Anna Grega, j.b. (2010-03-10)

Niektóre działania hierarchów Kościoła Rzymsko Katolickiego budzą silne emocje wśród wiernych. Czasem można się nawet zastanawiać jakiego kościoła są to duchowni. Czasem można dojść do wniosku, że jesteśmy w stanie „wyższej konieczności” i być może nie jesteśmy już winni im posłuszeństwa. Do takich kontrowersyjnych można zaliczyć z całą pewnością niektóre działania wokół idei Intronizacji Chrystusa Króla Polski, lub na przykład decyzję Kurii Metropolitarnej w Krakowie w sprawie księdza dr hab. Piotra Natanka z jaką możemy się zapoznać pod adresem http://www.diecezja.pl/pl/dekrety/1600-komunikat-kurii-metropolitalnej-w-krakowie-w-sprawie-dziaalnoci-ks-dr-hab-piotra-natanka
Zastanawiające jest, co właściwie tak bardzo niepokoi hierarchię w działaniach tego kapłana. Dlaczego tak bardzo nie podoba się im idea Intronizacji?
Otrzymaliśmy list pani Anny Gregi będący wyrazem jej zaniepokojenia tym jak ten kapłan został potraktowany.

 

 

Małgorzata Goss (2010-03-07)

Po niemal czterech latach postępowania warszawska prokuratura okręgowa umorzyła śledztwo w sprawie nielegalnego przekazania stronie niemieckiej przez byłą Główną Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu dowodów hitlerowskich zbrodni na Polakach. Powód? Przedawnienie karalności czynu. – Postępowanie w sprawie wysyłki akt do Ludwigsburga zostało umorzone 12 października 2009 roku – potwierdził rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prokurator Mateusz Martyniuk. Chociaż umorzenie nastąpiło kilka miesięcy temu, informacja ta nie dotarła do szerszej opinii publicznej. Kopię pisma prokuratury okręgowej z ostatnich dni z informacją o umorzeniu śledztwa w sprawie wysyłki do Niemiec dowodów zbrodni na Polakach zamieściło na swoich stronach internetowych stowarzyszenie Blogmedia24.

Mimo bezprecedensowego charakteru tej sprawy i ogromnego rezonansu społecznego, jaki wywołała – nie wydano żadnego komunikatu dla mediów. Nie zwołano konferencji prasowej. Utrzymując wyniki śledztwa w tajemnicy, nie dano nawet szansy na publiczne napiętnowanie sprawców. Tak jakby było rzeczą naturalną, że funkcjonariusze państwowi odpowiedzialni za zacieranie śladów zbrodni na Narodzie pozostają bezkarni.
Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN ustaliła, że w minionych latach wysłano za granicę, głównie do Niemiec, aż 62 tys. 937 historycznych dokumentów pochodzących z akt śledztw prowadzonych przez tę instytucję. Były to najczęściej oryginalne dowody zbrodni niemieckich na Polakach w czasie II wojny światowej. Większość z nich trafiła do Centrali Ścigania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu (Die Zentrale Stelle der Landesjustitzverwaltungen zur Aufklärung nationalsozialistischer Verbrechten), a stamtąd rozprowadzone zostały po niemieckich archiwach. Wśród “wyeksportowanych” dowodów znajdowało się 11 996 aktów zgonu, 41 522 protokoły przesłuchań, 2304 fotokopie, 871 fotografii, 759 protokołów ekshumacji, 512 szkiców, 385 protokołów oględzin, 281 wyroków oraz wiele innych dokumentów.
Akta śledcze przekazywane do Niemiec dokumentowały nie tylko zbrodnie na ludności, ale także straty materialne wyrządzone w Polsce w ramach systemu niemieckich represji. Były kopalnią wiedzy na temat podpaleń, grabieży mienia etc. – twierdzą nasi informatorzy związani z IPN.
Materiały z przeprowadzonego w IPN skontrum w archiwach przekazane zostały prokuraturze w celu ustalenia winnych przestępstwa.
Na skutek utraty dowodów zbrodni na Polakach aż 4630 spraw karnych prowadzonych przez pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej pozostaje formalnie w zawieszeniu, a w ponad 600 dalszych nie ma żadnej decyzji procesowej. Prezes IPN zdecydował, że prokuratorzy mają zwracać się do Ludwigsburga o informację, czy strona niemiecka przeprowadziła śledztwo na podstawie przesłanych dowodów i jak się ono zakończyło. Prokuratorzy mają także występować o zwrot oryginalnych materiałów śledztwa lub przynajmniej przesłanie uwierzytelnionych kopii – poinformował Instytut Pamięci Narodowej.
Zwrot oryginałów jest, według strony niemieckiej, niemożliwy, ponieważ zostały one umieszczone w systemie niemieckich archiwów i rozprowadzone po archiwach. Już trzy lata temu uzyskaliśmy tę odpowiedź z Ludwigsburga – twierdzą nasze źródła w IPN. Niemcy zadeklarowali jedynie, że mogą wskazać, gdzie dane dokumenty są przechowywane i ewentualnie dostarczyć uwierzytelnione kopie.
Proceder wysyłki materiału dowodowego za granicę do 2004 r. odbywał się bez podstawy prawnej, a więc także bez ścieżki zwrotu do kraju – wynika z informacji departamentu prawno-traktatowego MSZ z 2005 r. przygotowanej dla ministra sprawiedliwości. Polska ratyfikowała konwencję genewską o pomocy prawnej w sprawach karnych z 1959 r. dopiero w kwietniu 2004 r., a dodatkowe ułatwienia wprowadziła w umowie dwustronnej z Niemcami z 17 lipca 2004 roku.
Informacja o tym, że dowody niemieckich zbrodni na Polakach trafiły w niemieckie ręce, wywołała skandal. Do IPN zaczęły zgłaszać się osoby posiadające wiedzę na temat wysyłki akt (były one kierowane do prokuratury). Nasi Czytelnicy podnosili w listach, że oczekują po tym śledztwie nie tylko ustalenia listy utraconych dowodów i ujawnienia nazwisk osób odpowiedzialnych za ten haniebny proceder, ale także podania motywów, którymi kierowali się sprawcy.
Prokuratura zakwalifikowała proceder jako “przekroczenie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariusza publicznego na szkodę interesu publicznego lub prywatnego”, tj. jako czyn z art. 131 par. 1 kk. Przestępstwo to zagrożone jest karą do trzech lat pozbawienia wolności. Karalność takiego przestępstwa ustaje po zaledwie 5 latach, a jeśli wcześniej zostało wszczęte postępowanie – po dziesięciu latach od popełnienia. Gdyby przyjąć inną kwalifikację, np. “utrudnianie postępowania karnego przez funkcjonariusza publicznego”, zagrożenie karą byłoby wyższe i okres przedawnienia karalności dłuższy nawet o 10 lat.
– Większość przypadków przekazania akt stronie niemieckiej miała miejsce w latach 60. i 70. ubiegłego wieku – przypomniał prokurator Martyniuk.
Z naszych informacji wynika, że były również przypadki przekazywania Niemcom oryginalnych materiałów archiwalnych z II wojny światowej w latach 90., co może wskazywać na ogólną tendencję panującą w tym czasie. Przekazano wtedy stronie niemieckiej wystawę oryginalnych zdjęć “Powstanie Warszawskie 1944″, archiwum Głównego Urzędu Bezpieczeństwa III Rzeszy oraz kilkanaście tomów akt niemieckiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Ten ostatni zbiór darowano z dedykacją: “W imię dobrej współpracy…”. Nie zostały one jednak objęte zawiadomieniem prezesa IPN do prokuratury, a prokurator nie zdecydował się na rozszerzenie zakresu postępowania o te wątki.

