Mirosław Kokoszkiewicz (2010-01-18)

Wojna jak wiemy z historii, to nie tylko okopy i huk armat, lecz również propaganda. Zrzucanie ulotek na tereny zaplanowanej inwazji ma zazwyczaj podkopać morale miejscowej ludności i jak zawsze zapewnić o błogosławieństwie i szlachetnych zamiarach nacierającej, wrogiej armii. Jako że od wielu lat wielcy tego świata walczą już tylko z zapamiętaniem o pokój, wszystkim wydaje się, że kolejny kataklizm jest rzeczą niemożliwą.

Przeczy to, co prawda zdrowemu rozsądkowi i analizie dziejów świata, która mówi nam wyraźnie, że w historii coś takiego jak wieczny pokój nie istnieje. Są tylko dłuższe bądź krótsze pauzy strategiczne.
Jednak i w czasie pokoju poważne państwa dbają o własna armię oraz o to, aby w obce ręce nie wyzbyć się więcej niż 10-15% banków i instytucji finansowych. Na przykładzie zaś jednego z dzienników niemieckich zakupionego przez Anglików i rozpętanej w związku z tym narodowej histerii u naszego sąsiada, widać jak na dłoni, że i w tej dziedzinie należy być czujnym i ostrożnym. Po roku ów tygodnik wrócił w rodzime niemieckie ręce.

W Polsce, a szczególnie w jej zachodniej części prasa lokalna należy niemal w 100% do koncernów niemieckich, lecz polskie postępowe elity nie widzą w tym nic zdrożnego.

Dlatego też na naszym podwórku miejscowi mężykowie stanu prężą muskuły i rozpalają nasze emocje sprawami błahymi, lokalnymi i nieistotnymi z punktu widzenia wielkiej polityki gdyż do takiego stadium lobby niemieckie i rosyjskie w Polsce sprowadziło polską debatę publiczną sterowaną przez media i agenturę wpływu.

Nasi dyplomaci to zwykli chłopcy na posyłki, którzy wracając nad Wisłę z różnych gremiów, w których uczestniczą, jako statyści, muszą odreagować i udowodnić przed miejscową gawiedzią, że w ich mocy nie leży tylko możliwość poruszania dużym palcem w bucie.

Od czasu do czasu niektórzy wybrańcy, jak obecnie Tusk otrzymują od poważnych państw ordery, co ma nam tu na miejscu pokazać, że nie jest wcale aż tak źle. W tej dziedzinie rekordy pobił Władysław Bartoszewski, zwany przez fanów profesorem. Jego, Niemcy obwiesili medalami jak przysłowiowego sowieckiego sierżanta.

Wydaje się, że obecny stan naszego kraju satysfakcjonuje naszych wielkich sąsiadów. Ordynacja wyborcza, konstytucja, stan właścicielski w mediach i bankach powoduje, że jesteśmy krajem słabym, niezdolnym do obrony własnych interesów i przeprowadzenia reform uzdrawiających.

Bez nacisku opinii publicznej nie uda się zmienić ordynacji wyborczej na „jow-y”, co w końcu położyłoby kres funkcjonowaniu finansowanych przez nas przedsiębiorstw zwanych partiami politycznymi.

Nie twierdzę, że wybory większościowe to panaceum i stuprocentowa recepta na naprawę naszego państwa. Wierzę jednak, że może to być pierwszy krok do zmian i utrudnienie działania rosyjskiemu i niemieckiemu lobby, tak świetnie czującemu się w naszym kraju.

Wśród historyków do dziś trwa spór czy w roku 1792 możliwa była jeszcze naprawa Rzeczypospolitej. Część z nich skłania się do twierdzenia, że na to nie pozwoliliby nasi sąsiedzi. Mało też osób zdaje sobie sprawę jak wielkie było poparcie dla Targowicy, że wymienię tu samego Hugo Kołłątaja.

Myślę, że i dziś obecni, główni uczestnicy politycznej gry nie są zdolni do naprawy Polski, a nawet gdyby jakimś cudem chcieli to uczynić to trafią na potężną ścianę zbudowaną niemieckich i rosyjskich wpływów.

Powtarzam. Bez ogólnospołecznej akcji domagającej się jednomandatowych okręgów wyborczych, wymianie klasy politycznej oraz elit, ten oligarchiczny, okrągłostołowy potworek zwany III RP będzie dalej gnił, aż do całkowitego upadku.

Na koniec zadam retoryczne pytanie.

Jak myślicie? Dlaczego w mediach i dyskusjach wśród polityków cisza na temat kilkunastu tysięcy pozwów przygotowywanych przez niemieckich właścicieli nieruchomości, dotyczących zwrotu ich majątków? Dlaczego nikt nie bije na alarm skoro pachnie to zaplanowaną i skoordynowaną niemiecką akcją?

Rozumiem doskonale milczenie należącej do niemieckich koncernów prasy w Polsce, ale czemu milczy na ten temat premier Donald Tusk, laureat niemieckiej nagrody Karola Wielkiego, przyznanej dla „polskiego patrioty i przekonanego Europejczyka”.

Czy patent na mianowanie „polskich patriotów” jest już tylko w rękach Niemców, Rosjan i Żydów?
Czy Polacy chcą tak na prawdę stać się podmiotem politycznych działań we własnym kraju? A może odpowiada im rola manipulowanej, głupiej i naiwnej gawiedzi? Jeśli tak, to będą mieli to, na co zasługują.

 

za   :  http://www.prawica.net/node/20518

 

 

R. Ziemkiewicz - wstawił J. Łysiak (2010-01-14)

Pozwalam sobie skopiować do bezpośredniej lektury z internetowej strony Rzeczypospolitej http://www.rp.pl/artykul/419664.html do naszej witryny artykuł Rafała Ziemkiewicza, ponieważ dotyczy on fundamentalnej kwestii – naszego stosunku do historii, do historii najnowszej, naszego stosunku do prawdy o wydarzeniach, w których sami braliśmy udział i które dotyczyły nas w sposób zasadniczy, ponieważ odcisnęły się bezpośrednio na naszym losie. Rzecz rozgrywa się wprawdzie pomiędzy politykami, dziennikarzami, historykami, także jakimiś nieokreślonymi siłami, jakimiś ciemnymi mocami, ale w tle tej sceny jesteśmy my wszyscy.     

Ziemkiewicz pyta: Czy Polacy dorośli do prawdy? Trawestując jego poprzednio wyrażany sarkazm, można to wyrazić innym pytaniem: Czy my jesteśmy Polacy, czy raczej może Polactwo?

Z prawdą jest bowiem jak ze wszystkim: tyle jej posiądę ile odszukam i wyznam, tyle jej zapewnię w moim otoczeniu, ile wywalczę, ochronię, oczyszczę. Nic nie ma za darmo, a prawda jest cenna, to znaczy kosztuje dużo!


Rafał Ziemkiewicz

Historyk – zawód najwyższego ryzyka

Któż jeszcze odważy się szukać miejsca, w którym Wałęsa miał skoczyć przez płot, ustalać, kto strajk chciał kontynuować, a kto go pacyfikował? W imię czego się narażać? W imię prawdy? - pyta publicysta "Rzeczpospolitej".

Nie da się uciec od historii, przekonujemy się o tym bezustannie. Opublikowanie (znanych we fragmentach już wcześniej) zapisków generała Wiktora Anoszkina, zebranie w IPN-owskim wydawnictwie materiałów na temat TW "Alka" (pod którym to kryptonimem zarejestrowała SB, i tu opinia historyków zgodna jest z wyrokiem sądu lustracyjnego z 2000 roku, Aleksandra Kwaśniewskiego) po raz kolejny zmusiły uczestników debaty publicznej do podjęcia przygasłych sporów. Sporów o tyle żałosnych, że toczonych w niewiedzy, zdominowanych wyznaniami wiary, włącznie z tak kuriozalnymi jak "bardziej wierzę Jaruzelskiemu niż sowieckim generałom".

Gdy o historię kłócą się politycy i liderzy opinii, historycy w większości starają się jak najdalej omijać sporne tematy. Na dorocznych targach książki historycznej jak zwykle przygnębiała stosunkowo szczupła oferta prac dotyczących dziejów najnowszych. Okrągłe rocznice Okrągłego Stołu i kontraktowych wyborów z 1989 r. nie pomogły, i już dziś można się założyć, że także w tym roku nie pomoże równie okrągła rocznica strajku sierpniowego. Nie ma szans, żebyśmy się doczekali bodaj jednej monografii Sierpnia ’80 albo choćby opracowania popularnego, chyba że wydarzenie, które zmieniło dzieje Europy, weźmie na warsztat jakiś amerykański lewak.

Trudno się jednak dziwić; los jednego z najzdolniejszych historyków najmłodszego pokolenia Pawła Zyzaka, który ponoć pracował jako magazynier w supermarkecie, jest wystarczająco pouczający. Zarazem los ten wystawia współczesnej Polsce haniebne świadectwo. Nie obowiązują u nas jeszcze, jak na Białorusi, ustawy pozwalające prześladować historyków i dziennikarzy za naruszanie czci przywódców państwa lub "fałszowanie" chwalebnej historii swego kraju. Ale istnieją – i są stosowane – inne sposoby niszczenia ludzi, którzy mają czelność pisać niewygodną prawdę.

Gdy w niedawnej dyskusji w programie Moniki Olejnik polityk PiS powołał się na mój artykuł podsumowujący dwulecie rządów PO – PSL, prowadząca w typowy dla siebie sposób zgasiła go jadowitym pytaniem: jak to, powołuje się pan na człowieka, który porównał córkę Wałęsy do wnuka Stalina?!

Niestety, polityk wybąkał tylko, że o tym porównaniu nie wiedział, i że chodziło mu jedynie o podsumowanie rządów Donalda Tuska. Szkoda, że nie odpowiedział pytaniem, czy pani redaktor wyobraża sobie np., by w cywilizowanym kraju nękali historyka procesami potomkowie Winstona Churchilla albo Franklina Roosevelta? A przecież opublikowano liczne prace opisujące ich ocierający się o zbrodnię cynizm, dowodzące np., że ten pierwszy świadomie i rozmyślnie spowodował śmierć kilkuset cywilów na "Lusitanii", aby wciągnąć do wojny światowej Amerykę, a drugi ukrył wiedzę wywiadu o przygotowaniach do ataku na Pearl Harbor, by szok wywołany tą masakrą pomógł mu zrealizować polityczne zamiary?

