Jacek Bezeg (2010-11-07)

Po nitce od Chopina do …...

Grzebanie w internetowej sieci to zajęcie rzeczywiście niefajne. Tak jak łażąc po śmietnisku, tak i tam trzeba uważać, by w coś brzydkiego nie wdepnąć. Może na własnym przykładzie pokażę jak to bywa. Jako stary żeglarz zainteresowałem się tekstem o problemach armatorów na stronie http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=2572&Itemid=53 wziętym z kolei z innej też ciekawej http://dwagrosze.blogspot.com/2010/11/niepowazne-apele-powaznych-armatorow.html Okazało się, że mogę tu dowiedzieć się czegoś więcej o problemach jakie miał ostatnio drugi co do wielkości z polskich żaglowców Fryderyk Chopin.

Kiedyś prowadząc znacznie mniejszy statek spotkałem go w cieśninach duńskich i przez radio wymieniliśmy pozdrowienia. Nie wiedziałem, że jego armatorem już wtedy była uczelnia szkoląca prawników, Europejska Wyższa Szkoła Prawa i Administracji. Autor tekstu dziwi się tak silnemu pociągowi prawników do żeglarstwa, że aż stali się właścicielem tak dużego statku. Pisze, że kadra profesorska EWSPiA to dawni wielbiciele ZSRR obecnie przekierowani na zamiłowanie do ZSRE. Wysuwa też podejrzenie, iż ze skąpstwa nie opłacili stosownych ubezpieczeń i dlatego w zaistniałej po utracie masztów sytuacji zmuszeni są szukać pieniędzy na remont zamiast po prostu przekazać problem w ręce ubezpieczyciela. To co przeczytałem o uczelni - armatorze spowodowało moje zainteresowanie nią i jej kadrami. Poszedłem za wskazaniem z tekstu na http://www.tvn24.pl/-1,1680344,0,1,apel-pomozcie-wyremontowac-chopina,wiadomosc.html , by zobaczyć, że rzeczywiście poszukują sponsorów remontu. Przeczytałem, że „rektor Wyższej Europejskiej Szkoły Prawa i Administracji w Warszawie Dariusz Czajka jest w Falmouth w Kornwalii”. Znalazłem więc pierwsze nazwisko, rektor? Jednak pod adresem http://www.ewspa.edu.pl/wladze.html podano, że pełni on funkcję Kanclerza.

„Zaguglowałem” no i proszę, pod adresem http://www.ktokogo.pl/Dariusz_Czajka zobaczyłem jak bardzo aktywny jest pan Dariusz. Wszędzie go pełno. A może to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk? Bo zupełnie gdzie indziej znalazłem informację zatytułowaną niezbyt optymistycznie „Prawnicy nie chcą sędziego Czajki” http://lex.pl/?cmd=artykul,340 Okazuje się, że zajmujący się upadłościami sędzia Dariusz C. wielokrotnie przyśpieszał upadłość firm, zwłaszcza z dużą różnicą pomiędzy kwotą zadłużenia, a wartością posiadanych aktywów na korzyść tych ostatnich. Pozostałe po takich upadłościach dobra były często nabywane na warunkach „promocyjnych” przez podmioty, z którymi był powiązany. Jedna z takich akcji jest opisana bardziej szczegółowo tu : http://www.upadloscian.org.pl/ Tamże przeczytać możemy też i o tym, że sędzia był za te wyczyny sądzony. Został nawet ukarany. Naganą!!

Trochę lepiej oceniają go autorzy strony http://www.czarnalista.com/ przyznając mu pierwsze miejsce na swojej „Czarnej liście symboli polskiego wymiaru sprawiedliwości”. Nie jest on niestety jedyną osobą na tym wykazie. Od roku 2007 kiedy to opublikowali na http://www.czarnalista.com/wazne_ostrzezenie_Zrzeszenie-Prawnikow-Polskich.html tekst ostrzegający prze Dariuszem C. i Zrzeszeniem Prawników Polskich, rozsyłają go też do osób i instytucji. A przecież tu http://www.ewspa.edu.pl można znaleźć tyle pięknych słów i idei.