Za:

http://www.bibula.com/?p=19064

Jacek Bezeg (2010-03-04)

Do pana z gwiazdkami i orzełkiem na czapce.

 

 

Tekst ten adresuję do Pana na zdjęciu, a dokładniej do jego szefów. Porozmawialiśmy i dowiedziałem się, że filmował mnie i kolegów służbowo, bo prywatnie, to nie jest nami zainteresowany. (A wolałbym, aby robił to dla żony lub kolegi.) Chcę mu podsunąć pewien pomysł. Do filmu każą mu zapewne dodać jakiś opis, raport, czy jak to tam się nazywa. No i skąd on biedny to wszystko weźmie? Podpowiem mu jak Polak, Polakowi, wszak obaj działamy dla dobra naszej Ojczyzny. A więc, jak niedawno oglądałem, cała masa materiałów o mnie i innych kolegach leży sobie bezproduktywnie w IPN. Wystarczy ładnie poprosić, a zapewne wydadzą. Może nawet nie kopie, a oryginały. Przed laty to przecież starsi „koledzy z resortu” ciężko pracowali, aby te dokumenty wytworzyć, zebrać i uporządkować. Niech teraz młodzi coś z tego mają. A jakie wartości kształcące miałoby dla nich takie zapoznanie się z historią! Nic tak nie wpływa korzystnie na morale pracownika jak świadomość, że jest się częścią czegoś naprawdę potężnego no i historycznego.
Na koniec nie sposób nie wspomnieć o tym jak wiele by to wyjaśniło nam biednym robaczkom. Idziemy tam pooglądać te stare papierzyska i nawet przez myśl nam nie przejdą pytania: „Dlaczego dają xero? Dlaczego nie oddadzą nam oryginałów? Jesteśmy poszkodowani bo tamten reżym zbierał o nas rozmaite informacje, ale po co ta nasza nowa i już sprawiedliwa Ojczyzna nadal je sobie zatrzymuje?” Wdrukowana w nasz mózg świadomość, że nie jesteśmy właścicielami samych siebie, że to Państwo jest właścicielem nas i wiedzy o nas jest silna, tak bardzo silna, że jakby wrodzona.
Gdyby przekazano je policji to wszystko byłoby jasne.
A ja lubię jasne sytuacje!!!

wpisał j.b. (2010-02-28)

25 lutego 1940 roku na mocy tzw. dekretu Hermanna Goeringa zdelegalizowano Związek Polaków w Niemczech. Polscy prawnicy twierdzą, że był on niezgodny nawet z prawem III Rzeszy.

Skutkiem nazistowskiego rozporządzenia była likwidacja wszystkich stowarzyszeń polonijnych na terenie państwa i konfiskata ich mienia bez prawa do odszkodowania.

Dokument, analizujący dekret z 1940 roku, na zlecenie Departamentu Prawno-Traktatowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP, przygotowali w grudniu ub. r. prof. Jan Sandorski, prof. Andrzej Sakson i dr Michał Nowosielski z poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Eksperci zalecają polskim władzom twarde stanowisko w rozmowach i przede wszystkim używanie wyłącznie sformułowania "polska mniejszość”, ponieważ istnieje ona nieprzerwanie od 1922 r.

Polskie organizacje w Niemczech miałyby więc prawo do zabranego im majątku, a Polacy takie same prawa, jakimi cieszy się mniejszość niemiecka w Polsce. Zdaniem profesorów dekret jest nieważny od samego początku, a nie od końca wojny. Należy więc przywrócić stan prawny sprzed 1940 r. To oznacza konieczność renegocjacji polsko-niemieckiego traktatu z 1991 r.

Rząd niemiecki deklaruje, że chce wspomóc finansowo Polaków mieszkających w Niemczech, jednak do przywrócenia im statusu mniejszości narodowej odnosi się sceptycznie. List w sprawie anulowania nazistowskiego rozporządzenia do kanclerz Merkel napisał w październiku 2009 roku berliński adwokat Stefan Hambura.

W Niemczech mieszka między 1,5 mln a 2 mln Polaków, z czego 1,2 mln posiada podwójne obywatelstwo. W polsko-niemieckim traktacie dobrosąsiedzkim z 1991 r. określeni są jako „osoby w RFN, posiadające niemieckie obywatelstwo, które są polskiego pochodzenia”. Jednak tylko Duńczycy, Serbołużyczanie i Fryzyjczycy mają status mniejszości nadany im na mocy konstytucji landów, które grupy te zamieszkują.

Fronda.pl przygotowała w połowie stycznia tego roku dwugłos prof. Klausa Bachmanna i mecenasa Stefana Hambury na temat tego, dlaczego Polonia w Niemczech nie ma takich praw, jak mniejszość niemiecka u nas i czy można to zmienić?