Sięgam specjalnie po tezy uważane przez większość badaczy za ryzykowne i wątpliwe, bo i takie historycy muszą mieć prawo stawiać. U nas powodem propagandowych nagonek w najgorszym stylu bywa zaś najczystsza prawda – bo zarejestrowanie przez SB Lecha Wałęsy jako TW "Bolka" jest oczywistym, potwierdzonym dokumentami, faktem, podobnie jak nikt nie jest w stanie podważyć relacji zebranych w książce Zyzaka.

Czy Polacy dorośli do prawdy?

Istnieje zresztą zbyt wiele potwierdzających prawdziwość atakowanych książek dowodów pośrednich – począwszy od zniszczenia za prezydentury Wałęsy akt "Bolka" i bezprawnego skonfiskowania przez służby (prawdopodobnie również w celu zniszczenia) licznych dokumentów dotyczących jego życiorysu, jak akta szkolne czy kartoteki pracowników stoczni, a skończywszy na licznych wypowiedziach samego Wałęsy, w których, wśród gołosłownych zaprzeczeń, wielokrotnie przyznawał, zwłaszcza dziennikarzom zachodnim, że grał, że esbeków oszukał, wywiódł w pole, i że nikomu nic do tego, jakimi sposobami.Tymczasem pozew córki Wałęsy, skoro okazuje się ona osobą dla niektórych niepodlegającą krytyce, w ogóle pomija kwestię faktów – jest próbą zaszkodzenia historykowi i jego wydawcy z zupełnym pominięciem sprawy, czy o Wałęsie ogłoszono historyczną prawdę, czy nie. Nie porównuję osób, porównuję sytuację, bo stanowi ona oczywisty dowód, że bliżej nam do standardów wschodnich niż zachodnich.

Niepokój budzi nie samo składanie absurdalnych pozwów, czego zakazać nikomu nie można, ale orzecznictwo polskich sądów, którym zdarza się grzeszyć jawną stronniczością na rzecz tłumiących bądź mszczących się za krytykę bohaterów najnowszej historii. Mamy absurdalny wyrok zezwalający Wałęsie na zniesławianie reżysera i scenarzysty Grzegorza Brauna, z uzasadnieniem, iż jest on wielką postacią historyczną – w istocie kwestionujący podstawową zasadę równości obywateli wobec prawa. Mamy równie kuriozalny wyrok w sprawie wytoczonej IPN przez Adama Michnika; wyrok, z którego wynika, że podczas gdy lekarz ma prawo do błędu, choć często skutkiem tego jest śmierć pacjenta, to historykowi nie przysługuje prawo do błędu nawet tak drobnego jak wymienne zastosowanie określeń szpieg i zdrajca.

Któż w takiej sytuacji odważy się pisać, by przy tym jednym przykładzie pozostać, historię sierpniowego strajku? Szukać miejsca, w którym Wałęsa miał skoczyć przez płot, ustalać, kto strajk chciał kontynuować, a kto go pacyfikował – narażając się na grube nieprzyjemności? Czyż nie lepiej postąpić jak autor książki o "Ruchu", który na wszelki wypadek schował pod sukno część dokumentów dotyczących dzisiejszego wicemarszałka Sejmu? W imię czego się narażać – w imię prawdy? Przecież dyktatorzy intelektualnych mód postawili sprawę jasno: Polacy do prawdy nie dorośli, mogłaby im ona zaszkodzić. Zamiast prawdy niech przeżuwają założycielskie kłamstwa III RP, którymi karmią ich politycy jedynie słusznej opcji, i pozostające w ich propagandowej służbie media.
Leszek Żebrowski (2010-01-12)

 

Bezkrytyczne opracowania i albumy coraz częściej gloryfikują armię niemiecką, opiewają męstwo niemieckich żołnierzy i przebieg poszczególnych kampanii wojennych militarnej machiny III Rzeszy bez słowa komentarza czy oceny moralnej. Dobitnym przykładem takiej polityki wydawniczej w dzisiejszej Polsce jest książka Rolfa Hinzego "19 Dywizja Pancerna Wehrmachtu 1939-1945" opublikowana przez wydawnictwo Bellona.

Całkiem niedawno - 1 września 2009 r. - minęło 70 lat od wybuchu II wojny światowej. Była to ostatnia okrągła rocznica, w której uroczystych obchodach czynny udział brali jej uczestnicy, przede wszystkim żołnierze Wojska Polskiego z wojny obronnej 1939 roku. Za dziesięć lat tylko nieliczni z nich pozostaną przy życiu. Warto więc już dziś zastanowić się, jak traktujemy takie obchody i jaka jest świadomość historyczna naszego społeczeństwa.
Jesteśmy 20 lat po formalnych przemianach społeczno-ustrojowych. Poszczególne partie polityczne i ugrupowania (na ogół efemerydy, które rzadko kiedy są w stanie przetrwać dwie kadencje parlamentarne) licytują się w postawach patriotycznych, wymyślają takie sposoby obchodów rocznic historycznych, aby to przyniosło im jak największe korzyści. Tymczasem stałe, codzienne wychowanie najmłodszych pokoleń podlega szkolno-podręcznikowym manipulacjom, o czym rodzice (a tym bardziej dziadkowie) na ogół nie mają pojęcia.

Obcy punkt widzenia
          
Tradycyjnym sposobem nawiązywania do przeszłości (bez względu na to, jak bardzo chwalebnej) jest militaryzacja obchodów ważnych rocznic historycznych. W związku z tym organizowane są defilady i pokazy sprzętu i wojska, co ma świadczyć o naszej "potędze" i jakości defiladowych jednostek. Nowym, bo stosowanym od niedawna, sposobem są rekonstrukcje historyczne mające pokazać, "jak to było". I choć ma to głęboki sens, o ile są bardzo starannie dobrane rekwizyty (broń i mundury z epoki), to przecież wiernie tamtych wydarzeń odtworzyć się nie da, choćby ze względu na skalę rekonstruowanych walk czy długość ich trwania. Trudno bowiem wyobrazić sobie, aby najlepsi rekonstruktorzy byli w stanie pokazać bitwę pod Grunwaldem czy walki Powstania Warszawskiego.
Kolejnym elementem nawiązywania do tej tradycji jest określona polityka wydawnicza - albumy, monografie i biografie jako stały element na rynku księgarskim przed każdą ważną rocznicą. Od pewnego czasu mamy jednak do czynienia z wydawnictwami, które gloryfikują armię napastniczą, opisują i pokazują jednostki wojskowe (a więc i okupacyjne) w takim świetle, aby czytelnik patrzył na nie bardziej przychylnym okiem, aby współczuł żołnierzom i oficerom, którzy po latach "wielkich sukcesów" w podbojach znacznej części świata na koniec ponieśli klęskę i w dodatku "źle" (z ich punktu widzenia) zostali potraktowani przez swych przeciwników.
Do 1989 r. mieliśmy do czynienia w PRL z gloryfikacją "bohaterskiej Armii Czerwonej", która praktycznie nie zaistniała w latach 1939-1941 jako jeden z dwóch agresorów przeciwko Polsce. Było to ujęcie z obcego, sowieckiego punktu widzenia, albowiem dla naszego "starszego" (a po prawdzie - strasznego) brata wojna światowa rozpoczęła się dopiero 22 czerwca 1941 r. od "zdradzieckiego" (a może cudzysłów jest tu niepotrzebny, bo faktycznie sojusznik napadł na wiernego sojusznika, czyli na tej płaszczyźnie sądząc, był to niewątpliwy akt zdrady) ataku III Rzeszy Niemieckiej na Związek Sowiecki. Jednak słusznie nas to drażniło i dopowiadanie prawdziwej historii w jej wszystkich wymiarach następowało na ogół w domu, w kręgu rodzinnym. Żyły wówczas i były w sile wieku pokolenia rodziców i dziadków, które dobrze pamiętały wydarzenia z nieodległej (wtedy) przeszłości i konfrontacja ich pamięci z "wiedzą" szkolną wypadała fatalnie dla tej ostatniej.
Dziś czasy się zmieniły. Mamy inny rytm życia, codzienne problemy egzystencji wypierają procesy wychowawcze z domów rodzinnych do szkoły, która według rodziców, powinna i jest w stanie pokazywać dzieciom prawdę. Od tego są komputery i internet, skąd nie tylko najmłodsi czerpią podstawową wiedzę o wszystkim. Tandetna na ogół Wikipedia zastąpiła rzetelną encyklopedię, a komiksy i albumy, w których mamy dużo zdjęć i mało treści, wypierają solidne opracowania i podręczniki.
Co więcej, coraz częściej wydaje się w całkiem bezkrytyczny sposób opracowania i albumy opiewające męstwo niemieckich żołnierzy i przebieg poszczególnych kampanii wojennych militarnej machiny III Rzeszy, z naciskiem na pokazanie imponujących osiągnięć niemieckich jednostek wojskowych, ze szczególnym uwzględnieniem poszczególnych dywizji.
Można powiedzieć, że wiedzy nigdy za dużo. Samo opisywanie tych jednostek nie jest niczym złym. Ale dokonuje się to w sposób bezkrytyczny, na ogół bez słowa komentarza, ocen moralnych, a nawet prawnych, w dodatku w taki sposób, że czytelnik utożsamia się z losem "prostego żołnierza" niemieckiego, którego jakoby nie interesowała polityka. W dodatku nie o wszystkich wydarzeniach i działaniach jest mowa, więc znaczna część historii II wojny (i to część najbardziej dramatyczna oraz bolesna) idzie całkowicie w zapomnienie.