Czy o wszystkich wykładowcach tej szkoły można zebrać takie właśnie zestawy informacji? A jak jest na innych uczelniach? Nie będę szukał. Dość już mam czytania próśb o więcej optymizmu w moich tekstach. Też chciałbym poczytać coś optymistycznego.

 foto z:

http://www.hoorn.org.pl/images/rejs_sy_fryderyk_chopin.jpg
Krzysztof J. Wojtas (2010-11-02)

IMPERIUM - POLSKA

Poniższy tekst to zbiór notek Krzysztofa J. Wojtasa.
Uważam, że temat ten ze względu na jego niezwykłą wagę oraz głębię i trafność przemyśleń autora wart jest szerokiego rozpropagowania.
Zestawił - SpiritoLibero


I
Kilkukrotnie wspominałem w różnych miejscach, że odnowa idei polskości winna odbywać się na bazie jakiejś szerszej idei. Aby była możliwość przeciwstawiania się Rosji, Niemcom, czy judaizmowi, winna zostać wypracowana idea równorzędna, bo tylko na takiej podstawie można porównywać tworzone rozwiązania.

Jest oczywistym, że jedynie idea odnosząca się do wszystkich dziedzin życia społecznego, takie kryteria spełnia. A sama przez się stanowi ideę imperialną.

Określenie imperium ma zakodowany negatywne znaczenie. Wpłynęło na to z jednej strony indoktrynacja komunistyczna (starsze pokolenie, do którego już chyba należę), a z drugiej, poprzez „kultowy” serial Gwiezdne Wojny, gdzie kontynuowano tamto znaczenie tego określenia.
Tymczasem konieczna jest zmiana spojrzenia na ten problem w myśl poprzedzającego akapitu.

Na czym opieram swoje uwagi? Na prezentowanych notkach w cyklach nawiązujących do cywilizacji. Było ich łącznie ponad trzydzieści. A imperialność łączy się jednoznacznie z cywilizacjami.
Czym bowiem jest imperialność?
Organizacją życia społecznego , gdzie czynnikiem łączącym są wartości wyróżniające cywilizacje, uznawane i jednakowo rozumiane przez wspólnotę cywilizacyjną.
Można więc twierdzić, że są to zasady organizacji państw istniejących w danej cywilizacji, gdzie może występować hegemon, ale też tę rolę może pełnić instytucja religijna, jako rozjemca istniejących kulturalnych odchyleń.

Pozycja hegemona w cywilizacji jest spełniana odpowiednio przez dwór cesarza (władze państwa obecnie) w Chinach, kapłanów (bramini) w Indiach, Papieża w cywilizacji łacińskiej , Sanchedryn w judaizmie , muftich opierających się na Koranie w świecie muzułmańskim, czy cara w Rosji.
Tak w ogólnym zarysie można scharakteryzować nadrzędne czynniki łączące.

W tej części chcę zaznaczyć jeden element; siła militarna nie jest istotnym czynnikiem spajającym imperium. Przeciwnie. Można twierdzić, że siła militarna, czy to hegemona, czy też jednostek składowych, wskazuje na degenerację systemu. I zazwyczaj sygnalizuje upadek, albo gwałtowne zmiany relacji.
Imperium organizując i regulując wszystkie sfery życia nie potrzebuje siły militarnej do utrzymania tych zasad. Raczej tylko sił porządkowych zdolnych wyegzekwować utrzymanie zależności i usuniecie niesubordynacji.

Warto tu zwrócić uwagę, że u siły porządkowe, wobec wielkości imperium, są zazwyczaj dostatecznie potężne, aby stanowić zaporę także dla czynnika zewnętrznego. Jednak budowa struktur militarnych nie jest celem imperium.
Taka sytuacja miała miejsce w Imperium Rzymskim. Rozpad struktur nastąpił w konfrontacji z mniejszymi jednostkami „cywilizacyjnymi”, ale o militarnej strukturze organizacyjnej (Partowie, Germanie).