Za :

http://www.fronda.pl/news/czytaj/siedemdziesiat_lat_temu_hitlerowcy_zlikwidowali_polska_mniejszos

 

Jacek Bezeg (2010-02-26)
Doktora! Doktora!
Tak się czasem wrzeszczy w trudnych sytuacjach. Tak i tu by trzeba zakrzyknąć. Zresztą Senat do takiego zawołania jest jak najbardziej pozytywnie ustosunkowany. Doktorat przydzielił. Co prawda podobno aż dziewięciu senatorów się od głosu wstrzymało. No, ale nikt nie jest bez wad.
A tak na poważnie. Bo jednak sprawa jest poważna i trudna, i niestety tytułowe wołanie o doktora, choć usprawiedliwione, na niewiele tu się zda. To poważna i trudna sytuacja gdy grono czterdziestu paru poważnych osób, elita intelektualna naszego miasta, nie rozumie co robi przyznając tytuł Honorowego Doktora. Ci szacowni skądinąd państwo nie wiedzą, że dają swym wychowankom, bo tak studentów pomimo ich dojrzałego wieku określić trzeba, WZORZEC. Swoją decyzją mówią: „Oto człowiek , którego naśladować możecie w każdym względzie." Wzorzec takiego byle czego, jak metr zrobiony jest z platyny. Są ludzie, o których mówimy „kryształowy”. A nasza uczelnia na wzór przyjmuje sobie TW, który opowiada SB o przyjaciołach odwiedzanych za granicą. Jako przykład dla naszych przyszłych elit stawia się kogoś, kto lekce sobie waży gwałt na dziecku, bo dokonał go wielki artysta i w dodatku w środowisku kompletnie zepsutym.
Dużo bardziej tragiczną postacią w całej tej sprawie jest jednak kapłan Kościoła Rzymsko Katolickiego, który niczego złego w takiej postaci nie dostrzega, a jako argumentu do jego obrony używa prywatnego życia Chopina. Owszem Fryderyk nie zawsze był w porządku, ale wielbimy go za kompozycje, a nie dajemy jako przykładu do naśladowania w życiu prywatnym. Podobnie. Nikt nie twierdzi niczego na temat filmów doktoranta. Nie protestowaliśmy przeciwko ich wyświetlaniu. Nie chcemy tylko jednego: By był on wzorem.

Jacek Bezeg (2010-02-23)
Czy są jacyś Niemcy na Opolszczyźnie? Należałoby się zastanowić w obecnej sytuacji, gdy po pięciu latach funkcjonowania ustawy o mniejszościach mamy tak piękne jej owoce. Bez wątpienia mamy sporą grupę ludności  zamieszkującą  ten teren od wielu pokoleń, można powiedzieć rdzennej, czyli Ślązaków. Pomimo trwających czasem setki lat obcych wpływów zachowali oni swą mowę, śląską gwarę. Trzeba to docenić.
Kiedy po Pierwszej Wojnie Światowej powstawało Państwo Polskie, aż trzykrotnie wybuchały powstania. Ślązacy chcieli połączenia z macierzą, lecz ona zlekceważyła ich starania, zajęta walkami o kresy wschodnie i obroną przed komunizmem. Pomoc z Polski była tak niewielka, że praktycznie bez znaczenia. Starania Niemiec o Śląsk były dużo lepiej zorganizowane, a więc i efekty były większe. Niewielka tylko jego część została do II RP włączona.
Kim więc są Ślązacy, bo narodowość Śląska nie jest przez nikogo oficjalnie uznawana za istniejącą. Oczywiście wedle dziś istniejących standardów człowiek ma taką narodowość jaką mu podpowiada jego serce. (Mam pełne prawo wstawszy rano poczuć się Chińczykiem. Dopiero kiedy spojrzę w lustro muszę się zastanowić i wybrać coś innego. Chińczyk nie wygląda przecież tak głupkowato!) Nad narodową świadomością Ślązaków niemieckie rządy pracowały wieki i skutki były mizerne. Ciągle mówili swą gwarą będącą mieszaniną języka staropolskiego z wpływami czeskimi i czuli się Polakami. Dopiero władze PRL-u wbiły im skutecznie do głów, że są elementem obcym, nie godnym zaufania, czyli najprawdopodobniej Niemcami. Po 50 latach komuny taka właśnie powstała w nich świadomość. Nie tylko stosunek władz miał tu znaczenie. Czekali na Polskę, ukochaną Matkę, a przyszła do nich wredna komunistyczna macocha. Wielu nie przetrwało takiego rozczarowania. Odwrócili się od niej, nie chcą już jej znać. Nic już na to nie poradzimy. Powinniśmy to zrozumieć, bo i wielu z nas wyjechało stając się Szwedami, Francuzami, czy Kanadyjczykami. Im, akurat najłatwiej było zostać Niemcami.
Na ile głęboka jest ta przemiana, trudno jest oceniać. Często mówi się, że chodzi tylko o pieniądze, o możliwość legalnej pracy za granicą. Jak dużego procentu ludności dotyczy? Liczba zarejestrowanych członków Mniejszości się zmienia.
 W ciągu ostatnich dwudziestu lat, a zwłaszcza w ostatnich pięciu, nad świadomością  narodowościową Ślązaków pracują już dwa rządy. Poczynania Towarzystwa Społeczno Kulturalnego Mniejszości Niemieckiej są dotowane nie tylko przez Berlin, ale i przez Warszawę. Jaki Polska ma interes w finansowaniu lekcji „języka ojczystego” okazującego się być językiem niemieckim i nauczanego powszechnie w szkołach podstawowych na Opolszczyźnie trudno zrozumieć. Nie wiem czy polski to jest „polski” czy tylko „urzędowy”. Niemcy przyznają obywatelstwo osobom urodzonym na terenach jakie posiadali w 1937 roku. Czy można na tej podstawie wyciągać jakieś wnioski co do ich planów na przyszłość? Czy ktoś się nad tym w ogóle zastanawia? Nie można mówić o tym, że na Śląsku ścierają się interesy polski i niemiecki, bo o interes polski nikt nie walczy. Niemcy od roku 2008 prowadzą szkolenia dla „wypędzonych” przygotowujące do administrowania terenami będącymi tymczasowo pod zarządem polskim.
Wszyscy, którzy czuli się Niemcami na tyle mocno, że w Polsce żyć nie mogli mieli możliwość wyjazdu w przeszłości i mają ją obecnie. A jednak ciągle pojawiają się nowi stronnicy niemieckiego interesu, nowi zwolennicy niemieckości tych ziem.
Mamy teraz oto taką sytuację na opolskiej wsi: Jest starsze pokolenie mówiące po polsku, ale i po niemiecku. Kiedyś zmuszeni do nauki tego języka dziś jednak wspominają  młodość z sentymentem, bo kiedy świat był piękny jak nie w czasach naszej młodości. Mamy średnie pokolenie nie znające niemieckiego wcale, lub tylko w zakresie potrzebnym do wykonywania prostszych prac w czasie krótszych czy dłuższych pobytów za granicą. No i rośnie nam nowe młode pokolenie, które znowu ma obowiązkowo niemiecki w szkole.
Kiedy jeszcze na drogach pojawiły się niemieckie nazwy miejscowości w gazetach niemieckie dodatki, w kościołach msze w języku serca (po niemiecku), a w radio i telewizji niemieckie audycje, to wszystko zaczyna się składać na jakiś obraz. Żyjąc na tej ziemi ponad 60 lat nie spotkałem nigdy nikogo kto deklarował by się jako Niemiec. Nigdy nie rozmawiałem z nikim, kto twierdziłby, że potrzebne mu są do czegokolwiek niemieckie gazety, niemieckie audycje, niemieckie nazwy wsi. Lekcje niemieckiego, jeżeli już ktoś brał, to po to, aby pojechać „na niemce” zarobić i wrócić. Zadaję więc sobie pytanie: Komu to wszystko jest potrzebne? Pytają ludzie jedni drugich: Dlaczego to wszystko się dzieje? 
Jedyna odpowiedź jaka się nasuwa jest przerażająca: Polska znowu ma Śląsk gdzieś. Polska chce nas oddać, albo sprzedać Niemcom. Może za te swoje wielkie długi? Nie jest wesoło.

