment wymorduje wszystkich komunistów. Wmawiano, że będą mrożeni w
chłodniach. W niektórych siedzibach komitetów miejskich PZPR
przygotowywano worki z piaskiem dla obrony. Trudno w to uwierzyć, ale
istniały wtedy jakby niezależne dwa światy. Nie przenikały się.
Biuletyny partyjne, tajne szkolenia, a i media podgrzewały atmosferę
konfrontacji. Nie można się więc dziwić funkcjonowaniu w III RP "sekty
pancernej brzozy", podczas, gdy większość społeczeństwa chce wiedzieć
- co się właściwie w Smoleńsku wydarzyło i dlaczego.

13 grudnia było dla wielu, nie tylko działaczy, przejściem walki o
niepodległość Polski do konspiracji. Najważniejszym zadaniem
udowodnić, że bezpieka nie jest wszechwładna i wie tylko tyle, ile jej
kapusie doniosą. Budowaliśmy społeczeństwo alternatywne.

Wielu ludzi, których nie udało się patrolom Jaruzelskiego pojmać w
nocy z 12/13 grudnia 1981 r. zaczęło się ukrywać. Wystawiono za nimi
listy gończe. Na Górnym Śląsku oprócz mnie ukrywało się i działało w
podziemiu jeszcze dwóch kolegów. Bezpiece nie udało się nas złapać
przez przeszło 9 lat. Na Śląsku było najwięcej aresztowanych, ale i tu
opór był największy. Na kopalniach polała się krew - byli zabici (KWK
"Wujek") i ranni (KWK "Manifest Lipcowy"). Dwa tygodnie trwał strajk
pod ziemią na kopalniach "Ziemowit" i  "Piast". Przeszło 10 dni
strajkowała "Huta Katowice". To na Górnym Śląsku działała grupa
wysadzająca pomniki wdzięczności Armii Sowieckiej (Wodzisław).

W 1986 r. plan pierestrojki w Moskwie był już gotowy. W 1987 r. wyszli
na wolność w Związku Sowieckim wszyscy więźniowie polityczni. To Kreml
wymusił na swoich wasalach "pierestrojki" - czyli przebudowy. Należało
tak zmieniać, aby niczego nie zmienić. W Polsce poszło najłatwiej. W
Magdalence dogadali się oficerowie prowadzący ze swoją agenturą,
oczywiście było też tam kilku pożytecznych idiotów. Nie chciano
słuchać ostrzeżeń organizacji niepodległościowych. Straszono, że
"oszołomy" chcą rozlewu krwi itp.

Rozleciał się dzięki wspólnej walce wielu ujarzmionych narodów Związek
Sowiecki. Polacy odegrali w tym niepoślednia rolę. Kto jednak słyszał
w Polsce o tej garstce zapaleńców?

Polska dostała od historii swoje 5 minut. Mieliśmy 10 lat na
umocnienie państwa, zanim Rosja nie zacznie znowu odbudowywać swego
imperium  W ciągu tych lat, kolejne rządowe ekipy pozbyły się niemal
całego przemysłu i postawiły armię w stan likwidacji, zaciągając przy
tym niebotyczne długi.

Oto mamy okrągłostołową III RP. Jest ona kontynuacją prawną PRL. Byli
UBecy otrzymują  kilkutysięczne apanaże, a walczący o wolną Polskę
zostali skazani na głodowe emerytury. Nie zalicza się im jako lata
składkowe do wymiaru emerytury czasu, gdy ukrywali się i  pracowali w
podziemiu. Górnicy, których po wyrokach wyrzucono z pracy na kopalni,
nie otrzymują takich gratyfikacji, jak ich koledzy, którzy pracy nie
stracili. Osoby ukrywające się, które potraciły mieszkania i cały
dobytek nie mają prawa do żadnych odszkodowań.

W III RP władze przejęli wytypowani przez komunistów konstruktywni
opozycjoniści, którzy poszli na układ - podzielimy się władzą i
majątkiem. Tak się zaczęła grabież i dewastacja Polski. Patrioci
zostali skazani na zamilczenie. Do dziś nie znają się nawet między
sobą. Wielu z nich zostaje wręcz "wdeptywanych w glebę", bo przecież
są niebezpieczni dla panoszącej się  hołoty. Jak długo żołnierze
wyklęci czekali na należne im miejsce w panteonie bohaterów? Iluż
AK-owców umiera w przytułkach, iluż działaczy "Solidarności" popełniło
z biedy samobójstwa? Jak długo czekała Polska, by głos Anny
Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy mógł się przebić przez jazgot
"poputczików".

