Stanisław Michalkiewicz (2010-06-18)

Niedawno na jednym z parkingów w Opolu znaleziono w samochodzie rozkładające się zwłoki mężczyzny. Z dokumentów wozu wynikało, że jest to ciało doktora Dariusza Ratajczaka. „Gazeta Wyborcza” informację o tym wydarzeniu opatrzyła tytułem, że znaleziono zwłoki „kłamcy oświęcimskiego”. Według wstępnych doniesień, policja nie sądzi, by śmierć dra Ratajczaka nastąpiła na skutek zabójstwa. W takim jednak razie należałoby wyjaśnić, w jaki sposób, będąc już w stanie zaawansowanego rozkładu, udało mu się dojechać na parking i zaparkować tam samochód.

Dr Dariusz Ratajczak po opublikowaniu książki „Tematy niebezpieczne” został przez gorliwych donosicieli z tak zwanych środowisk naukowych oskarżony o tzw. „kłamstwo oświęcimskie”, a po wyroku niezawisłego sądu – usunięty z uczelni z tzw. „wilczym biletem” gwoli przestrogi dla innych historyków, że wolno im powtarzać jedynie wersje wydarzeń aktualnie zatwierdzone przez Ministerstwo Prawdy. Ponieważ dr Dariusz Ratajczak z uporem podtrzymywał wersje wydarzeń historycznych sprzeczne z podanymi do wierzenia przez Ministerstwo Prawdy, mogło ono wezwać w sukurs Ministerstwo Miłości, dla którego skłonienie nieboszczyka znajdującego się w stanie daleko posuniętego rozkładu do prowadzenia samochodu, nie stanowi, jak wiadomo, najmniejszego problemu. Dzięki takiemu skoordynowanemu współdziałaniu obydwu Ministerstw profilaktyka „kłamstwa oświęcimskiego”, podobnie zresztą jak innych kłamstw: wałęsiackiego, smoleńskiego, czy klimatycznego, może kazać się jeszcze skuteczniejsza.

Komentarz  •  „Dziennik Polski” (Kraków)  •  18 czerwca 2010

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1665

 Z forum.michalkiewicz.pl

MSZA SWIETA W INTENCJI DARIUSZA RATAJCZAKA 30 VI 2010

przez EugeniuszSendecki » 17 cze 2010 14:02
Jestem tuz po rozmowie z Generałem DS Janem Grudniewskim, który - jak chyba wszyscy patrioci polscy jest bardzo przejęty tajemniczym, ponurym zgonem polskiego historyka, Dariusza Ratajczaka. Delikatną kwestią jest sprawa stosunku Rodziny Zmarłego do sprawy i nieznany termin pogrzebu. Modlitwa za zmarłych jest taka ważna przecież, że nie sposób odmówić Panu Doktorowi Ratajczakowi tej posługi od nas, rodaków. Pan Generał kazał przekazać, że zorganizowane przez Polskie Drużyny Strzeleckie nabożeństwo żałobne w Warszawie w intencji Zmarłego Historyka będzie odprawione 30-go czerwca przed Sądem dla Warszawy Mokotowa przy ul. Ogrodowej 51A - podczas procesu dziennikarzy, który wytoczył Jan Kobylański.
Proszę o potraktowanie sprawy jako ważną, duchową i jednoczącą nas - Polaków wokół Rzeczy Najważniejszych. Walka o prawdę trwa, nasza polska wojna ze Złem zmienne ma koleje, padają w niej zabici, zdarzają się pojedynczy żołnierze, którzy trwają do końca w osamotnieniu, bez należnego wsparcia. Jednak - NIE PODDAJEMY SIĘ! Prawda nas wyzwoli.
+
Módlmy się

http://www.forum.michalkiewicz.pl/viewtopic.php?f=4&t=18317

 

Jacek Bezeg (2010-06-16)
Sam zadaję sobie ciągle pytanie: Czemu głosować na JarKacza?
I sam sobie objaśniam: Jeśli nie on wygra wybory to prezydentem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej zostanie aktualnie „pełniący obowiązki”, a trzeba być chyba mocno upośledzonym by jeszcze teraz myśleć, że coś dobrego z tego wyniknie. Trzeciej możliwości niestety nie ma.
W tej sytuacji trzeba sobie jasno powiedzieć, że wyciągających cokolwiek przeciwko Kaczyńskiemu właśnie teraz można podzielić następująco:

  1. Kandydujący i ich komitety - nie mam do nich pretensji, mają prawo, a nawet obowiązek myśleć, że tylko oni zbawią Polskę, a nawet świat.
  2. Agenci państw i instytucji nam nieprzyjaznych. Chcą, aby w Polsce sprawował rządy człowiek działający (świadomie lub z głupoty, nie wiem) nie w interesie zamieszkującego ją narodu, a w interesie ich mocodawców. Do nich też nie mam specjalnego żalu. Taką mają pracę, jakoś muszą zarobić na tę odrobinę kawioru.
  3. Zwykli idioci, którzy myślą, że jak coś już im przyszło do głowy, to koniecznie trzeba to powiedzieć. Czytałem wprawdzie dowód, że głupota jest grzechem, ale trudno mieć do kogoś pretensje o to że czegoś nie dostał, w więc nie mam pretensji także i do nich.
A do kogo mam? Do tych, co z lenistwa umysłowego, czy z innych powodów mówią: „Nie pójdę, nie dam im swojego głosu, tym wstrętnym politykom, bo tak bardzo źle jest w tym kraju.” Ten rodzaj głupoty jest mi szczególnie wstrętny.
Co nam mówi logika i matematyka? W pierwszej turze trzeba iść głosować, nawet na najbardziej fantastycznego kandydata, nawet na Korwina Mikke czy Lepera jeśli tak nam wyszło na teście zgodności poglądów.   (  http://www.test-wyborczy.pl/   )
Każdy głos oddany na kogokolwiek poza tymi, którzy nam nie odpowiadają, których nie chcemy, zmniejsza ich szansę, no i mówi im jak bardzo są nie lubiani. Dopiero druga tura może postawić nas przed koniecznością wybrania mniejszego zła. I wtedy trzeba rozważyć w swym sumieniu: Czy chcemy je obciążyć akceptacją tego mniejszego, ale jednak zła? Czy może pragniemy zachować sumienie czyste, ale jednak przyczynić się w ten sposób do wygrania wyborów przez zło większe?

ks. Rafał Rusin (2010-06-12)

Rdz 14,18-20; Ps 110; 1 Kor 11,23-26; Łk 9,11 b-17.

    Wiara jest daną nam od Boga łaską, która domaga się naszej odpowiedzi. Równocześnie zaś wiara jest tajemnicą, wobec której człowiek musi zdobyć się na pokorę. Wobec tych dwóch uwarunkowań zauważamy, że wiara tworzy pewne napięcie, jest rzeczywistością, która nigdy nie powinna dawać „świętego spokoju”, bo z definicji ma w człowieku burzyć pewien błogostan i zadowolenie, a powinna stawiać go wobec nieustannej konfrontacji z wizją życia, jaką dla człowieka przewiduje jego Stwórca – Bóg.

Nie inaczej jest z dzisiejszą uroczystością. Świętujemy oto bowiem – i to w sposób niezwykle podniosły, uroczysty – wielką tajemnicę, jaką jest obecność pośród nas Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Już to dla osób postronnych może wydawać się niedorzecznością: jeśli nawet przyjmują one historyczne istnienie osoby Jezusa z Nazaretu, to z powątpiewaniem zadają pytanie, w jaki sposób możliwa jest obecność Jego Ciała i Krwi dwa tysiące lat później? Tak, wkraczamy tutaj niewątpliwie w obszar wiary, gdzie rozum ludzki musi nabrać pokory wobec powagi i prawdy słów naszego Zbawiciela: To jest Ciało moje za was wydane. Ten Kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to na moją pamiątkę.

Przyjęcie czy też odrzucenie prawdy tych słów to przyjęcie bądź odrzucenie samego Jezusa. W dzisiejszych, nacechowanych niepewnością czasach tę zasadę musimy uznać za pewnik. Dla chrześcijanina musi być oczywiste przyjęcie jako prawdy słów Jezusa: musi być dla nas oczywista poświadczona w Ewangelii Jego chęć pozostania z nami i zbawiania nas poprzez przyjmowanie Jego Ciała. To wskazuje na radykalność naszej wiary, to zaświadcza o nieprzewidywalności zachowań naszego Boga. Oto sam Bóg chce być pośród nas, oto On sam chce być naszym pokarmem! To prawdziwa rewolucja, jaką przynosi ze sobą Jezus i Jego nauczanie. Jest to zmiana tak zasadnicza, że do dzisiaj przekracza ona możliwości przyjęcia przez wielu ludzi na świecie. Co jednak jest bardziej niepokojące, zaczyna być ta prawda negowana, poddawana w wątpliwość czy też pomijana milczeniem przez wielu tych, którzy deklarują się jako chrześcijanie. Tym samym odrzucają oni zasadniczą prawdę ich wiary, a więc także pozbawiają siebie możliwości wzrostu w wierze. Bo wiara to w podstawowej mierze nie spekulacje intelektu, lecz pokorne zaufanie Bogu, dla którego słów później dopiero poszukuje się rozumowego uzasadnienia. Jednak to zaufanie Bogu zawsze pozostaje podstawowe – i nie traci ono nic ze swej wartości nawet wtedy, gdy rozum staje bezradny wobec konieczności uzasadnienia tego, co człowiek przyjmuje wiarą. Dlatego z naszego odniesienia do Eucharystii możemy śmiało wnioskować o sile bądź słabości naszej wiary.

