Moim zdaniem - komentarze

ks. dr hab. Stanisław Koczwara (2010-09-16)
Kłuszyńska potrzeba – ks. dr hab. Stanisław Koczwara

Można na Kłuszyn spojrzeć wąsko, jako na wynik awantury politycznej mającej miejsce w państwie moskiewskim na przełomie XVI i XVII wieku, a dotyczącej głównie obsady tronu carskiego, po zamordowaniu na rozkaz Borysa Godunowa, jednego z synów Iwana Groźnego carewicza Dymitra. Niedługo po jego śmierci pojawiać się zaczęli samozwańcy, którzy znaleźli poparcie u niektórych magnatów polskich i litewskich, chociaż ci doskonale wiedzieli, że są to zwykli szalbierze. Z czasem w tę awanturę wciągnięty został sam król Zygmunt III Waza, a poniekąd cała Rzeczpospolita.

My natomiast w tej audycji umieścimy Kłuszyn w obszernej niszy historycznej spiętej dziejową klamrą  dwustuletniego szeroko pojętego oddziaływania kultury polskiej w Europie środkowo-wschodniej; mianowicie od pokonania Krzyżaków pod Grunwaldem w 1410 roku aż do wiktorii nad Moskalami właśnie pod Kłuszynem w 1610 roku.

Dlaczego w takim duchu chcemy poprowadzić tę audycję?  Dlatego, że dzisiaj, gdy usiłuje się ze wszystkich sił pomniejszyć naszą kulturę, wyśmiać ją, wyrzec się jej, by w końcu o niej zapomnieć, to my, jako świadomi jej spadkobiercy wiemy, że mogą burzyciele świata zagubiać narody, zabierać i niszczyć księgi, w których zapisane są szczęścia i klęski ludzkości, ale nie zdołają oni stłumić w ustach naszych słów tej prawdy historycznej, którą przypominamy pokoleniom obecnym i następnym, że mieliśmy Ojczyznę wielką, podług Bożych przeznaczeń.

Chcemy pokazać, że polska kultura jest naprawdę antemurale christianitatis wobec każdej cywilizacji nie uznającej prymatu człowieka.

Oczywiście ze względu na czas ograniczymy się tylko do jej fundamentu, jakim jest właśnie prymat człowieka.

Tak Bóg umiłował świat ześrodkowany w człowieku, którego stworzył na swój obraz i podobieństwo, że Syna swego dał, aby człowiek stał się wolnym dzieckiem Bożym i jak mówi Norwid, na ziemi, sąsiadem Boga, który go wzywa do uczestnictwa w swym boskim życiu w niebie. Tak pojęty Człowiek stoi w centrum kultury polskiej.  Ona wyrasta z tej bosko-ludzkiej prawdy jak z ewangelicznego ziarna, skupia się cała na nim i tym samym naznaczona jest zasadniczym rysem człowieczeństwa -  wolnością.

Człowiek jeśli chce być sobą w pełni winien ten rys decydujący o jego godności wolnego dziecka Bożego zachować w sobie wszędzie, w każdym systemie ekonomiczno-politycznym, społecznym, bo dzięki tej godności staje się Osobą-Drogą, którą winien kroczyć Kościół, naród, państwo. Tak samo jest z kulturą, jeśli chce ona być autentycznie w pełni ludzka, winna być na miarę godności człowieka, powtarzam po raz kolejny, wolnego dziecka Bożego!

I oto po raz kolejny w naszej audycji musimy przywołać postać św. Stanisława, który u zarania podstaw naszej kultury okazuje się być współtwórcą i zarazem obrońcą ładu moralnego wyrosłego z prawa do życia jako wolne dziecko Boże. Raz jeszcze winny zabrzmieć słowa, które telewidzowie i radiosłuchacze winni zapamiętać, bo są kluczem do zrozumienia naszej polskiej kultury, tak diametralnie różnej od bizantyjsko-stepowej (moskiewskiej), o której powiemy za chwilę:

W osobie św. Stanisława rozegrał się ów konieczny dramat dziejowy, mający ścisły związek z ofiarą Krzyża, decydujący na wieki o wewnętrznych prawidłach rozwoju ojczyzny. Chodziło o rząd dusz: czy ma pójść drogą samowoli władzy nie liczącej się z poszanowaniem godności osoby ludzkiej, czy też drogą wolności, której gwarantem jest Chrystus z Krzyża“.

Ileż z tych snów wysnuć możemy wniosków o fundamentalnym znaczeniu dla tożsamości narodu:

1. Wniesiona została w życie publiczne rodaków praworządność, czyli ochrona praw i wolności człowieka,

2. Kolejne pokolenia będą ciągle wzywane do kształtowania swego serca, umysłu i charakteru podług tej najwyższej sztuki jaką jest bycie człowiekiem, w czym mistrzem okazał się św. Stanisław i to do tego stopnia, że na nim widzimy spełnienie się słów proroka Jeremiasza: “”…dam wam pasterzy według serca mego, co paść będą was mądrze i roztropnie…“(Jr. 3, 15) aż po dzisiejsze czasy.

3. Z idei uświęcenia człowieka -  jako korzenia naszej kultury- wynikało wszystko to, co tworzyło polskość, która żyjąc przez wieki stanowi zobrazowane oblicze Europy.

Tymi wnioskami, będącymi w zawiązku zaczęła rosnąć Polska i Polacy.

 

Przypatrzmy się teraz, jak wprowadzaliśmy te wnioski w życie publiczne.

Gdzieś od chwili kanonizacji św. Stanisława w połowie XIII wieku, to co do tej pory było w zawiązku zaczęło rozwijać się w dojrzały owoc. Siłą swego ducha wykształciliśmy umiejętność współżycia, poddania się kierownictwu władzy, wyrabiania wspólnych dążności, dostosowywania charakterów ludzkich do życia w państwie i społeczeństwie. Na trwałe w naszej państwowości zadomowiło się pojęcie obywatelstwa, będące wytworem polskiego ducha i głoszące zasadę, że nie społeczeństwo ma służyć panującemu, lecz odwrotnie i to do tego stopnia, że już król Bolesław Śmiały, nie przestrzegający tej zasady musiał opuścić kraj[1]. Rys ten stał w zupełnym przeciwieństwie do zachodniego absolutyzmu i wschodniego satrapizmu, gdzie człowieka traktowało się jako czyjąś własność, rzecz, a nie osobę. Nic dziwnego, że wszelką władzę absolutną ocenialiśmy jako patologię ówczesnego życia społeczno -  politycznego. W przeciwieństwie do tego, wytwarzamy typ wolnego obywatela, który stosunek swój do państwa określał dumną zasadą: nic o nas bez nas( nil de nobis sine nobis). Naród swobody obywatelskie i polityczne rozwijał drogą ewolucji; począwszy od Statutów wiślickich z XIV wieku stopniowo zyskiwała szlachta prawa: do nietykalności mienia, nietykalności osobistej wyrażonej w wiekopomnej ustawie poręczającej, iż szlachcic nie będzie uwięziony inaczej, jak na podstawie prawomocnego wyroku sądowego (“Neminem captivabimus nisi iure victum[2]), zyskiwała prawo wolnego tworzenia związków, swobodę wyrażania przekonań słowem i pismem i to także o sprawach publicznych, (proszę to porównać z dzisiejszą poprawnością polityczną) zyskiwała prawo nietykalności ogniska domowego, wreszcie zyskiwała swobody ściśle polityczne, których kamieniem węgielnym stanie się zasada, że wszystko co ma obowiązywać ogół, musi podlegać jego uprzedniemu zezwoleniu. (Ta ostatnia zasada został zgwałcona podczas zatwierdzenia traktatu Unii europejskiej przez nasz parlament bez zapytania o zgodę narodu)

Z tak ukształtowanych swobód obywatelskich zrodził się polski system parlamentarny. Wyrażał on przekonanie, że w powszechnym zgromadzeniu obywateli tkwi jakaś siła Boża, słuszność, jakiś rodzaj nieledwie nieomylności, pod warunkiem, że obywatele nie działają pod przymusem. Wyraża się to jasno słowami poezji:

Ten ci był głos Neronów i inszych tyranów,

Którzy głośno łamali wolność wszystkich stanów(…)

Tu żaden szlachcicowi król nie łamie prawa,

Jedno co uchwalona wynosi ustawa.

Każdy ma swój grunt wolny, tak wielki, jak mały,

Wolny każdemu statut i skutek praw cały…

Podsumowując ów wywód możemy powiedzieć, że najpierw z dynastią Piastów  zaczęliśmy tworzyć organizację państwową, przy czym nie obeszło się tu bez walki  społeczeństwa z jej przedstawicielami o wpływ na państwo, aż doszliśmy wraz z Jagiellonami do państwa opartego na świadomym swej podmiotowości społeczeństwie.

 

Jakże odmiennie przedstawiała się sytuacja we wschodniej Słowiańszczyźnie. Osiedleni tu w IX wieku Waregowie ze Skandynawii, z plemienia Rus, państwa nie tworzyli, bo im szło o  życie i o bogacenie się cudzym kosztem. Nic więc dziwnego, że w dalszej konsekwencji odsłoni się rozbieżność panujących i poddanych. W tak kształtującym się żywiole społecznym na Rusi, gdzieś od XII wieku zaczną dawać znać o sobie wyraźne pierwiastki jakiejś kultury mongolsko-słowiańskiej: kult siły fizycznej, wyrodzony w brutalność, i zamiłowanie do niszczenia, jako dowodu przewagi czysto fizycznej.

W czasie, gdy książę Konrad Mazowiecki osadzał Krzyżaków w Polsce, zjawiła się we wschodniej Słowiańszczyźnie nawała Tatarów, od których dziczała Ruś dobrowolnie zacieśniając więzy swej niewoli. Władcy z dynastii Rurykowiczów nie mający wystarczającego poczucia odpowiedzialności za swój kraj zabiegali tylko o to, by mieć jak najbardziej przodujące stanowisko na dworze chana, dostarczając mu jak najwięcej dochodów płynących z łupienia własnego kraju. Nic więc dziwnego, że państwowość na Rusi utrzymywała się pod zwierzchnictwem tatarskim, która stanie się dla niej przekleństwem dziejowym[3]. Widać to doskonale w czasie najazdu tatarskiego na Polskę w 1241 roku. Jak  tylko Mongołowie ruszyli na Polskę pokazał się ich zwierzchni stosunek na Rusi. Wszędzie kniaziowie, uprzednio już do wspólnej wyprawy zawezwani, wychodzą co prędzej z hołdem naprzeciw zbliżającej się Ordzie i służą jej za przewodników. Tak opowiada o tym kronika ruska: “I przyszedł Telebuga nad rzekę Horyń i spotkał go tam Mścisław z żywnością i darami: a gdy minął Krzemieniec spotkał go kniaź Włodzimierz z żywnością i darami nad Lipą, a potem dognał go kniaź Lew z żywnością i darami[4].

I tu do głosu dochodzi wolność i duma narodowa nie pozwalająca naszym przodkom wyrzec się ich, by uniknąć grasowania plagi mongolskiej. A można było to uczynić. Wystarczyło tylko, by jak książęta pobliskiego Halicza i Przemyśla udać się z czołobitnością do namiotu wielkiego chana, napić się mleka kobylego, pokłonić się bożyszczom pogańskim i zamiast osłaniać Europę od hord tatarskich, wypadało jak ruscy kniazie plądrować z nimi ziemie zachodu i niszczyć swoją własną kulturę.

W przeciwieństwie do władcy ruskiego Daniela, który jedynie myślał o sobie, gdy za pośrednictwem papieża chciał mieć pomoc od Zachodu, nasi władcy tak głęboko byli już zbratani z Europą, że kosztem własnego pokoju nieśli pomoc i obronę cywilizacji zachodniej, czyniąc kraj nasz przedmurzem chrześcijaństwa[5].

Przy okazji daje znać o sobie wyższość umysłu i humanitaryzmu Polski wyrosłej z kultury prymatu człowieka, co poświadcza sama kronika ruska, która wzmiankując o wspólnym z Tatarami mordowaniu przez kniaziów ruskich ludności wroga, oddaje wyższość Polakom mówiąc: “Był zaś u Lachów zakon taki: nie zajmować ludu w niewolę, ani zabijać, tylko łup zbierać[6].

 

Z tak zniewolonej Rusi kijowskiej punkt ciężkości znaczenia we wschodnim żywiole słowiańskim powoli zaczął przesuwać się ku Księstwu moskiewskiemu. Nie będę omawiał tego kilkuwiekowego procesu, bo ramy audycji na to nie pozwalają, chcę tylko powiedzieć, że w raz ze wzrostem swego znaczenia, Moskwa stawała się główną ostoją mongolskiego sposobu pojmowania państwa i władzy.