Ku chwale niemieckiego oręża
Spektakularnym przykładem takiej polityki wydawniczej w dzisiejszej Polsce jest książka Rolfa Hinzego "19 Dywizja Pancerna Wehrmachtu 1939-1945", Bellona, Warszawa 2009. Wydawnictwo Bellona (dawne Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej) specjalizuje się w tematyce militarnej i wojennej, należałoby zatem oczekiwać, że każda kontrowersyjna pozycja (jeśli już jest wydawana) zostanie opatrzona krytycznym wstępem, przypisami i wyjaśnieniami. Nic z tego - mamy do czynienia z typową militaryzacją niemieckiej pamięci historycznej odwołującej się w dodatku do "chlubnych" kart tradycji pruskich, co samo w sobie powinno być wystarczającym sygnałem ostrzegawczym.
Książka zawiera wprawdzie króciutką przedmowę (nie jest podpisana, ale niewątpliwie pochodzi od autora Rolfa Hinzego) i jeszcze krótszy komentarz tłumaczki Ewy Ziegler-Brodnickiej, która wyjaśnia jedynie kwestie techniczne tłumaczenia i nazewnictwa miejscowości.
W przedmowie czytamy: "Ponieważ wiele filmów po drodze stało się łupem partyzantów, ich wybór, co zrozumiałe, nie jest proporcjonalny do wagi intensywności poszczególnych potyczek dywizji. Mimo że od tamtych wielkich zmagań minęło wiele lat, publikacja takiego wyboru wydaje się być interesująca zarówno dla uczestników, jak i świadków prezentowanych zdarzeń, jak też w swym szerszym, historiograficznym aspekcie - jako relacja o wydarzeniach wojennych postrzeganych oczami żołnierza niemieckiego". Konfrontacja tych słów ze zdjęciami zamieszczonymi w książce, a zwłaszcza z podpisami pod nimi - napawa grozą! Musielibyśmy uwierzyć, że żołnierz niemiecki (w skali całej dywizji) nie miał w ogóle pojęcia, jak wyglądała II wojna światowa, która toczyła się gdzieś obok niego i właściwie poza nim.
19. Dywizja Pancerna Wehrmachtu uczestniczyła w II wojnie światowej od jej początku, od ataku na Polskę 1 września 1939 r., aż do ostatnich walk w maju 1945 r. na terenie Czech i kapitulacji przed Amerykanami i Sowietami. Nie jest prawdą, że w książce - albumie nie ma żadnych ocen, są, ale mocno ukryte, i są to oceny żołnierza niemieckiej, nazistowskiej machiny wojennej - od euforii po zwycięstwach w pierwszych latach wojny po niepokój, smutek i rozgoryczenie po doznawanych klęskach, wycofywaniu się na teren właściwych Niemiec oraz użalanie się nad losem żołnierzy w sowieckiej niewoli. Widać tu cały infantylizm autora i prezentowaną przez niego moralność Kalego: jak nasz dzielny Wehrmacht bić mocno wroga, to dobrze, ale jak zacząć przegrywać, to już fatalnie...
Ale dlaczego ten infantylizm i indyferentyzm moralny podziela polskie wydawnictwo, tak silnie kojarzone przecież z Ministerstwem Obrony Narodowej?
Druga wojna światowa pochłonęła ponad 70 mln ofiar, przy czym należy pamiętać, że prawie dwie trzecie to ofiary cywilne. Była to wojna najbardziej okrutna w dziejach, w której Niemcy wykorzystywali zdobycze techniki do masowego uśmiercania ludzi, głodzili jeńców wojennych, a do napędzania swej gospodarki używali dziesiątków milionów niewolników. Tereny przez nich podbite były brutalnie pacyfikowane, notorycznie grabione, na wielu połaciach całkowicie wyniszczano ludność cywilną, szykując teren pod przyszłe niemieckie osadnictwo. W tej wojnie na masową skalę pojawiło się ludobójstwo, czyli mordowanie ludzi z przyczyn rasowych, politycznych, społecznych czy religijnych. Z jej skutkami borykamy się przecież do dziś, a na ziemiach polskich (i nie tylko) w wielu miejscach mamy jeszcze do czynienia z jej wyraźnymi śladami i skutkami.

Lukrowany obraz wojny
Autor w niezwykle skąpym komentarzu porusza się wraz ze swą dywizją: od przejścia granicznego "do Polski"
1 września 1939 r., przez "różne polskie pozycje obronne" aż do zdobywania Warszawy. Kampanię polską obrazuje jedyne zdjęcie na ten temat: udział jednostek 19. DP w defiladzie w podbitej Warszawie w październiku 1939 r. oraz surowy, lakoniczny komentarz autora: "Uroczysta chwila w życiu każdego żołnierza dywizji: wejście do Warszawy i przemarsz przed dowódcą Wehrmachtu". Ani słowa o tym, że stolica Polski została w znacznym stopniu zniszczona, nie ma mowy o stratach ludności cywilnej i represjach niemieckich od pierwszych dni okupacji. Nie ma mowy o ulicznych egzekucjach, łapankach, wywózkach ludności do obozów koncentracyjnych, getcie...
Od początku wojskowe jednostki niemieckie popełniały zbrodnie wojenne na jeńcach oraz ludności cywilnej, a palenie ludzi w domostwach i stodołach zaczęło się już we wrześniu 1939 roku. Tu tego wszystkiego nie ma, bo po co obciążać pamięć szlachetnych żołnierzy Wehrmachtu? Po prostu sielanka! Przybyli, zwyciężyli i zdobyli. Jakie to proste, prawda? Aż się prosi dodać, że prostackie.
Później autor rozczula się nad "trudnościami" dalszych podbojów: Holandii, Belgii i Francji. Były więc "trudne przeprawy przez rzeki", "następnie rozpoczął się wielki marsz przez Francję do Paryża", w dodatku "w dzień przy palącym słońcu". To brzmi jak relacja z wielkich, międzynarodowych zawodów sportowych, podczas których gawiedź klaszcze i się cieszy! Czy tego się od nas oczekuje? Tu także ikonografia jest niezwykle uboga, to tylko triumfalne defilady po "świetnych" zwycięstwach oraz aplauz zgromadzonych tłumów w Rzeszy po powrocie jednostki z frontu.
Podstawowa część książki to "kampania rosyjska 1941-1944". Tu także ckliwie pokazany jest na fotografiach "trud żołnierza" - motocyklista na polnej drodze, który "zawsze musi się liczyć z niespodzianką z lasu"; żołnierzom "kurz oklejał twarz i mundur"; "grząski piasek na drogach w upale utrudnia poruszanie się naprzód". Nie ma mowy o potwornych zniszczeniach, eksterminacji ludności cywilnej, pacyfikacjach. Nie ma mowy o działalności Einsatzgruppen, które szły równo z frontem i dokonywały ludobójstwa na niepojętą skalę.
Mamy natomiast sielankowy obraz okupacji. Oto lekarz jednostki pomaga "ludności cywilnej". Na innym zdjęciu idylla: "orkiestra wojskowa daje ludności nieco rozrywki". Na kolejnym "ludność cywilna bez przeszkód zbiera żniwne plony". Mamy śmiać się czy płakać? To tak wyglądała okupacja niemiecka na podbitych terenach wschodnich? Spora ich część to polskie Kresy Wschodnie i istnieje bardzo dużo źródeł historycznych oraz świadectw, aby pokazać to we właściwym świetle.
Później jest jednak wielki odwrót - ciągłe walki w okrążeniach, przebijanie się wśród sowieckich ataków, co autor eufemistycznie nazywa "walkami obronnymi". Jest to wyraźne mylenie przyczyn ze skutkami, bo przecież to Niemcy byli agresorami i nie bronili swej biednej ojczyzny, tylko wypierano ich z niedawnych, stosunkowo łatwych zdobyczy.
Dla polskiego czytelnika szczególnie ważny powinien być rozdział: "Przyczółek warecki", obejmuje on bowiem okres Powstania Warszawskiego i jego tłumienie przez różne jednostki niemieckie oraz - co szczególnie trzeba podkreślić - 19. Dywizję Pancerną. I mamy tu sporo zdjęć, z jakże typowymi dla autora opisami. Oto żołnierze DP maszerują przez ruiny: "trzeba było najpierw wywalczyć drogę przez miasto dla zaopatrzenia dywizji". Ale pod innym zdjęciem autor ubolewa: "trzeba było liczyć się z niespodziankami z wszystkich stron: ’koktajle Mołotowa’, granaty, pojedyncze strzały". Lakonicznie przedstawiona jest pacyfikacja Mokotowa: "Gdy dywizja otrzymała rozkaz zlikwidowania powstania w dzielnicy Mokotów, do Warszawy weszły również czołgi". I następne zdjęcie z wypędzaną ludnością cywilną: "W ten sposób ludność mocno zniszczonego Mokotowa opuszczała dzielnicę, niosąc tylko najkonieczniejszy bagaż". Kto zniszczył Mokotów? Jakie czołgi strzelały w kierunku okien budynków? Kto i dlaczego wypędzał ludność i co się z nią działo? O tym już mowy nie ma.
Tytułem do chwały miało być potworne ostrzeliwanie stolicy Polski przez wielkokalibrowe działa siejące ogromne zniszczenia. Tytułem do chwały mają być "sukcesy" - zburzone domy. Ale jest też i taki obrazek: niemieckie komando miotaczy płomieni dopełnia zniszczeń i masakry ludności. A podpis pod zdjęciem głosi: "W piwnicznych okienkach wciąż czaił się opór zwalczany miotaczami płomieni". Beznamiętnie, precyzyjnie, technicznie. Jak to na wojence ładnie...
I wreszcie dramat dla autora: ciężkie końcowe walki już na terytorium właściwej Rzeszy. I do tego stosowne obrazki, mające wyciskać nam łzy z oczu: zburzone niemieckie kościoły, budynki publiczne, ciężki los ludności cywilnej, która musiała kopać rowy obronne. I wreszcie emocjonalny komentarz autora: "Jednak dziwne to było uczucie walczyć na ziemi niemieckiej...". Ponownie moralność Kalego - na ziemi zdobytej można było wszystko, nie zważając na nic. Ale na swojej? Tragedia - zniszczenia, los ludności cywilnej...
Ostatni akcent to dwa zdjęcia żołnierzy niemieckich w sowieckiej niewoli. I dwa podpisy pod nimi: "Zbiórka niemieckich jeńców wojennych po ciężkich walkach i długich marszach, do czego zmuszali Sowieci wszystkich, mimo wielkich upałów i bez jakiegokolwiek żywienia". I wreszcie: "Nastąpiły ciężkie lata w obozach, lata wyczerpującej pracy, przy złym odżywianiu".


Zaczynamy mieć do czynienia z nową wykładnią historii współczesnej. Oto kaci przedstawiani są jako dzielni żołnierze, którzy po prostu zdobywają, wygrywają, a w wolnych chwilach opiekują się ludnością cywilną, dostarczając jej rozrywek. Niszczenie i palenie europejskiej stolicy to po prostu zwyczajna czynność zwyczajnych żołnierzy, którzy są przecież do tego powołani oraz potrafią to robić skutecznie i dobrze. Wreszcie kaci stają się ofiarami: źle traktowani w niewoli, niedożywieni, zmuszani do ciężkich marszów i wyczerpującej pracy. Mamy im współczuć? Ubolewać, że spotkało ich coś tak nieskończenie niezasłużonego?
Nie wiadomo, czy to już nowa, europejska wykładnia dziejów II wojny światowej. Być może to dopiero początek fali radykalnych zmian. Gdy gładko przełkniemy takie otępiające naszą wrażliwość pigułki, jak opisywany tu album, to może następnym krokiem będą równie cukierkowe albumy o SS, gestapo, Einsatzgruppen, pokazujące przejmujący los uczestników tych formacji ściganych po wojnie za popełnione zbrodnie (niezbyt skutecznie i przecież nie na odpowiednią skalę). A oni tylko robili swoje, i w dodatku robili to dobrze - oczywiście ze swojego punktu widzenia. Ale czy nasz punkt widzenia jeszcze się gdziekolwiek liczy, jeśli polski wydawca raczy nas taką publikacją, całkowicie pozbawioną szerszego tła, szerszego wprowadzenia i wymagającą uzupełnienia o to, czego w albumie tym nie ma?