Tajemnica Eucharystii – właśnie przez to, że jest tak niepojęta, że tak radykalnie przekracza nasze wyobrażenia – jest świetnym sprawdzianem tego, co tak naprawdę możemy powiedzieć o naszej wierze. Nasze pragnienie przyjmowania Boga w Komunii św. bądź brak tego pragnienia dobitnie obrazują, czy rzeczywiście chcemy iść drogą wskazaną przez Jezusa, czy raczej poszukujemy drogi własnej, skrojonej na miarę naszych wyobrażeń. I jest to decyzja zasadnicza. Bo albo potwierdza ona nasze zaufanie Bogu, potwierdza nasze pragnienie sięgania po nieskończoność, albo wskazuje na brak tego zaufania, pokazuje, że zrezygnowaliśmy z dążenia do nieskończoności. Jest więc nasze odniesienie do Eucharystii potwierdzeniem bądź odrzuceniem nieogarnionych pragnień ludzkiego serca, jakie wpisał w nie sam Bóg. A mówiąc najprościej: uznanie słów Jezusa jest przyjęciem Jego miłości. Wszak sam Jezus mówi: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę. Dlatego wszelkie dalsze spekulacje tracą sens, człowiek wierzący zaś ma skupić się na możliwie najbardziej owocnym przyjęciu tego Bożego daru.

W tym miejscu każdy z nas staje przed pytaniem skierowanym indywidualnie do niego i koniecznością udzielenia osobistej odpowiedzi. A pytanie wynika z faktu, że Chrystus Pan pozostawił nam ten tak cenny dar – samego siebie! – i gorąco pragnie, byśmy tego daru nie zmarnowali. Czyż zresztą może być większy dramat dla osoby wierzącej, jak odrzucenie Boga i Jego miłości? Przed tym sam Bóg nas przestrzega w swojej mowie eucharystycznej, która zapisana jest przez św. Jana w 6 rozdz. jego ewangelii. Dokonuje się zresztą w przyjmowaniu Eucharystii cudowna wymiana: oto Bóg udziela nam tego, co jest potrzebne do zdobycia życia wiecznego, my zaś włączamy się w dzieło ewangelizacji świata i prowadzenia go do Boga. A gwarancją tego są słowa św. Pawła z dzisiejszego II czytania: Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie. Przez przyjmowanie Chrystusa w Komunii św. zaświadczamy o naszej do Niego miłości, głosimy także dokonane przez Niego dzieło zbawienia – a czynimy to wtedy w sposób najskuteczniejszy z możliwych: przez świadectwo życia, które tak bardzo potrzebne jest współczesnemu światu.

Udział w eucharystycznej Komunii jest naszym włączeniem się w dzieło zbawienia, jest deklarowaną przez nas chęcią korzystania z dobrodziejstw, jakie przyniósł nam Chrystus przez swoją śmierć na krzyżu. Przyjmowanie Komunii św. jest włączeniem nas w misterium odkupienia, które to włączenie jest sensem naszej wiary. Bo celem wiary nie jest zewnętrzne realizowanie przykazań Bożych czy kościelnych – owszem, ta realizacja także musi się dokonywać. Ale sednem wiary jest budowanie osobistej relacji z Chrystusem – moim Zbawcą, Mistrzem i Przyjacielem – i dopiero na tej bazie widzimy mądrość i konieczność wypełniania Jego wskazań, które mają na celu ochronę tej naszej z Nim przyjaźni. Sednem wiary jest czynienie Jego pamiątki – przetłumaczone z języka greckiego słowo jest tu zresztą zdecydowanie za słabe – trzeba raczej powiedzieć, że mamy czynić obecną pośród nas tajemnicę Jezusa Chrystusa. I jako zgromadzona pod przewodnictwem kapłanów liturgiczna wspólnota mamy taką moc! Czynimy żywą wśród nas obecność naszego Zbawiciela Chrystusa Pana. Czyż może być coś wspanialszego, bardziej zachwycającego? Dlaczego więc tak często wielu ludzi traktuje udział we Mszy św. jako niezrozumiały czy wręcz uciążliwy obowiązek? Czy nie wskazuje to dobitnie na to, że taki wierny nie pojął jeszcze wielkości daru otrzymanego od Boga? Że z niewyjaśnionych czy też nieuświadomionych powodów chrześcijanin ucieka przed przyjęciem miłości Boga? A przecież lekarstwo jest tylko jedno: pokorne otwarcie serca na przyjęcie prawdy słów Jezusa i ufna prośba, by Bóg zstępujący w me serce w Komunii św. odmieniał całe moje życie. I jest to możliwe! Bóg ze swej strony uczynił wszystko, teraz czeka już tylko – jakże pokornie! – na moją odpowiedź.

Bierzcie i jedzcie, bierzcie i pijcie – czyż może być zachęta jeszcze bardziej zdecydowana, uderzająca, pokazująca całkowite uniżenie się Boga aż do Jego fizycznego wyniszczenia? Podczas dzisiejszej Mszy św. (i następującej później procesji eucharystycznej) pokornie i na kolanach błagajmy Boga, byśmy nigdy nie utracili rozumienia tajemnicy Eucharystii i miłości w przyjmowaniu Boga do swego serca.

                                            Ad Maiorem Dei Gloriam

Jacek Bezeg (2010-05-26)

Na marginesie zamachu

Często powiadamy, że pieniądz rządzi światem, ale czy zastanawiamy się co tak naprawdę należy przez to rozumieć. Tak czysto praktycznie rządy pieniądza, a właściwie ludzi ściśle z nim związanych, „robiących w finansach” przejawiają się od czasu do czasu w sposób bardzo dotkliwy. Chociaż może nie dla wszystkich tak oczywisty.  Krótki filmik http://www.youtube.com/watch?v=f_nOtUzlwTk&feature=player_embedded
przypomina nam, a właściwie uświadamia, że kilku prezydentów USA zginęło tylko dlatego, iż narazili się bankierom.

Zastanawiając się nad tym, kto i z jakiego powodu mógł być zainteresowany „zorganizowaniem” smoleńskiej katastrofy, trzeba pomyśleć też o jednej z ofiar mało wspominanej, o osobie Prezesa NBP, o Sławomirze Skrzypku.  Jak czytamy na stronie http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/spor;o;linie;kredytowa;mfw,84,0,603988.html
NBP już na początku marca br. sygnalizował, że uważa odnowienie elastycznej linii kredytowej (tzw. FCL) za niepotrzebne. Jednakże przedstawiciele Ministerstwa Finansów zapowiadali podjęcie rozmów z MFW w sprawie przedłużenia linii kredytowej.
NBP zadeklarował przy tym, że jest gotowy do zasilenia MFW w ramach pożyczki bilateralnej. Możliwe to będzie po podpisaniu porozumienia dotyczącego warunków finansowania oraz wzajemnych relacji i rozliczeń pomiędzy rządem RP a Narodowym Bankiem Polskim
.

Pamiętajmy, że zarabia ten, który udziela kredytu. A więc prezes Skrzypek, chciał zarabiać na MFW udzielając mu pożyczki. Nie chciał, aby MFW zarabiał na nas.  Rzeczpospolita tekst o nim tytułuje wręcz „Niepokorny prezes”

http://www.rp.pl/artykul/459542,459988_Niepokorny_prezes__solidna_Polska.html
Czytamy tam między innymi, że:

W tygodniach poprzedzających tragiczną śmierć zaangażował się w — jak się okazuje — swoją ostatnią bitwę — z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w sprawie wyliczania zysku NBP, który rząd chciał wykorzystać na zmniejszenie deficytu budżetowego. Agencje przypominają transmitowaną na żywo 31 marca konferencję prasową zmarłego tragicznie prezesa i Anny Zielińskiej-Głębockiej z Rady Polityki Pieniężnej, podczas której prezes NBP napisał na kartce „ Nie mówi pani prawdy”. Zielińska-Głębocka przeczytała notkę prezesa dziennikarzom. Chodziło o nowe zasady wyliczenia zysku banku centralnego. Sławomir Skrzypek kwestionował wówczas między innymi fakt, że RPP chciała wprowadzić zmiany wstecznie od 2009 roku, nie czekając przy tym na opinię Europejskiego Banku Centralnego.”

Możemy tam znaleźć i inne informacje o dokonaniach prezesa w obronie naszych kieszeni, przed międzynarodową finansjerą:
Sławomir Skrzypek był również zdania, że Polska nie powinna spieszyć się zbytnio z przyjmowaniem euro. A w każdym razie zrobić to w momencie, kiedy wprowadzenie wspólnej waluty będzie wiązało się z oczywistymi korzyściami dla naszego kraju. Portal internetowy Infowars pisze wręcz, że zmarły prezes chciał opóźnić, jak jest to tylko możliwe wejście Polski do eurolandu, który jest kontrolowany przez globalnych bankierów. „Polityka pieniężna chroniąca polską gospodarkę jest przeciwstawiana temu, co robią zwolennicy osłabienia gospodarki poszczególnych krajów, ich eksportu i bazy przemysłowej. To z kolei pogłębia ich zadłużenie, co z kolei doprowadza do narzucenia zasad promowanych przez MFW i UE” — czytamy w Infowars.”