Podczas gdy u nas w Polsce na początku XVI wieku rozwijać się poczyna w pełni, wyrosłe ze słusznej dumy z posiadanej wolności, poczucie obywatelstwa w państwie i skłonność do dzielenia się swoim ius civitatis -  jak niegdyś obywatele rzymscy, z każdym równym, który zapragnie być poddanym polskiego króla, o tyle w Moskwie zaczyna się okres carskiego terroru. Car może sobie pozwolić na wszystko, bo religia państwowa uświęca wszystko cokolwiek on zechce[7].

Władca Wasyl Iwanowicz (1505-1533) ścina głowy bojarom, traktuje ich jak niewolników, czyli zaczyna się orientalna despocja, naśladowanie tatarskiego “carstwa”, gdzie terror rozstrzygał o wszystkim, a granica państwowa stanowiła o kulturze[8].

Do tego dochodzi bizantynizm, którego kanon ruski układał mnich z Tweru, niejaki Filoteusz, uchodzący za twórcę państwowości i kultury moskiewskiej. Kanon ten głosił, że prawdziwa wiara obecna w Bizancjum, po jego upadku została przeniesiona do Moskwy jako do trzeciego Rzymu, a czwartego nie będzie. I na tej podstawie ukuto przekonanie o wyższości kultury moskiewskiej nad całą resztą świata. Głową tego trzeciego Rzymu jest car, którego osoba jest święta. W imię Bożego ładu na ziemi należy samemu uznać się niewolnikiem cara. Przy czym ta niewola nie tylko nie poniża, ale uszlachetnia, bo jest obwarowana sankcją religijną. Ludziom nic do tego, czy władca jest dobry, czy zły, to już jest sprawa między nim a Bogiem.

Nic więc dziwnego, że nie tylko wyrosłe z osoby św. Stanisława polskie pojęcie o władcy, jako pierwszym obywatelu państwa, który ma służyć narodowi, było w Moskwie obrazą Boga, ale nawet łacińskie pojęcie obywatelstwa niosące ze  sobą obok obowiązków również prawa jednostki stanowiące o jego godności osobistej, nie mieściło się w kanonie kultury moskiewskiej. Żywym tego ucieleśnieniem było panowanie cara Iwana Groźnego. W pewnym okresie chcąc tym pewniej dzierżyć władzę posuwał się do konfiskaty majątków karania śmiercią bez sądu swoich poddanych i aby tym skuteczniej wprowadzać to w życie utworzył oddziały tzw. opriczników, którzy zobowiązywali się przysięgą, że dla cara gotowi są zamordować własnych rodziców. Ci ludzie barbarzyńskim terrorem, nie do wyobrażenia,  siali taki przestrach wśród ludności, że gdy metropolita Filip który ośmielił się zwrócić uwagę carowi na rozbestwienie jego barbarzyńskiej gwardii przybocznej, która tysiącami mordowała ludzi, a car go zamordował, to nie wywołało to najmniejszego sprzeciwu ze strony ludności.

Rzecz nie do pomyślenia w kulturze polskiej. Przypomnijmy sobie upomnienie króla Bolesława Śmiałego przez św. Stanisława i co spotkało władcę ze strony obywateli za mord na biskupie krakowskim: pozbawienie tronu i wygnanie z kraju. A w kulturze moskiewskiej dotknięty obłędem religijnym, tronowym, z manią prześladowczą i sadyzmem zwyrodnialec był wybrańcem Bożym sprawującym w imieniu Boga władzę[9].

Zaiste sprawdza się prawda słów poety, który mówi:

Straszna to władza, gdy sumieniem włada,

I choć nie niszczy człowieczego ducha,

Takim go ślepym postrachem obsiada,

Że na jej rozkaz wzdryga się – a słucha” (K. Ujejski, Ustęp z powieści sybirskiej)

Jest to jakaś ponura tajemnica wschodniej duszy, która mając do wyboru wolność lub  zniewolenie satrapiej władzy, tak zauroczona jest jej siłą, że wybiera właśnie ją. Dlaczego? Bo nie umie żyć w wolności.

Posłużmy się tu przykładem. Przy zdobywaniu Połocka przez Stefana Batorego, król Polski ofiarował mieszkańcom miasta wolność. Natomiast car Iwan z nich uczynił żywy most powiązany sznurami, po których przeszła cała armia moskiewska, tocząc po żywych ludziach armaty.  I oto, gdy obywatele miasta mają do wyboru: przyjęcie życia w  wolności, bądź powrót do degradacji człowieczeństwa, wybierają to ostatnie. Zaiste ponury flirt z mrocznością władzy tak umiejącą zniewolić człowieka, że zaprzecza on jednemu z filarów swego człowieczeństwa.

Ta pogarda człowieka odnosi się również do jego wytworów materialnych, a szczególnie do sztuki. “Moskiewskie widzenie rzeczy pod tym względem objawiło się w przewożeniu książek z biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego[10] do Petersburga w 1795 roku: tomy wielkie, jeżeli w paki się nie mieściły, przepiłowywano na połowę.

Przed nami jest kapłańska stuła z wizerunkami Orła i Pogoni. Ich wzór zaczerpnięty został z arrasów wawelskich, świadczących z dumą o wielkości Rzeczypospolitej Obydwu Narodów. Zagrabione przez zaborcę służyły za obicie fotela u jakiegoś wschodniego barbarzyńcy, który chciał w ten sposób poszargać wielkość Polski i Litwy[11]. Dlatego w duchu ekspiacji za to barbarzyństwo umieszczone zostały na kapłańskiej stule, by przypominały, że wyrosły z kultury, która za korzeń ma Chrystusowe umiłowanie człowieka uobecniane nieustannie podczas bezkrwawej Jego Ofiary na ołtarzach całego świata.

Ten długi wywód chyba wystarczająco jasno wykazuje różnicę między kulturą uznającą prymat człowieka i kulturą mającą człowieka w pogardzie. Dlatego o duchu rosyjskim śmiało możemy powiedzieć, że:

Choć krwią mi blizki, nie mój Tyś jest duchem

Bo świętą wolę pętasz złym łańcuchem“. (Wincenty Pol, Hetmańskie pacholę)

Drogą specyficznie polską, nie mającą nigdzie wzorca w tej postaci, czyli drogą unijności, rozpoczęliśmy promieniowanie “swoich wolności” na sąsiadów, zapewniając pokój na przestrzeni równej niemal całej zachodniej Europie. Mamy tu jedno z najbardziej zastanawiających zjawisk dziejowych. Dumając nad nim, arcybiskup ormiański Józef Teodorowicz, w katedrze wileńskiej w 1919 roku tak rzecz ujął: “…Boś nie ujarzmiała o Polsko przemocą narodów, boś ich podstępnie nie przywabiała do siebie. Tyś je  miłością i sercem zwyciężała …” Przykładem jest zmaganie się o Inflanty, gdzie ich mieszkańcy ciążyli zdecydowanie ku Polsce, bo liczyli na zachowanie i rozszerzenie swobód, samorządu i zapewnienia tolerancji religijnej a z czasem kryła się za tym ciążeniem ku Polsce nadzieja ochrony przed moskiewskim podbojem. Szczodrobliwa dłoń Rzeczypospolitej wypieściła te prawa dla ludów zamieszkujących Europę środkowo-wschodnią i dawała je z hojnością matczyną nie mającą porównania w rodzinie narodów chrześcijańskich. Słusznie o tym mówi Zygmunt Krasiński:

Ze wszystkich tych wymagalności, którym ten naród dziejami swemi zadość uczynić powinien, łatwo się domyśleć treści jego usposobień i zdolności wewnętrznych. Jeśli ma być oświecicielem i wtajemniczycielem podrzędnych ludów, musi do najwyższego stopnia posiadać wykształconą i tkliwą władzę odbierania wrażeń i odebranych przerabiania i udzielania innym. Lecz wyższe wpływy tylko tak łacno doń przenikać będą, nigdy zaś niższe, barbarzyńskie, bo wtedy zamiast podwyższania  niższych, sam-by się poniżył, ulegając ich działaniu. Nic zatem w jego charakterze wyłącznego nazbyt, z resztą świata chrześcijańskiego na zabój sprzecznego nic dzikiego być nie może -  on żadnymi przesądy, jakby murem chińskim, się nie oddzieli od Europy -  żadne wysokie i trudne góry, żadne morza go od cywilizowanej części świata odgraniczać powinny. Ziemia jego sama w kształtach swoich musi wyrażać na wszystkich swoich granicach nie przedział  i odstrychnięcie się, ale zbliżenie się i zlew. Na takiej ziemi równej zamieszkując, wspaniałością, uprzejmością, gościnnością, wyobraźnią nader żywą i obrazową, sercem szczerem, otwartem, gorącem, z resztą Europy obcować będzie“. (Z. Krasiński, O stanowisku Polski, s. 95)

 

Od unii lubelskiej z 1569 roku zaczyna się na dobre także nasze kulturowe sąsiedztwo z Moskwą i to według ducha ewangelicznego, mianowicie Polacy obmyślają, jakby położyć kres wojnom i ułożyć przyjazne stosunki z państwem moskiewskim. Myślano, że jeśli przeprowadzono unię z Litwą, z którą przed ślubem św. Jadwigi z Władysławem Jagiełłą też bywały wojny i to nieraz zaciekłe, to może należy dążyć do tego samego z Moskwą.

Tymczasem w Wielkim Księstwie Moskiewskim nastał czas gdy:

Car moskiewski ufając chciał światu wszystkiemu

Groźnym być, wszystki lekce króle krześcijańskie

Uważając przy sobie” (…)

 

Wtedy Bóg władca dziejów:

podał nam króla z Węgier, dzielnego Stefana:

Patrzajże, jako wielka w krótki czas odmiana!

Moskiewski, komu grożąc, sam się teraz boi” (…)

Już, bo z Łuków nie strzela, sajdak mu i strzały

Ogniem króla polskiego wszystkie wygorzały.

Z Wieliża i z Uświata, z Newla wyrzucony,

Jezierzyszczu, Zawłociu nie mógł dać obrony.

I w kampanii wojennej, w której raz po raz dawały znać o sobie przewagi Polski i Litwy nad Moskwą, stanął Batory u wrót Pskowa: (slajd Batory pod Pskowem)

Już się był król ku Pskowu ruszył z ludźmi swemi,

A po nieprzyjacielskie strach się szerzył ziemi“.

 

Zaczęły się chwalebne dzieje oręża polsko-litewskiego:

Widzę orła białego, konia tejże sierści,

Ten mieczem, ów piorunem groźny, prędkich śmierci

Oba hojni szafarze“.

 

Przed takimi przewagami Orła i Pogoni car miał prawo zadrżeć, bo Psków to była brama do zawojowania nawet całego jego władztwa. Tak o tym strachu Iwana mówi wiersz:

Teraz się o Psków bojał: Psków mu w głowie cwałał,

Widząc, że wszystko stracił, gdyby Pskowa stradał“.

 

Minęło ponad ćwierć wieku od omówionych wydarzeń. Zaznacza się ten okres z polskiej strony propozycjami ścisłego związku prawno-państwowego dla przygotowania gruntu pod ewentualną unię z Moskwą opartej na wolności[12]. Natomiast Księstwo Moskiewskie nie jest w stanie odpowiedzieć dojrzale na owe propozycje bo do głosu dochodzi okres tzw. wielkiej smuty, jako owocu despotycznej władzy cara opartej na pogardzie człowieka. I oto pod Kłuszynem dochodzi do starcia się tych dwóch tak różnych koncepcji ustrojowych państwa.

A teraz opiszmy barwnym językiem poezji przeplatanej słowami głównego bohatera naszej dzisiejszej audycji Stanisława Żółkiewskiego bitwę, jaka rozegrała się 4 lipca 1610 roku pod Kłuszynem.

Naprzeciwko siebie stanęli dwaj wodzowie o jak różnie ukształtowanych charakterach: moskiewski -  Dymitr Szujski, który był jednym z głównych aktorów ponurego spektaklu znieprawionych elit sprawujących władzę w państwie, gdzie każdy był zbrukany. Dobrze oddaje to poeta, gdy pisze:

Ach! Lecz cóż może i zacność sumienia,

I myśl rozumna, i siłą ramienia,

Gdy w całym państwie gorączkowe dreszcze,

A zło ze zła się lęgnie, gorsze jeszcze?

Kto na kraj spojrzy stąd, z wysoka, z góry,

Mógłby pomyśleć, że to sen ponury,

Gdzie szkaradzieństwem rządzi się szkarada,

Gdzie błąd na błędzie i na zdradzie zdrada,

I gdzie bezprawie prawomocnie włada“. (Goethe)

I naprzeciw tego kniazia moskiewskiego, staje człowiek wyrosły na starożytnych wzorcach mężów szlachetnych, miłujących ojczyznę i krzątających się zbrojnie około pomnożenia jej wielkości:

Panie w niebie!