Andrzej Szubert (2010-02-13)
portret 
użytkownika Andrzej 101W ciągu jednego tylko dnia, 11 lutego 2010, z okazji 20-lecia istnienia Mniejszości Niemieckiej na Opolszczyźnie opolski dodatek Gazety Wyborczej zamieścił cztery artykuły poświęcone owej rocznicy i jeden artykuł poświęcony samej Mniejszości Niemieckiej

A więc wydrukowano artykuł Joanny Pszon - Naszym Niemcom zaśpiewajmy "sto lat"
http://opole.gazeta.pl/opole/1,35086,7551754,Nas...

Następnym artykułem był wywiad Joanny Pszon z Henrykiem Krollem (dawniej - Królem)
jednym z mózgów MN na Opolszczyźnie:
http://opole.gazeta.pl/opole/1,35086,7551741,Kro...

Kolejnym artykułem był wywiad Joanny Pszon z innym aktywistą MN, Ryszardem Gallą
http://opole.gazeta.pl/opole/1,35086,7551744,Pos...

Czwartym wreszcie artykułem opolskiej GW było przypomnienie przez anonimowego redaktora o ksywie "jon" niedawnego wywiadu z jeszcze innym aktywistą MN - Brunonem Kosakiem
http://opole.gazeta.pl/opole/1,35114,7551802,Lid...

Ostatnim z rzędu artykułem GW w tym dniu było zamieszczenie streszczenia wypowiedzi dra Lecha M. Nijakowskiego o znaczeniu politycznym MN w skali regionalnej jak i ogólnopolskiej.
http://opole.gazeta.pl/opole/1,35086,7551779,Lec...

Przypomnę w tym miejscu, że dwa tygodnie wcześniej opolska GW zamieściła artykuł dla uczczenia pamięci "nestora opolskich Niemców" - Johanna Krola, vel Jana Króla (w przeszłości członka "polskiej" PZPR).
http://opole.gazeta.pl/opole/1,35114,7510557,Upa...

Natomiast dzień po publikacjach dotyczących Mniejszości Niemieckiej na Opolszczyźnie
ta sama "polska" Gazeta Wyborcza na temat rocznicy Związku Polaków w Niemczech opublikowała niniejszy "artykuł":

"Obchody 87. rocznicy powołania I Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech z siedzibą w Opolu odbędą się w mięście w sobotę.

Zaczną się o godz. 11 mszą w kościele Franciszkanów. O godz. 12.15 złożenie wiązanek na pl. Wolności, potem spotkanie w ratuszu."

http://opole.gazeta.pl/opole/1,35114,7555571,Roc...

I to już wszystko!!! To już cały "artykuł" poświęcony Związkowi Polaków w Niemczech!!!

Przypomnę w tym miejscu...

Z chwilą wybuchu II wojny światowej związek został zdelegalizowany przez władze III Rzeszy, jego majątek skonfiskowany, część działaczy rozstrzelano, ok. 1200 członków uwięziono w obozach koncentracyjnych.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zwi%C4%85zek_Polak%...

W chwili obecnej organizacje polonijne w Niemczech walczą o uzyskanie statusu mniejszości narodowej (odebranego im dekretem Göringa), a analogicznego do statusu Niemców żyjących dzisiaj w Polsce.
Opolska Gazeta Wyborcza zdaje się tego faktu nie zauważać. Skupiona na promowaniu mniejszości niemieckiej i jej liderów w cień spycha tragiczną przeszłość Związku Polaków w Niemczech. A także aktualne kłopoty polonii polskiej w jej konfrontacjach z niechętną organizacjom polonijnym postawą władz niemieckich.

"Polska" Gazeta Wyborcza woli opisywać życiorys "niemieckiego" działacza Jana Króla, który przemianował się na Johanna Krolla. Dziwi tylko, że Jan Król, który w czasach PRL był członkiem POLSKIEJ partii politycznej (PZPR), zakładał nawet popierane przez komunę na wzór sowiecki sowchozy, nagle przypomniał sobie o jego "niemieckim patriotyźmie".
Natomiast o działaczach ZPwN pomordowanych i osadzonych w obozach koncentracyjnych przez niemieckich narodowych socjalistów gazeta sobie nie przypomniała.

Jest to oczywisty skandal i hańba dla "polskiej" gazety.
Uzasadnionym pytaniem jest, kiedy opolski dodatek GW zacznie drukować niemieckojęzyczne wydania Wahlzeitung dla "Niemców" na Opolszczyźnie (z których niejeden jeszcze nie zdążył nauczyć się poprawnie języka "ojczystego" - a więc niemieckiego).
Polskojęzyczne wydania Wahlzeitung im Bezirk Oppeln zapewne nadal będą wychodzić.
Okupacyjna gadzinówka też po polsku była wydawana.

Niewykluczone, iż opolska gadzinówkowa Wahlzeitung w najbliższym czasie napisze więcej o Związku Polaków w Niemczech. Będzie to jednak wymuszone na niej niezwykle krytycznymi uwagami forumowiczów w dyskusji na temat "artykułu" gadzinówki o rocznicy ZPwN:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,65,107198505,,Roc...