To nie wszystko czym prezes NBP śmiał się narazić finansjerze. Decyzja o zmianie kursu złotego, podjęta w Warszawie może zmienić –zdaniem niektórych analityków- zasady gry całej strefy euro i krajów z nią sąsiadujących. Oczywiście znowu na niekorzyść tych, którym już się wydawało, że gąska gotowa jest do schrupania. Okazuje się, że może ona jeszcze zerwać się i uciec.

Piątkowy „Financial Times” również sugeruje, że polska decyzja o osłabieniu złotego może skłonić także inne kraje regionu do podjęcia podobnej decyzji. Cytowany przez „FT” Martin Blum z Ithuba Capital uważa, że banki centralne Europy Środkowej i Wschodniej jeśli nie zarzucają, to w każdym razie dokonują głębokich zmian polityki płynnego kursu walutowego na rzecz modelu azjatyckiego charakteryzującego się podejściem interwencjonistycznym ukierunkowanym na podtrzymanie rosnącego eksportu i gromadzenia rezerw walutowych. Zdaniem Bluma dewaluacja złotego może spowodować w innych krajach decyzje hamujące aprecjację ich walut.
Taka drastyczna zmiana strategii będzie miała nie tylko konsekwencje dla rynków walutowych w Europie Środkowej i Wschodniej, ale i dla rynków obligacji rządowych. To z kolei stworzy presję konkurencyjną na kraje peryferyjne strefy euro. Krótko mówiąc, nie można wykluczyć, że interwencja Narodowego Banku Polskiego zmienia zasady gry nie tylko dla Polski, ale i dla całego regionu — podkreśla rozmówca „FT”
.”

Czy wziąwszy pod uwagę wszystkie te posunięcia możemy mieć jeszcze jakieś wątpliwości, czego prezesowi Narodowego Banku Polskiego życzyli tamci panowie? Oczywiście wiedzy na ten temat, co i dlaczego się stało mieć nie będziemy, ale skoro już jesteśmy skazani na domysły, to domyślajmy się. Możemy też wspominać: Że za rządów Lecha Kaczyńskiego mieliśmy też prezesa NBP, który rzeczywiście uczciwie starał się o dobro Polski, czyli o zawartość naszych portfeli, bo tak naprawdę, to kraj jest bogaty wtedy, gdy bogaci są jego obywatele. 

 foto z:

http://ceoworld.biz/ceo/2009/02/05/polands-central-banks-slawomir-skrzypek-pm-donald-tusk-against-joining-the-euro
Jan Romocki(1925-1944) (2010-05-21)
Jan Romocki(1925-1944) 
Modlitwa 

Od wojny, nędzy i od głodu 
Sponiewieranej krwi narodu, 
Od łez wylanych obłąkanie 
    Uchroń nas, Panie. 
Od niepewności każdej nocy, 
Od rozpaczliwej rąk niemocy, 
Od lęku przed tym, co nastanie, 
    Uchroń nas, Panie. 
Od bomb, granatów i pożogi 
I gorszej jeszcze w sercu trwogi, 
Od trwogi strasznej jak konanie 
    Uchroń nas, Panie. 
Od rezygnacji w dobie klęski, 
Lecz i od pychy w dzień zwycięski, 
Od krzywd- lecz i od zemsty za nie 
    Uchroń nas, Panie. 
Uchroń od zła i nienawiści, 
Niechaj się odwet nasz nie ziści. 
Na przebaczenie im przeczyste 
    Wlej w nas moc, Chryste! 
Czerwiec 1942 

Wiersz - znany też jako ,,Modlitwa Bonawentury’’ ??? autor napisał, mając 17 lat; harcerz, zaangażowany w działalność konspiracyjną (mały sabotaż, Szare Szeregi, batalion ,,Zośka’’), zginął w powstaniu warszawskim.

tak piszą na stronie ZHP

to nie prawda, ze zginął w powstaniu

w powstaniu zginał jego brat Andrzej

on "wyskoczyl" przez okno z UB

po tym jak mu wbili ołówek w ucho
Jacek Bezeg (2010-05-17)

Z czasów gdy praktykowałem w zawodzie pedagoga  pamiętam, że najlepszym sposobem, by temat zrozumieć, jest podjęcie próby przybliżenia go komuś niezorientowanemu. A więc może sam przynajmniej zrozumiem, kiedy spróbuję opisać sytuację w naszej RP. Mamy więc przyśpieszone wybory prezydenta jako skutek uboczny strasznej katastrofy pod Smoleńskiem. Startuje w nich sporo, bo aż dziesięciu kandydatów, lecz zanim się im przyjrzymy popatrzmy na samo to wydarzenie chłodnym (na ile to możliwe) okiem .

Stosowanie terminologii myśliwskiej i rzeźniczej wręcz, przez jedną ze stron, pretendujących do zarządzania naszym fragmentem wielkiej europejskiej ojczyzny narodów nie uszło uwadze księcia tego świata, Szatana. Ich szczera nienawiść wykarmiła go, wzmocniła jego siły na tyle, by znalazł sposób ( i wykonawców?) do zorganizowania tej hekatomby. Taka jest wersja niektórych osób, bo inni, zwolennicy tak zwanych teorii spiskowych, doszukują się działań rozmaitych niejawnych organizacji międzynarodowych, czy służb specjalnych wszystkich możliwych krajów. A przecież wiadomo, że tajnych organizacji międzynarodowych nie ma, a służby specjalne to tylko przykrywka dla paru gości, zupełnie nieszkodliwych, bo nic nie robiących, lecz wydających pieniądze podatników na rozmaite zupełnie fantastyczne sposoby. W każdym razie, tak wolno nam myśleć, widząc efekty działań naszych służb po 10 kwietnia tego roku. Reasumując, sprawcą nieszczęścia jest więc ktoś kto nie istnieje w powszechnym mniemaniu, Szatan, lub tajne organizacje międzynarodowe. Ergo, los tak chciał! I taka będzie konkluzja wszystkich ciał, które wyjaśnieniem przyczyn będą się zajmowały. Przypuszczam.

Wracając do naszego kawałka wielkiej ojczyzny wzajemnie miłujących się narodów. Kandydatów na stanowisko przedstawiciela prezydenta UE możemy podzielić następująco: Najgroźniejszy i dlatego na pierwszym miejscu jest niejaki B.K. Osobnik ten, od pewnego czasu pełniący obowiązki, dał się już poznać, aż nadto dotkliwie. Na przykład, jego decyzją byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, uzyskają dostęp do dokumentów jakie swego czasu wyprodukowali, a zawierających informacje o „osobach działających na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego” że użyję fragmentu z pewnej Ustawy. Żeby nie zaciemniać, na takiej o nim informacji poprzestanę.
Druga jest cała grupa kandydatów. Osobnicy ci nie uzyskają więcej niż kilka procent głosów, o czym wiedzą doskonale, lecz nie jest przecież ich celem „prezydentura”. Ot, chcą sobie zrobić stosunkowo tanim kosztem trochę reklamy. Złośliwcy, przypisują im chęć odebrania choć kilku głosów ostatniemu z kandydatów, tak aby zwiększyć szanse tego pierwszego, lecz przecież są to wszystko gorący patrioci i nie można ich obrażać takimi podejrzeniami. Potraktujmy ich łagodniej, zapewne po prostu nie rozumieją powagi sytuacji, co oczywiście nie znaczy, że są głupi..
Ostatnim kandydatem jest brat tragicznie zmarłego Prezydenta. Bardzo prawdopodobne, że będzie chciał on kontynuować jego politykę, którą przy pewnej ilości dobrej woli można nazwać patriotyczną. Wydaje się, że objęcie przez niego „urzędu”  zawróci nas z drogi do PRL-u, na której, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi się znajdujemy. Wydaje się, lecz przecież oddanie głosu na kogokolwiek innego, to w zasadzie opowiedzenie się za  powrotem do tego, co jak jeszcze niedawno się nam wydawało, minęło na zawsze.