Współczesne łże-elity nie wierzą w Polskę, nie poświęcają się dla
niej, myślą jedynie o sobie i o apanażach. Liżą ręce panów w Moskwie i
Berlinie - kto lepiej po plecach chłoptysia poklepie.

Tego wam kundle i zdrajcy nie wybaczę, bo wybaczyć nie mogę, przez
krew przelaną naszych przodków i braci!

Artykuł ukazał się na portalu SDP.PL. Polecamy!

http://wpolityce.pl/artykuly/42601-jak-rozumiec-13-grudnia-nie-udalo-sie-podmienic-w-solidarnosci-elit-tych-niekonstruktywnych-na-konstruktywne-wiec-wprowadzono-stan-wojenny


http://www.sdp.pl/jak-rozumiec-13-grudnia-artykul-jadwiga-chmielowska

Wojciech Kamiński (2012-11-23)
Deprawacja za pieniądze Instytutu Teatralnego



Realistyczne sceny przemocy, seksu, a nawet gwałtu – to najkrótsza relacja ze spektaklu dla młodzieży gimnazjalnej „Zabawy na podwórku” pokazywanego przez opolski teatr im. Jana Kochanowskiego. Przedstawienie zrealizowane zostało w ramach edukacyjnego programu „Teatr Polska” i sfinansowane z pieniędzy Ministerstwa Kultury.

Historia, którą pokazują młodzi aktorzy teatru im. Kochanowskiego, oparta jest na faktach. Opowiada o dramatycznym wydarzeniu, które spotkało 14-letnią uczennicę. Została ona brutalnie zgwałcona przez kolegów z podwórka. Dialogi są pełne wulgarnych, nieprzyzwoitych słów, niewybrednych, a nawet prymitywnych i upokarzających żartów. Papierosy, alkohol towarzyszą przemocy, a nawet scenom gwałtu. Wszystko bardzo realistyczne.

Projekt „Teatr Polska” jest skierowany m.in. do młodzieży gimnazjalnej. Twórcy przedstawienia z dumą podkreślają, że w jego przygotowaniu brali udział uczniowie. Pisali m.in. dialogi, aby były one bliskie życiu i doświadczeniu młodego człowieka. Całość otrzymała pozytywną opinię psychologów, pedagogów, a nawet policji. Inaczej nie mogłaby zakwalifikować się do projektu realizowanego przez Instytut Teatralny. Program „Teatr Polska” ma promować teatr w małych miejscowościach. Dlatego opolski teatr jeździ z przedstawieniami po całej Polsce.

- Promowanie tego spektaklu wśród dzieci to co najmniej wielka głupota, tą sprawą powinien się zająć prokurator albo psychiatra - mówi pedagog, prof. Aleksander Nalaskowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika z Torunia. Zwraca uwagę, że przedstawienie, w którym kumulują się sceny przemocy, nie odwzorowuje prawdziwego życia. – Tak nie wygląda świat gimnazjalistów. Ich życie nie składa się wyłącznie z zachowań patologicznych. To tak, jakby uczyć historii, mówiąc tylko o rzeziach, bitwach i wojnach – wyjaśnia.

- Młodzi ludzie po obejrzeniu tak brutalnego przedstawienia na pewno nie będą lepsi, wręcz przeciwnie – ocenia Jan Dziedziczak (PiS), członek sejmowej komisji kultury i wieloletni wychowawca młodzieży. Przypomina, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz związane z nim instytucje kulturalne kierowane przez polityków PO nie po raz pierwszy wydają publiczne pieniądze na przedsięwzięcia budzące społeczną dezaprobatę. – Była już wystawa w Muzeum Narodowym „Homo ars erotica”, promująca homoseksualizm, i film „Pokłosie”, który szkaluje dobre imię Polski i Polaków - wylicza.

Ile pieniędzy na projekt „Teatr Polska” i spektakl „Zabawy na podwórku” przeznaczyło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego? Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć rzecznik Ministerstwa Kultury Maciej Baczyński.