Jerzy Przystawa (2010-02-04)

PRL-owski gołąbek pokoju i kamień z Kobylej Głowy

Komentarz: TVP1 pokazała w poniedziałek 1 lutego 2010 film dokumentalny pt. „Towarzysz generał”, autorstwa Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka. Film przedstawia drogę życiową Wojciecha Jaruzelskiego. Po filmie odbyła się dyskusja prowadzona przez red. Rafała Ziemkiewicza, z udziałem publicystów Jacka Żakowskiego, Wojciecha Mazowieckiego, Piotra Zaręby i Łukasza Warzechy. Jako mój głos w dyskusji przedstawiam artykuł napisany 12 października 1994 na prośbę sekretarza redakcji „Gazety Polskiej”. Tekst nie został dopuszczony do druku.

We wtorek 11 października 1994, ok. godziny 16.00, w księgarni na Placu Legionów we Wrocławiu zdarzyło się coś, co bulwersowało opinię publiczną przez kilka dni. Stanisław Helski, 65-letni rencista-rolnik, uderzył Wojciecha Jaruzelskiego kamieniem w twarz. Działo się to, gdy gen. Jaruzelski promował swoją najnowszą książkę i rozdawał autografy. Środki masowego przekazu doniosły, że Helski uderzył Jaruzelskiego cegłą, ale nie była to żadna cegła, tylko symboliczny kamień z jego pola, który przywiózł specjalnie, ukryty w „pederastce”. Naturalnie, oficerowie BOR ochraniający Generała, błyskawicznie obezwładnili rencistę, który nie próbował ani się bronić, ani uciekać, obdzielając go przy okazji kolorowymi wyzwiskami typu „gnoju, świnio, bydlaku, zdechniesz na śmietniku” itp.

Poszkodowanego Generała bezzwłocznie odwieziono do szpitala, jak się wydaje obrażenia nie były zbyt poważne. Natychmiast też, jak prawdziwy gołąbek pokoju i przykładny katolik, Generał wielkodusznie wybaczył ten okropny czyn swojemu napastnikowi, który „nie wiedział, co czyni”. Napastnik, niestety, nie wykazał podobnie chrześcijańskiego ducha – ani miłosierdzia, ani skruchy – i wręcz oświadczył, że przebaczać nie ma zamiaru. Noc spędził w areszcie, oczekuje go proces karny na podstawie art. 156 kk, zagrożony karą od 6 miesięcy do 5 lat więzienia. Wielkoduszność Generała nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Odpowiadał, że w moralności chrześcijańskiej (jeśli Generał Jaruzelski chce pozować na chrześcijanina) istnieje wymóg zadośćuczynienia. Gdyby Generał zamiast „przebaczania” był gotów zadośćuczynić za wyrządzone zło, wówczas byłby gotów rozważyć zmianę swego stanowiska.

Nie ma potrzeby przedstawiać ofiary tego incydentu, Generała Jaruzelskiego, aczkolwiek gdy rozjeżdża po Polsce rządową limuzyną pod ochroną BOR, zbiera honoraria za swoje książki i rozdaje autografy, uśmiechając się kordialnie zza ciemnych okularów do ludzi o krótkiej pamięci – warto przypomnieć, że to ten sam człowiek, który 24 lata wcześniej kazał strzelać do bezbronnych robotników udających się do pracy w Gdańsku, a 11 lat później wysłał czołgi na ulice przeciwko swojemu narodowi. „Są w Ojczyźnie rachunki krzywd”, które w żadne sposób nie zostały wyrównane. Nie ulega wątpliwości, że wielkoduszny Generał już dawno przebaczył matkom, których synowie zostali zabici w wyniku jego rozkazów, a także wybaczył Polsce za wiele cierpień, które jej przysporzył podczas swego długiego panowania. Ale Polska? Czy też już przebaczyła? Czy już zgodziła się przekazać wszystko “historii” lub puścić w niepamięć? Gdy wciąż żyje jeszcze mnóstwo ludzi, którzy bezpośrednio doświadczyli „dobrotliwości” i miłosierdzia Generała?

Kim jest wrocławski napastnik i jaki zły los, kazał mu podnieść kamień z jego pola, jechać do dalekiego Wrocławia, napadać na tak życzliwie usposobionego Generała i jeszcze krzyczeć „nie wybaczam!”?

Stanisław Helski, chłop z chłopów Zamojszczyzny, to człowiek twardy i dumny. Bo trzeba być twardym i dumnym, żeby w wieku 15 lat pójść do lasu i dołączyć do partyzantów, trzeba być twardym i dumnym, żeby uciec z pociągu wiozącym go do Majdanka. Trzeba być twardym i dumnym, żeby odkupić od PGR ziemię nieuprawianą przez 15 lat, ze zrujnowanymi zabudowaniami i zamienić to wszystko, w ciągu kilku lat w kwitnące gospodarstwo. Stanisław Helski sam jeden był w stanie hodować stado 250 byczków – ok.60 ton wyśmienitej wołowiny, wystarczającej do miesięcznego pokrycia kartkowego zapotrzebowania miasta średniej wielkości! 60 kwintali pszenicy, jaką z jednego hektara zbierał Helski to było dwa razy tyle, ile wynosiła średnia krajowa! Helski był nie tylko chłopem twardym i dumnym, który nie dawał łapówek, ale też nie zginał karku przed sekretarzami i naczelnikami. Był świetnym gospodarzem i do niego zjeżdżały pielgrzymki rolników z całej Polski, aby zobaczyć, jak on to robi? Skąd czerpał siłę i upór, żeby to wszystko robić w panującej wówczas atmosferze nieustannych szykan, wygarbowanych na plecach każdego polskiego chłopa, w codziennej szarpaninie o sznurek do snopowiązałki, o każdy kilogram nawozu itd., itp.?

Ale Stanisław Helski miał dość szykan i handryczenia się ze skorumpowanymi urzędnikami. Gdy stoczniowcy Gdańska rozpoczęli strajk, „ruszył w Polskę” i zawiązał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Rolników Województwa Wałbrzyskiego. Razem z takim chłopami jak bracia Bartoszcze, Stanisław Janisz utworzył organizację pod nazwą „Solidarność Chłopska” i został członkiem Krajowego Komitetu Koordynacyjnego Chłopskich Związków Zawodowych. Gdy Generał Jaruzelski odmówił zgody na ich zarejestrowanie zorganizował w lutym 1981 głodówkę chłopów w kościele p.w. Świętego Jakuba w Świdnicy. Do momentu ogłoszenia Stanu Wojennego z pasją usiłował zorganizować opór ludowy.