Dla pełnego opisu brakuje nam jeszcze kilku zdań o największej grupie uczestników tej rozgrywki, obywatelach Rzeczypospolitej Polski. Są wśród nich tacy co twierdzą z całą mocą „To był po prostu nieszczęśliwy wypadek”, lecz w oczach mają przerażenie. Określmy ich jako „osobników nie lubiących mieć kłopoty”. To właśnie ten typ, co widząc ruszającą z Oleandrów Pierwszą Kadrową zatrzaskiwał z przerażeniem okna. Chyba takich jest najwięcej, lecz wybaczmy im, bo teraz chętnie przy piwku zanucą Pierwszą Brygadę.
W grupie drugiej, próbujących coś zrozumieć, mieć własny sąd, własną wersję wydarzeń, możemy znaleźć całą gamę ciekawych typków, od szczerych patriotów rozważających różne wersje i zaniepokojonych brakiem rozsądnych podstaw do przemyśleń, przez dziwaków uważających, że wszystkie rozumy pojedli, aż do agentów wpływu, świadomie propagujących coraz to dziwniejsze wiadomości i hipotezy, by wszystkim w głowach zamieszać. Kiedyś od prawdy odcinało nas buczenie emitowane z zagłuszających radiostacji. Dziś metodą wydaje się rozsyłanie wielu najróżniejszych wersji zdarzenia. Jeśli potem jakimś przypadkiem do powszechnej wiadomości dotrze wersja prawdziwa, to i tak nikt jej w tłumie fałszerstw nie rozpozna i za prawdę nie weźmie. Prawda, że proste i skuteczne? Ale czy prawdziwe?
Wypisując to wszystko uzyskałem w swej głowie jakiś trochę lepszy porządek. Czy będzie to udziałem czytających? Nie wiem. No ale przecież na wstępie ostrzegałem, że nie wiem o co chodzi. Można było nie czytać.


Zbigniew Kopczyński (2010-05-10)

Nie każdy wypadek jest wynikiem spisku. Nie znaczy to jednak, że spiski nie istnieją. Gdyby nie było spisku, nie zginąłby ks. Popiełuszko i wiele innych ofiar „nieznanych sprawców”, gdyby nie było spisku, nie byłoby zamachu na papieża, by wymienić tylko te najbardziej spektakularne.

 Tekst i foto ze strony:     http://opinie-publicystyka.netbird.pl/a/43888

fot. sxc.hu
 

Pogoda, przypadek, zaniedbanie czy spisek? Od teorii spiskowych huczy w internecie, nie ma więc sensu powtarzać ich argumentów. Wzbudzają one jedynie śmiech i lekceważenie ze strony rządzących i popierających ich mediów. Głosiciele teorii spiskowych od początku III RP przedstawiani są jako ludzie niezrównoważeni umysłowo, z którymi poważny człowiek nie powinien dyskutować. Podobnie jest obecnie. Czy słusznie?

Doszukiwanie się w każdej tragedii zamachu i spisku jest oczywistą aberracją umysłową. Aberracją jest również wykluczanie możliwości zamachu. Nie każdy wypadek jest wynikiem spisku. Nie znaczy to jednak, że spiski nie istnieją. Gdyby nie było spisku, nie zginąłby ks. Popiełuszko i wiele innych ofiar „nieznanych sprawców”, gdyby nie było spisku, nie byłoby zamachu na papieża, by wymienić tylko te najbardziej spektakularne. Prawda o prowokacji gliwickiej wyszła na jaw dopiero podczas procesu norymberskiego. Do tego czasu żaden poważny człowiek nie traktował poważnie teorii, że Niemcy poprzebierali się za Polaków, jak w jakimś teatrze lub cyrku.

Każdy kraj ma służby specjalne i służby te działają. Nie jest tak, że biorą pieniądze i czekają na wybuch prawdziwej wojny. Przeciwnie, robią co mogą, w tym organizując zamachy, by konwencjonalna wojna nie była potrzebna. Jeśli więc ktoś głosi, że teorie spiskowe to tylko chora wyobraźnia, daje dowód swej niewiedzy i dziecięcej naiwności, czyli po prostu głupoty lub świadomie działa w interesie tychże spiskowców.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wypowiedzi przedstawicieli rządu i popierających go mediów wyglądają na działanie orkiestry i pudeł rezonansowych opisanych przez Volkoffa. Trudno inaczej zrozumieć przyczyny starań premiera i rządu, by choć cień podejrzenia nie padł na stronę rosyjską.

Zanim jednak komentatorzy tego tekstu oskarżą mnie o spiskową obsesję, proszę o odpowiedź na następujące pytanie: Skoro spiski i zamachy są jedynie wytworem chorych umysłów, dlaczego państwo polskie (i nie tylko polskie) wydaje ciężkie pieniądze na utrzymanie Biura Ochrony Rządu. Skoro nie grożą nam profesjonalnie organizowane zamachy, do ochrony prezydenta i członków rządu przed zdarzającą się natarczywością tłumu wystarczy pary osiłków z byle agencji ochrony. Ich koszt byłby zaniedbywalnie mały w porównaniu z kosztem utrzymania BOR-u. Czyżby nasi (i obcy) decydenci cierpieli na spiskowe urojenia?

Nie twierdzę, że śmierć prezydenta była wynikiem zamachu. Nie mogę jednak zgodzić się na wykluczenie takiej możliwości. Nie mogę zgodzić się, by prowadzący śledztwo z góry odrzucali taki wariant. Gdy w katastrofie ginie prezydent i główni dowódcy wojska, hipoteza zamachu powinna być nie jedną z wielu, lecz pierwszą, jaką sprawdzić muszą prowadzący dochodzenie. Jej pomijanie to efekt właśnie zaślepienia lub manipulacji.

Czy to przypadek, że natychmiast po katastrofie głównymi przyczynami analizowanymi w mediach były brawura pilota lub, podawane z pewnością naocznego świadka, wymuszenie lądowania przez prezydenta. Tak, jakby pilot i prezydent byli idiotami i samobójcami. Mylono współczesną Polskę z Japonią sprzed lat, gdzie samurajowie popełniali seppuku na życzenie cesarza. Zastanawiano się, czy pilot znał rosyjski. Okazało się, że znał. Nikt nie zapytał Rosjan, dlaczego na wieży kontrolnej nie władano angielskim, językiem obowiązującym w lotnictwie. Czy, gdyby Tupolew rozbił się, dajmy na to, w Tajlandii, obciążono by pilota winą za nieznajomość tajskiego? Nie dostaliśmy również odpowiedzi, bo nie zadano takiego pytania, dlaczego nie zamknięto lotniska, skoro warunki uniemożliwiały bezpiecznie lądowanie?

Zamiast zadawać konkretne pytania i analizować najbardziej prawdopodobne hipotezy: zamachu zorganizowanego przez służby rosyjskie, polskie, ewentualnie inne, lub zaniedbań zarządzających lotniskiem czy organizujących podróż prezydenta, propagandowa orkiestra rozpowszechnia egzotyczną teorię, jakoby prezydent lub jego otoczenie skłonili pilotów do popełnienia zbiorowego samobójstwa. Tylko czekać na teorię, że to Maria Kaczyńska sterroryzowała pilotów pilnikiem do paznokci.

Z napływających, od badających katastrofę, szczątkowych informacji, wywnioskować można, że zamach, obok zaniedbania obsługi lotniska, jest bardzo prawdopodobną przyczyną katastrofy. Samolot był sprawny (miał rosyjską gwarancję), pilot nie był nowicjuszem, urządzenia nawigacyjne na lotnisku i jego obsługa działały bez zarzutu, wszystko odbyło się zgodnie z procedurami, tylko samolot wylądował nie tam, gdzie trzeba. Dlaczego? Tego możemy się nigdy nie dowiedzieć.

Za propagandową orkiestrą schował się rząd. Premier zachował się jak zwykle – czekał na wynik sondaży. To stały problem z rządzącymi Polską. Podczas kampanii wyborczej przekonywali Polaków, że historia się skończyła i stawianie sobie wielkich celów i walka o interesy państwa jest anachronizmem a rządzenie to spokojne administrowanie i dbanie o ciepłą wodę w kranie. Tak przekonywali, aż sami w to uwierzyli. Inna rzecz, że z tą ciepłą wodą też bywa różnie.

Historia nie dobiegła jednak końca. Ona dzieje się na naszych oczach a smoleńska masakra tego dowodem. W takich chwilach naród potrzebuje przywódców będących w stanie działać szybko i zdecydowanie w interesie państwa i narodu, nawet wbrew panującym nastrojom. Takimi przywódcami byli Piłsudski, Churchill, de Gaulle, Adenauer, Thatcher, Reagan a w mniejszej skali tak działać usiłowali bracia Kaczyńscy. Premier polskiego rządu, w tej dramatycznej chwili, ograniczył się do wymiany uścisków z premierem Rosji i grzecznego czekania na to, co strona rosyjska zechce przekazać.

Nie wiem, czy to Rosjanie byli sprawcami katastrofy. Wiem natomiast, że bacznie obserwują reakcję polskich władz i jest ona dla nich testem, jak daleko mogą się wobec nas posunąć. A wynik tego testu jest jednoznaczny: Jeśli na terenie niezbyt przyjaznego kraju ginie prezydent i dowództwo armii a polski rząd ogranicza się do organizowania pogrzebów – prawda, że sprawnie i bez zarzutu – i zapewniania o dobrej woli strony rosyjskiej, to znaczy, że z Polską można zrobić wszystko. Jeśli w ręce Rosjan dostają się urządzenia elektroniczne i notatki najważniejszych osób w państwie a rząd cierpliwie czeka aż strona rosyjska odeśle je pocztą – wiem, dyplomatyczną – oczywiście po skopiowaniu zawartych tam danych, nasza wiarygodność wobec sojuszników z NATO spadła poniżej zera.