Leszek Żebrowski jest badaczem historii i publicystą, autorem m.in. książki "Paszkwil ’wyborczej’. Michnik i Cichy o Powstaniu Warszawskim", Warszawa, 1995.

 podpisy pochodzą z książki Rolfa Hinzego "19 Dywizja Pancerna Wehrmachtu 1939-1945", opublikowanej przez wydawnictwo Bellona.

Gilbert Keith Chesterton (2010-01-10)

 

Do tradycji, atakowanych w ten właśnie nieinteligentny sposób, należy fundamentalne ludzkie dzieło zwane Domem Rodzinnym. Jest to typowy przykład instytucji, którą ludzie atakują nie dlatego, że ją rozumieją, ale dlatego, że nie rozumieją jej ani w ząb. Uderzają bezładnie i na oślep, z czystego oportunizmu, a wielu z nich chętnie zrównałoby Dom z ziemią nie zastanawiając się ani przez moment, po co właściwie go zbudowano.



Gilbert Keith Chesterton

fot. Gilbert Keith Chesterton

 

Reformowanie, w odróżnieniu od deformowania, opiera się na jednej prostej zasadzie, którą niektórzy nazwą paradoksem. Załóżmy, że istnieje jakaś konkretna instytucja, urządzenie życia publicznego lub prawo, które ma zostać zreformowane. Dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi o płot, zagradzający drogę. Nowoczesny typ reformatora podbiega do niego w podskokach i oznajmia: "Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!". Bardziej inteligentny reformator powinien na to odpowiedzieć: "Jeśli nie widzisz pożytku z tego płotu, na pewno nie pozwolę ci go usunąć. Odejdź i pomyśl. Kiedy wrócisz do mnie i powiesz, że widzisz sens jego istnienia, wówczas dopiero będzie wolno ci go zniszczyć."

Ten paradoks opiera się na elementarnym zdrowym rozsądku. Płot nie wyrósł sam. Nie został ustawiony przez lunatyków w somnambulicznym śnie. Jest wysoce nieprawdopodobne, by wznieśli go zbiegli ze szpitala wariaci. Ktoś z jakiejś racji myślał, że będzie to dla kogoś dobre. Póki tej racji nie poznamy, nie potrafimy osądzić, na ile była racjonalna. Jeżeli dzieło istot ludzkich, takich jak my, wydaje nam się kompletnie bezsensowne i zagadkowe, zachodzi graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, że przeoczyliśmy jakiś cały aspekt sprawy.

Niektórzy reformatorzy pokonują tę trudność, zakładając z góry, że ich ojcowie byli głupcami. Cóż, można tylko powiedzieć, że głupota jest widać dziedziczna. Prawda przedstawia się bowiem tak, że nikt nie powinien niszczyć żadnej instytucji życia publicznego, dopóki nie ujrzy jej w wymiarze historycznym. Jeśli wie, jak powstała i jakim zadaniom miała służyć, może uznać, że były to złe zadania, albo że stały się złe od tamtej pory, albo że instytucja już ich nie spełnia. Ale jeśli po prostu gapi się na nią jak na monstrualne malowane wrota, które ni stąd ni zowąd wyrosły mu na drodze, wówczas to on sam, nie zaś zwolennik tradycji, postrzega świat przez pryzmat złudzeń. Można by nawet rzec, że postrzega świat jako koszmar senny.

Ta zasada odnosi się do tysiąca spraw, czy to błahych, czy ważnych, do instytucji i do obyczajów. To właśnie Joanna d’ Arc, która rozumiała, czemu kobiety noszą spódnice, miała największe prawo, by ich nie nosić; to ktoś taki jak święty Franciszek, ceniący uczty i ciepło domowego ogniska, mógł w pełni świadomie wybrać los żebraka na gościńcach. Toteż kiedy w naszym ze wszech miar wyzwolonym społeczeństwie księżna oznajmia, że ma ochotę chodzić na rękach, a kanonik stwierdza, że nie widzi w prawie kanonicznym żadnej istotnej przeszkody, zabraniającej mu stanąć na głowie, powinniśmy im odpowiedzieć z dobrotliwą cierpliwością: "Odłóżcie przeto zamiar, który rozważacie, póki dojrzała refleksja nie oświeci was, jaką zasadę lub jaki przesąd chcecie pogwałcić. Wówczas chodźcie na rękach i stawajcie na głowie ile dusza zapragnie - i Bóg z wami!".

Do tradycji, atakowanych w ten właśnie nieinteligentny sposób, należy fundamentalne ludzkie dzieło zwane Domem Rodzinnym. Jest to typowy przykład instytucji, którą ludzie atakują nie dlatego, że ją rozumieją, ale dlatego, że nie rozumieją jej ani w ząb. Uderzają bezładnie i na oślep, z czystego oportunizmu, a wielu z nich chętnie zrównałoby Dom z ziemią nie zastanawiając się ani przez moment, po co właściwie go zbudowano. To prawda, że tylko nieliczni umieliby ująć ten zamiar w słowa, co jedynie dowodzi, jak bardzo są zaślepieni własnym błędem. Przywykli, by stopniowo dryfować coraz dalej od Domu i rozluźniać rodzinne więzi, ale jest to zaledwie nawyk, przypadkowy na ogół i nie wynikający z żadnej teorii.

Przypadkowy, lecz przez to nie mniej anarchiczny. Tym bardziej zaś anarchiczny, że nie anarchistyczny. Nawyk odchodzenia od rodziny opiera się po większej części na indywidualnej irytacji, której przyczyny są również najrozmaitsze i indywidualne. W takim czy innym wypadku, jak słyszymy, czyjś osobniczy temperament nie mógł ścierpieć jakiegoś konkretnego otoczenia. Nikt nawet nie sili się wyjaśnić, w jaki sposób nabrzmiał konflikt i gdzie leżało zło, nie wspominając już o tym, czy naprawdę udało się od niego uciec. W tej czy innej rodzinie, jak się dowiadujemy, babcia plotła straszne bzdury - a Bóg świadkiem, że plotła - i bardzo trudno było prowadzić z wujkiem Grzesiem subtelny intelektualny dialog nie informując go przy tym, że jest skończonym durniem - bo też i był z niego dureń, bez dwóch zdań. Wszystko to prawda, nikt jednak nie zastanawia się nad lekarstwem, ba - nawet nad chorobą. Nikt nie rozważa, czy obecna rozsypka rodziny na samodzielne jednostki w ogóle może stanowić jakiś środek zaradczy. Wiele zawinił tu wpływ Ibsena, dramaturga o potężnej sile wyrazu i nader wątłej sile intelektu. Nora z "Domu lalki" zapewne z założenia miała być niekonsekwentna, lecz szczytem niekonsekwencji była jej ostatnia decyzja. Utyskiwała, że nie nadaje się jeszcze do wychowywania dzieci, więc uciekła od dzieci jak najdalej, aby móc poznać je bliżej.

Reguły logicznego myślenia, tak jak i reguły społeczne, popadają dziś w zaniedbanie. Skutek jest taki, że kiedy brak już reguł, toniemy w chaosie wyjątków. Łatwo to wykazać za pomocą prostego testu. Setki, tysiące razy czytałem w powieściach i gazetach naszych czasów o bezzasadnych pretensjach starszych, by rządzić młodszymi, o słusznym prawie młodzieży do swobody, o równości wszystkich obywateli, o absurdzie autorytetów i upokorzeniu płynącym z posłuszeństwa. Nie poruszam teraz tych problemów, uderza mnie tu jednak zdumiewający brak logiki. Żaden z owych niezliczonych literatów czy dziennikarzy nie pomyślał, jak się zdaje, by podnieść następną kwestię, i to taką, która sama się nasuwa. Nigdy nie przyszło im do głowy spytać o drugą stronę zobowiązania. Skoro dziecku wolno od małego lekceważyć rodziców, dlaczego rodzicom nie wolno od małego lekceważyć dziecka? Skoro pan Jones-ojciec i Jones-syn to jedynie dwaj równi i wolni obywatele, z jakiej racji jeden obywatel ma pasożytować na drugim przez pierwsze piętnaście lat swego życia? Czemu oczekuje się od starszego pana Jonesa, by własnym sumptem zapewniał wikt, opierunek i dach nad głową jakiemuś osobnikowi, który jest całkowicie wolny od jakichkolwiek obowiązków wobec niego? Jeśli nie należy wymagać, by młoda zdolna osóbka tolerowała swoją babcię, która z biegiem lat stała się dość męcząca, to dlaczego babcia czy matka musiały tolerować młodą zdolną osóbkę i opiekować się nią w czasach, gdy zdolna była co najwyżej wnieść do konwersacji monosylabowy i mało zrozumiały udział? Czemu Jones senior miałby fundować napoje i posiłki komuś tak antypatycznemu jak Jones junior, zwłaszcza w niedojrzałych fazach jego egzystencji? A dlaczegóżby właściwie nie wyrzucić bachora przez okno albo nie wykopać smarkacza za drzwi? Jest oczywiste, że mamy tu do czynienia ze stosunkiem dwustronnym, który być może opiera się na równości, ale z pewnością nie na podobieństwie.

Wiem, że niektórzy reformatorzy próbowali ominąć ten problem za pomocą mglistych teorii, że Państwo, bądź abstrakcja zwana Edukacją, wyeliminuje udział rodziców. To jednak, jak wiele uczonych koncepcji, jest szaloną ułudą, fantastycznym majakiem, opartym na modnej i zabobonnej wierze w nieograniczone możliwości organizacji. Zupełnie jakby urzędnicy rośli jak trawa lub plenili się jak króliki. Zgodnie z tym założeniem, liczba osób pobierających pensje ma być nieskończona, a źródło pensji dla nich - niewyczerpane; przejmą oni wszystkie działania, które ludzie z natury podejmują sami, łącznie z opieką nad dziećmi. Ale ludzie nie mogą się utrzymywać z prania wzajem swoich pieluszek. Nie da się ustanowić opiekuna dla każdego obywatela, bo kto będzie opiekować się opiekunami? Nie da się uczyć dzieci maszynowo. Może istnieć robot-murarz albo robot-śmieciarz, ale nigdy robot-nauczyciel. Praktyczny skutek tych teorii wygląda zatem tak, że jedna zagoniona opiekunka musi zajmować się setką dzieci, zamiast żeby jedna normalna opiekunka zajmowała się normalną ich liczbą. Normalnie ta normalna opiekunka działa pod wpływem siły, która nic nie kosztuje i nie wymaga pensji - siły naturalnego przywiązania do własnych młodych, istniejącej nawet wśród zwierząt. Kto odcina zasób tej siły, żeby zastąpić ją płatną biurokracją, jest jak głupiec, który płaci robotnikom, aby obracali młyńskie koło, bo nie chce używać wiatru ani wody; jest jak wariat, który pieczołowicie podlewa ogród konewką, w drugiej ręce trzymając parasol, by osłonić się przed deszczem.