Dzisiaj Generał Jaruzelski publicznie „przebacza”, ale pod osłoną Stanu Wojennego inaczej próbował złamać upartego chłopa: w maju 1982, gdy Helski przygotowywał swoje pola pod uprawę rzepaku, wysłał tam batalion 14 traktorów, pod osłoną milicji, aby przymusowo zasiać tam… jęczmień! Było to w Sudetach, gdzie według słów pisarza Józefa Kuśmierka, jest więcej ziemi leżącej odłogiem, niż ziemi uprawnej w całej Norwegii! I z tych tysięcy hektarów leżących odłogiem Generał nakazuje przymusowo zagospodarować tych kilkanaście hektarów Helskiego! I, naturalnie, na jego koszt, ponieważ razem z milicją przybył i prokurator, który nakazał natychmiast zająć i zlicytować sprzęt i maszyny Helskiego, w tym budzący zawiść sąsiadów nowoczesny traktor. Trzeba było zapewnić, że Helski już nie będzie miał środków na prowadzenie swojej destrukcyjnej działalności.

Jak na tę napaść zareagował chłop? No cóż, wziął bronę i tą broną wybronował dopiero co zasiany jęczmień. Jak zareagował Generał? Starego Helskiego do więzienia, a młodego do wojska! „Żegnajcie pola i chaty, skazany chłop poszedł w sołdaty” – pisze na ścianie swego domu Robert Helski, a „tajemnicze ręce”, nocą, próbują ten napis zamalować.

W więzieniu, Stanisław Helski, ciężko pobity pałkami przez strażników, traci zęby i zdrowie. Odwożą go do więziennego szpitala, tam zamieniają mu więzienie na internowanie. Toczy się absurdalny proces karny, w którym sprawa trzykrotnie trafia na wokandę Sądu Najwyższego. Sąd Najwyższy, podobnie jak Generał Jaruzelski, „wybacza” niedobremu chłopu i dwukrotnie zarządza amnestię! Ta amnestia jest po to, żeby Helski nie mógł dochodzić swoich strat przed sądem cywilnym.

Do końca 1987 roku zawzięty i niewybaczający chłop toczy walkę z sądami Generała Jaruzelskiego, domagając się unieważnienia nakazu administracyjnego obsiania jego pola jako niezgodnego z prawem. Niestety, jak to sam głośno stwierdza przed Naczelnym Sądem Administracyjnym w Warszawie „klucze z Moskwy jeszcze nie nadeszły”. Przepracowany batalion sędziów i prokuratorów (w sprawie Helskiego wyrokowało ok. 40 sędziów!) został wplątany w poszukiwanie formuły prawnej sankcjonującej oczywiste bezprawie. Helski apeluje do Rzecznika Praw Obywatelskich, apeluje do Sejmu: domaga się postawienia Generała Jaruzelskiego przed Trybunałem Stanu! A Generał wielkodusznie wybacza! On tylko oczekuje, że Helski z rodziną, chodząc po pustych polach i zrujnowanym gospodarstwie uzna w końcu jego dobroć i wielkoduszność!

Dwa lata wcześniej, w tej samej księgarni, Chłop i Generał stanęli po raz pierwszy twarzą w twarz. Generał, podobnie jak feralnego wtorku, podpisywał książkę i rozdawał autografy. Stanisław Helski podszedł do stołu. „A gdzie książka?” – zapytał uśmiechnięty Generał. “Nie stać mnie na książki, od kiedy mnie pan zrujnował” – padła mało dyplomatyczna odpowiedź. Generał potraktował ją jako żart: „Ach, nie szkodzi, oto prezent dla pana” i ręka zamachnęła się do podpisu. „Pański podpis nie jest mi dzisiaj potrzebny. Potrzebowałem go w 1982 roku. Dzisiaj ja panu przyniosłem coś z moim podpisem”. I wręczył zdumionemu Generałowie petycję do Sejmu, datowaną w 1986 roku, domagającą się postawienia Jaruzelskiego przed Trybunałem Stanu.

Minęły dwa lata. Generał nie znalazł czasu, żeby odpowiedzieć na oskarżenia chłopa, którego zrujnował i zniszczył, sprowadzając jego rodzinę do skrajnego ubóstwa. Cóż by to było, gdyby Jaruzelski nagle zaczął odpisywać tym wszystkim Polakom, którzy czynią go odpowiedzialnym za ich parszywy los? Czy miałby wówczas czas na „wieczory autorskie”, „promocje” i odgrywanie roli „Europejczyka”? To znacznie łatwiej i wygodniej WYBACZYĆ wszystkim, a samemu zająć się fałszowaniem historii, na której sąd można się spokojnie oddać.

Stanisław Helski nie ma zaufania do werdyktu historii tworzonej przez Generała Jaruzelskiego. Tylko wtedy, gdy już wyczerpał WSZELKIE MOŻLIWE DROGI PRAWNE, postanowił w tak dramatyczny sposób zaprotestować przeciwko demonstracji cynizmu i pogardy dla milionów Polaków, jaką okazuje człowiek, na którego rękach jest krew wielu ludzi oraz ruina i bieda tysięcy. Kamień z Kobylej Głowy miał tylko uzmysłowić Generałowi, że nie wszyscy Polacy już o wszystkim zapomnieli, że jest jeszcze wiele rzeczy, o których pamiętają, a o których Wojciech Jaruzelski dawno zapomniał w swoich książkach.

Wrocław, 2 lutego 2010

Ze strony:                                                                                                               

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=1688&Itemid=45
 
  
 
   
Jacek Bezeg (2010-01-25)