Tęm zbroję nosił, chodząc w Twoim znoju,

A kiedym  widział łaskę Twojej rosy,

Unię narodów, to wołam w niebiosy:

“Odpuszczaj sługę Twojego w pokoju

Znając pobożność hetmana polskiego nie mamy wątpliwości, że modlitwą poprzedził zbrojny czyn. A o co Boga prosił ten żywy bastion idei przedmurza chrześcijaństwa (antemurale christianitatis) wyrosły na etosie rycerza średniowiecznego, niech podpowiedzą nam te słowa:

O co to rycerz Pana Boga prosił,

Gdy Zbawiciela łzami grób urosił?

“Przez Twoje Panie! Tylko walczyć pragnę:

I wszystek żywot pod Twój zakon nagnę,

Ale co w służbie Twojej niech nie śliźnie,

I daj przezemnie zwycięstwo ojczyźnie” (s. 165)

 

Podobnie jak pod Grunwaldem Krzyżaków, tak pod Kłuszynem posiłkowali Moskali ochotnicy z niemal połowy liczących się wówczas krajów Europy. W sumie było ich 50000 tysięcy. Oddajmy głos głównemu bohaterowi bitwy pod Kłuszynem:

Zaczym kniaź Dymitr Szujski, zabrawszy się z wojskiem tak swym jako i cudzoziemskim (…) ruszył (…) pełen nadzieje, że wielkości i potędze jego wojska, której bardzo dufał, nasze, o którego małości wiedział, wytrzymać nie mogło[13].

Tymczasem hetman Żółkiewski istotnie na czele tylko 5000-tysięcznej armii tuż przed zapadnięciem zmroku ruszył pod Kłuszyn. Pisze o tym tak:

Szliśmy na całą noc o cztery one mile lasem, (…) gdy przyszliśmy nad wojsko nieprzyjacielskie, jeszcze nie poczynało świtać. Nieprzyjaciel z małości wojska naszego lekce nas ważył i nic mniej się nie spodziewał jako tego, iżbyśmy tyle mieli śmiałości o tak wielką potęgę się kusić, i owszem byli pełni nadziei, żeśmy mieli uciekać[14].

Natomiast hetman uszykował swoje nieliczne hufce do bitwy i wzorem starożytnych wodzów miał przemowę do swego wojska, by w ten sposób dodać mu odwagi do walki. Sam o tym pisze tak:

Gdy już tak wojsko stanęło w sprawie, objeżdżając pan hetman od hufu do hufu, animował (zagrzewał) swoich, ukazując, jako necessitas in loco, spes in virtute, salus in victoria (konieczność walki nakazaną przez położenie, nadzieja w męstwie, ratunek w zwycięstwie), i kazał uderzyć w bębny, w trąby do spotkania[15].

My treść tej przemowy hetmańskiej objaśnijmy szerzej wierszem włożonym w usta samego Żółkiewskiego. Zawarta jest w nim ufność pokładana w Bogu, gdyż to On rozstrzyga o losach bitwy:

Za murem ci Moskwicin jakokolwiek mężny,

Ale kiedy przyjdzie wręcz, już tam niedołężny. (…)

Z tymi się potkać macie albo nie z temi,

Bo ci mieczem pobici dawno leżą w ziemi. (…)

Z dobrą tedy otuchą puśćcie koniom wodze;

Zwycięstwo w ręku waszych, mam nadzieję

W Bodze

 

A potem wzorem starożytnego dziejopisa Tytusa Liwiusza każmy hetmanowi zwrócić się do żołnierzy, by wspomnieli, że są wolnymi obywatelami i nie lękali się wielkiej armii wroga, bo ona złożona jest z niewolników ducha:

Wy się trwożycie tą liczbą ogromną?

I tą przemocą, co się zda niezłomną?

Cóż jednak znaczy taka ćma motłochu,

Wylęgła z prochu, czołgająca w prochu,

Którą do boju popędzają biczem,

Aby nie pierzchła przed wolnych obliczem?

I przypomina o co w istocie idzie walka, o zwycięstwo kultury ludzi wolnych, którzy nie mogą dopuścić, by nad nią zapanowała antykultura gardząca człowiekiem:

Jakąż nad nami może mieć przewagę

Zgięty niewolnik, którego odwagę

Nikt nie ocenia, co bez łez umiera,

A gdy zwycięży, całą sławę zbiera

Żelazna ręka, co go w bój wypycha,

A którą prawo nie włada, lecz pycha“. (Kornel Ujejski, Maraton)

 

Słowo hetmana padało na podatny grunt. Nie zapominajmy, że żołnierze jego ukształtowani byli na kulturze, która głosiła wolność, a z niej wyrastały już dalej: godność, honor, szczerość, fantazja, dobre imię, gościnność, rycerskość i miłość Ojczyzny. O każdym z nich moglibyśmy więc zaśpiewać arię Miecznika z Moniuszkowskiego “Strasznego dworu“:

“… Piękną duszę i postawę

niechaj wszyscy dojrzą w nim,

śmiałe oko, serce prawe musi (…)

splatać w jeden rym.

Musi cnót posiadać wiele

Kochać Boga (…) bratni lud

Tęgo krzesać w karabelę

Grzmieć z gwintówki niby z nut!

Mieć w miłości kraj ojczysty

Być odważnym jako lew,

Dla swej ziemi macierzystej

Na skinienie oddać krew“.

Stanisław Michalkiewicz (2010-09-16)
W krainie czarów – czy jednak razwiedki?

Felieton  •  specjalnie dla www.michalkiewicz.pl  •  15 września 2010

Na rzuconą mimochodem w jednym z felietonów uwagę, że pan prof. Adam Wielomski ostentacyjnie nie wierzy w istnienie razwiedki, odpowiedział mi on polemicznie, sugerując utratę kontaktu z rzeczywistością. Wszystko to rzecz jasna być może; na przykład radykalni solipsyści n a u c z a j ą, że coś takiego, jak „rzeczywistość” w ogóle nie istnieje, że to tylko taki fantom – ale też nie są konsekwentni, bo k o g o w takim razie o tym nauczają? Nie byłoby zatem specjalnego sensu zawracać Czytelnikom głowę takimi przekomarzaniami, gdyby nie kilka uwag, które przy okazji polemiki pan prof. Adam Wielomski był rzucił.

Oto między innymi pisze: „Nie udowodnię, że w Polsce nie działa gigantyczny „razwiedkowy” spisek, tak jak nie udowodnię, że nie ma w Polsce wielkiego spisku wilkołaków, duchów, czy czarowników. Zadanie dowiedzenia istnienia takiego spisku ciąży na Redaktorze Michalkiewiczu, który taką teorię głosi. W moim przekonaniu nie umie jej udowodnić inaczej, jak przez zestawianie rozmaitych faktów, które w sposób „razwiedkowy” interpretuje, a które częstokroć można interpretować w sposób, który ja uważam za bardziej racjonalny. Całość obficie podlewa „razwiedkowym” sosem. I to miałby być cały dowód.” Pan prof. Wielomski ma oczywiście rację mówiąc, że to na mnie ciąży obowiązek udowodnienia. Nie bardzo jednak rozumiem powodów, dla których lekceważy on przyjęty przeze mnie sposób dowodzenia, polegający na „zestawianiu rozmaitych faktów” i nadawanie tym zestawieniom „razwiedkowej” interpretacji. Przecież dowodzenie czegoś poprzez zestawianie FAKTÓW, a następnie – wyciąganie logicznych wniosków, jest znaną od czasów starożytnych metodą dedukcji, stosowaną nie tylko przez Sherlocka Holmesa, ale przede wszystkim – w nauce. Gdyby takie lekceważenie okazywał dedukcji jakiś czarownik, to bym się tak nie dziwił, jednak kiedy czyni to uczony profesor politologii, to nie mogę powstrzymać zdumienia. Chodzi bowiem o to, że trudno wyobrazić sobie bardziej racjonalną metodę dowodzenia, niż właśnie dedukcja. Wprawdzie pan prof. Wielomski pisze, że tylko „częstokroć”, a więc nie w każdym przypadku, można te moje zestawienia faktów interpretować w sposób, który on uważa za „jeszcze bardziej racjonalny” niż dedukcja, ale niestety nie podaje, na czym ten sposób polega. Szkoda, bo przecież „nie jest światło, by pod korcem stało” i sam chętnie bym się czegoś o tym sposobie dowiedział.


W oczekiwaniu na tę iluminację pozwolę sobie przedstawić takie zestawienie faktów, które wskazuje na istnienie w Polsce razwiedkowego spisku. Oto w 1980 roku, na skutek wymknięcia się spod kontroli operacji zmierzającej do zwyczajowego w komunizmie sposobu wymiany rządzącej ekipy, doszło do gigantycznego buntu przeciwko PZPR, która pod jego naporem zaczęła się rozpadać, wytwarzając polityczną próżnię, którą natychmiast wypełniły tajne służby, tzn. wywiad wojskowy i SB. Przygotowały one następnie, przeprowadziły i administrowały stanem wojennym, w początkach którego dały społeczeństwu czytelny sygnał, że punkt ciężkości władzy przeniósł się właśnie na razwiedkę. Tym sygnałem było internowanie Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza – bo chyba generał Kiszczak nie sądził, że Edward Gierek zagraża socjalizmowi, czy sojuszom? W połowie lat 80-tych, kiedy Michał Gorbaczow rozpoczął z Ronaldem Reaganem rokowania na temat sposobu zakończenia „zimnej wojny” (spotkanie w 1985 r. w Genewie, w 1986 r. w Reykjaviku na Islandii, w 1987 r. – w Waszyngtonie, w 1988 r. – w Moskwie i w 1989 r. już z prezydentem Bushem na okręcie w pobliżu Malty), w Polsce zaczęły działać tzw. „spółki nomenklaturowe”, co było jednym ze sposobów przygotowywania się przez ówczesny aparat władzy z razwiedką, jako najtwardszym jądrem, do zajęcia pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych – bo wiadomo było przecież, że kiedy ZSRR się z Europy Środkowej wycofa, to nikt już nie będzie podtrzymywał ustroju, jakiego świat nie widział.


Jednocześnie doszło do zdominowania SB przez razwiedkę wojskową, czego ilustracją było zdymisjonowanie generała Mirosława Milewskiego – w UB chyba od urodzenia. Od tego czasu tzn. – od drugiej połowy lat 80-tych, razwiedka wojskowa jest absolutnym hegemonem na polskiej scenie politycznej i to ona przygotowuje, przeprowadza i nadzoruje sławną transformację ustrojową, w odróżnieniu od „weryfikowanej” SB, przechodząc ją nietknięta w szyku zwartym i przez prawie 20 lat rozbudowując agenturę - już w służbie „demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej”, która już żadnej lustracji nie podlega. W ten sposób razwiedka kontroluje kluczowe segmenty gospodarki z sektorem finansowym na czele (właśnie w tej chwili pomyślnie kończy powtórne przejmowanie NBP) oraz ważne z punktu widzenia państwa sektory życia publicznego, z partiami politycznymi, głównymi mediami i przemysłem rozrywkowym. Czyż generał Czempiński nie opowiadał, ile to rozmów i bliskich spotkań III stopnia odbył, by utworzyć Platformę Obywatelską? Czy to nie ciekawe, dlaczego tak bardzo mu na tym zależało?


Pan prof. Wielomski zdaje się to wszystko bagatelizować. Wprawdzie pisze: „Nie chcę przez to powiedzieć, że uważam, że nie istnieją służby specjalne czy też stare powiązania z SB czy WSI. Oczywiście że istnieją. (...) Oparte są na bardzo ludzkiej skłonności: pomagania kolegom i obsadzania nimi czego się da dookoła.” Po pierwsze – dlaczego te „powiązania” mają być tylko „stare”? A nowych to nie ma? Przecież ta „bardzo ludzka skłonność” do „obsadzania... – i tak dalej” wcale się nie zakończyła. Przeciwnie – można powiedzieć, że na naszych oczach przeżywa drugą młodość. Czym innym jednak – po drugie - jest sytuacja, gdy jeden kolega z SB pomaga drugiemu koledze uzyskać posadę, dajmy na to, wykidajły w agencji towarzyskiej, a czym innym – jeśli kolega generał z WSI, poprzez postawienie odpowiednich zadań agenturze w mediach i środowiskach opiniotwórczych, poprzez postawienie do dyspozycji różnych atutów, pomaga swojemu podopiecznemu uzyskać posadę ... na przykład prezydenta państwa! A czyż nie pomógł i nawet się nie pochwalił, że po pomyślnym zakończeniu operacji otworzy sobie butelkę szampana? Chyba nie muszę tłumaczyć uczonemu profesorowi politologii, że ta druga sytuacja oznacza, iż punkt ciężkości władzy spoczywa poza konstytucyjnymi organami państwa, którego oficjalni funkcjonariusze dysponują jedynie tak zwanymi zewnętrznymi znamionami władzy w postaci tytułów, apanaży, gabinetów, sekretarek i limuzyn – ale decyzje – na przykład – czy Donald Tusk będzie, czy nie będzie kandydował na prezydenta - podejmuje kto inny?