Dopiero po ponad dwóch tygodniach od katastrofy polski rząd zwrócił się z nieśmiałą prośbą o dopuszczenie do udziału w dochodzeniu. Takie żądanie, a nie prośbę, należało wystosować najpóźniej godzinę po katastrofie. Natychmiast po katastrofie należało zażądać umożliwienia lądowania polskich służb w celu zabezpieczenia miejsca tragedii. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, wszak sytuacja była nadzwyczajna. Gdzie byli wtedy nasi dyplogeniusze? Dlaczego nie zadbano o polskie interesy i nie uzyskano wsparcia sojuszników dla naszych starań oraz pomocy niezależnych ekspertów? Zresztą, pomoc sojuszników nie musiała być potrzebna, bo Rosjanie dobrze wiedzą, że odmowa dopuszczenia Polaków byłaby przyznaniem się do winy.

 

Premier opowiada o konwencji chicagowskiej, zapominając, że istnienie tej konwencji nie przeszkodziło w ubiegłym roku oddać Białorusi dochodzenie w sprawie rozbitego w Polsce samolotu. W tej sytuacji nie można nie zadać pytania: Skoro rząd tak kurczowo trzyma się konwencji chicagowskiej, gdy jest to dla nas niekorzystne i bez problemów odstępuje od niej, gdy korzystają na tym inni, to czyich interesów strzeże polski rząd? A jeśli dodać do tego ujawnienie przez „Rzeczpospolitą” istnienia umowy z Rosją, dającej nam prawo do udziału w wyjaśnianiu przyczyn wypadków lotniczych, a której to umowy rząd premiera Tuska zapomniał / nie znał / zignorował (niepotrzebne skreślić), daje to obraz klasy tego rządu. Rządzenie trzydziestomilionowym krajem różni się nieco od kopania futbolówki z kolegami.

Rząd, ustami swego rzecznika, zapewniał, że wszystkie tego rodzaju naciski byłyby źle odebrane. Jasne! Kto lubi, gdy patrzy mu się na ręce? Nie jest to jednak powód, by rezygnować z obrony swoich interesów. Ta i inne tego typu wypowiedzi pokazują, że ci, którzy kreują się na światłych europejczyków w przeciwieństwie do opozycyjnego ciemnogrodu, kultywują najgorsze kompleksy polskiej prowincji. To właśnie dla zakompleksiałego prowincjusza najważniejszym problemem jest „Co sobie o mnie (o nas) pomyślą?”. Kanclerz Merkel dobrze wie, co pomyślą sobie Polacy i inni po wybudowaniu Centrum Przeciw Wypędzeniom. Uważa jednak, że budowa tego Centrum jest w interesie Niemiec. Chwilowy spadek notowań wśród sąsiadów nie jest w stanie odwieść jej od dbania o interesy państwa niemieckiego. Dla naszych zakompleksionych dyplogeniuszy jest to nie do przeskoczenia. Ich pytanie o to, co o nas pomyślą doprowadza do paraliżu.

Premier zapewniał z kolei, że znacznie gorzej byłoby, gdybyśmy wystąpili z takim żądaniem i nie uzyskali zgody. Zgoda, konsekwencje byłyby poważne – Putin mógłby nie przytulić.

Dwadzieścia lat temu kanclerz Kohl przytulił premiera Mazowieckiego. Polscy zakompleksieni dyplomaci uznali, że, wobec tego, nie wypada naciskać Niemców o zrzeczenie się roszczeń majątkowych i uznanie praw Polaków w Republice Federalnej. Skoro tak przytulał, to pewnie nie planuje nic złego. I nie planował przez kilkanaście lat. A dziś Niemcy mają piękny instrument prawny, by domagać się zwrotu majątków i ignorować istnienie polskiej mniejszości. Po dwudziestu latach historia się powtarza.

Pięćset lat temu Jan Kochanowski pisał:

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”:

Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Minęło pół tysiąca lat i możemy czas przyszły zamienić na przeszły.

Tymczasem propagandowa orkiestra wychwala prace rosyjskiej komisji, uważając, że stojący na jej czele premier Putin to gwarancja obiektywizmu i rzetelności. Wtórujący jej minister Graś mówi o najwyższej transparentności pracy komisji. Cóż, taka wypowiedź dowodzi, że rzecznik rządu nie zna znaczenia słów, jakich używa.

Dotychczasowe działania władz rosyjskich noszą wszelkie znamiona mataczenia. Od pierwszych minut po katastrofie zasypywani byliśmy informacyjnym szumem. Do dziś nie wiemy nawet, kiedy dokładnie wydarzyła się katastrofa. O przeprowadzonej sekcji ofiar dowiedzieliśmy się dopiero po dziesięciu dniach. Prokuratorzy rosyjscy nie zaniedbali jednak dokładnego przesłuchania rodzin ofiar na temat ich powiązań rodzinnych i innych okoliczności, nie mających związku z katastrofą, a cennych dla działań operacyjnych macierzystej firmy premiera Rosji.

Dla każdego, kto ma jakieś pojęcie o historii Rosji ostatnich lat, wiarygodność Putina plasuje się poniżej wiarygodności reklam funduszy emerytalnych i środków na odchudzanie. Mianowany został szefem komisji po to, by zminimalizować ilość odważnych do kwestionowania wyników jej prac. Poza tym daje stuprocentową pewność, że raport komisji odpowiadać będzie interesom Rosji. Dla kagiebisty dążenie do prawdy obiektywnej nie jest funta kłaków warte. Liczy się tylko interes Związku Sowieckiego a teraz Rosji.

I działając w interesie Rosji, nie niepokojeni przez stronę polską, mieli dość czasu, by popracować nad świadkami i dowodami, szczególnie nad nośnikami danych. Z dnia na dzień, przy biernej postawie polskich władz, maleje szansa na ujawnienie prawdziwych przyczyn katastrofy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na ujawnieniu ich nie zależy również polskiemu rządowi. Może to nie Rosjanie winni są katastrofy?

Tego, co spowodowało śmierć prezydenta, pewnie się nie dowiemy i podobnie jak przy katastrofie gibraltarskiej, skazani będziemy na snucie mniej lub bardziej prawdopodobnych domysłów. Jednak oprócz odpowiedzialności bezpośredniego sprawcy, istnieje coś takiego jak odpowiedzialność moralna. A tutaj sprawa jest dość klarowna.

Mieliśmy już w Polsce zabójstwo urzędującego prezydenta. Dziś wiemy dokładnie, że zabił go człowiek niezrównoważony psychicznie, acz kierujący się pobudkami patriotycznymi. Wiemy również dokładnie, że moralną odpowiedzialność ponoszą ci, którzy prowadzili przeciw Gabrielowi Narutowiczowi kampanię nienawiści. Niezrównoważony sprawca uwierzył im, że prezydent Narutowicz to największe nieszczęście, jakie mogło spotkać jego ojczyznę. Analogicznie za śmierć prezydenta Kaczyńskiego moralnie odpowiedzialni są ci, którzy przez ostatnie pięć lat lekceważyli, wyśmiewali, wyszydzali i poniżali głowę państwa.

Jeśli przyczyną katastrofy był zamach, jego sprawcy mogli przypuszczać, że nikt po kartoflu (a raczej kartoflach – Jarosław miał również lecieć) płakać nie będzie i nikt nie będzie specjalnie dociekał przyczyny. W tej ostatniej sprawie nie pomylili się.

Jeśli powodem katastrofy było niedopatrzenie lub zaniedbanie, mogło ono mieć źródło w świadomym lub podświadomym przeświadczeniu, że dla Kaczora starać się nie warto. Stąd to niedbałe przygotowanie wizyty, brak zabezpieczenia lotniska i lotnisk rezerwowych. Przykład szedł z góry, wszyscy dobrze znamy złośliwości rządu okazywane prezydentowi przy sporach o samolot. Minister Klich na swą podróż do Afganistanu wyczarterował Boeinga. Prezydentowi podstawił starego Tupolewa.

Zbigniew Kopczyński

Andrzej Szubert (2010-05-09)
 Media o tym milczą. Jak zwykle – chciało by się rzec. Napiszę więc ja…

Od czwartku do niedzieli  (06-09 maja) obraduje w  luksusowym Fuor Seasons Hotel w Dublinie (Irlandia) tzw. Komisja Trójstronna. Nazwa ta bardzo rzadko gości na łamach prasy czy w telewizji. Niektórym ludziom kojarzy się z KT z teoriami spiskowymi dotyczącymi NWO. Kojarzona jest też KT z ekskluzywną grupą Bilderberga.


Komisja Trójstronna powstała w 1973 roku.

Bezpośrednią przyczyną jej utworzenia był opór wielu białych członków grupy Bilderberga, sprzeciwiających się pomysłowi Davida Rockefellera, aby do grupy Bilderberga wciągnąć "kolorowych" Japończyków.


W planach ideologów NWO Azja zaczynała odgrywać ważną rolę. Dlatego pragnęli oni do ich planów wciągnąć elitę azjatyckiej potęgi gospodarczej – Japonii. Jednak opór ważnych "rasistów" wśród bilderbergowców planom tym stał na przeszkodzie.

Wtedy to D. Rockefeller polecił swemu wychowankowi i pupilowi, Zbigniewowi Brzezińskiemu utworzenie Komisji Trójstronnej, co stało się w roku 1973.