Sto dwanaście lat temu 23 stycznia 1898 roku w skromnym domu w podopolskiej wsi Winów w rodzinie Wojciecha i Rozalii z d. Przybyła, jako ostatni z siedmiorga dzieci urodził się Alojzy Liguda. Czy coś już wtedy zapowiadało, że ulica przy której stoi nazwana będzie jego imieniem? Nie wiemy. Zapewne nikt się tego nie spodziewał. Był wrażliwym dzieckiem. Jak opowiada jedna z krewnych, kilkuletni chłopczyk pewnego razu przybiegł do mamy z płaczem. Powód był dziwny. W czasie zabawy w chowanego nikt go nie szukał.
Nauka
Potem było już lepiej. Ledwie skończył szkołę w której wyróżniał się pilnością i bystrością, a już został znaleziony i powołany. Mając 15 lat został przyjęty do Niższego Seminarium Misyjnego Misjonarzy Werbistów w Nysie. Nauka jednak zostaje przerwana. Trwa wszak I Wojna Światowa. W 1917 zostaje artylerzystą i walczy we Francji. Dwaj jego bracia giną, a jeden wraca jako inwalida. Alojzy ma więcej szczęścia, wraca z wojny cało. Po zdaniu matury w Nysie, już w roku 1920 rozpoczyna nowicjat u Werbistów w St. Gabriel w Mödling pod Wiedniem. W tym czasie wybucha Powstanie Śląskie. Z listów dowiaduje się o prześladowaniach jego ojca za opowiedzenie się za  Polską. Przeżywa to bardzo mocno. Po nowicjacie skierowany zostaje do Pieniężna gdzie w Niższym Seminarium przez jakiś czas uczy łaciny i matematyki, by potem powrócić do St. Gabriel na dalsze studia. Tam  jesienią 1926 składa śluby wieczyste, a 26 maja 1927 r otrzymuje święcenia kapłańskie i odprawia pierwszą mszę. Marzeniem jego, jest teraz wyjazd na misje do Chin lub na Nową Gwineę. Jednak skierowanie do Polski też przyjmuje z radością i jesienią 1928 przybywa do Domu Prowincjalnego Werbistów w Górnej Grupie.
Praca
Pracuje tu jako katecheta, pełni posługę kapelana i równocześnie studiuje
filologię polską na Uniwersytecie w Poznaniu, gdzie w 1934 uzyskuje dyplom magistra. Pisze kilka książek z których "Chleb i sól", zawierająca czytania homiletyczne na każdą niedzielę roku zachowała aktualność aż do dziś. Gdy w 1933 roku, w Niemczech do władzy dochodzi Adolf Hitler i jego narodowisocjaliści, ks. Liguda składa wniosek o przyznanie polskiego obywatelstwa. Otrzymuje je w marcu 1933. W czerwcu 1939 zostaje rektorem Domu Prowincjalnego, podlega mu odtąd 80 zakonników i 200 uczniów.
Zbliża się wojna. W końcu sierpnia ratuje przed linczem niemieckiego pastora:
31 sierpnia 1939 roku tłumek Polaków przychodzi pod plebanię o. Boecklera z kamieniami w rękach. Ktoś krzyczy: - Vater! Wychodź!
Ale ktoś inny biegnie po o. Ligudę: - Chcą zabić pastora! - krzyczy.
Werbista wybiega z klasztoru, od ewangelickiej plebanii dzieli go kilometr. Biegnie szybko - potężny artylerzysta zachował dobrą kondycję. Dobiega, przepycha się przez tłum, staje w zamkniętych ciągle drzwiach plebanii i krzyczy: - Mnie ukamienujcie pierwszego!
Ktoś w tłumie woła: - Niemce wyjeżdżają, to niech Vater się też zabiera! A nie, że będzie tu na Hitlera czekał...
Ktoś inny krzyczy do Ligudy: - Niech się ojciec odsunie!
Liguda stoi na schodkach niewzruszony, patrzy na ludzi, których co niedziela widział w kościele, nie spuszcza wzroku. Tłum powoli się rozchodzi.

Droga krzyżowa
Wkrótce jednak Alojzy Liguda sam staje się potencjalną ofiarą, a Pastor kilkakrotnie ratuje go od śmierci. W drugim miesiącu okupacji Dom Misyjny werbistów w Grupie jest już obozem, a jego gospodarze - więźniami. Prócz werbistów i zwiezionych z Pomorza inteligentów siedzi tu 80 księży z kilku diecezji. Niemcy wprowadzili regulamin: zakaz modlitw, zakaz rozmów. Za złamanie reguł - rozstrzelanie. Mimo to o. Liguda i inni księża organizują potajemnie msze, rozdają sakramenty.
15 listopada żołnierze wyprowadzają na dziedziniec kilkunastu kapłanów. Wszyscy wiedzą, że na rozstrzelanie. Wśród nich jest o. Liguda. I znowu pojawia się pastor. Apel jeszcze trwa, gdy wbiega na plac. Niemcy już wpychają księży na ciężarówkę, kiedy Boeckler prosi na bok niemieckiego komendanta. Znikają na chwilę za rogiem jednego z budynków. Oficer wraca i wydaje rozkaz: - Liguda aussteigen! Niestety pozostali księża zostają rozstrzelani na poligonie.
W lutym 1940 obóz w Górnej Grupie zostaje zlikwidowany, a wszyscy internowani tam duchowni zostali wywiezieni do obozu przejściowego Neufahrwasser. Liguda trafia stamtąd do niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof, potem do Sachsenhausen, a 14 grudnia 1940 został zarejestrowany w Dachau, jako numer 22 604. Przez cały okres niewoli stanowi przykład i wielkie wsparcie dla współwięźniów. W miarę możliwości spełnia obowiązki kapłańskie. Ci, którzy doczekali wyzwolenia zachowali pamięć o nim, jako o człowieku wybitnej dzielności i odwagi. Nie przyjmie propozycji podpisania volkslisty, nie pójdzie na żadną formę kolaboracji z władzami obozu, do końca będzie chronić słabszych i niezależnie od potworniejących z każdym tygodniem warunków życia, będzie spełniać swoją posługę.
Święty człowiek
W pamięci towarzyszy męczeńskich lat, o. Alojzy Liguda pozostał jako człowiek opatrznościowy. To jest święty człowiek! Po prostu był on dla mnie symbolem bezpieczeństwa, twierdzą, zawsze spokojny, zawsze równy, zawsze pogodny, zawsze cicho uśmiechnięty, zawsze prawy człowiek... Zamiast nas, Niemcy tłukli go za to, że był klechą, ale i szanowali. Bo on mówił do nich rzeczowo, a nas nigdy nie zaniedbywał dla własnej korzyści. Kiedy stał się porządkowym naszej izby i dzielił chleb, nasze zgłodniałe oczy widziały, że jest to człowiek prawy, uczciwy, kapłan według Bożego Serca.
Dużo dobrego robił dla księży, bo był przeznaczony do obsługi izbowej, szczególnie dla najbardziej potrzebujących, starych, chorych... upominał się za nami... to jest święty człowiek... Był prawdziwym apostołem humoru i optymizmu. Kiedyś napisał: Spełniamy swoje obowiązki jako obywatele teraźniejszości. W warunkach obozowych starał się te obowiązki kapłańskie spełniać także względem tych, którzy go prześladowali. Nie usuwał się od prowokacyjnych nagabywań ateistów, komunistów, kapo, nawet komendanta, ale podejmował ich "dysputy biblijne" wyśmiewające religię i stan kapłański. Całą swoją postawą nienaganną, wyższością duchową i intelektualną zamykał usta niejednemu ateiście.