I na koniec muszę wyrazić jeszcze jedno zaskoczenie zdziwieniem pana prof. Wielomskiego, że o spisku razwiedki pisze liberał: „Kompletnie nie pojmuję – pisze pan prof. Wielomski - jak połączyć wizję deterministycznej „razwiedki” z poglądami politycznymi afirmującymi wolność jednostki. Po co nam wolność, skoro wszystko jest pod kontrolą „razwiedki””? Jak to „po co”? Właśnie po to, żeby – uświadomiwszy sobie fakt, iż Polska jest pod okupacją razwiedki - spod tej kontroli się wydobyć, Szanowny panie Profesorze.


Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1762
Łażący Łazarz (2010-09-08)

http://antydziad.salon24.pl/226114,zamach-zalozycielski-zwiazku-europejskiego

 

Zamach założycielski Związku Europejskiego


Piotr Skwieciński miał rację. W swoim artykule „Rozgrywka z Polską – to nie żadna polityka” (Rzeczpospolita, 3 września 2010) piętnował, że zamieszczony przez Siergieja Karaganowa tekst w „Rossijskiej Gazietie” i przedrukowany w skróconej formie tydzień temu w „GW” nie doczekał się, żadnej dyskusji w mediach, komentarzy ani analiz politologów pomimo, że jest to przecież wypowiedź człowieka bliskiego Kremlowi na temat nowej strategii Rosji. I nie tylko Rosji.

Rzeczywiście jest tak jak napisał Pan Piotr, artykuł ten został kompletnie w Polsce przemilczany. Ja jednak dziwię się zdziwieniu tego wytrawnego dziennikarza. Biorąc pod uwagę, bowiem ujawniony rodzaj wizji przyszłości, jaka stoi za dzisiejszą strategią Rosji, obecne warunki i kierunki „rozwoju” Unii Europejskiej, okoliczności ostatnich wydarzeń dotyczących Polski oraz działania TusKomorowskiego duetu – dziwić się, co najwyżej należy, że „Gazeta Wyborcza” w ogóle Karaganowa przedrukowała. Jak sądzę zrobiła to z rozpędu, bo prostu kolejny analityczny tekst Braci-Rosjan dotyczący UE. Potem jednak do środowiska salonowego dotarło jak jest niebezpieczny, ile pytań prowokuje i gdzie może prowadzić jego komentowanie. Jeszcze, nie daj Boże ktoś by zaczął kojarzyć fakty! Nie ma głupich! I tak właśnie nastała „morda w kubeł”. Nastała, bo musiała, po prostu takie są realia i media. Doprawdy, Panie Piotrze, zero zdziwienia.

Ja jednak nie zamierzam milczeć i przybliżę wszystkim, co wykombinowali Moskale wraz z Berlińczykami (bo przecież nie z Brukselą) i co z tego dla nas wynikło oraz jeszcze wyniknie.

Wizja przedstawiona przez Karaganowa jest klarowna i genialna w swej prostocie: (tu cytat).

Rosja i Europa powinny dążyć do stworzenia wspólnego Związku Europy i do włączania do niego państw, które dotąd jeszcze nie określiły swej orientacji: Turcji, Ukrainy, Kazachstanu itp. Trzeba dążyć do Związku, a nie do biurokratycznych form partnerstwa, choćby strategicznego. Nie będzie łatwo, ale gra jest warta świeczki.

Związek Europejski - podobnie jak UE - może zostać stworzony mocą jednego dużego traktatu oraz czterech umów regulujących główne sfery współpracy oraz wielu drobnych umów sektorowych. Pierwszy duży traktat może dotyczyć utworzenia wspólnego obszaru strategicznego zakładającego ścisłą koordynację polityk zagranicznych. Miękka siła Europy mogłaby się połączyć z twardą siłą niemałego potencjału strategicznego Rosji. Ktoś może powiedzieć, że UE nie jest dla nas partnerem. Ale zaraz odpowiem mu, że powinniśmy być zainteresowani wzrostem jego wpływów. Słaba Europa będzie osłabiać Rosję.

Drugą kluczową umową mógłby być traktat energetyczny ustalający w Europie jednakowe warunki dostępu firm do złóż, dróg transportowych (czego chce UE) i sprzedaży (czego domaga się Rosja). Taki kompleks mógłby odegrać w dzisiejszej wielkiej Europie tę samą rolę, którą kilkadziesiąt lat temu odegrała Europejska Wspólnota Węgla i Stali.

Trzecia umowa powinna stworzyć wspólną przestrzeń gospodarczą i technologiczną z jasnymi zasadami przemieszczania się kapitałów, towarów i ludzi. Być może w perspektywie powinna się ona przekształcić we wspólny obszar celny.

I wreszcie - być może najważniejsze - utworzenie wspólnej przestrzeni humanitarnej, kulturalnej i edukacyjnej z ruchem bezwizowym, masową wymianą studentów i stworzeniem w perspektywie wspólnego rynku pracy. Taka perspektywa będzie wymagała dążenia do budowy podobnych instytucji politycznych oraz jednakowego szacunku dla praw człowieka. Ale jak pokazuje doświadczenie UE, unifikacji kultur nie będzie. Będzie za to wzrastać ich przenikanie. Być może trzeba będzie bardziej tolerancyjnie odnieść się do demonstracji gejów, ale zmniejszą się za to możliwości, żebyśmy mogli zachowywać się po świńsku.

Nie bacząc na ewidentny idealizm i trudność realizacji idei Związku Europy, uważam tę ideę za niezbędną i realistyczną. Jako rosyjski Europejczyk wierzę w wielkie wartości europejskie - w racjonalność i rozum. W świecie przyszłości Rosja i Europa (UE) działające wbrew sobie skazane są na degradację i osłabienie. To nieracjonalne i nierozumne.

Karaganow ma Rację. Idea jest dziś jak najbardziej realistyczna. Rozumieli to od lat nie tylko Rosjanie, ale i finansjera Europy Zachodniej. Trzeba bowiem sobie zdać sprawę z ekstraordynatoryjności obecnej sytuacji historycznej. Bodźcem i kopem rozwoju dla wielkich biznesów były od zawsze wojny. To one nakręcały przemysł, logistykę, innowacyjność, produkcję żywności i giełdy. Oczywiście tam, gdzie działania wojenne nie dotarły. To wojny były źródłem wielkich fortun i rozwojów całych branż, regionów oraz państw, które na nich robiły interesy. W obecnych czasach „niestety” mamy blisko 70-letnie status quo, gdy trzeba robić globalny biznes w czasach pokoju (lokalne wojenki to za mało). W tej sytuacji europejskie kraje obracające największym kapitałem takie jak Niemcy, Francja, Włochy czy Wielka Brytania (chociaż jej to dotyczy w mniejszym stopniu) łakomie patrzą na rynek rosyjski ponad 200 mln konsumentów, nieograniczone surowce i bezkresne przestrzenie, które można by zagospodarować. Perspektywa tym bardziej kusząca wobec groźby gospodarczej dominacji imperiów finansowych z USA i Chin.

Stworzenie Związku Europejskiego byłoby wprowadzeniem do globalnej rozgrywki wielkiego gracza o niesłychanym potencjale i dynamice rozwoju. Gra warta świeczki, zwłaszcza, że Rosji można ofiarować w zamian to, co chętnie się da, lub na czym finansistom z Niemiec i Francji najmniej zależy: swobodny dostęp do nowych rynków zbytu surowców; udział w przemyśle zbrojeniowym; nowe technologie; dominację polityczną nad przestrzenią Europy Środkowej, która to dopiero z tej dominacji się uwalnia i jeszcze nikogo nie przyzwyczaiła do swej niezależności: oraz ograniczenie demokracji poprzez implementację bizantyjskiej kultury prawno-politycznej polegającej na odejściu od wartości uniwersalnych i ograniczeniu wolności szarych obywateli w myśl zasady, iż ustalanie praw, racji stanu i obowiązujących zwyczajów to niezbywalne prerogatywy WŁADZY.

Aby jednak na taki układ pójść, trzeba mu stworzyć warunki formalne, oraz przygotować mentalnie lud, by głupio się nie burzył.

W tym celu opracowano projekt konsolidacji władzy w Unii Europejskiej na zasadach megapaństwa, z własnym rządem, polityką zagraniczną, armią i prawem nadrzędnym. Tak powstała najpierw Konstytucja Europejska, a po jej odrzuceniu Traktat Lizboński. Proszę zwrócić uwagę, że wyparcie z tego aktu prawnego odwołania się do chrześcijańskich wartości i korzeni Europy, jest właśnie realizacją „przygotowania mentalnego”. Wartości mają pozostać puste, być swoistym wakatem, które wypełni Imperator. W ta pustkę wchodzą na razie lewackie zapateryzmy (to taktyczny ukłon w kierunku kosmopolitycznej socjaldemokracji, prężnie działających we wszystkich krajach i wspierających plany „rozwoju” Europy), ale tak będzie tylko do czasu. Gdy powstanie Związek Europejski nowy gabinet władzy dzielonej głównie między Rosję a Niemcy, ustali fundamenty, na jakich należy budować nową, posłuszną, pracowitą i konsumpcyjną społeczność imperium.

Oczywiście, jeszcze nie wszystko jest podawane otwartym tekstem, ale należy zauważyć, iż ten misternie przygotowywany projekt nabrał przyspieszenia i jest dziś w fazie przedkońcowej realizacji.

Wystarczy znów sięgnąć do Karaganowa:

Na szczycie Rosja - UE w listopadzie zeszłego roku ogłoszono "partnerstwo dla modernizacji". A 1 czerwca na szczycie w Rostowie nad Donem to "partnerstwo dla modernizacji" stało się przedmiotem głównego oświadczenia. Unia przestała pouczać Rosję, a Moskwa zrezygnowała z podejrzliwej ostrożności.

Kute jest, więc żelazo póki gorące. Warunki zewnętrzne dla powstania Związku Europejskiego są także niezwykle sprzyjające, ale krótkotrwałe. Chiny jeszcze są zbyt słabe i zbyt mocno skoncentrowane na wewnętrznym rozwoju, natomiast USA – jedyny liczący się przeciwnik, który mógłby pomieszać szyki – odwróciły swoją afroamerykańską twarz od Europy. Barack Obama - wywindowany sprytnie na Prezydenta na fali niskiej popularności Busha, oraz lewackiej głupawce, stworzonym dzięki jeszcze sowieckiej, a potem rosyjskiej agenturze wpływu (Anna Chapman, nie była przecież ani jedyna ani najważniejsza) – uznał odmiennie niż wszyscy jego poprzednicy, że Ameryce się opłaca konsolidacja europejska, ponieważ Rosja jako członek megapaństwa straci swoją uciążliwą nieobliczalność, a poza tym z Wielkim łatwiej jest grać i robić interesy niż z rozdrobnionymi. Tym samym Ameryka włączyła swoje zielone światło i pozbawiła swego wsparcia uciążliwym, i wciąż brużdżącym Projektowi Polakom.

No właśnie, czas byśmy przeszli do meritum, a więc do tezy zawartej w tytule postu.

Karaganow powiedział jeszcze rzecz następującą:

Rosję kryzys pozbawił naftogazowych iluzji. A zarazem nie doprowadził do wzrostu poczucia zagrożenia i poszukiwania nowych wrogów. To dość rzadkie dla naszego kraju zjawisko pewności siebie z rozumieniem własnych słabości. Nowy realizm doprowadził do sukcesów w polityce zagranicznej. Nikomu nie ustępując, w końcu uznaliśmy zbrodnię katyńską i zachowaliśmy się naprawdę wielkodusznie wobec Polski i jej bólu. Teraz wystarczy przyznać, że cały Związek Radziecki był ogromnym Katyniem dla naszych narodów.

Choć jeszcze 2 lata temu: (12 Maj 2008)  Oficjalnych przeprosin za Katyń nie będzie, bo inaczej chcielibyście odszkodowań - mówi prof. Siergiej Karaganow, doradca Putina

I taka oto jest geneza zmiana stanowiska Rosji. Mydlenie oczu i ukłony w imię realizacji tego, co najbardziej i ostatecznie się opłaca.

Bo Polska jest i była – wbrew wciskanej nam propagandzie – istotnym elementem polityki Rosji, mającym na celu usunięcie ostatnich przeszkód w realizacji Wielkiego Planu.