Pierwsze symboliczne spotkanie miało miejsce w Tokio.

 
Komisja Trójstronna posiada ok. 390 członków – 160 Europejczyków, 120 przedstawicieli północnej Ameryki, 110 przedstawicieli z Azji.  Wszyscy oni znajdują się na wiodących pozycjach w gospodarce, mediach, w polityce i międzynarodowych organizacjach.
 

Każdy z trzech reprezentowanych regionów w KT ma własnego przewodniczącego. Obecnie szefem grupy europejskiej jest Peter Sutherland, w "cywilu" przewodniczący rady nadzorczej koncernu BP, przewodniczący rady nadzorczej Goldman Sachs, przewodniczący rady nadzorczej londyńskiej School of Economics, w ramach ONZ odpowiedzialny był za "migrację i rozwój", były dyrektor generalny GATT/WTO, były członek Komisji Europejskiej, były minister sprawiedliwości w Irlandii.

 

To pokazuje, jakiego kalibru ludzie tworzą Komisję Trójstronną.

 

Fuor Seasons Hotel z okazji czterodniowych obrad został całkowicie odizolowany od reszty miasta. Obstawiony jest policją ale i prywatnymi gorylami.

Na czterodniowe spotkanie składa się cztery do pięciu sesji. Mają miejsca odczyty i dyskusje nad nimi. Nawet podczas obiadów i kolacji prowadzone są dyskusje. Dyskutowane jest całościowe spektrum polityki globalnej.


W tym roku obrady toczone są pod hasłem: działania międzynarodowych instytucji i mechanizmy globalnego rozwiązywania problemów. Także sprawy kryzysu finansowego są tematem obrad.

 

Pytani przez natarczywych dziennikarzy o tematykę spotkań członkowie KT odpowiadają standardowo, że
"spotkania mają charakter prywatny i są całkowicie bez znaczenia".
 

Spotkania Komisji Trójstronnej mają miejsce zazwyczaj około miesiąc przed spotkaniem grupy Bilderberga.


W zeszłym roku bilderbergowcy obradowali w Grecji. Co dzieje się obecnie z Grecją – widzimy.


W tym roku Bilderberg obraduje w Hiszpanii.

Boże, miej Hiszpanów w swej opiece…

 

Jak się wydaje, cały ten finansowy kryzys od roku 2008 jest zaplanowaną i konsekwentnie realizowaną inscenizacją, aby doprowadzić świat do chaosu i biedy. A wtedy media usłużnie podsuną pomysł utworzenia światowego rządu, który wprowadzi ład i porządek.

 

Komisja Trójstronna jest podrzędna w stosunku do grupy Bilderberga.

O znaczeniu Bilderberga nadmienię jedynie tyle, że na ich spotkaniu w roku 2008 uznano za pożądane, aby Barak Obama został prezydentem USA. Kilka miesięcy później wybrano tego polityka prezydentem.

Aby posłusznie realizował on politykę bilderbergów jest on nieźle obstawiony.


Oto wykaz jego ważniejszych współpracowników i ich niejawne powiązania:

 

1. Tomothy Geithner – minister finansów, Bilderberg, Komisja Trójstronna, Rada Stosunków Międzynarodowych (CFR)


http://pl.wikipedia.org/wiki/Council_on_Foreign_Relations. 


2. Paul Volcker – doradca ds. gospodarczych, Bilderberg, honorowy przewodniczący północnoamerykańskiej grupy Komisji Trójstronnej, CFR


3. Lawrence Summers – doradca ds.gospodarczych , Bilderberg, KT, CFR


4. Hillary Clinton – sekretarz stanu, Bilderberg, KT, CFR


5. Joseph Biden – vizeprezydent, Bilderberg, CFR


6. Bill Richardson – minister gospodarki, Bilderberg, CFR


7. Robert Gates – minister obrony, Bilderberg, CFR


8. Tom Daschle – minister zdrowia, Bilderberg, CFR


9. Janet Napolitano – minister obrony terytorialnej, CFR


10. General James L. Jones – doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, Bilderberg, KT


11. Susan Rice – ambasadorka USA przy ONZ, CFR
Andrzej Szubert (2010-05-03)
Czytałem kiedyś w czasach zdelegalizowanej Solidarności ciekawy tekst o niemożliwości zreformowania ZSRR, nawet gdyby władcy na Kremlu tego chcieli. Aby zreformować czy naprawić państwo, należy znać jego faktyczny stan. A ponieważ w ZSRR nawet dane statystyczne były systematycznie fałszowane, Kreml nie znał faktycznej sytuacji gospodarczej i nie mógł wobec tego, nawet gdyby chciał, w skuteczny sposób zareagować.

 

Stan Polski, nazywanej szumnie III RP, jest zły (pozwolę sobie na pozostanie przy tym upiększającym stan faktyczny eufemiźmie).

Aby to naprawić, należy poznać stan faktyczny państwa.

 

Pierwszym i podstawowym problemem jest brak rzetelnej i obiektywnej informacji o rzeczywistym stanie gospodarki. Polski majątek narodowy jest dewastowany bądź wyprzedawany obcym. Polski przemysł, stocznie, rolnictwo systematycznie są niszczone. A PO chwali się osiągnięciami gospodarczymi. Z drugiej strony ś.p. Lech Kaczyński, mimo uprawianego w Polsce od tzw. przełomu niszczenia gospodarki (które ostatnio pod rządami PO nabrało znamion sabotażu gospodarczego), uznał niedawno Polskę za zasługującą na miano jednej z dwudziestu potęg gospodarczych na świecie. Zakrawało to na propagandę sukcesu.

 

Jeszcze gorzej jest z oceną naszej sytuacji politycznej, zwłaszcza w kontekście światowym.

Odnoszę wrażenie, że cała elita polityczna i ogromna większość tzw. specjalistów i komentatorów politycznych od ćwiećwiecza uparcie tkwi w wytworzonym w czasach PRL stereotypie – Polsce (i światu) zagraża imperializm ZSRR (dzisiaj – Rosji). Jedynym ratunkiem dla Polski byłby sojusz z Zachodem i USA.

Będąc wówczas de facto sowieckim protektoratem mieliśmy prawo tak postrzegać tamtą sytuację Polski. Ale Zachód też nie okazał się dla nas gwarantem wolności i suwerenności.

PRL-owska propaganda podlegała cenzurze. Ale cenzurze podlegają także zachodnie, tzw. wolne media. O corocznych spotkaniach zachodniej elity finansowej, politycznej i medialnej w tajemniczym klubie Bilderberga media nas po prostu nie informują.

Sympatię polityków Zachodu dla Solidarności traktowaliśmy naiwnie i opacznie. Dla nich byliśmy tylko i wyłącznie pionkami w światowej partii szachów ideologów NWO przeciwko ZSRR.

Aby móc obiektywnie stwierdzić, gdzie stoimy, musimy mieć dostęp do rzetelnej informacji. A tego nie mamy. Przytoczę w tym miejscu dwa cytaty:

 

"W Ameryce nie ma czegoś takiego, w tym rozdziale historii świata, jak niezależna prasa. (…). Żaden z was nie śmie uczciwie przedstawić swojej opinii. A gdyby spróbował, to wie z góry, że nigdy by się to nie ukazało w druku… Interesem dziennikarza jest zniszczenie prawdy, kłamanie w żywe oczy, perwersja, poniżenie, drżenie u stóp mamony i sprzedawanie swojego kraju i swojej rasy za codzienny chleb. Wy o tym wiecie i ja o tym wiem; (…) Jesteśmy narzędziami i wasalami bogaczy za kulisami. Jesteśmy marionetkami; oni pociągają za sznurki, a my tańczymy. Nasze talenty, nasze możliwości i nasze życie są własnością innych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami."

-

John Swinton,były szef personalny New York Times

 

Drugi cytat:

 

"Jesteśmy wdzięczni wydawcom "Washington Post", "New York Times", "Time Magazine" i innym wielkim wydawnictwom, których menedżerowie uczestniczyli w naszych spotkaniach i dotrzymali swych obietnic zachowania dyskrecji przez blisko 40 lat.Byłoby dla nas niemożliwością zrealizowanie naszego planu budowy światowego rządu, jeśli bylibyśmy w tym czasie przedmiotem zainteresowania prasy. (…)Idea ponadnarodowej suwerenności elit intelektualnych i światowych bankierów jest z całą pewnością korzystniejsza od narodowego samostanowienia, praktykowanego w minionych stuleciach."

-

David Rockefeller (z przemówienia na spotkaniu Komisji Trójstronnej w 1991 roku).

 

Jakakolwiek analiza sytuacji politycznej Polski i świata bez uwzględnienia faktu istnienia wpływowej grupy ideologów realizujących plany NWO jest z góry błędna. Zamiast cokolwiek wyjaśniać, fałszuje ona obraz rzeczywistości.

Dzisiaj Polsce Rosja zagraża jedynie potencjalnie. Rosjanie są podobnie jak wiele innych narodów przekonani o ich posłannictwie dla dobra świata. Będąc licznym narodem i posiadając ogromne państwo uznają za ich prawo wpływanie na państwa mniejsze. Oburzamy się tym nie dostrzegając, że dokładnie to samo robią inne państwa – USA, Chiny, czy w EU – Niemcy.