Trzeba dziś głośno wyliczać wszystkie te truizmy, bo tylko dzięki nim zaczyna do nas docierać, niby w przebłysku, sens istnienia rodziny, tenże sens, którego zażądał inteligentny reformator opisany wyżej. Nasi ojcowie znali każdy z tych truizmów i wierzyli zarówno w więzi krwi, spajające ludzi, jak w więzy logiki, spajające przyczyny i skutki. Ale dziś nasze łańcuchy dedukcji składają się głównie z brakujących ogniw, a nasze rodziny - z nieobecnych członków. Tak czy owak, sens istnienia rodziny to jedyny sensowny punkt wyjścia dla dyskusji o rodzinie. Nie należy zaczynać tej dyskusji od końca, czyli od jakichś prywatnych konfliktów, za sprawą których Jaś poczuł się rozgoryczony, a Małgosia wyprowadziła się do wynajętego mieszkania. Jeśli Jaś i Małgosia pragną zniszczyć instytucję Domu Rodzinnego, bo nie widzą w niej sensu, powtarzam to, co rzekłem na początku: lepiej będzie, jeżeli tę instytucję zachowają. Nie mają prawa nawet roić o jej zniszczeniu, póki nie pojmą, na czym polega jej sens.

Jest oczywiste, że rodzina oznacza wykonywanie za darmo, z serca, niezbędnej pracy, która nie mogłaby zostać wykonana za pieniądze i za którą (jeśli wolno to nieśmiało zasugerować) wypadałoby również odpłacić sercem, skoro nigdy nie odpłaca się pieniędzmi. Pamiętając o tym, łatwo ocenić aktualny stan rzeczy. Obecny system społeczny, który w naszych czasach i w naszej industrialnej kulturze cierpi na wiele nadużyć i dotkliwych bolączek, jest mimo to normalny. Opiera się na idei, że społeczeństwo to zbiór wielu małych królestw, a w każdym z nich mężczyzna i kobieta są królem i królową i w rozsądnych granicach sprawują władzę, podlegającą ocenie zdrowego rozsądku wspólnoty, dopóki osoby będące pod ich pieczą nie dorosną i nie założą podobnych królestw, którymi same z kolei będą władać. Tak oto wygląda społeczna tkanka ludzkości, dużo starsza niż cała pisana historia i bardziej powszechna niż jakakolwiek religia; zaś wszelkie wysiłki, by ją zmienić, są czczym pustosłowiem i nonsensem.

Z rodziny płyną jednak i inne pożytki. Kolejna korzyść z małej grupy społecznej jest dziś nie tyle nawet zaniedbana, ile po prostu nie uświadamiana. I znów mamy tu do czynienia z przedziwnymi złudzeniami, które wypełniają po brzegi współczesną literaturę i prasę. Są to złudzenia tak powszechne i tak mocno utwierdzone, że na dobrą sprawę możemy spokojnie założyć, że ilekroć po raz tysięczny coś jest nam serwowane jako ewidentna prawda, musi to być jakieś ewidentne kłamstwo. Jednemu z takich twierdzeń trzeba tu poświęcić nieco uwagi. Na pewno istnieją argumenty przemawiające przeciw życiu domowemu na korzyść życia w hotelach, klubach, campusach, komunach, i tak dalej; to jest, na korzyść takich form życia społecznego, które dogadzają potężnym strukturom ekonomicznym naszych czasów. Jest jednak naprawdę zdumiewające, że podobną ucieczkę z domu rodzinnego przedstawia się jako ucieczkę ku większej swobodzie; że zmiana życia domowego na towarzyskie ma jakoby sprzyjać wolności jednostki.

Rzecz jasna, dla każdego, kto umie myśleć, sprawa przedstawia się dokładnie odwrotnie. Podział ludzkości na ogniska domowe nie jest doskonały, gdyż jest ludzki. W rodzinie istotnie nie osiąga się całkowitej wolności; całkowita wolność jest w ogóle czymś, co trudno osiągnąć, trudno nawet zdefiniować. Starczy jednak zwyczajna arytmetyka. Znacznie większa liczba ludzi posiada najwyższą władzę nad jakimś wycinkiem życia i możność kształtowania go wedle upodobań będąc w swoim domu, niż będąc w olbrzymich organizacjach, rządzących światem poza domem, obojętne, czy są to organizacje prawne, systemy ekonomiczne czy choćby tylko układy towarzyskie. Na przykład, więcej jest na świecie rodziców niż policjantów; więcej jest rodziców niż polityków, prezesów rad nadzorczych albo właścicieli hoteli. Jak za chwilę spróbuję pokazać, argument ten pośrednio odnosi się i do dzieci, tak jak bezpośrednio odnosi się do ojców i matek. Gdyż w rzeczy samej to właśnie świat poza domem jest światem surowej dyscypliny i rutyny. Wyłącznie w domu znajduje się miejsce dla indywidualności i swobody. Każdy, kto wychodzi poza próg, chcąc nie chcąc wkracza do szeregu ludzi idących w tę samą stronę i obowiązanych nosić podobny uniform. Biznes, zwłaszcza wielki biznes, jest w dzisiejszych czasach zorganizowany niczym armia; potężne firmy uprawiają, jak by niektórzy powiedzieli, łagodny militaryzm bez rozlewu krwi, zaś jak ja bym powiedział, militaryzm pozbawiony cnót wojskowych. Dla nikogo nie ulega wątpliwości, że stu urzędników w banku lub sto kelnerek w kawiarni pracuje pod presją reguł bardziej surowych niż wówczas, gdy każde z nich wróci do domu, gdzie wiszą ich ulubione obrazy i unosi się woń ich własnych tanich papierosów. Jest to oczywiste w wypadku pracy zawodowej, lecz tak samo odnosi się do życia towarzyskiego. Praktycznie biorąc, pogoń za rozrywką to nic innego jak pogoń za modą. Pogoń za modą to nic innego jak pogoń za konwenansem, tyle, że jest to akurat nowy konwenans. Współczesne tańce jazzowe, szybka jazda samochodami, wielkie przyjęcia czy rozrywki w hotelach nie odpowiadają naprawdę niezależnym gustom ani trochę bardziej niż jakiekolwiek minione mody przeszłości. Jeśli bogata młoda dama chce robić to samo, co wszystkie inne bogate młode damy, znajdzie w tym rozrywkę po prostu dlatego, że młodość i towarzystwo już same przez się stanowią gwarancję dobrej zabawy. Będzie jej się podobało, że jest nowoczesna, dokładnie tak samo, jak jej wiktoriańskiej babci podobało się, że jest wiktoriańska. I bardzo słusznie; lecz jest to radość z konwencji, nie radość z wolności. Młodzi ludzie w każdej epoce lubią gromadzić się razem i entuzjastycznie naśladować się nawzajem. Zjawisko jako takie jest najzupełniej zdrowe, nie ma w nim jednak nic specjalnie nowego, a już z pewnością nic specjalnie wolnego. Dziewczyna, która lubi golić sobie głowę, pudrować nos i zakładać króciutkie spódniczki odkryje, że świat jest urządzony właśnie dla niej i radośnie pomaszeruje w szeregu. Ale dziewczyna, która przypadkiem lubi zapuszczać włosy do kolan, nosić suknie z trenem albo (co najstraszliwsze) zostawiać swój nos w naturalnym stanie, zrobi lepiej, jeśli będzie hołdować tym gustom w zaciszu domowym. Jeśli księżna ma ochotę chodzić na rękach, nie powinna robić tego znienacka w sali balowej hotelu "Babilon", gdy tłoczy się tam pięćdziesiąt par fachowo praktykujących absolutnie najnowszy taniec w zbożnym celu oświecenia społeczeństwa. Księżna odkryje, że dogodniej chodzi się na rękach w starej, wyłożonej dębem sieni Zamku Fitzdragon ku admiracji najbliższych przyjaciół. A jeśli kanonik czuje nieprzepartą potrzebę, by stanąć na głowie, uczyni to z większą swobodą i wdziękiem w zaciszu kanonii niż podczas hucznej zabawy na cele charytatywne. Skoro istnieje bezosobowa rutyna w biznesie i nawet w życiu towarzyskim, rozumie się, że tym bardziej musi ona istnieć w kwestiach politycznych i prawnych. Na przykład, państwowy system kar z konieczności przypomina wyrównujący walec uogólnień. To tylko kary domowe bywają dostosowane do różnych jednostkowych przypadków, bo tylko domowy sędzia wie coś o ukaranej jednostce. Jeśli Tomcio zabierze srebrny naparstek z koszyka na robótki, jego matka może postąpić rozmaicie, bo wie, czy zrobił to dla psoty, czy z przekory, czy dla pieniędzy, czy żeby komuś sprawić kłopot. Lecz jeśli Tomcio zabierze srebrny naparstek ze sklepu, prawo nie tylko może, ale musi osądzić go zgodnie z konkretnym przepisem, stanowiącym, jaką karę wymierza się za kradzieże sklepowe albo kradzież srebra. Wyłącznie domowa dyscyplina potrafi ukarać winnego z sympatią, a już zwłaszcza z poczuciem humoru. Nie twierdzę, że zawsze tak się dzieje w rodzinie, twierdzę tylko, że państwo nigdy nie powinno tego próbować. Tak więc nawet gdy patrzymy na rodziców jako na władców udzielnego królestwa, a na dzieci zaledwie jako na poddanych, relatywna wolność panująca w rodzinie może działać, i nieraz działa, właśnie na korzyść owych podanych. Bowiem jak długo dzieci pozostają dziećmi, zawsze będą czyimiś poddanymi. Kwestia w tym, czy należy rozdzielać owych poddanych pomiędzy ich naturalnych książąt; a są to książęta, którzy na ogół żywią do dzieci uczucie, jakiego nikt inny nie żywi: naturalne przywiązanie. Wydaje mi się oczywiste, że tego rodzaju dystrybucja daje największą wolność największej możliwej liczbie osób.