A jak wielki to plan musimy nareszcie sobie zdać sprawę. Związek Europejski to projekt wykraczający swym zasięgiem cywilizacyjnym poza wszystko to co się dzieje współcześnie, a nawet działo się w XX wieku. Siłowe pomysły Hitlera i Stalina, choć dla nas rzeczywistogenne to przy nim małe miki, gdyż mogły przebudować świat tylko na tyle, na ile zdążyłyby przy niewielkiej zdolności (oczywiście w skali historii, a nie pojedyńczego człowieka) do przetrwania. ZE to projekt na miarę trzeciego tysiąclecia. Pierwszy raz bowiem w historii zdarzyło się tak, że stworzenie euroazjatyckiego mocarstwa, od Gibraltaru po Czukotkę, nie jest elementem sprzecznych interesów Rosji i Niemiec, ale jest głównym i forsowanym projektem zbieżnych interesów Nowej Rosji, Pokojowych Niemiec, Postępowej Francji, Mafijnych Włoch i wielu innych państw zachodnich. Przy takim froncie działań i gdy są już odpowiednie warunki by nową strukturę powołać na podstawie bilateralnego układu dwóch rządów Rosji i UE – nikt nie będzie zawracał sobie głowy negocjacjami z każdym z poszczególnych państw. Po prostu dokona się tego ponad głowami państw niechętnych i ich społeczeństw. Jest tylko jeden warunek, państwa niechętne – identyfikowane tutaj jako państwa środkowoeuropejskie – muszą być zatomizowane, rozgrywane pojedynczo, w konflikcie ze sobą i po kolei. Jeśli ktoś, będzie chciał tę grupę skonsolidować i prowadzić politykę zgodną z racją stanu ich narodów – to jest on głównym wrogiem, którego należy bezwzględnie zniszczyć.

Bo wprawdzie Wielki Plan Związku Europejskiego ma ziścić się bez podbojów i wojen, ale determinacja jego realizacji (ze względu na bliskość sukcesu) jest tak wielka, że kto stanie na drodze tego należy dezintegrować politycznie lub zabić.

Sęk w tym, że taki wróg rzeczywiście istniał. Był nim Prezydent Lech Kaczyński i wraz ze swoim zapleczem politycznym dowodzonym przez brata Jarosława. Ta bliźniacza bliskość obydwu polityków nie dawała szans na ich poróżnienie. Nie można było politycznie oderwać od siebie coraz mocniejszego lidera międzynarodowego z pomysłem na region i potrafiącego prowadzić skuteczną politykę antyimperialną (kazus Gruzji) od szefa największej polskiej partii opozycyjnej, który jest nie tylko ośrodkiem stojącym na straży zwalczanych wartości chrześcijańskich, nie tylko pokazał na co go stać wetując w 2006 r. przyjęcie unijnego mandatu na negocjacje nowego porozumienia UE z Rosją, ale wręcz stanowi wciąż realne zagrożenie dla reprezentującego finansjersko-rosyjskie interesy Rządu Tuska. W przypadku tych braci sprawdzone metody agenturalne można było o kant dupy potłuc. Dlatego ich tak nienawidzono oraz zwalczano. Istniała jeszcze szansa, że dzięki opinii medialnej i farmazonom zachodnim stracą z czasem wpływy w polskim społeczeństwie. Takie działanie nie przyniosło jednak efektów zadowalających. Wbrew bowiem rozgłaszanym opiniom Lech Kaczyński umacniał swoja pozycję wpływowego gracza międzynarodowego, a mocodawcy Tuska po serii kompromitacji i afer swojego pupila zaczęli się obawiać o wybory w 2011 r.. Zresztą, co do wyborów prezydenckich też wcale nie byli spokojni. Kolejne afery (Tusk coś zrobił eliminując CBA, ale czy to wystarczy), nieznane konsekwencje ujawnienia zdrajców w Aneksie do Raportu z Likwidacji WSI, fatalna sytuacja finansowa zadłużonego państwa i wciąż silne propaństwowe ośrodki medialne – wszystko to mogło zrobić psikusa i oddalić Związek Europejski na wiele lat, lub święte nigdy.

W polityce na taka skalę nie może być miejsca na przypadek i poważne ryzyko. Kaczyńskich trzeba się było pozbyć skutecznie, Wielki Projekt jest zbyt ważny by mieć skrupuły, należało ich Zabić!

Powstał, więc plan Zamachu, dzięki któremu nad niepokornym krajem zostanie przejęta kontrola przez dwa proeurozwiązkowe ośrodki decyzyjne, Prezydencki – Rosyjski i Rządowy-Niemiecki, a prokatolicka opozycja zostanie skutecznie wyeliminowana.

Zamach musiał być spektakularny, eliminujący wszystkie ośrodki zagrożenia (np. by przejąć Aneks dot. WSI musiał zginąć Szef Kancelarii Prezydenta i Szef BBN-u) i skutecznie zatuszowany poprzez niedopuszczenie do śledztwa polskich patriotów.

Przygotowano grunt. Po listopadowym szczycie „partnerstwo dla modernizacji” reprezentant Europy ustalił z reprezentantem Rosji datę i miejsce – postanowiono wykorzystać uroczystości Katyńskie, stanowiące swoista gwarancje takiego a nie innego składu „wystawionej” polskiej delegacji prezydenckiej. Tusk wycofał się z kandydowania na prezydenta oddając pałeczkę reprezentacji Moskwy a samemu pozostając na czele rządu. By uśpić na moment czujność Ameryki (wciąż niepewnej gdyż Obama okazał się zadziwiająco słaby) zrobiono szopkę z prawyborami i wystawieniem także Sikorskiego. Było to korzystne, ponieważ i media koncentrowały się na tej szopce zamiast na okolicznościach przygotowywania dwóch Katyniów. Wykorzystując okazję, Rosja postanowiła ugrać przy okazji swoje taktyczne interesy związane z penetracją NATO. Mieli już szyfranta Zielonkę, ale nie mieli urządzeń do deszyfracji i odpowiedniej wiedzy na temat siatki kontaktów. Upadek prezydenckiego samolotu dawało okazję by wypełnić tą lukę.

Było też parę wpadek, wyciek informacji i konieczność uciszenia Grzegorza Michniewicza, Dyrektora Generalnego Kancelarii Premiera, który w odróżnieniu od Tomasza Arabskiego nie był we wszystko wtajemniczony, ale generalnie Zamach się udał.

Nie zginął "niestety" Jarosław Kaczyński, który nie wsiadł na pokład, bo został przy chorej matce, ale dzięki temu zamachowcy mogli się przekonać jak potrzebny był ten plan. Ku ich, bowiem zdziwieniu, Jarosław, posiadający jeszcze gorszą niż brat prasę i dużo większy elektorat negatywny, był o krok od wygrania wyborów prezydenckich. Zaniepokoił ich też na początku fakt zabicia także Kandydata Lewicy na prezydenta, ale szybko się okazało, że śmierć Szmajdzińskiego jest tak naprawdę na rękę młodej, zapaterowskiej socjaldemokracji marzącej o nowych, partyjnych porządkach i chętnie zapomną o tym postkomuchu w zamian, za przychylne media, dopuszczenie ich do udziału w torcie, oraz pomoc w kompromitacji tradycji chrześcijańskich.

Teraz, po zamachu (przy czym samo słowo „zamach’ zostało w mediach zakazane) Polska przestała przeszkadzać. Usłużny Komorowski rozpoczął antychrześcijańską krucjatę, poleciał pokłonić się w imieniu Rosji Szefowej Niemiec oraz urzędnikom z Brukseli (tylko dla polskiej opinii publicznej kolejność była inna), oraz oddał na pastwę Rosji Gruzję i zrezygnował oficjalnie z polityki Polski, jako regionalnego lidera.

W tej sytuacji, kolejne działania osłonowe dla misji Komorowskiego rozpoczęli też przedstawiciele Rosji, za pomocą dezinformacji:

„Komorowski nie jest oczywiście politykiem o nastawieniu prorosyjskim, ale jest to polityk-realista. Jest to polityk, dla którego tak samo, jak dla premiera Donalda Tuska kształtowanie stosunków z Rosją jest ważnym czynnikiem strategicznym. W danej sytuacji zwycięstwo Komorowskiego dla Rosji jest korzystniejsze", powiedział Aleksiej Makarkin.

Ze swej strony przewodniczący Prezydium Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej Siergiej Karaganow uważa, że do polepszenia stosunków rosyjsko-polskich doszłoby niezależnie od tego, kto zwyciężyłby w wyborach prezydenckich. „Nawet w przypadku przegranej Komorowskiego, polityka Polski byłaby bardziej pragmatyczna i wyważona, niż wcześniej. Przyczyna tkwi w tym, że Polska uświadamia sobie nieskuteczność polityki ugodowej wobec Stanów Zjednoczonych", oświadczył Siergiej Karaganow w wywiadzie dla agencji Interfaks.

 http://polish.ruvr.ru/2010/07/06/11624864.html

Ze swojej strony Tusk, będący od niedawna kawalerem „Żelaznego Krzyża z Liśćmi Dębu” lub innego, równie znamiennego odznaczenia dla Niemieckich bohaterów, rozpoczął realizacje planu „Utrzymanie Się u Władzy”, który to jest kluczowy, by do powołania Związku Europejskiego doszło w ciągu najbliższych 5 lat. Kolejna wolta Polski byłaby, bowiem nie do zniesienia i dopuścić do niej nie można. Żadnych, więc reform nie będzie, by nie burzyć społeczeństwa, zamiast tego będzie za to nagonka polegająca na pozbawieniu opozycji twarzy, jej wartości znamion wartości uniwersalnych oraz stworzeniu takiego nastroju, że każda krytyka Prezydenta, Rządu lub wspominanie o Smoleńsku i jego ofiarach będzie nie tylko passé, ale wręcz interpretowane jako agresja, pieniactwo i chęć konfrontacji. To tak na wszelki wypadek, jakby rządy trzeba było utrzymać siłą.

Przy tym projektanci Euroazjatyckiego kołchozu nie maja obaw o lojalność Tuska i Komorowskiego. Jako udziałowcy i beneficjenci Zamachu stali się de facto nie tylko zakładnikami swoich mocodawców, ale także zakotwiczeni jako dobrowolni strażnicy swoich własnych interesów.

Jarosław Kaczyński to zapewne rozumie, dlatego zdaje sobie sprawę, że jedynym sposobem skutecznej obrony Polski i Polaków przed działaniem cwaniaków, mających sprowadzić nasz Kraj do poziomu podrzędnego województwa bez żadnych możliwości samostanowienia i obrony przed wynarodowieniem jest demaskacja zamachowców przed krajową i międzynarodową opinią publiczną, ujawnienie ich zdrady oraz intencji. Nic innego niż Śledztwo Smoleńskie się nie liczy, nic innego nie ma znaczenia i nic innegonie pokrzyżuje antypolskich Rosyjsko-Niemieckich planów.

Tak to z grubsza wygląda. Przepraszam za uproszczenia, podyktowane są one specyfiką blogosfery. Mam nadzieję, że teraz już nie będą padać pytania pożytecznych idiotów typu „A po co Rosjanie mieliby dokonać zamachu?”. Odpowiedzi, bowiem na to udzielił sam Karaganow, guru rosyjskiej geopolityki.

Można się jeszcze zapytać o Białoruś. Czyz ona także nie stoi na drodze Związkowi Europejskiemu. Owszem, stoi – ale stać przestanie w dowolnym momencie. Łukaszenka ma tak złą opinię międzynarodową jako dyktator i tak złą reputacje u swoich sąsiadów, że Rosja może tam pod byle pretekstem dokonać zamachu stanu lub nawet wkroczyć militarnie. Ja myślę jednak, że nawet to nie będzie potrzebne, Łukaszenka to żądny władzy człowiek interesu i pójdzie na każdy układ w imię poprawy swojego wizerunku i gdy zorientuje się, że nie ma żadnych szans.

ŁŁ

Ps. Redaktorze Skwieciński, czy rozumie już Pan dlaczego pomimo publikacji w Gazecie Wyporczej temat nie był w Polsce szeroko dyskutowany i komentowany?

Źródła i inspiracje:

http://wyborcza.pl/1,76498,8304987,Zwiazek_Europy__ostatnia_szansa_.html#ixzz0yjEKYzi7

http://wyborcza.pl/1,76498,8304987,Zwiazek_Europy__ostatnia_szansa_.html

http://www.wprost.pl/ar/?O=104545

http://www.money.pl/archiwum/wiadomosci_agencyjne/pap/artykul/rosja;karaganow;dla;nowego;porozumienia;miedzy;rosja;a;ue;brak;obiektywnej;podstawy,204,0,252620.html

http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/64578,karaganow-w-polsce-wygral-zdrowy-rozsadek.html

http://www.rp.pl/artykul/530564-Skwiecinski--Rozgrywka--z-Polska.html

http://pl.shvoong.com/law-and-politics/international-relations/2044542-postawmy-na-zwi%C4%85zek/

http://wiadomosci.onet.pl/blogi/kurzastopa.blog.onet.pl,414089730,blog.html

http://www.niepoprawni.pl/blog/215/smolensk-tlo-dlugofalowej-strategii-cz-1


Zdzisław Krasnodębski (2010-09-08)

Skazani na urawniłowkę?