Autor: Wojciech Kamiński, | Źródło: Gazeta Polska Codziennie,
Za: niezalezna.pl (012-11-21 13:)
Jadwiga Chmielowska (2012-11-17)

 Daremne żale – felieton Jadwigi Chmielowskiej

 

http://www.sdp.pl/daremne-zale-felieton-jadwiga-chmielowska

No to dożyliśmy czasów, w których zwykli obywatele spełniają funkcje dziennikarzy. Technologia umożliwia nagranie dźwięku, sfilmowanie, nawet telefonem komórkowym i przesłanie informacji o zdarzeniu w cały świat. Tysiące blogerów wymienia się informacjami. Piszą profesjonalne teksty publicystyczne. Czasem zastanawiam się, czy pod nikami nie kryją się profesjonalni dziennikarze, bojący się ujawnić prawdziwe nazwiska, by nie mieć problemów.

W III RP dziennikarz za napisanie artykułu, który przeszedł cały cykl redakcyjny zostaje dyscyplinarnie wyrzucony z pracy. Nikt jednak nie udowodnił, że w tekście o materiałach wybuchowych skłamał. Składniki substancji wysokoenergetycznych, czy jak to się tam profesjonalnie nazywa, wchodzące w skład materiałów wybuchowych, jednak na Tupolewie odnaleziono. To chyba tak samo, jakby zamiast „ukradł” napisać „zabrał nie swoje”. Jak zwał tak zwał, wiadomo o co chodzi. Skutkiem całego zamieszania jest ogólnonarodowa dyskusja nad TNT, C4 i wolnością słowa w Polsce. To chyba dobrze, że mleko się wylało i nie można już wszystkiego zamiatać po cichutku pod dywan.

Europejska Federacja Dziennikarzy zabrała głos w sprawie wolności słowa w Polsce. Nawet został skierowany list do właściciela „Rzeczpospolitej”, w którym czytamy między innymi, że „decyzja o wyrzuceniu z pracy redaktora naczelnego gazety, autora artykułu oraz dwóch innych dziennikarzy była „motywowana politycznie" ( http://www.sdp.pl/node/7911)

Polityka dezinformacji na temat tragedii w Smoleńsku sprawiła, że coraz więcej osób - 2/3 społeczeństwa żąda powołania niezależnej komisji międzynarodowej. Wzrosło też zainteresowanie mediów zagranicznych. Po publikacjach w prasie niemieckiej o śladach materiałów wybuchowych na wraku, teraz  zainteresowali się Czesi. Helena Sulcova w poczytnym czeskim dzienniku „Lidove Noviny” – już w tytule apeluje „Vydej vrak tupoleva Putine!”. W tekście czytamy:

Także przedstawiciele polskiego rządu powinni twardo i bezkompromisowo rozmawiać z Rosją o odzyskaniu wraku. Jeśli tego nie uczynią będzie wyglądało na to, że w „obrzydliwą grę" grają razem z Rosją.”  No cóż cały świat się dziwi!

Redaktor H. Sulcova występuje nie tylko w obronie Cezarego Gmyza, ale też pisze, że „Aktualnie w Polsce dzieje się to, czego bywamy świadkami również w Czechach. Po odkryciu dziennikarzy śledczych, wszyscy zaczynają krytykować pracę tych dziennikarzy. Ze swoich nor wyłażą różni medialni analitycy, specjaliści, z których większość nie wie nawet jak wygląda dyktafon. Wszyscy oni pouczają, moralizują jak dziennikarze śledczy powinni pracować, żeby pojawiła się sprawdzona informacja.” – no cóż to chyba jakaś światowa pandemia.  (http://wpolityce.pl/wydarzenia/40705-tylko-u-nas-vydej-vrak-tupoleva-putine-dziennikarka-glownego-czeskiego-dziennika-apeluje-do-rosji).

Dobrze się stało, że ruszył wreszcie portal angielskojęzyczny informujący o wydarzeniach i opiniach dotyczących tragedii w Smoleńsku http://smolenskcrash.eu/home . Redaguje go Mateusz Kochanowski, syn śp. Janusza Kochanowskiego, Rzecznika Praw Obywatelskich, który zginął w Smoleńsku. Od dłuższego czasu wielu zagranicznych dziennikarzy dzwoni do mnie prosząc o materiały o sytuacji w Polsce  - w języku angielskim. Jedynym niezależnym portalem zamieszczającym takie artykuły  był dotąd -  http://freepl.info/.