Nie podoba mi się, że fala nowoczesności niesie ludzi coraz dalej od domu, gdyż kłóci się to z rozumem. Ludzie nie wiedzą, co czynią, bo nie wiedzą, do czego się przyczyniają. Przejawia się to na tysiące sposobów, istotnych i błahych, od rozwodów do pikników. Każdy z nich to osobna ucieczka, odrębny unik - zwłaszcza zaś unik w dyskusji. Ludzie powinni wreszcie podjąć aksjologiczną decyzję, czy chcą mieć tradycyjny porządek społeczny, czy nie; albo czy istnieje jakaś konkretna alternatywa, której mogliby sobie zażyczyć. Póki co, traktują ten wielki społeczny problem po prostu jako wiele splątanych prywatnych problemów. Ich antydomowe nastawienie zaczyna się w kręgu domowym. Żadna rodzina nie sięga myślą poza własną sytuację, a rezultatem jest podejście ciasne i negatywne. Każdy przypadek traktuje się jak wyjątek od nieistniejącej już reguły.
Rodzina, zwłaszcza w swoim współczesnym stanie, wymaga naprawy i rekonstrukcji; wymaga tego większość spraw w ich współczesnym stanie. Dom Rodzinny powinien jednak zostać albo zachowany, albo zniszczony, albo przebudowany; nie wolno pozwalać, by rozpadał się cegła po cegle, bo nikt nie rozumie historycznego sensu sztuki murarskiej. Architekci zajmujący się przebudową powinni, na przykład, wyposażyć Dom Rodzinny w szerokie i łatwo otwierające się drzwi, by mieszkańcy mogli pielęgnować starodawną cnotę gościnności. Inaczej rzecz ujmując, własność prywatna powinna być udziałem wszystkich na tyle po równi, by każdy mógł sobie pozwolić na margines rozrywek towarzyskich. Bo też i gościnność domu zawsze będzie odmienna od gościnności hotelu. Będzie odmienna jako bardziej indywidualna, bardziej niezależna i bardziej interesująca. Jest najzupełniej w porządku, że młodzi Brownowie i młodzi Robinsonowie spotykają się, tańczą i robią z siebie osłów, zgodnie z zamierzeniami swego Stwórcy. Zawsze jednak odczuje się pewną różnicę między Brownami podejmującymi u siebie Robinsonów a Robinsonami podejmującymi u siebie Brownów. I będzie to różnica sprzyjająca różnorodności, indywidualności i potencjałowi ludzkiego umysłu - czyli, innymi słowy, sprzyjająca życiu, wolności i poszukiwaniu szczęścia
.
Ks. Ryszard Winiarski (2009-12-31)

 

Ciekawe  teksty  z prasy...Scenariusz samozniszczenia

Ks. Ryszard Winiarski, NIEDZIELA 6/2001

 Amerykański filozof Richard Rotry sformułował niedawno tzw. utopię banalności, która, niestety, zaczyna mieć coraz więcej apostołów wśród polityków i publicystów.

 "Ideałem jest społeczeństwo liberalne, w którym nie będą już istnieć absolutne wartości i obiektywne kryteria - własne zadowolenie będzie jedyną rzeczą, dla której opłaca się żyć". Słowem - teoria względności przeniesiona w świat aksjologii! Nawet George Orwell, pisząc Folwark zwierzęcy czy Rok 1984, nie był w stanie przewidzieć, że taka wizja, czy raczej widmo, zajrzy kiedykolwiek człowiekowi w oczy! Zagląda!

 Wyobraźmy sobie społeczeństwo, miasto, kilkuosobową rodzinę czy nawet najmniejszą z możliwych wspólnot - małżeństwo, w którym nie ma absolutnych wartości i obiektywnych zasad. Czy wtedy w ogóle możliwe jest jakiekolwiek życie wspólne? Czy możliwa jest wspólnota dwojga jakichkolwiek egoizmów?

Sądzę, że istnieje narastająca konieczność poddania indywidualnej wolności, jeśli już nie wprost Prawu Bożemu, to przynajmniej rygorom dobra wspólnego!

To jest moralny imperatyw - każda ludzka aktywność musi być moralnie uporządkowana. Pytania o relacje pomiędzy wolnością jednostki a dobrem wspólnym dotyczą także polityków, artystów, teologów, filozofów, dziennikarzy, a także statystycznego Kowalskiego.

Niestety, nie dla wszystkich jest to oczywiste. Dlatego grozi nam scenariusz autodestrukcji, dyktowany jakby nie wiadomo przez kogo, a jednak wiadomo, że przez wolnomyślicieli:

Usunie się wiarę w imię Światła,

potem usunie się światło.

Usunie się Duszę w imię Rozumu,

potem usunie się rozum.

Usunie się Miłosierdzie w imię Sprawiedliwości,

Potem usunie się sprawiedliwość.

Usunie się Miłość w imię Braterstwa,

itd ( warto odszukać całość ...)


Każdy może spróbować dopisać ciąg dalszy, a poniżej moja propozycja

Usunie się Krzyż

w imię tolerancji religijnej, potem usunie się tolerancję

Usunie się zasady

w imię wolności, potem usunie się wolność

Usunie się dialog

w imię demokratycznej większości, potem usunie się "większość".

Usunie się przyzwoitość

w imię swobody zachowań, potem usunie się swobodę.

Usunie się piękno

w imię doznań estetycznych, potem usunie się estetykę.

Usunie się autorytety

w imię kultu idoli, potem usunie się wszelkiej maści celebrytów

Usunie się Życie 

w imię dobra jednostki, potem usunie się Jednostkę...

 

...


Ciąg dalszy dopisał "wolny-myśliciel" z Kietrza

Ksiądz Jerzy Popiełuszko (2009-12-25)

Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą.

Na tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności.

Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu.

Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie.

Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: "Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko – 30 października 1982 r.

prof. Piotr Jaroszyński (2009-12-23)


Jednym z największych paradoksów życia politycznego w Polsce jest ten, że krajem w ponad dziewięćdziesięciu procentach katolickim rządzą ludzie albo religijnie indyferentni, albo wręcz wojujący z religią. Mniejszość rządzi większością i większość niewiele sobie z tego robi, zaś w chwilach krytycznych zrzuca odpowiedzialność na poszczególne osoby, żywiąc przekonanie, że to sprawa ludzi a nie doktryny, której służą. Zbyt jednak długo już trwa w Polsce powojennej ścieranie się dwóch przeciwstawnych sobie cywilizacji, by można krótkowzrocznie sądzić, że to tylko kwestia niektórych ludzi, a reszta jest w porządku. Raczej odpowiednie postawy ludzkie wpisane są w scenariusz przyjętej strategii, raz łagodnej, innym razem bardzo ostrej.

Z drugiej wszakże strony nie można zapomnieć, że monopolizacja życia politycznego przez jedną rządzącą partię zniszczyła lub przynajmniej zdeformowała wiele innych partii, w tym również chrześcijańskich. Dlatego dziś, przy nominalnej wolności i niepodległości, odrodzenie życia politycznego nie przebiega zbyt sprawnie. Aby nastąpiło rzeczywiste odrodzenie, warto najpierw zastanowić się, na czym polega swoistość bycia politykiem chrześcijańskim. Dotychczas politycy chrześcijańscy oskarżani są albo o małą skuteczność, albo o fundamentalizm. Należy więc bacznie przyjrzeć się, jak polityk chrześcijański powinien pojmować związek polityki z moralnością i związek polityki z religią.

1. Polityka a moralność. W ciągu ostatnich kilku lat słyszymy, że w polityce najważniejsza jest skuteczność. Polityk nieskuteczny odpada z gry i nikt się z nim nie liczy. Większość przyjmuje to za dobrą monetę, tak jakby oglądała mecz, który toczy się między Glasgow Rangers a Manchester United czy między jedną partią a drugą: kto wygra, ten jest lepszy. Z drugiej strony, szczególnie w środowiskach chrześcijańskich, daje się słyszeć wołanie o moralność w polityce. Jednak w środowisku zawodowych polityków nikt się tym wołaniem nie przejmuje. Po prostu jak w koszykówce – polityk tych kilka fauli może popełnić i nie ma co się rozckliwiać, gra jest bezwzględna.
Powstaje wobec tego pytanie: „Czy polityka to jest taka gra, wobec której większość obywateli jest widzami, sprzyjającymi jednej lub drugiej stronie?” Niestety, tak nie jest. Gdy mówimy o polityce, musimy przywołać rzymską maksymę: Tua res agitur! – „To ciebie dotyczy”. Ciebie, twoich dzieci, twoich rodziców. Jeśli więc słyszymy, że polityka ma być tylko skuteczna, to natychmiast pojawia się pytanie: „Dla kogo skuteczna?”

Wiadomo, że koncepcja polityki skutecznej związana jest z postacią Machiavellego, który w Księciu podaje szereg zasad skutecznego politykowania. Np. „Należy pamiętać, że ludzi trzeba albo potraktować łagodnie, albo wygubić, gdyż mszczą się za błahe krzywdy, za ciężkie zaś nie mogą. Przeto gdy się krzywdzi człowieka, należy czynić to w ten sposób, aby nie trzeba było obawiać się zemsty” (N. Machiavelli, Książę. Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza, Warszawa 1987, tłum. K. Żaboklicki, s. 40n). Inna rada: „Zdobywca, opanowawszy rządy, powinien przygotować i popełnić naraz wszystkie nieodzowne okrucieństwa, aby nie wracając do nich codziennie i nie powtarzając ich, mógł dodać ludziom otuchy i pozyskać ich dobrodziejstwami” (s. 61). Jeszcze inna: „Jeżeli podbite państwa przyzwyczajone są do rządzenia się swoimi prawami i do wolności, są trzy sposoby, aby je utrzymać: pierwszy to zniszczyć je, drugi – założyć tam swą siedzibę, trzeci – zostawić im ich własne prawa, czerpać stamtąd pewne dochody i stworzyć wewnątrz rząd oligarchiczny, który by ci je utrzymał w przyjaźni. Albowiem taki rząd, utworzony przez księcia, wie, że nie może obejść się bez jego przyjaźni i potęgi, i że trzeba czynić wszystko, aby go podtrzymać” (s. 48).
Widać jasno, że tzw. skuteczna polityka to sztuka zdobycia i utrzymania władzy kosztem poddanych.
W tym miejscu warto jednak wyjaśnić, że skuteczna polityka to nie jest wyłącznie polityka amoralna czy niemoralna. Nie dajmy się nabrać, kryterium dobrej polityki jest skuteczność, a nie moralność, jeżeli więc dla realizacji celu władcy lub władzy skuteczne będą środki moralne, to po nie trzeba sięgnąć. Klasyczny przykład to praktyki komunistów, którzy gdy trzeba, łamią prawo, ale gdy prawo im sprzyja, głoszą wszędzie, że są za państwem prawa. I to jest właśnie ów cynizm.