Dlaczego jednak wybiórczo boimy się głównie czy wręcz wyłącznie wpływów Rosji na Polskę, a wpływom innych państw czy ponadpaństwowych tworów poddajemy się bez zastrzeżeń, wręcz na ochotnika?

Przy czym różnica między minionym dyktatem Kremla a obecnym dyktatem Brukseli polega min. na tym, że na życzenie Kremla stawiano u nas fabryki i huty. Wprawdzie były one siermiężne, zacofane i niewydajne, funkcjonowały fatalnie, ale funkcjonowały! Bruksela natomiast nakazuje nam likwidację zakładów dających pracę dziesiątkom tysięcy ludzi.

 

Oskarża się Rosję o to, że w 2009 roku prezydent Rosji Dimitij Miedwiediew ogłosił nową „Doktrynę wojskową Federacji Rosyjskiej”. Zgodnie z nią, po raz pierwszy po upadku ZSRR rosyjska armia dostała nieograniczone prawo na prowadzenie działań militarnych poza jej granicami.

Armia rosyjska dostała takie prawo, ale nie prowadzi jak na razie okupacji obcych, suwerennych państw. Ciekawi mnie jedynie, dlaczego ostrzegający przed militaryzmem Rosji publicyści nie biją na alarm w stosunku do USA!

Bo przecież plan wysunięty przez skupiającą wielu wpływowych polityków organizację PNAC – a więc zdobycie absolutnej dominacji nad światem, w tym także militarnej, jest takim samym militaryzmem i imperializmem jak zakusy, jakie dostrzegamy w postępowaniu Rosji.

http://pl.wikipedia.org/wiki/PNAC

Przy czym plan PNAC jest realizowany, o czym świadczą wojska koalicji pod przywództwem USA okupujące Afganistan i Irak.

Propaganda na Zachodzie (i u nas) osiągnęła stan masowego prania mózgów.

Podam konkretne przykłady.

Jakiekolwiek uzasadnione wątpliwości co do oficjalnej wersji zamachów z 11/9, będących przełomowym wydarzeniem zachodniej cywilizacji wywołuje krzykliwą nagonkę na zadających pytania. Ośmiesza się ich jako niepoważnych wyznawców niepoważnych teorii spiskowych.

Czyżby pytania o te zamachy byli naprawdę niepoważne?

Polska wikipedia pisze:

"W zgliszczach wież odnaleziono paszporty przypuszczalnych porywaczy samolotów, które dla władz Stanów Zjednoczonych w obliczu braku innych dowodów, jak np. czarnych skrzynek, okazały się wystarczającymi dowodami zbrodni."

http://pl.wikipedia.org/wiki/World_Trade_Center#Zamach_w_2001_roku

 

Co proszę??? Nie znaleziono nawet nieomal niezniszczalnych czarnych skrzynek? Wyparowały??? A gigantyczną kulę ognia powstałą w momencie uderzenia samolotów w wieżowce przetrwały łatwopalne paszporty porywaczy!

Ktoś, kto wymyślił taką bzdurę, jest zwykłym oszustem. A ten, kto w to wierzy jest zwykłym durniem.

Albo samozawalenie się WTC7…

Straszliwie zmasakrowany zamachem budynek rządowy w Oklachomie City się nie zawalił. Trzeba go było później wysadzić!

http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Murrah_overall.jpg

A w nieporównywalnie mniejszym stopniu uszkodzony budynek WTC7, posiadający wzmocnioną, stalową konstrukcję, ot tak, po prostu, sam od siebie, zapadł się w sposób przypominający przeprowadzoną profesjonalnie, przy użyciu materiałów wybuchowych, demolkę

http://www.youtube.com/watch?v=GEPjOi2dQSM&feature=related

Niemiecka wikipedia podaje, że w pyle z Ground Zero znaleziono ślady nanotermitu – materiału wybuchowego.

http://de.wikipedia.org/wiki/7_World_Trade_Center_(alt)#2009.2C_Nachweis_von_Nanothermit_im_WTC_Staub

Organizacja skupiająca ponad tysiąc niezależnych  konstruktorów i inżynierów domaga się ponownego śledztwa w sprawie zamachu na WTC.

http://de.wikipedia.org/wiki/7_World_Trade_Center_(alt)#2010.2C_Architects_.26_Engineers_for_9.2F11_Truth

A polska wikipedia mimo to stwierdza, że:

"Zamach wzbudził wiele kontrowersji, co doprowadziło do powstania na jego temat teorii spiskowych."

Czy autorzy wikipedii naprawdę uważają nas za idiotów?

 

Po zamachach z 11/9 polityka światowa podporządkowana jest tzw. "wojnie z terrorem", w której wiodącą rolę odgrywa USA. Ameryka przy pomocy wasali napadła pod tym pretekstem na suwerenne państwo. Pod innym, równie wyssanym z palca pretekstem USA napadła na Irak. Na Zachodzie ogranicza się pod pozorem zagwarantowania bezpieczeństwa prawa obywatelskie. Policję i tajne służby wyposaża się w zwiększone uprawnienia. A media przekonują nas, że pytania o sprawstwo zamachów to niepoważne oszołomstwo!

 

Kiedy na terenie byłych republik, które wybiły się na samodzielne państwa urządzane są antyrosyjskie prowokacje, wielu z nas temu przyklaskuje. Cieszymy się z powodu kłopotów naszego trzy-wiekowego gnębiciela. Zapominamy niestety, że dzisiaj Rosja może być jednym z ostatnich bastionów uchronienia świata od władzy ideologów NWO. Z narzucanymi  nam kłamstwami globalnego ocieplenia, fikcyjnymi pandemiami, GMO i Codexem Alimentarius.

A może i w pogłoskach o chipach, jakie mają nam wszczepiać, też jest coś na rzeczy?

 

Zaślepienie niechęcią do Rosjan osiąga u nas niebywałe rozmiary.

Gdy USA za próbę umieszczenia rakiet na Kubie zagroziły ZSRR wojną, uważaliśmy to za słuszne. USA ma prawo protestować, gdy w pobliżu jej granic konkurencyjne mocarstwo instaluje zagrażającą Ameryce  broń.

Ale kiedy Rosja protestuje przeciwko rakietom instalowanym wokół jej granic w ramach "tarczy", uważamy jej protesty za nieuzasadnione. A przecież "tarcza" dawałaby USA strategiczną, niewyobrażalną przewagę nad Rosją. Umożliwiałaby atak atomowy na Rosję minimalizując zagrożenie zostania zniszczonym wystrzelonymi w ostatnim momencie w ramach odwetu rakietami rosyjskimi.

Twierdzenie, że tarcza na terenie Polski ma służyć obronie USA przed ewentualnym atakiem ze strony Iranu można wmówić jedynie idiotom.

 

Zadziwiające jest, w jak nieprawdopodobnie asymetryczny sposób traktujemy potencjalne zagrożenie ze strony Rosji i rzeczywiste zagrożenie ze strony ideologów NWO i ich narzędzia – USA.

 

Gdyby trzydzieści lat temu do sowieckich wojsk okupacyjnych w Afganistanie władze PRL przyłączyły naszych żołnierzy, uważalibyśmy to za hańbę.

A fakt, że nasze wojsko pomaga USA w okupacji tego samego Afganistanu nie budzi w nas sprzeciwu.

 

Oburza nas, że w Polsce nadal ma duże wpływy postsowiecka, obecnie rosyjska agentura. Choć nie jest jej tak łatwo jak kiedyś. Rosja nie jest już naszym wielkim bratem. Natomiast to, że co najmniej takie same wpływy ma u nas agentura USA, Niemiec czy Izraela, nas nie przeraża. A ujawniony przez tygodnik "Wprost" fakt spotkania polskiego prezydenta z szefem Mosadu w roku 2008 nie wzbudził w nas podejrzeń ani wątpliwości.

 

Rosji naturalnie trzeba patrzeć na ręce. Ale dokładnie w ten sam sposób należy postępować w stosunku do zachodnich "partnerów". Nie należy też przed diabłem szukać ratunku w ramionach belzebuba.

 

II RP, mimo gorszego położenia, mimo o wiele dłuższych granic z chcącymi nas zniszczyć Niemcami i ZSRR nie oddała obcym suwerenności. Partię KPP za chęć przyłączenia RP do ZSRR jako kolejnej republiki zdelegalizowano!

A może by tak… analogicznie… zdelegalizować wszystkie partie, które głosowały za pozbawieniem Polski suwerenności, głosując za traktatem lizbońskim?

 

Nawet, jeśli PiS zrezygnował z dyscypliny partyjnej i pozwolił 56 posłom zagłosować "przeciw" traktatowi, większość posłów PiS była "za". Na arenie politycznej PiS jest głównym konkurentem PO. Ale, mimo patriotycznej frazeologii także głosował wbrew polskiej racji stanu. Jest on mniejszym złem, gruźlicą w porównaniu do tyfusu plamistego PO.

Ale czy naprawdą jesteśmy skazani na wybór między mniej i bardziej groźną chorobą?