W ogóle ciekawie zaczyna się dziać w światku dziennikarskim, wydaje się, że niepoprawni politycznie, a poprawni logicznie, zaczynają przebijać się do świadomości publicznej. Ciekawy był pojedynek dwóch dziennikarzy w programie TVP „Polityka przy kawie”. Cezary Łazarewicz starł się na ekranie z  Janem Pospieszalskim. Był bardzo zaskoczony, gdy nie mógł się przebić z przygotowaną formułką o „wyznawcach religii smoleńskiej”. Tak się przygotował! Może chciał nawet zarobić na kolejną nominację do „Hienki” miesiąca za obrazę nie tylko tych wszystkich, którzy chcą wreszcie poznać prawdę o tragedii w Smoleńsku, ale i wyznawców  wszystkich religii świata. Pospieszalski reagował ostro. Zastąpił prowadzącą program, gdyż to przede wszystkim ona powinna zareagować. No cóż trening czyni mistrza. Może za kilka lat…. Pojedynek na słowa do obejrzenia m. innymi tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=qXl54XF6K_U

Oj dzieje się w Polsce, dzieje! Nawet zakony męskie i żeńskie przystąpiły do ostrej walki o wolność słowa. Przełożeni instytutów życia konsekrowanego (40 tys. członków) skierowali do KRRiT list, w którym czytamy między innymi: „Wykluczenie TV TRWAM z grona nadawców mających dostęp do multipleksu cyfrowego, jest swoistym „kneblowaniem ust” katolikom i spycha nasze państwo szczycące się zdobyczami wolności i demokracji, do grona państw, w których nagminnie łamie się prawa człowieka, szczególnie zaś prawo do wolności słowa; tym bardziej, że głos społeczny w postaci ponad 2,3 mln głosów sprzeciwu przekazanych do KRRiT, zdaje się być zupełnie ignorowany.”  Dokument powstał  na konferencji „Doświadczenie wiary osób konsekrowanych a nowa ewangelizacja”, która się rozpoczęła w Krakowie 13 listopada, a dziś tj. 16. kończy (http://www.radiomaryja.pl/informacje/zakony-bronia-tv-trwam/).

Wolności słowa nie da się już ograniczyć. Powstaną kolejne portale, radia i telewizje internetowe. Uaktywnią się kolejne rzesze blogerów i obywatelskich reporterów. Zostali sfilmowani i sfotografowani osobnicy w kominiarkach, chroniący się za szpalerem policjantów a później atakujący Marsz Niepodległości. Wszak poeta głosił – „Spisane będą czyny i rozmowy….”. Nawet głupota aktorów występujących w antypolskim filmie „Pokłosie” produkowanym za rosyjskie pieniądze http://www.wprost.pl/ar/356624/Poklosie-bylo-wspolfinansowane-przez-Rosjan/.

Nic nie ujdzie uwagi dziesiątkom tysięcy dziennikarzy. Bo blogerzy, po pewnym czasie stają się prawdziwymi, rasowymi dziennikarzami. To przede wszystkim portale internetowe obśmiały Maciej Stuhra, występującego w tym żenującym filmie, który chcąc „dowalić” Polakom, trafił na antenę „Radia Erewań” -  bo nie pod Cedynią (972r.), a pod Głogowem (1109 r.), i nie do tarcz, a do maszyn oblężniczych, i nie Polacy a Niemcy, przywiązywali zakładników – Polaków - synów polskich obrońców grodu.  http://www.wykop.pl/ramka/1320163/stuhr-pod-cedynia-przywiazywalismy-dzieci-jako-tarcze-i-to-jest-super/

No cóż jak widać mainstream ogłupia. Celebrytów zwłaszcza! „Głupim ludkiem” łatwiej rządzić. Na szczęście młodzież polska nie ogląda telewizji i głupich filmideł. Ma swój internet i ogłupić się już nie daje!  

Tym, którzy próbują również degradować polskie szkoły ograniczając naukę historii, literatury  i przedmiotów ścisłych, można tylko współczuć!  Zaiste, przejdą oni do historii, a Polaków i tak nie zmienią. Nie tacy próbowali!

Dla pokrzepienia serc przypominam „Daremne żale” Adama Asnyka

Daremne żale - próżny trud,

Bezsilne złorzeczenia!
Przeżytych kształtów żaden cud

Nie wróci do istnienia.

Świat wam nie odda, idąc wstecz,

Znikomych mar szeregu -
Nie zdoła ogień ani miecz

Powstrzymać myśli w biegu.

Trzeba z żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe...
A nie w uwiędłych laurów liść

Z uporem stroić głowę.

Wy nie cofniecie życia fal!

Nic skargi nie pomogą -
Bezsilne gniewy, próżny żal!

Świat pójdzie swoją drogą.

 

Jacek Bezeg (2012-11-12)

Do czego zaprasza Opolskie Stowarzyszenie Pamięci Narodowej?