Wydaje się, że nasz system polityczny będzie ewoluować w stronę ukrytego ograniczenia swobód obywatelskich. Oczywiście nie powstanie w Polsce jawny reżim autorytarny, ale powoli będą zamierać dyskusja i pluralizm – przewiduje filozof społeczny

 


Kryzys gospodarczy, reorientacja polityki amerykańskiej, marsz Chin ku światowej potędze, nowa strategia Rosji, decyzje dotyczące Grecji, napięcia w relacjach między Francją i Niemcami zmieniły sytuację w Europie, co ma zasadnicze znaczenie dla Polski. A czym niemal bez wytchnienia zajmują się polskie media – Jarosławem Kaczyńskim.
Godzinami analizuje się jego wypowiedzi, daje się im odpór, pobudza do oburzenia już i tak nadmiernie pobudliwe autorytety. Bez niego cały ten teatr nie miałby sensu i nawet posłowie Palikot i Migalski straciliby swe walory rozrywkowe. Nawet wtedy, gdy Jarosław Kaczyński milczy, jego milczenie uznawane jest za prowokacyjne. Jak to się dzieje, że jeden człowiek stał się centralnym punktem odniesienia całego dyskursu politycznego?
Ktoś by powiedział, że to oczywiste. To przecież przywódca największej partii opozycyjnej wypowiadający się ostro i kontrowersyjnie. Ale przecież jednocześnie wielokrotnie przekonuje się nas, że jest to partia, która się do niczego nie nadaje, a dopóki będzie jej przewodził Jarosław Kaczyński, pozostanie zamknięta w swoim ograniczonym żelaznym elektoracie i nigdy już nie obejmie władzy.
Skoro tak, to czyż nie lepiej zajmować się partią, która nadaje się do wszystkiego i która będzie – zgodnie z tymi prognozami – jeszcze bardzo długo rządziła? Czy nie lepiej więc studiować lotną myśl Bronisława Komorowskiego lub głębokie refleksje Donalda Tuska, analizować ich poczynania i zamiary? Zastanawiać się nad tym, dokąd prowadzą Polskę?

Winny Kaczyński

Ale, jak się dowiadujemy, nawet za ich politykę – wtedy gdy nie idzie im najlepiej – odpowiada Jarosław Kaczyński (zwłaszcza teraz, kiedy prezydent Lech Kaczyński już nie przeszkadza). Można usłyszeć, że jeśli Donald Tusk nie realizuje swoich zapowiedzi i podejmuje nietrafne decyzje, to dlatego, że słaba jest opozycja, a opozycja jest słaba, bo przewodzi jej Jarosław Kaczyński itd.

Nikt nam jednak nie wyjaśnił, co by było, gdyby przewodził jej jakiś ulubiony przez media polityk. Żaden z tych polityków nie powiedział nam, jaki jest jego program i czym się różni od tego, który proponuje Jarosław Kaczyński. Dowiadujemy się tylko, że chodzi o to, by lepiej wypadać w telewizji, a wypada się dobrze dopóty, dopóki mówi się to, co dziennikarze chcą usłyszeć, głosi poglądy im sympatyczne.


Inne wyjaśnienie tego obsesyjnego zainteresowania brzmi, że swoimi wypowiedziami i działaniami Kaczyński dzieli Polaków. A inni łączą? Od trzech lat PO, partia Niesiołowskiego, Kutza i Palikota, rządzi przez podział, konflikt, wykluczenie i agresję słowną. W dodatku jest to zupełnie inny konflikt niż w latach 2005 – 2007. Wtedy PiS ostro atakowało różne grupy społeczne, które mniej lub bardziej uznawało za skorumpowane lub szkodzące interesowi państwa, ale nigdy nie odmawiało prawa Platformie do bycia partią opozycyjną i do obecności w życiu publicznym.


W konflikcie, który stał się podstawą rządów PO, jej pomysłem na Polskę, nie chodzi o to, by rozwiązać jakiś problem społeczny, lecz o załatwienie konkurenta politycznego, o zdezawuowanie go, by przez jego demonizację lub ośmieszenie utrzymać się przy władzy. Partia ta nigdy nie porywa się na silne grupy społeczne, dobrze żyje z elitami i w przyjaźni z przedsiębiorcami. Integrując establishment i mając poparcie mediów, można sobie też pozwolić na lekceważenie tych wcale nie nielicznych Polaków, którym nie odpowiadają jej rządy, którzy z powodów politycznych i społecznych przeciw nim protestują.


Zerwana umowa

Teraz doszedł nowy aspekt tego konfliktu, bo Jarosław Kaczyński zerwał nową niepisana umowę społeczną, co jest tym bardziej oburzające, że przez chwilę wydawało się, iż ją w pełni zaakceptował. Pamiętamy, jak tuż po wyborach powszechnie go chwalono i przekonywano nas, że mimo przegranej, jest także zwycięzcą, bo „zmienił język polityczny”.
Nowa umowa społeczna dawała mu spokojne miejsce na polskiej scenie politycznej za cenę przemiany. Ale nie chodziło tylko o potrzebną zmianę sposobu komunikowania się z Polakami, tylko o treść tego przekazu. Przede wszystkim chodziło zaś o milczenie o Smoleńsku. Przerwanie tego milczenia ma być ukarane wyrokiem śmierci politycznej. I kolejny raz widać, że jeśli chodzi o organizowanie nagonki, nie brak w Polsce talentów organizacyjnych.
Dlaczego nie należy mówić o katastrofie smoleńskiej – zwłaszcza tak, jak to robi Jarosław Kaczyński? Powód jest prosty – widać gołym okiem, że ta katastrofa zdarzyła się także z powodu karygodnych zaniedbań i lekceważenia przygotowania wizyty prezydenta RP przez polski rząd oraz z powodu zaniedbania i lekceważenia jej przez rząd rosyjski.

Wielu Polaków (a także wielu ludzi na świecie) jest przekonanych, że w Smoleńsku działy się rzeczy jeszcze gorsze. Jak wszyscy wiemy, w Internecie krąży film, z którego wyciągane są najbardziej mroczne wnioski. Nikt nie kwestionuje jego autentyczności. Każdy z nas widział ten film, jednak większość udaje, że nigdy o nim nie słyszała i że nie dostrzega, co na nim widać. Można się spierać co do tego, co daje się z niego odczytać. Na pewno jednak nie przedstawia on sprawnie prowadzonej akcji ratunkowej w cywilizowanym kraju. Wręcz przeciwnie.


Kłamstwo smoleńskie

Kłamstwo smoleńskie wyrażone radosnym obwieszczeniem Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska, że państwo zdało egzamin w chwili, gdy poniosło ogromną klęskę i ujawniło swoją katastrofalną słabość, musi mieć konsekwencje także dla naszej zewnętrznej i wewnętrznej sytuacji. Państwo, które pozwala, by tak traktowano zmarłego prezydenta i 95 osób należących do jego ścisłej elity, by w ten sposób prowadzone było śledztwo, pokazuje wszem wobec swoją bezsilność. To nie pozostanie bez konsekwencji. A przyzwolenie społeczne na tuszowanie sprawy przez rządzących wskazuje na brak wśród Polaków poczucia odpowiedzialności za państwo i brak poczucia narodowej godności. To, że ci rządzący nami politycy nie mają honoru, już wiemy. Pytanie, czy honor mają jeszcze Polacy?

Na kłamstwie smoleńskim usiłuje się też zbudować przyjaźń polsko-rosyjską. Ale wiemy z historii, że tylko prawda może być trwałą podstawą dobrych stosunków między narodami. Powinny nas tego nauczyć dzieje przyjaźni polsko-radzieckiej.


Władza oparta na tak zasadniczym kłamstwie musi także tłumić wolność debaty. Wydaje się więc, że system polityczny będzie ewoluować w stronę ukrytego ograniczenia swobód obywatelskich. Oczywiście nie powstanie w Polsce jawny reżim autorytarny – na to nie pozwala kontekst międzynarodowy – ale powoli będzie zamierać dyskusja i obumierać pluralizm, dokona się też stopniowa „Gleichschaltung” (proces unifikacji, wyrównywania – red.) organizacji i instytucji.


Głos ludu

Nie przypadkiem protesty przenoszą się na ulicę. To ulica przypomina, że nie wszystko jest w porządku. Przypomniały o tym również gwizdy dla Tuska, a owacje dla Kaczyńskiego w Gdyni. Od razu uspokojono się jednak stwierdzeniem, że obecna „Solidarność” jest „pisowska”.

Tymczasem należy pytać, dlaczego nie jest „platformerska” i jak ma się do polityki rządu, szczególnie do „inwestora z Kataru”. Tak się składa, że akurat w tych dniach media niemieckie podały, że Unia Europejska zaakceptowała fuzję Thyssena-Krup Marine System z koncernem Abu Dhabi Mar w dziedzinie budowy i naprawy statków cywilnych i wojskowych. Przed stoczniami w Hamburgu i Kilonii otworzyły się obiecujące perspektywy.


Obronić wizerunku premiera nie mógł nikt z dawnych działaczy „Solidarności”, którzy dzisiaj należą do szeroko rozumianego obozu rządzącego. Polacy wiedzą, że wszyscy stali się politykami jednej orientacji politycznej i że dobrze się im powodzi. Potrzeba więc było głosu ludowego, spontanicznego wystąpienia „zdrowego trzonu klasy robotniczej”. Dlatego zafundowano nam nową, zmodernizowaną i zaktualizowaną wersję Zofii Grzyb. Dzisiaj już wiemy, że PO popierają nie tylko „młodzi, wykształceni, z wielkich miast”, ale także jedna zasłużona, postępowa robotnica. Teraz chodzi o to, by związek zawodowy „Solidarność” oddzielić od dziedzictwa „Solidarności”, aby dziedzictwo to zarządzane było w pełni przez obóz rządzący – tak, by nie motywowało do protestu, tylko legitymizowało władzę.


Można już przewidzieć, jak będzie przebiegała dalsza ewolucja, jeśli nie napotka oporu społecznego. Na koniec dojdzie do rozprawy z odchyleniem „prawicowo-nacjonalistycznym” w samej PO – i nic nie pomoże kolejny list do proboszczów.


Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej”

http://www.rp.pl/artykul/532350-Krasnodebski--Skazani-na--urawnilowke-.html
tejoteł - wstawił JŁ (2010-09-05)

Panie Profesorze, jeśli z całego wywiadu pana biskupa Pieronka zdołał pan wydestylować jedynie te fragmenty i z konieczności destylat ten nazwać "rozsądnymi" to ja gratuluję.

Krzyż był od początku i pozostał do końca nam dany jako nasz ORĘŻ, jako środek walki.

Krzyż od początku był mieczem, który "rozdzielał dwu leżących na tym samym posłaniu i jednego wziął do Nieba, a drugiego zostawił". I dziś tak zostało i zawsze tak będzie, zawsze do skończenia świata.

Pan biskup Pieronek naucza inaczej, i chce krzyż zostawić jedynie jako "przedmiot czci religijnej" chowany najpierw w kościele, potem jak i tam go dopadną (a dopadną wcześniej czy później), to w skarbcu świątyni, potem pod poduszką a najlepiej "głęboko w sercu" (tam Go już nie dopadną - pod warunkiem, że nic się o Nim mówić nie będzie) Pytam więc, czyim i której religii ten pan jest biskupem. Bo nie chrześcijańskiej i nie katolickiej.

Krzyż od początku był, jest i do końca pozostanie naszym prawdziwym, najskuteczniejszym ORĘŻEM. Tak jak orężem - najważniejszym orężem zawsze był proporzec, sztandar. Tak, sztandar był takim potężnym orężem, że po jego zdobyciu dalsza walka ustawała. Nie po złamaniu czy wytrąceniu miecza, ale po zdobyciu sztandaru.

A są jedynie dwa sztandary jak nauczał św. Ignacy Lojola.

Kiedy w XI wieku krzyżem, nie tylko "z krzyżem na piersi" , ale dosłownie krzyżem, jako rękojeścią miecza, walczono, to zwyciężano. I Saraceni, ci co walczyli z krzyżowcami, uznali w końcu po 10 latach krwawych bitew, że z „latyńcami” nie da się zwyciężyć, że liczba, uzbrojenie, kondycja rycerzy nie ma tu żadnego znaczenia. Oni oczywiście nie widzieli jaka jest tajemnica, jakie to czary. Ale krzyżowcy wiedzieli. Zwyciężał KRZYŻ.

Inaczej jest teraz: wydaje się, że teraz jedynie ci co walczą z krzyżem to wiedzą i dlatego walczą. Panie Profesorze, jeśli pan mnie nie wierzy, to niech pan poprosi Jaruzelskiego, aby to Panu wytłumaczył. Może po starej znajomości i sympatii zdobędzie się na chwilę szczerości i szczerze to panu wyzna!!!