Koniec drogi
Odważnie wspierając innych patrzył na świat realnie i wiedział na co może liczyć. W ostatnim liście do swojej matki napisał: "Najdroższa Mamo! Piszę dziś tylko wyłącznie do Ciebie. Nie wiem, co mnie do tego zmusza. Myślę tak często o Tobie i mam obawę, że my się już w tym życiu nie zobaczymy. (...) teraz jednak nie wiem, jakie Opatrzność ma względem mnie plany. Przyszłość moja leży całkiem w rękach Bożych. Jego świętej woli poddaję się całkowicie! Ty jednak, Najukochańsza Mamulko nie przestań się modlić (....) W każdym bądź razie będę to uważał za największą łaskę i najoczywistszy cud, gdy spotkamy się jeszcze w ojczystym Winowie. Aż do tej chwili żyję spokojnie, najdroższa Mamulko! Alojzy!".
W marcu 1942 roku rozpoczęto doświadczenia na więźniach obozu w Dachau. Badano zachowanie skóry ludzkiej w lodowatej wodzie. W czasie okrutnych eksperymentów, często zdzierano skórę z jeszcze żyjących ofiar. W takich okolicznościach, w nocy z 8 na 9 grudnia, zginął ojciec Alojzy Liguda.
Zwłoki spalono w krematorium w Dachau 12 grudnia 1942. Kilka dni później prochy – glinianą urnę z numerem 22604 - przesłano do Winowa. O. Alojzego Ligudę pochowano w grobie jego ojca na winowskim cmentarzu.

 


 

Ojciec Alojzy Liguda został beatyfikowany przez Jana Pawła II 13 czerwca 1999 roku jako jeden ze 108 polskich męczenników II wojny światowej.


http://wirtualni.winow.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=127&Itemid=64

http://svdgg.republika.pl/nowa/dom_gg/historiadomu.html

 http://www.werbisci.pl/index.php?view=article&catid=52%3Awersja-polska&id=104%3Abogosawiony-ojciec-alojzy-liguda-svd&format=pdf&option=com_content&Itemid=50

http://winow.webd.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=75&Itemid=52

http://bydgoszcz.gazeta.pl/bydgoszcz/1,35608,3233601.html

Piotr Doerre (2010-01-20)

 Kiedy 150 lat temu światło dzienne ujrzała książka O powstawaniu gatunków Karola Darwina, w Polsce wielkimi krokami zbliżało się powstanie, później nazwane styczniowym. Nikt nie mógł wówczas przypuszczać, że już kilkadziesiąt lat później praca angielskiego ateisty wywrze tak wielki wpływ na dzieje naszego kraju.

A jednak Darwin, którego teoria ewolucji życia na Ziemi wstrząsnęła życiem umysłowym świata tak mocno, że z pewnością można uznać ją za fundament scjentystycznego klimatu epoki wojującego ateizmu, był autorem idei, która miała wyjątkowo tragiczne konsekwencje. To on sam bowiem, nie jego następcy, przeniósł zasadę bezwzględnej walki o przetrwanie z przyrody na grunt społeczny, pisząc o konieczności wyparcia jednych ras ludzkich przez inne. Jego myśl podchwycili chętnie zarówno ideolodzy „walki klas” z Marksem na czele, jak i twórcy teorii rasowych. Jedni stworzyli podwaliny „ojczyzny światowego proletariatu”, drudzy położyli fundamenty pod ideologię państwową III Rzeszy. Jednym i drugim darwinizm dostarczył obiektywnego, „naukowego” uzasadnienia „wyjątkowych środków” (w tym również masowych zbrodni), jakie musiały zostać podjęte, aby przyspieszyć proces postępu ludzkości.

Właśnie obchodziliśmy 70. rocznicę spotkania się na polskiej ziemi przedstawicieli tych obydwu ideologii zbudowanych na darwinowskim koncepcie, podczas wspólnej defilady w Brześciu nad Bugiem, we wrześniu 1939 roku…

Nie śmiem pomniejszać cierpień innych narodów, jakich doznały one z rąk różnej maści socjalistów, ale z oczywistych powodów szczególnie interesuje mnie martyrologia mojego własnego. A nie będzie chyba przesadą twierdzenie, że wobec tego, co zapoczątkował ów nieszczęsny rok 1939, bledną wszystkie nasze dotychczasowe narodowe klęski i tragedie. Przegrana wojna obronna, następnie dokonywana przez obydwu okupantów planowa eksterminacja elit intelektualnych, duchowych i kulturalnych, której symbolem stały się Katyń i akcja AB, a potem masowe egzekucje, wywózki na roboty i na „nieludzką ziemię”, rzeź Wołynia, a w końcu Powstanie Warszawskie zakończone hekatombą ludności stolicy i zniszczeniem jej substancji materialnej. Wreszcie utrata Kresów, w tym miast tak ważnych dla polskiej tożsamości i kultury, jak Lwów i Wilno. I kolejne mordy, aresztowania i wywózki po tak zwanym wyzwoleniu.
To była prawdziwa katastrofa dawnej Polski – zagłada tradycyjnych, w większości katolickich i patriotycznych elit narodowych, po części eksterminowanych, po części ograbionych i wygnanych z kraju, po części zapędzonych całym systemem pokus i gróźb do budowy „nowej” Polski. Ci, którzy przetrwali najgorsze, żyli później przez kilka dziesiątków lat na wewnętrznej emigracji, żeby nie oszaleć w systemie kłamstwa i absurdu, aż ten nie zgnił toczony przez choroby, które sam stworzył.

Jeśli nawet jest to nieco zbyt daleko idąca dygresja, to jednak warto przypomnieć, że idee mają konsekwencje, i to niekiedy takie, których nie są w stanie nawet wyobrazić sobie ich twórcy. Jednak w tym przypadku nie mamy do czynienia z żadnym „wypadkiem przy pracy”. Cała teoria Darwina była bowiem w zamyśle swego autora doktryną wywrotową, mającą wstrząsnąć światem i przyspieszyć proces antychrześcijańskiej Rewolucji. Polska zaś i jej warstwy przywódcze stały się na drodze tej Rewolucji przeszkodą, którą – podobnie jak inne ośrodki katolicyzmu – należało bezwzględnie usunąć, stosując wszelkie możliwe metody. Plan ten, dzięki Bogu, nie został do końca zrealizowany, a nasz naród, choć niemal pozbawiony elit, przetrwał dziejowe burze XX wieku, co bez żadnych wątpliwości stało się możliwe dzięki jego chrześcijańskiej tożsamości. I miejmy nadzieję, że dzięki niej Polska jeszcze niejednokrotnie będzie dla Rewolucji orzechem nie do zgryzienia.