 

Dobrą radą na trudne sytuacje, na momenty kiedy nie wiadomo co robić, jest pomysł powrotu do korzeni. Dobrze jest też pamiętać skąd się wyrosło, z czego się wyrosło,  kiedy chcemy zacząć coś budować, coś planować.
Nowy rok szkolny zaczął się już dawno, rok akademicki też jakiś czas temu. Możemy więc teraz i my, jako emeryci, którym nigdzie się nie śpieszy, rozpocząć kolejny etap naszego cyklu spotkań i wykładów „Korzenie„.
Pójdę na łatwiznę i posłużę się cytatami. Nie tylko z lenistwa, ale głównie dlatego, aby pokazać jak bardzo stabilna, pomimo rozlicznych burzliwych wydarzeń, jest nasza sytuacja. A więc zainteresowanych dokładniejszymi wyjaśnieniami o jakie korzenie nam chodzi i dlaczego, odsyłam do tekstu sprzed lat trzech: http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=263

Rozpoczęcia czegokolwiek dobrze jest dokonywać w obecności osoby duchownej. Z tego powodu na początek zaprosiliśmy kapłana, przełożonego Bractwa Świętego Piusa X, Karola Stehlina z wykładem o Mszy Świętej. Zapewne są tacy, którzy go pamiętają, lecz ponieważ nasza propozycja już spotkała się z ostrą krytyką, czujemy się zobowiązani do jak najdalej idących wyjaśnień. Jednak jak to zrobić aby nie zaostrzać sporu? Może posłużę się w tym celu słowami dawno już napisanymi, dawno przebrzmiałymi, a jednak wyjaśniającymi chyba wiele. Czy są one aktualne? To już pozostawiam ocenie czytelników. Oto, jak w roku 2009 wyjaśnialiśmy powody dla których zaprosiliśmy wtedy do Opola księdza Karola: http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=262  Pragnącym dowiedzieć się czegoś więcej o tym jak przebiegła wtedy jego wizyta, polecam relację z jej przebiegu: http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=267
Chciałbym, jako się rzekło, wyjaśnić jak najlepiej, a równocześnie nie zaogniać. Z tego powodu dalej też będzie cytat. Rafał A. Ziemkiewicz w swojej też starej już książce zatytułowanej „W skrócie” tak między innymi pisze we fragmencie zatytułowanym Lefebryści:

Jako człowiek, który swoim prowadzeniem się, a zwłaszcza rozwodem i powtórnym związkiem, sam pozbawił się możliwości pełnego uczestnictwa we wspólnocie , powinienem być z pozoru zainteresowany Kościołem jak najbardziej „przyjaznym” podobnym mi grzesznikom, akceptującym i afirmującym, niewymagającym w ogóle niczego i zamiast nauczania ograniczającym się do działalności charytatywnej i przygrywania na gitarce ”alleluja”. A jednak Kościół posoborowy, który obrócił kapłana przy ołtarzu plecami do sanctissimum i z przewodnika ludu w drodze do Pana i zrobił zabiegającego o poklask tegoż ludu szołmena, budzi we mnie daleko mniejszy szacunek niż kościół lefebrystów z ich „eksperymentem tradycji”.

[  ...  ]
Taka postawa wyda się jednak Państwu oczywista jeśli tylko zastanowicie się chwilę, po co w ogóle potrzebuje grzeszny człowiek Kościoła Chrystusowego. Jako swego rodzaju zakładu usługowego organizującego śluby i pogrzeby, a dla bardziej wymagających także uspokajającą psychoanalizę? Ja sądzę, że potrzebuje się Kościoła z tych samych powodów, dla których błądzący żeglarz potrzebuje latarni morskiej. Potrzebuje się stałego , niezmiennego punktu, na który można się orientować, nawet wiedząc, że nie będzie się go nigdy umiało osiągnąć. Więc kiedy mędrkowie wsadzili tę latarnię na kółka i zaczęli mnie z nią gonić pod pretekstem, ze trzeba być ze światłem bliżej człowieka, to był to postępek na tyle bezsensowny, że równie dobrze mogliby to światło od razu zgasić.
Może zresztą tak naprawdę o to właśnie reformatorom chodziło? 

Można by jeszcze wiele głosów przytaczać za i przeciw. Jednak każdego kto chce mieć na te tematy własne zdanie zapraszamy do bezpośredniego kontaktu, na spotkanie z księdzem Karolem Stehlinem w środę 14 listopada br., o godzinie 18, w sali 33, w budynku NOT-u przy ulicy Katowickiej.