Natomiast szukanie wyjaśnienia u pana bpa Pieronka jest zdecydowanie złym pomysłem. Nawet jeśli kiedyś coś o tym słyszał, to dawno już zapomniał.

tejoteł

 

Powyższy tekst jest komentarzem do pochwały, jaką prof. Wielomski zamieścił na stronie

http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/6488/

pod adresem wywiadu biskupa Pieronka opublikowanego w „Rzeczpospolitej”.

Wstawiam tę wypowiedź z forum pod stanowiskiem Wielomskiego dlatego m.in., że dokładnie przedstawia nasz pogląd na rolę krzyża.

Natomiast, no cóż, wypowiedź Profesora na stronie konserwatystów, pokazuje jak głębokie są teraz podziały i jak się ludziom wszystko w głowach pomieszało. Alergia na PiS tłumi wszystko, swędzi tak mocno, że nawet, zdawałoby się kulturalny człowiek, obyty, wyuczony, może nawet niestary i z dużego miasta, w końcu profesor, po prostu po pierwsze musi się podrapać, nie bacząc nawet w jakie miejsce i że publicznie. Nie ma już żadnej idei, żadnej wartości wyższej, nie ma pamięci o żadnej wiedzy wyuczonej, ręka sama sięga do bezwstydnych ruchów.

Czyżby działanie mediów było aż tak skuteczne, aż tak?

Obecnie grzechem jest już nie tyle sprzyjanie Pis-owi (na to decydują się tylko straceńcy), co nie dość manifestacyjne odżegnywanie się od „Kaczora” i „kaczyzmu”. Za to obecnie obrywa się zarówno „Solidarności” jak i jej przewodniczącemu, Śniadkowi. I tylko patrzeć, jak będą wsadzać za to do więzienia, lub tylko wywozić w nieznane.

Wszystko to już zresztą było…
Krzysztof Wyszkowski (2010-08-31)
„To" czyli polskość

 

 

Kanonem wspomnień o Sierpniu`80 jest scena zawarcia w dniu 31 sierpnia 1980 r. w Sali BHP Stoczni Gdańskiej porozumienia pomiędzy Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym a delegacją władz PRL.

Scena ta przywoływana jest przez postkomunistyczną propagandę, jako ikona symbolizująca możliwość dialogu i współpracy „Polaka z Polakiem". Ma to znaczyć, że obie strony łączył ten sam cel. Oto działacz założonych dwa lata wcześniej antykomunistycznych Wolnych Związków Zawodowych  podpisuje dokument wynegocjowany z przedstawicielem PZPR.

 

Ten mit jest wierutnym, komunistycznym, ordynarnym kłamstwem. Działacze PZPR nie byli polskimi patriotami i gdy w dziesięć lat po Grudniu`70 wybuchł w Gdańsku kolejny antykomunistyczny bunt, jego źródłem nie było pragnienie porozumienia się ze zdrajcami polskości, a zmuszenie ich do uznania praw narodu.

Cel WZZ był jasno określony - utworzenie niezależnego od władz przedstawicielstwa społecznego, zdobycie przyczółka wolności, który możnaby następnie rozszerzać, aż do całkowitej likwidacji komunizmu. Zbrojna przewaga komunistów, grożących ponadto zawezwaniem pomocy armii sowieckiej, zmuszała MKS do ostrożności. Dlatego przyjęto ofertę postpaxowsko-rewizjonistycznych pośredników - zgodę na przyjęcie zasłony, czyli tzw. kierowniczej roli partii w państwie. W sławnym filmie „Robotnicy`80" Bronisław Geremek przyznaje: „Od samego początku gdyśmy przyjechali intencją naszą było  powiedzieć, że całemu krajowi zależy na tym, żeby to jak najszybciej się skończyło, to znaczy żeby dojść do porozumienia. Obu stronom to powiedzieć i powiedzieliśmy obu stronom. Zanieśliśmy nasz apel zarówno do Komitetu Strajkowego jak i prosiliśmy o przekazanie Komisji Rządowej."

Warto sobie dzisiaj, trzydzieści lat po Sierpniu`80 i dwadzieścia lat po upadku komunizmu, ten film przypomnieć (najlepszym dowodem, że warto, jest fakt, że od dawna nie jest już wznawiany). Dla Geremka i jemu podobnych „to", czyli ogólnopolski bunt przeciw komunizmowi i sowietyzmowi, był nieporozumieniem, które trzeba jak najszybciej zamazać i przerobić na „socjalistyczną odnowę" w typie Października`56.

Wiem to dobrze, ponieważ byłem tego strajku czynnym uczestnikiem, a nie najętym przez władze PRL pośrednikiem. Gdy przypominam sobie, że 31 sierpnia rozradowany Tadeusz Mazowiecki dziękował mi mówiąc: „To wszystko dzięki panu", jest mi wstyd, bo my - działacze WZZ - choć zdawaliśmy sobie sprawę z historycznej skali sukcesu, nie czuliśmy radości, bo radość byłaby wtedy, gdybyśmy komunizm unicestwili.

Nasze stanowisko zostało zaświadczone na filmie, gdy kamera pokazuje podpisujących  porozumienie i przenosi obraz w górę, na moją postać w koszulce z napisem Solidarność. Kieruję zachowaniem zgromadzonych w Sali BHP delegatów stojąc nad podpisującymi z rękami demonstracyjnie skrzyżowanymi na piersiach i twardą wyrażającą przekonanie, że na razie  aprobujemy ten częściowy sukces w wojnie z komunizmem, ale następnym razem będziemy już walczyć o pełne zwycięstwo.

To ujęcie nie jest przypadkowe. Wcześniej obszedłem całą salę wydając dyspozycję, żeby delegaci strajkujących zakładów pracy asystowali ceremonii na siedząco i w całkowitym milczeniu. Chodziło o przekazanie obrazu kontrastowo odmiennego od tego, który komuniści wyreżyserowali poprzedniego dnia na zakończenie strajku w Szczecinie. My demonstrowaliśmy naszą dumę ze zmuszenia zdradzieckiego przeciwnika do ukorzenia się przed wolą Polaków, ale nie mogło być mowy o brataniu się z sowieckimi janczarami.

Okazalo się jednak, że, mimo zarządzonej przeze mnie rano wymiany przepustek, wróg zdołał wprowadzić na salę swoich ludzi. Zaczęli klaskać w chwili, gdy Mieczysław Jagielski kończył przemówienie słowami: „naszej socjalistycznej ojczyzny Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej." Stałem nadal nieporuszony i dywersantów szybko uciszono. Uznałem jednak, że ponieważ uroczystość była transmitowana „na żywo" przez telewizję, musimy zagłuszyć ten odgłos zdrady i zdominować relację naszym głosem. Szybko rozstawiłem mojego brata i paru drukarzy w różnych końcach sali i w chwili gdy negocjatorzy zaczęli schodzić ze sceny dałem znak do skandowania hasła: „Le-chu, Le-chu!". Sala natychmiast z entuzjazmem podchwyciła skandowanie i transmisja stała się naszym widowiskowym tryumfem (chciałem dać hasło „Wu-Zet-Zet", ale obowiązywała już niewymawialna nazwa „NSZZ" i w efekcie biedny Bolek do dziś powołuje się na to skandowanie, jako znak swojego przywództwa).

Sierpnień`80 był dzieckiem Grudnia`70, ale wszystkie polskie bunty były kontynuowaniem Powstania Warszawskiego przeprowadzanego innymi środkami. Antykomunizm jest najważnieszym polskim obowiązkiem i potwierdza to fakt, że „Solidarność", jako ruch ogólnonarodowy ukonstytuowała się 17 września - w rocznicę tej zdrady, której skutki - okazuje się to przez zbrodnię smoleńską i prześladowanie krzyża - nadal kształtują polski los.

  tekst:  http://www.wyszkowski.com.pl/index.php/artykuy/26/1566-toq-czyli-polsko

  foto:  http://www.wyszkowski.com.pl/index.php/galeria-zdj

 

Poranne pytania - Krzysztof Wyszkowski
http://www.ro.com.pl/posluchaj/dzwiek/2239/Poranne-Pytania-Krzysztof-Wyszkowski/

 

Marianna (2010-08-15)

Z dawna Polski Tyś Królową Maryjo!

Za czasów króla Zygmunta III Wazy żył w Neapolu sławny ze swej świętości jezuita, o. Juliusz Mancinelli. Odznaczał się szczególnym nabożeństwem do Niepokalanej i świętych polskich. 14 sierpnia 1608 r. w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, ukazała mu się Maryja z Dzieciątkiem Jezus. U jej stóp klęczał św. Stanisław Kostka, O. Juliusz nigdy nie widział Matki Bożej w tak wielkim majestacie. Pragnął pozdrowić Ją takim tytułem, jakim jeszcze nikt Jej nie uczcił. Wtedy Maryja powiedziała: "Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie." W krótkim czasie potem, za pozwoleniem swych przełożonych, którzy objawienie to zbadali, o. Mancinelii przekazał tę radosną wiadomość ks. Piotrowi Skardze i jezuitom w Polsce. Oni z kolei donieśli o tym królowi.

O. Juliusz miał już 72 lata, kiedy objawiła mu się Matka Boża, lecz pomimo swego podeszłego wieku postanowił odwiedzić ten kraj, który Maryja szczególnie umiłowała. Wybrał się więc piechotą do Polski. 8 maja 1610 r. doszedł do Krakowa, gdzie był entuzjastycznie witany przez króla i wszystkie stany. Swoje pierwsze kroki skierował do Katedry Wawelskiej. Tutaj ponownie ukazała mu się Maryja w wielkim majestacie i powiedziała: "Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką Tego Narodu, który jest mi bardzo drogi więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj Mnie nieustannie, a Ja będę ci zawsze, tak jak teraz miłosierną."


Na pamiątkę tego wydarzenia mieszkańcy Krakowa umieścili na wieży kościoła Mariackiego koronę. Kiedy w 1655 roku w granice Polski wdarli się Szwedzi, a opuszczony król musiał uciekać poza granice kraju, zrozpaczeni biskupi pisali do papieża: "Zginęliśmy, jeśli Bóg nie zlituje się nad nami". Wtedy Ojciec Święty Aleksander VII, powołując się na objawienie o. Juliusza Mancinelli odpowiedział: "Nie, Maryja was uratuje, to Polski Pani. Jej się poświęćcie. Jej oficjalnie ofiarujcie. Ją Królową ogłoście, przecież sama tego chciała". Król Jan Kazimierz, stosując się do rady papieża, 1 kwietnia 1656 r. złożył uroczysty ślub, ogłaszając Maryję Królową Polski.

Od tej chwili Matka Boża wzięła losy naszego narodu w Swoje dłonie. Ocaliła Polskę nie tylko od potopu szwedzkiego, lecz wiele razy okazywała nam Swoją potęgę i miłosierdzie. Nuncjusz apostolski Pignatelli, późniejszy papież Innocenty XII powiedział do hetmana Stanisława Jabłonowskiego: "Szczęśliwe narody, które mają taką historię, jak Polska, szczęśliwszego od was nie widzę państwa, gdyż wam jedynym zechciała być Królową Maryja, a to jest zaszczyt nad zaszczyty i szczęście niewymowne; obyście to tylko zrozumieli sami".


Dzisiaj obchodzimy piękny i ważny dzień. Wniebowzięcie Maryi Panny, naszej Królowej i Święto Wojska Polskiego na pamiatkę bitwy warszawskiej w roku 1920, zwycięstwa nad bolszewickim złem, obronienia przez Polskę Europy przed komunizmem. Uczestniczyłam w uroczystej Mszy świętej sprawowanej przez biskupa Kopca. Było wojsko, poczty honorowe, kombatanci. Doniosła uroczystość na pamiątkę 90 rocznicy Cudu nad Wisłą. Po Mszy odbył się przemarsz wojska pod pomnik Bojowników o Śląsk, by tam złożyć wiązanki kwiatów. Bardzo chciałam uczestniczyć w tej uroczystości, ale zrezygnowałam.