Aby ustosunkować się po tych wstępnych ilustracjach do problemu moralności i skuteczności w polityce, trzeba kilka spraw wyakcentować:

a) Wyznaczenie skuteczności jako celu polityki jest równoznaczne z odebraniem praw ludzkich tym wszystkim, z którymi owa skuteczność się nie liczy. Dlatego w konsekwencji można ich wygubić, zubożyć, pozamykać do więzień. Tutaj pojawia się podstawowa sprawa: Kim jest człowiek? Jeśli jest osobą, to jest automatycznie suwerenem, jeśli osobą nie jest, to suwerenem jest tylko władca. Za czasów Machiavellego suwerenem był tylko książę. A to jest pierwszy i podstawowy błąd: suwerenem bowiem jest nie tylko władca, ale każdy człowiek jako osoba.

b) U Greków nie była jeszcze wypracowana koncepcja człowieka jako osoby, to wnosi dopiero chrześcijaństwo, gdyż osoba-prosopon-persona to maska, obraz, obraz Boga samego. Niemniej jednak Grecy zwrócili uwagę, nawet przy ograniczeniu podmiotów prawa, że człowiek, aby żył i się rozwijał, koniecznie potrzebuje kontekstu społecznego. Dlatego pewne ustroje nazwali zdrowymi, a inne – zwyrodniałymi. Zdrowe są takie, w których człowiek ma nie tylko zabezpieczone środki do życia, ale również promowany jest jego rozwój i szlachetna postawa (monarchia, arystokracja, politeja). Zwyrodniałe natomiast to te, w których człowiek karłowacieje, w których brak środków, a promowane są postawy niewłaściwe (tyrania, oligarchia, demokracja). Gdy teraz te rozróżnienia zaaplikujemy chrześcijańskiej wizji człowieka jako osoby, od razu widać, jak wielkim wyzwaniem jest uprawianie polityki.

c) Polityk nieskuteczny to fajtłapa, a nie polityk; polityk musi być skuteczny, co nie znaczy, że ma być niemoralny.
Błąd polityków chrześcijańskich w ostatnich latach polegał na tym, że zawiązując sojusze z orientacjami antypersonalistycznymi, nie zauważyli, że albo zaakceptują niegodziwe środki, albo też sami zostaną zinstrumentalizowani, co do reszty popsuje opinię o nich wśród obywateli. W sytuacji zdrowej wszystkich łączy wspólne dobro, które realizuje się przy pomocy dopełniających się środków, w sytuacji zwyrodniałej jest odwrotnie – różne cele, te same środki. To już nie jest tragedia, to nieszczęście…
Albo polityka jest roztropnym realizowaniem wspólnego dobra i wówczas każdy może w tym się odnaleźć i widzi osobiście sens życia w danej społeczności, albo pojawiają się różne odmiany antypolityki, w której ludzie zagrożeni są przez różne formy zinstytucjonalizowanego zła. Jednak żyjąc w takim państwie, mogą pytać: „Po co mi to? Przecież ja, zamiast rozwijać się, zaczynam się kurczyć”. A to oznacza, że taka polityka zagubiła swój najbardziej istotny sens: człowieka jako osobę.
Widać to wyraźniej, gdy uświadomimy sobie, że przy polityce pojętej jako skuteczność gubi się obiektywny cel. Utrzymanie ustroju, władzy, fabryk etc., to są przecież tylko środki, to nie są żadne cele, ustrój nie jest bytem w sobie, lecz relacją, władza jest dla kogoś etc. Ostatecznie więc zwyrodnienie polityki sprowadza się do tego, że naruszony zostaje obiektywny porządek: środek wzięty jest za cel, dobro partykularne – za dobro wspólne.

2. Polityka a religia. Dziś problem ten jest bardzo zaogniony, od kilku lat mówi się, że Kościół wtrąca się do polityki. Na tym tle prowadzona jest kampania antyklerykalna, która zresztą i przedtem była, tylko ludzie mają krótką pamięć i mało czytają (choćby ostatnio wydane 3 tomy Petera Rainy Kościół w PRL. Dokumenty). Warto więc dla oczyszczenia złej atmosfery sprawy te uporządkować.

a) Jeżeli stwierdziliśmy, że właściwie pojęta polityka jest roztropną realizacją wspólnego dobra, to pojawia się pytanie, czy ta polityka nie krzyżuje się z religią. Bo przecież jeśli wspólnym dobrem, a więc i ostatecznym celem życia człowieka jest Bóg, a do Boga prowadzi religia, to czy polityka nie jest religią? Obie mają przecież ten sam cel.
Jak wiemy, pojawiły się w historii dwa skrajne podejścia: pierwsze bizantyńskie, drugie muzułmańskie. Pierwsze to cezaropapizm, a więc władcy świeckiemu podlega patriarcha, państwu – Kościół. Drugie to fundamentalizm: osobie duchownej (ajatollahowi) podlega władca, Kościołowi – państwo. Wiemy też, że zarówno cesarstwo rzymskie narodu niemieckiego nieustannie zabiegało o podporządkowanie sobie Kościoła katolickiego (bo taki był sens walki cesarstwa z papiestwem; zresztą pod wpływem bizantyńskim, bo Teofana, żona Ottona II, była księżniczką bizantyńską), jak i później program ten skutecznie realizowali władcy protestanccy (cuius regio eius religio), a nawet katoliccy, tzw. józefinizm. Natomiast program drugi jest ciągle obecny w Iranie, gdzie władza należy z kolei do osób duchownych.

b) O ile zasygnalizowane napięcie stosunków między państwem i Kościołem wynikało z walki o podział kompetencji w zakresie realizacji wspólnego dobra, czyli prowadzenia człowieka do Boga, to przynajmniej od czasów rewolucji francuskiej, a potem rewolucji październikowej, pojawia się koncepcja państwa ateistycznego, a więc takiego, które najpierw spycha religię do sfery prywatnej, a następnie całkowicie ją eliminuje tak z życia publicznego, jak i prywatnego. Tutaj bitwa polityczna nie jest już rywalizacją, ale wręcz bitwą na śmierć i życie. Jeśli nie ma wspólnego celu, to państwo jest wewnętrznie pęknięte, jest albo w stanie wojny, albo tymczasowego zawieszenia broni. Polityka nie dopełniła religii, religia nie dopełniła polityki, celem polityki jest zniszczenie religii. I to jest podstawowy negatywny cel państw, których program jest owocem ideologii czy to rewolucji francuskiej, czy też październikowej. I tu wrogowie religii przyjmują zasadę, że wszystko może być wykorzystane przeciwko religii, również tymczasowe sojusze czy ustępstwa. Widać to wyraźnie, gdy śledzi się stosunki między Kościołem i państwem za czasów Prymasa Tysiąclecia. Ile błędów popełnili ci, którzy posunięcia komunistów brali za dobrą monetę. Tu nie można być naiwnym.

c) Pozostaje więc pytanie: Na czym polega właściwy układ między Kościołem i państwem, polityką i religią, jeśli istnieje zgodność celu pojętego jako wspólne dobro? Aby na to pytanie odpowiedzieć, należy najpierw wskazać na istotne różnice, jakie zachodzą między polityką i religią:
– religia (chrześcijańska) jest objawiona, natomiast polityka nie jest objawiona, płynie z poznania naturalnego;
– dobro wspólne pojawia się w innym aspekcie w religii, a w innym – w polityce. W religii Bóg jest objawiony jako sprawca i cel ludzkiego życia, natomiast w polityce dobro wspólne postrzegane jest bardziej od strony podmiotu-czlowieka; mówi się więc o rozwoju osobowym jako dobru wspólnym, ale polityk jako polityk nie wie, co przedmiotowo takim dobrem jest;
– religia wychodzi od Objawienia i kroczy przede wszystkim drogą zgodną z sumieniem, natomiast polityka wychodzi od natury człowieka, czyli od naturalnej potrzeby zrzeszania się i szukania odpowiednich form ustrojowych i wykonawczych, nadając im postać zewnętrzną;
– religia z uwagi na transcendentny cel dysponuje środkami nadnaturalnymi (sakramenty, laska), natomiast polityka ów cel postrzega odpodmiotowo i dysponuje środkami naturalnymi;
– religia ma cel określony dzięki Objawieniu i na tym celu jest skupiona, zaś polityka ma gwarantować w postaci środków możliwość rozwoju dobra wspólnego;
– w religii chrześcijańskiej nie ma konfliktu między rozumem i wiarą, lecz jest dopełnienie. Pęknięcie pojawiło się dopiero pod wpływem nominalizmu w protestantyzmie, od tego też czasu zaognia się konflikt między Kościołem i państwem.
Cezaropapizm sakralizuje politykę: władca państwa uznaje siebie za bliższą emanację bóstwa i dlatego jest nie tylko ponad państwem, ale również ponad Kościołem. Efektem jest zaprowadzenie podwójnej niewoli: wewnętrznej i zewnętrznej. Wewnętrzna polega na zawłaszczeniu ludzkich sumień. Znalazło to swoje odbicie w protestanckiej maksymie: Cuius regio, eius religio („Czyj rząd, tego religia”). Spotkała się ona z jedną z największych replik, jakie zna historia myśli politycznej: „Nie jestem panem ludzkich sumień” (Zygmunt August). Niewola zewnętrzna natomiast polega na tym, że prawo stanowione podporządkowane jest nie odczytanemu przez rozum obiektywnemu układowi rzeczy, ale jest wyrazem wyłącznie woli władcy: Stat pro ratione voluntas („Wola zastępuje rozum”). Gdy zachcianki panującego mają urzędową moc prawa, to trudno wyobrazić sobie gorszą niewolę.

Błąd fundamentalizmu polega na traktowaniu wiary jako wiedzy, a przesłanek nadprzyrodzonych (objawionych) jako uniwersalnych zasad sylogizmu. Tymczasem ani z wiary, ani z Pisma Świętego nie wynika znajomość nauk takich jak matematyka, chemia, biologia, czy różne umiejętności, np. znajomość choćby alfabetu, nie mówiąc już o grze na fortepianie. Tym bardziej sztuka polityki nie jest tym samym, czym jest wiara.

Polityk zabezpiecza środki, ale nie zna się ani na geometrii, ani na muzyce, ani na religii. On nie decyduje, jakie prawa tam rządzą, lecz umożliwia ich zadziałanie.

Polityka uchodziła w tradycji greckiej za naukę architektoniczną, czyli nadrzędną, bo obejmowała wszystkie pozostałe nauki i umiejętności, miała za cel nadrzędne dobro. Jednak ono nie było pozytywnie i obiektywnie określone, bo brakowało Objawienia i wyraźnie określonej transcendencji osobistej człowieka. Z chwilą pojawienia się chrześcijaństwa polityka musiała zostać zdetronizowana. Pozostawienie dziś polityki jako nadrzędnej po chrześcijaństwie jest naruszeniem drugiego przykazania, czyli instrumentalizacją religii i Boga.