Dlaczego nie wybierzemy zdrowia?

 

Wiele programów komputerowych posiada funkcję "aktualizuj".

Podobnej  funkcji brakuje w głowach naszym politykom, komentatorom, milionom ludzi. Nadal żyją w anachronicznym wyobrażeniu zagrożenia ze strony Rosji, w ślepej wierze, że USA to chorąży światowej wolności i bezpieczeństwa.

Nauczeni wiary w głoszone hasła idziemy na lep polityków nie widząc dysproporcji pomiędzy głoszonymi przez nich hasłami a realizowaną polityką.

Nie każdy, kto w kółko powtarza, że jest patriotą, że działa dla dobra wolności i suwerenności Polski, faktycznie to robi.

W książkach Karola Maya Winnetou mówił – o wojowniku świadczą czyny a nie słowa.

Biblia mówi – po owocach ich poznacie.

Naszym problemem jest, że patrzymy a nie widzimy.

 

Bo co za różnica, czy oddano nas w łapska Brukseli (etap pośredni na drodze do NWO) pod hasłem patriotyzmu (PiS), czy zrobiono to pod hasłem liberalizmu i europejskości (reszta).

Istotne są "owoce". Byle komisarz decyduje za nas, co nam wolno, a czego nam nie wolno. I na co mamy wydawać "unijne" (oddawane nam z kasy Unii nasze) pieniądze.

 
Czy stać Polskę na ponowne wybicie się na suwerenność ?



Czy też pozostaniemy wykonawcami obcych instrukcji, ubezwłasnowolnieni we własnym domu.

Na własne życzenie!
I.F. (2010-05-02)


            Wiele lat temu często bywałam w kawiarni Parana przy ulicy Marszałkowskiej gdzie spotykali się ludzie związani z wyścigami. Jedną z kelnerek była elegancka pani, której brakowało pod skórą czoła ogromnego kawałka czaszki. Słyszałam o jej udziale w Powstaniu Warszawskim, więc zapytałam ją kiedyś, czy stara się o odszkodowanie. Opowiedziała mi wówczas, że w ZBOWIDzie, gdzie usiłowała załatwić niezbędne zaświadczenia, przyjął ją człowiek, który w czasie wojny uczestniczył w jej przesłuchaniach na Gestapo. Rozpoznał ją i widząc jej przerażenie i oburzenie powiedział: „wojna to straszna rzecz, wszyscy cierpieliśmy, wszyscy męczyliśmy się, a po której stronie - nie ma to teraz najmniejszego znaczenia”. Oczywiście nigdy już do tego urzędu nie wróciła i długo potem męczyły ją torsje i zawroty głowy, które tłumaczyła przeżytym szokiem i swoim kalectwem.

            Ja miałam na ten temat własną teorię. Z czasów dzieciństwa pamiętałam zabawę polegającą na nagłym odwracaniu silnej lornetki przy oglądaniu jakiegoś przedmiotu. W ułamku sekundy zamiast zbliżenia, pełnego wyraźnych szczegółów otrzymywało się obraz oglądany z dużej odległości, w którym szczegóły były zamazane i zupełnie nieistotne. Atrakcją tej zabawy były towarzyszące jej zawroty głowy. Błędnik nie radził sobie po prostu z nagłą zmianą perspektywy. To właśnie moim zdaniem spotkało kelnerkę z Parany.

            Jeszcze przed katastrofą obserwowałam uroczystości w Katyniu z narastającym dyskomfortem psychicznym. Powierzanie Putinowi roli gospodarza uroczystości uważałam za absurdalne. To tak jakby morderca urządził stypę na cześć zamordowanego. Lub lepiej - jakby Wielkanoc świętowali Piłat z Judaszem, a z daleka nieśmiało obserwowali to apostołowie i Matka Boska.

            Rodziny katyńskie wydawały się w tej uroczystości trochę kłopotliwym i zbędnym balastem. Jako goście drugiej kategorii mieli świętować swą rocznicę osobno, innego dnia, ze swym Prezydentem, który był dla organizatorów persona non grata do tego stopnia, że jak się potem okazało nie tylko nikt nie oczekiwał jego ekipy na lotnisku, lecz nawet przed przylotem jego samolotu zdemontowano system naprowadzający.

            W tym traktowaniu Rodzin Katyńskich nie było nic niezwykłego. Kilka lat temu podczas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego na Powązkach, powstańcy i ich rodziny nie zostali dopuszczeni do swoich grobów. Wszystkie miejsca zajęli przedstawiciele władz, chronieni przez borowców energicznie wypychających nachalnych staruszków.

            Żyjący uczestnicy bitwy pod Monte Cassino też są, co roku dla organizatorów rocznicowych obchodów uciążliwym balastem. Staruszków trzeba jakoś dowieść, potem niektórzy mdleją w upale. Nie chcą zrozumieć, że są żywą ( jeszcze) skamieniałością, a organizatorom uroczystości są potrzebni dokładnie tak samo jak biologom dawno opisana i sfotografowana kość pterodaktyla. Ich historia została zawłaszczona i zagospodarowana, natomiast ich własny w niej udział ma być maksymalnie pomniejszony.

            Przyzwyczajano nas przecież długo do tego, że na heroiczny opór społeczeństwa przed komunistyczną zarazą, opór okupiony prześladowaniami, torturami a nawet męczeńską śmiercią, należy patrzeć sub specie aeternitatis, jak przez odwróconą lornetkę, z dalekiej pomniejszającej perspektywy. Natomiast wewnętrzna ewolucja komunistycznego establishmentu (na przykład wydarzenia marcowe, będące w swej genezie wewnętrznymi porachunkami dwóch komunistycznych gangów) ma być oglądana w powiększeniu czyniącym z niej jedno z najważniejszych wydarzeń historii Polski.

            Te zabawy lornetką nie są bezinteresowne. Służą zawłaszczaniu pamięci. Inaczej mówiąc- komuniści i ich następcy ukradli nam nie tylko nasze domy i srebra, ukradli nam naszą pamięć. Ukradli również zwycięstwo Solidarności, a teraz chcą zawłaszczyć nawet Katyń.

            Sami na to pozwoliliśmy. Zgodziliśmy się przecież, aby ruch solidarnościowy przejęli „małowierni” ( jak ich nazwał Putrament) przedstawiciele komunistycznego systemu. Pozwoliliśmy, aby o wadach tego systemu pouczali nas jego twórcy.

            Nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego ludzie zachwycają się „Poematem dla dorosłych”, dlaczego bardziej cenią nawrócenie komunisty niż nieprzejednaną postawę antykomunisty. Jeżeli ktoś dobrowolnie uczestniczył w systemie zbrodni - był podły albo głupi, tertium non datur. Jedno i drugie całkowicie dyskwalifikuje go jako autorytet. Dlatego nigdy moim premierem nie był Mazowiecki, ani moją poetką Szymborska.

            Jeżeli jest nawet prawdą, że niektórych z nich pokąsał (jak twierdzą) Hegel, i zaraził ich w ten sposób komunistyczną kiłą, nie widzę przyczyn, dla których miałabym się pochylać z podziwem i szacunkiem nad kolejnymi stadiami ich brzydkiej choroby, nad ich szankrami miękkimi i twardymi.

            Tym bardziej nie widzę przyczyn, aby mnie pouczali i mną rządzili.

To my, którzy nigdy nie pisaliśmy wierszy na cześć Stalina, którzy byliśmy za swe poglądy dyskryminowani i prześladowani, mieliśmy rację. Posługując się terminologią wyścigową - postawiliśmy na dobrego konia. Dlaczego pozwoliliśmy, aby nagrodę odebrali gracze, którzy postawili na konia złego? 

            Grzechem pierworodnym Solidarności było (tak zawsze twierdziłam) dopuszczenie, aby jej doradcami i ekspertami stali się dysydenci ze stalinowskiej grupy interesu. Potem zgodziliśmy się na przejęcie przez nich naszych sztandarów i daliśmy się wyprowadzić na manowce, jak szczury zasłuchane w zaczarowany flet szczurołapa. Nie chcieliśmy słyszeć jak fałszywy jest ton tego fletu.

            Po katastrofie w Smoleńsku gwałtowne odwrócenie lornetki o 180 stopni niejednego przyprawiło o zawrót głowy. Nagle okazało się, że na to wszystko, co było w oczach tak zwanych środowisk opiniotwórczych hańbą i przedmiotem drwiny, można patrzeć z podziwem i szacunkiem. Nie łudźmy się jednak, że tę przemianę spowodował majestat śmierci. Odwracanie lornetki to kolejny eksperyment sprawdzający na ile społeczeństwo jest podatne na manipulację. A przede wszystkim służy próbom zagospodarowania kryzysu przez rządzący establishment.

            Kolejny raz proponuje się nam pojednanie na cudzych zasadach, kolejny raz nakłania się nas do solidarności, która okazuje się być dla nas solidarnością kota ze złapaną myszą.

            Odsuńmy wreszcie cudzą lornetkę i patrzmy na świat własnymi oczami, jak dziecko z bajki Andersena. Sami zobaczmy, kto jest nagi i sami zdecydujmy, komu należy się korona.

 ze strony:

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=1916&Itemid=53