 

Otóż, orszak ten otwierały, piękne skądinąd marżoretki! Doprawdy, przykry to widok, gdy żołnierzy, dumnych obrońców wolnego narodu prowadzą kuso ubrane istotki odziane w kabaretki... Jak z podrzędnego vodevilu. Nie mówiąc już o pocztach  honorowych i kombatantach! Czy księdzu kapelanowi i panom pułkownikom dumnie kroczącym i wypinającym pierś, nie przeszkadzał ten widok? Czy żołnierzom wypada maszerować za kolorowym, podskakującym kabaretem? Czy jest to wyrazem wdzięczności wobec tej resztki kombatantów, którym dziękujemy za ich wielki trud i odwagę?! A co z tymi sztandarami, na których widnieje napis: Bóg, Honor i Ojczyzna?! Mam nadzieję, że idący karnie za skąpo ubranymi dziewczątkami, panowie dowódcy doprowadzili do właściwego miejsca swoich poddkomendnych?!   Nie mówiąc już o tym, że współcześni żołnierze polscy zostali "zwolnieni z obowiązku noszenia pasa". A więc głównego atrybutu rycerza (pasowanie na rycerza). Atrybutu niezależności, męstwa, honoru, bohaterstwa. I tak, dziś ulicami Opola czwórkami przechadzali się nieświadomi jeńcy, (bo to jeńcom pas się odbiera) pod przewodnictwem pięknych, roztańczonych marżoretek ... Pomyślałam ze smutkiem, że tym współczesne pokolenie się różni od poprzednich,że 90 lat temu w naszych miastach odbywały się procesje ekspiacyjne z Monstrancją w ręku Kapłana. Z obrazami naszej Królowej, Matki Bożej. Wówczas przyszła wielka Łaska, a dziś przychodzi wielka woda...Więc dalej, bawmy się, jak na błaznów przystało! Teraz rozumiem doskonale słowa poety:

Powiedz, orle! orle mój!

Białoskrzydły, niezmazany,
Skąd tych czarnych myśli rój?
One rosną - gdzie kajdany!
Ach! niewola sączy jad,
Co rozkłada Duchów skład!
Niczym Sybir - niczym knuty
I cielesnych tortur król!
Lecz narodu duch otruty -
To dopiero bólów ból!
Z. Krasiński.

Może ktoś z czytających zarzuci mi, że symbolika nie jest ważna. Odpowiadam więc. Dlaczego nie pozwalacie nam, ludziom według was, nierozumnym, fanatykom, moherom, tkwić pod naszym Krzyżem? Przecież ten Symbol jest wam obojętny?! Pozwólcie więc byśmy przy Nim postali, cichutko poszeptali, może coś zaśpiewamy i sobie pójdziemy! Ośmieszacie się, jak nie przymierzając ci sprzed 2000 tysięcy lat. Im również chodziło o „Dobro i Prawdę”. Przy Grobie "tego zwodziciela ludu" postawili nawet straże. Dziś Wy, współcześni, nowocześni postawiliście przy „kawałku drzewa” - jak powiadacie, umundurowane służby.

Deja Vu ??. Już przegraliście, jak tamci..


obrazki z :

http://corrigenda.salon24.pl/164933,zlota-korona

http://www.wolnapolska.pl/index.php/mier-ks-ignacego-skorupki.html

http://opole.gazeta.pl/opole/51,35086,8252873.html?i=4

http://opole.gazeta.pl/opole/1,35086,8252873.html

Sekret j.b. (2010-08-09)

W dawnych czasach straszyłem posłów i senatorów naszego(?) parlamentu, że za oddanie w głosowaniu nad ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, Rzeczypospolitej, pod panowanie Eurosojuza, z kryminału nie wyjdą. Jak się okazuje były to groźby nie tylko niekaralne, ale nawet zupełnie bezpodstawne (jak na razie?). Jedynym, widocznym dla mnie efektem setek mailów z cytatami z Konstytucji, oraz Kodeksu Karnego było nawiązanie przez jednego z panów korespondencji za mną. Jest ona jednostronna, to znaczy on posyła mi swoje teksty, a ja nie reaguję. Jednak ostanio nadesłał mi tekst na tyle miły, że pomyślałem, by jakoś go nagrodzić, a czytelnikom urządzić zagadkę.

Tekst jest poniżej. Kto dotyczyta do końca, ten pozna nazwisko autora.

Marianna (2010-08-05)

Drogi Jacku!
Napisałeś dobry artykuł dotyczący Krzyża. Jednakże pragnę Ci powiedzieć, że człowiek roztropny napomina swoich bliźnich, widząc w nich choć odrobinkę dobrej woli. Pytam więc, czy u rządzących zauważasz tę wolę?!! Ja jej nie widzę, więcej, myślę, że komuś bardzo zależy na skłócaniu i zniechęcaniu Polaków. To są moje przypuszczenia. Jest mi przykro o tym pisać, ale mam wrażenie, że "zarządzający" Polską doskonale przyuczyli się(lub ktoś ich przyuczył) do swojej roli. Jak można zneutralizować niepokorny Naród, który od wieków uparcie przeszkadza w drodze ku świetlanej przyszłości. Oni i ich Bóg!
Przyjrzyjmy się więc wspólnie zasadom sztuki wojennej zapisanym przez słynnego stratega Sun Cy.(VI w. p.n.e.)
1) Dyskredytujcie wszystko co dobre w kraju przeciwnika.
2) Wciągajcie przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze działania.
3) Podrywajcie ich dobre imię i w odpowiednim czasie, rzućcie ich na pastwę pogardy rodaków
4) Korzystajcie ze współpracy istot najpodlejszych i najbardziej odrażających.
5) Zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju.
6) Buntujcie młodych przeciwko starszym. Ośmieszajcie tradycję waszych przeciwników.

7) Osłabiajcie siłę i wolę walki nieprzyjaciół za pomocą zmysłowej muzyki i piosenek.
8) Podeślijcie im nierządnice, żeby dokończyły dzieła zniszczenia.
9) Nie szczędźcie obietnic, podarunków, żeby zdobyć wiadomości. Nie żałujcie pieniędzy,bo pieniądz w ten sposób wydany, zwróci się stokrotnie.
10) Instalujcie wszędzie swoich szpiegów.
Zastanów się, ile oni czerpią z tych starożytnych zasad?! Tacy Antykrzyżowcy i ich medialni poplecznicy. Żałuję, że my nie bardzo potrafimy się przed nimi bronić! Niedawno wyczytałam u jakiejś mądrali, że Krzyż ów nie jest symbolem religijnym, a partyjnym. Ciekawa sprawa! Czy pan redaktor nie wie, że Krzyż ma już swojego Właściciela. I nie jest nim ani PO, ani też PIS! Ale kto to szanownym redaktorom przypomni, skoro Kościół przestał być Nauczycielem i Sumieniem Narodu. Na własne życzenie przestaje być poważnie traktowany. O Krzyż nie upomni się abp. Nycz, gdyż "nie został poproszony" Pytam więc:
Czy ci niezłomni ludzie stojący pod tym Krzyżem, nie są taką niemą prośbą?!?
Źli ludzie urągają naszym drogim symbolom, a Wy, kapłani, jakbyście tego nie zauważali. Czy nasi księża zapomnieli już, że Krzyż chociaż ugiął Chrystusa, wyprostował ludzkość?! Przywrócił nam godność?! Stał się wielkim znakiem nadziei. Stojąc przy Nim, chociaż nieraz upadamy, podnosimy się i zwracając oczy i serca ku Chrystusowi idziemy dalej żłobiąc ojczystą ziemię potem naszej pracy i krwią bohaterów. Bo, jak mawiał Józef Piłsudski:
"Polska będzie katolicka, albo jej nie będzie wcale"
Przyłączacie się więc do ludzi o złej woli, którzy usiłują odebrać nam nadzieję?!
My mamy nadzieję, że jeszcze się podniesiemy z tych pęt zła, niewoli naszych umierających sumień i zatwardziałych serc... Kogo reprezentują biskupi Pieronek i Życiński, stający przeciw Krzyżowi i pogardzając Jego obrońcami?! . Czy poruszają was, czcigodni biskupi  słowa z " Nie-boskiej komedii" Krasińskiego
Bracia moi mili, bracia moi podli, bracia kochani
Krzyż, wróg nasz podcięty zbutwiały
Stoi dziś nad kałużą krwi
A jak raz się powali
Nie powstanie więcej

A On już nieraz powalony, zwycięsko powstawał na Chwałę Boga, ku radości oddanych Mu ludzi i na przekór Jego wrogom. Oddam głos naszemu umiłowanemu Prymasowi Tysiąclecia kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu. Nieczęsto, ale mówicie o Nim.  Zasłaniacie Nim swoją małość, nadużywając Jego wielkiego autorytetu.
Oto jednio z jego kazań zawartych w zbiorze „Bochen chleba”:
"Nieraz bronimy Kościoła przed wszystkimi nieszczęściami,klęskami i prześladowaniami. Podobnie Uczniowie chcieli bronić Chrystusa przed krzyżem" Będzie wydany poganom, wyśmiany ubiczowany i oplwany. A po ubiczowaniu zabiją Go i dnia trzeciego zmartwychwstanie" Uczniowie nie dosłyszeli tego" Trzeciego dnia zmartwychwstanie" i Piotr zakrzyknął "Ależ to wszystko nie przyjdzie na ciebie! Absolutnie! My do tego nie dopuścimy! Choćby wszyscy się Ciebie zaparli, ja się Ciebie nie zaprę" - mówi kandydat na papieża. A jak było? Dobrze wiemy... Bardzo często brak jest rozumienia, że Kościół nie jest tylko zwycięski, mający Prawdę i niezłomne zasady moralne. Kościół musi być ponadto na Krzyżu, bo i Jego Założyciel był na Krzyżu. Kościół musi cierpieć, bo Chrystus cierpiał. Kościół musi składać ciężkie ofiary, bo Chrystus złożył Ofiarę z Siebie. Musi niekiedy milczeć, być oplwany, ubiczowany i na śmierć skazany. Nieraz Go już w grobie ułożą, napiszą artykuły, że sprawa z Nim już zakończona, a On" trzeciego dnia" -  nikt dokładnie nie wie kiedy - Zmartwychwstaje! Jakieś nowe siły się ujawniają, nowe moce wchodzą w grę, następują jakieś przemiany i nowe sytuacje i Kościół-zmartwychwstaje! Można zanotować wiele takich zmartwychwstań nawet z sytuacji, w których, zda się, że Chrystus umarł na dobre. Budzą się głody religijne w krajach, po wielu latach prześladowań religii. Budzą się takie głody w krajach zmaterializowanych. Budzą się nawet w krajach hedonistycznych i dostatnich. I tam Chrystus Zmartwychwstaje. Przywalony jest jeszcze ciężkim kamieniem rzeczywistości, ale, nie bójcie się - trzeciego dnia On zmartwychwstanie! My znowu chcielibyśmy, aby zmartwychwstał natychmiast. Po co trzeciego dnia? Załatw to zaraz! Jeżeli możesz trzeciego dnia - to możesz i dziś! A jednak trzeba poczekać, jak rolnik czeka na wzejście ziarna, które jesienią rzucił w rolę. Czeka aż do wiosny. Można by powiedzieć po co siać w jesieni? Zróbmy to w maju. Przecież wcześniej nie wyrośnie. A jednak w jesieni wrzuca się ziarno, potem przychodzą słoty, wichry, śniegi, mrozy, błoto. Coś tam wreszcie z trudem się przebija i wzrośnie, jak niejednej wiosny, która się nie spieszy, namyśla się jakby, tak jej jakoś niespieszno i niepilno na świat. Aż wreszcie słońce przygrzeje i wszystko wybucha! Takie" wybuchy" gorącej wiosny zna Kościół. Wcześniej czy później, jest zwycięstwo! Przez Krzyż i mękę wszedł Chrystus do chwały. Tak samo przez Krzyż i mękę wchodzi Kościół do chwały. Jest On przecież żyjącym na ziemi Chrystusem, który przeszedł przez wielkie tajemnice męki, bólu, cierpienia, ale ostatecznie - Zwyciężył!"
Uparcie tkwiąc pod Krzyżem, jesteśmy pewni- Już zwyciężyliśmy! Choć śmieją się z nas szydercy, ludzie mali i podli. A my mamy przed oczyma zawołanie największego Bożego Wojownika " Któż jak Bóg!"
Pozdrawiam Marianna.

 

foto:  http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Warsaw_Uprising_-_Christ_of_Holy_Cross_Church.jpg

 

zobacz też:   http://pl.wikipedia.org/wiki/Bazylika_Świętego_Krzyża_w_Warszawie
Zdzisław Bernacki (2010-07-30)
         NIE  ZDRADŹCIE  SIERPNIA,  BRACIA...

                     Nie zdradźcie Sierpnia, bracia!
                     Grzech zdrady -- jest najcięższy.
                     Czeka nas długa walka,
                     A strach – to wróg najpierwszy...

                     Nie zdradźcie Sierpnia, bracia!
                     Wiara -- przenosi góry.
                     Wierności żąda prawda,
                     A kłamstwo – wróg nasz wtóry.

                     Nie zdradźcie Sierpnia, bracia!
                     Gniew – może pożar wzniecić;
                     Niech jednak jak pochodnia
                     Świeci przez noc aż do dnia,
                     Łagodnie, godnie i swobodnie,
                     Bo gwałt – to wróg nasz trzeci..

 

 

Zdzisław Bernacki       1982  Michałów           

 

Kolejna pamiątka z tamtych lat, ktora niestety staje się coraz bardziej aktualna, zamiast się dezaktualizować.     j.b.

 

 

 
   
Wszelkie prawa zastrzeżone © 2017 designed by NSF.pl powered by GeopardCMS