Człowiek religijny musi politykować, bo religia nie eliminuje natury (gratia non tollit naturam), lecz ją dopełnia. A normalnym kontekstem rozwoju człowieka jest społeczeństwo (tak jak rozwoju duchowego – ciało). Polityk chrześcijański ciągle więc musi pamiętać, że dziedzictwo chrześcijaństwa zachodnio-rzymskiego opiera się na swoistej komplementarności: łaska dopełnia kulturę i naturę, wiara dopełnia rozum, prawo dopełnia moralność, religia dopełnia politykę.

Polityk chrześcijański nie może akceptować niegodziwych środków w sojuszu z układem negującym dobro wspólne.
Polityk chrześcijański nie może naruszać drugiego przykazania instrumenializującego religię dla polityki.
Polityk chrześcijański musi zabiegać o środki ludzkie, nie może uciekać w dewocję.
Polityk chrześcijański, z tego tytułu że jest chrześcijaninem, nie może otoczyć się aureolą nietykalności (święta krowa).

Wobec współczesnego kryzysu polityki oderwanej od dobra wspólnego polityk chrześcijański ma przed sobą przyszłość, bo jako jedyny nie alienuje się wobec narodu i ludzi wierzących. Musi jednak widzieć przed sobą plan maksymalistyczny, a nie doraźne załapywanie się na takie czy inne stanowiska. Musi jednak pamiętać, że zbytnia miękkość i doraźność zniechęci wyborców bardziej do niego, niż do polityków z obcych orientacji.

wpisał: j.b. (2009-12-13)

Do generała

Za słowa kłamstwem splugawione
Za mundur bratnią krwią splamiony
Za ręce siłą rozłączone
Za oczy dziecka przerażone
Obróć swój tryumf w partyjnej chwale
Naród dziękuje Ci generale

Za pogrom braci bez litości
Za mundur wojska zbezczeszczony
Za mękę strasznej bezlitości
Za ból rozłąki z mężem żony
Za łzy i rozpacz samotności
Ciesz się, żeś działał tak wspaniale
Naród dziękuję Ci generale

Za połamane pałką kości
Za koszmar walki brata z bratem
Za nienawiści siew i złości
Za to, że żołnierz stał się katem
Za znów zdławiony świat wolności
Pomnik swych zasług wzniosłeś trwale
Naród dziękuje Ci generale

Za nałożone znów kajdany
Za zbrodnie
Za fałsz przemówień wyświechtany
Za podłość zdrajców między nami
Za język prawdy zakazany
Wypnij na Kremlu pierś po medale
Naród dziękuje Ci generale

Naród śle swe podziękowania
Żeby Ci legły jak kamienie
Przypnij je śpiesznie bez wzdrygania
Może obudzą twe sumienie
Bo generale nie znasz godziny
Gdy przed największym dowódcą świata
Złożysz ostatni raport za czyny
Z piętnem Kaina – krwią swego brata

 

 

 

http://www.bibula.com/?p=16508

 

  Wiaczesław Mołotow

W ostatnich kilku latach wielkim naszym osiągnięciem, naszym, to jest komunistów, było pojawienie się dwóch ludzi. Pierwszą przyjemną niespodzianka był Andropow. (...) Drugi człowiek to Jaruzelski. Ja, na przykład, nigdy wcześniej nie słyszałem takiego nazwiska, zanim nie ujrzałem go w roli pierwszego sekretarza” -

: „Bolszewików było wśród Polaków mało... Jaruzelski nas wyręczył”.

http://www.panorama.info.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2595:haniebny-napad-na-polsk&catid=33:oliwa&Itemid=50

Generał Jaruzelski bardzo się zdenerwował rozgłosem, jaki towarzyszy notatce Wiktora Anoszkina, adiutanta marszałka Wiktora Kulikowa, w 1981 roku dowódcy wojsk Układu Warszawskiego, którą dr Antoni Dudek opublikował w całości w najnowszym Biuletynie IPN. Dotyczy ona rozmowy, jaka generał Jaruzelski odbył z marszałkiem Kulikowem 9 grudnia 1981 roku. Według notatki, generał Jaruzelski w pewnym momencie powiedział: „Jeśli robotnicy wyjdą z zakładów pracy i zaczną dewastować komitety partyjne (...) to wy będziecie musieli nam pomóc. Sami nie damy rady.” Tę konieczność zilustrował Kulikowowi przykładem Katowic, które liczą około 4 mln mieszkańców, a wojska właściwie tam nie ma, zatem, w razie czego tylko pomoc sowiecka, albo w ogóle – wojsk Układu – pozwoli opanować sytuację.

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1053


Jacek Bezeg (2009-12-02)

 

Minęła godzina 24 i nic. Po prostu, nic się nie dzieje specjalnego. Tak jak wtedy gdy zaczyna się nowy rok, poza hałasem fajerwerków nic właściwie specjalnego się nie dzieje. A jednak pijemy szampana ściskamy się i całujemy, składamy sobie życzenia. Teraz przestała istnieć Polska, jej terytorium stało się częścią wielkiej, obejmującej całą prawie Europę, Ojczyzny Wielu Narodów. Jej mieszkańcy stali się członkami wielkiej, miłującej się Rodziny. Spełniło się marzenie Adolfa Hitlera. Nie ma fajerwerków, ale też nikt specjalnie po tej naszej byłej Ojczyźnie nie płacze. No była, była, a teraz nie ma. Dosyć się już "na była". Wystarczy już tej nienormalności. Dosyć już tej krwi, przelanej, za jakieś tam wymyślone ideały. Nie chcemy już oddawać za nią życia, jak nasi rodzice, dziadowie i inni. W ogóle nie chcemy niczego oddawać. Teraz mamy nową, lepszą, bo dużo większą

O J C Z Y Z N Ę

Teraz to dopiero będziemy mieli kasę, będziemy jeść, pić i oglądać TV?
                      No zobaczymy.
Bardzo jestem ciekawy, ile też czasu potrzeba by
nasza nowa władza zdecydowała się pokazać nam swe oblicze.
Kiedy, dowodem odwagi stanie się taka mała wstążeczka przypięta oczywiście po wewnętrznej stronie klapy marynarki?          

 

Jacek Bezeg (2009-11-26)
24 listopada odbył się kolejny wykład z cyklu Korzenie. Tym razem gościliśmy w Opolu pana profesora Mirosława Dakowskiego.
Kiedy pokazywaliśmy gościowi Opole, to nie potrafiłem wyjaśnić profesorowi, dlaczego w naszej katedrze, ktoś siada na tych krzesłach, na ołtarzu i tyłem do Pana Jezusa. Przecież ksiądz katolicki, by się chyba nie odważył.

Postać jak się okazuje nie tylko interesującą, ale nawet zaskakującą. Przeciętny, dobrze wykształcony obywatel wie przecież o tym, że na żadnej chmurce tam w górze nie odnaleziono tego starszego pana z siwą brodą. Nie może więc zrozumieć jak to możliwe, że ktoś z dyplomami uniwersyteckimi, a nawet pracownik naukowy i to z dziedziny tak ścisłej jak fizyka jądrowa, nie tylko wierzy w Boga, ale nawet głośno się do tego przyznaje. Mało tego, przyznaje, że w Bogu pokłada swoje nadzieje.
Może spróbuję tu wyjaśnić sytuację Profesora. Tak jak trudno by było, wyjaśnić zegarmistrzowi, że zegarki powstają same z siebie, na skutek jakichś zawirowań wiatru nad złomowiskiem, tak i ścisły, logiczny umysł przez lata całe skupiający się na badaniu budowy tego świata, musi też i spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, jak i dlaczego powstał przedmiot jego badań. A trudno jest niestety, uwierzyć, że coś tak zadziwiającego zaistniało przez przypadek i bez powodu.

Profesor przybliżył nam postać wielkiego uczonego i filozofa Feliksa Konecznego, oraz jego definicję cywilizacji. Następnie opierając się na przytoczonych zasadach zanalizował rosnącą już od tysiąca pięciuset lat, cywilizację łacińską, powstałą w oparciu o nauki Jezusa Chrystusa i na gruzach imperium rzymskiego. Przeciwstawił jej zespół idei i zasad na jakich opiera się tworzone właśnie państwo, Unia Europejska. Tę propozycję, zdaniem Profesora, nie sposób nazwać cywilizacją z wielu powodów. Jednym z ważniejszych jest ten, że została ona wymyślona w zaciszu gabinetów i jest narzucana odgórnie, a cywilizacje powstają samoistnie i oddolnie. Zasady organizacji  społeczeństwa na jakich Unia chce się opierać, proponowana "Cywilizacja Unii Europejskiej", mają jedną bardzo istotną cechę. Wszystkie one są zaprzeczeniem zasad cywilizacji łacińskiej, a więc jeśli tamtą można nazwać Chrystusową, to ta nowa jest dziełem Antychrysta. Jeśli ta, z której się wywodzimy jest personalistyczna, to ta nowa, jest osobie ludzkiej przeciwna, można powiedzieć, że antyludzka po prostu.
Nasuwa się w tym momencie nieodparty wniosek. Trzeba się przed nią bronić. Zdaniem Profesora, żadna z ludzkich metod obrony, nie jest dla nas dostępna. Dysproporcja sił fizycznych i środków finansowych pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami tej "nowości" jest już w tej chwili zbyt wielka. Jedyne co możemy, to zmobilizować siły duchowe. Jedyne nasze działanie, jakie może być skuteczne, to modlitwa. Zresztą siły dobra zwyciężą i tak, bez naszego udziału, bo każde imperium zła ma klęskę wpisaną w samą swoją istotę. Naszym problemem jest w zasadzie tylko to, by w porę i wystarczająco jasno opowiedzieć się po stronie zwycięzcy. Trzeba nam po prostu wziąć udział w tej wojnie.

Więcej na ten i inne pokrewne tematy przeczytamy na www.dakowski.pl


Wywiad jakiego udzielił Profesor dziennikarzowi Pulsu Kościoła jest do zobaczenia tu:

http://video2.v2.tvp.pl/2009/11/29/223248/film.asf


Nie wszystkie przeglądarki obsługują transmisję filmu. Na przykład moja Mozilla Firefox bez kłopotu, a Opera wcale. W takich przypadkach pomocne może być użycie opcji prawego klawisza myszy Zapisz element docelowy jako
.

Musieliśmy się też pochwalić naszym pomnikiem Żołnierzy Niezłomnych, bo przecież nie ma takich wiele.