Kolejna uwaga. Przegrana militarna nie musi powodować upadku imperium. Zazwyczaj jedynie przemieszczają się ośrodki decyzyjne.
Upadek jest wynikiem odrzucenia wartości leżących u podstaw wspólnoty cywilizacyjnej. Jeśli to nie następuje – zwycięstwo militarne jest iluzoryczne i nie ma następstw, a relatywnie szybko następuje odrzucenie okupacji.
Taka sytuacja miała miejsce w Indiach, Chinach, Wietnamie, a ostatnio zauważalne jest w Iraku i Afganistanie; można twierdzić, że w konfrontacji cywilizacji czynnik militarny ma niewielkie znaczenie. Przeciwnie. Używanie siły militarnej wskazuje na słabość, zbliżający się kryzys i przewartościowania u agresora.
Ostatnie 500 lat , a zwłaszcza 150 lat stanowiły o ekspansji Cywilizacji Łacińskiej. Nietrudno zauważyć, że czynnik militarny odgrywa tu coraz większą rolę. Jednocześnie faktyczne wpływy ulegają ograniczeniu. Europa i USA – dziedzice tej cywilizacji, zdegenerowały ją na tyle, że nie jest atrakcyjna dla jednostek z innych kręgów cywilizacyjnych.
Najbardziej wyraźnym tego przykładem jest eliminowanie wspólnot chrześcijańskich z tamtych społeczności. Ma to miejsce we wszystkich krajach. A jednocześnie na terenie Europy i USA szybko rozwijają się grupy wyznające odmienne zasady cywilizacyjne i religijne. Ba, nawet konflikt – nie zaleczone rany, między Kościołem Wschodnim i Zachodnim , należy rozważać przez pryzmat konfliktu cywilizacyjnego.

Tematyka tu poruszona dotyczy zbyt wielkiej ilości zagadnień, aby można było wgłębiać się w szczegóły. Dodać jednak jeszcze należy, że imperia nie są agresywne militarnie. Wpajane nam takie przekonania są zdecydowanie wynikiem manipulacji.
Prof. Koneczny postawił tezę, że istnieje permanentny konflikt cywilizacyjne, którego efektem jest pełna likwidacja cywilizacji przegranej. Być może tak jest, ale na pewno konfrontacja nie odbywa się w sferze militarnej, acz niekiedy ma, marginalnie, i taki charakter.
Istotą konfliktu jest tworzenie przekonania, że system organizacyjny oparty o daną cywilizację, w sposób optymalny zapewni dostosowanie do istniejących wyzwań rozwojowych.

Ważna wydaje się jeszcze wstawka dotycząca II WŚ. Otóż przegrana Niemiec nie wynikała ze słabości technologii wojennej; raczej z niedostatków ideologii imperialnej. Niekompletność tej idei jest widoczna w braku wskazań korzyści dla społeczeństw, które znalazły się w obrębie terenów zajętych przez Niemcy. Ludy ZSRR, zmęczone terrorystycznym terrorem, były gotowe do uległej współpracy z Niemcami. Tymczasem zaproponowano im niewolnictwo z rasą panów. Czyli żadnych korzyści.
W efekcie nie nastąpiło masowe wstępowanie w szeregi armii niemieckiej, co zaowocowało brakiem 2 – 3 milionów ludzi do zwycięstwa nad ZSRR.
Trudno zaś wnioskować, jaki wynik miałaby wojna po wyeliminowaniu tego kraju.

Kończąc tę notkę chcę zasygnalizować dalsze, gdzie zamierzam rozważyć możliwość i potrzebę wytworzenia Polskiej Doktryny Imperialnej opartej na Cywilizacji Łacińskiej z zaznaczeniem polskiej odmienności. Dalej zaś warunki konieczne do realizacji w tym budowę elit mogących urzeczywistnić te projekty – a może tylko mrzonki.

II
Rozpoczynając pisać ten cykl – kontynuuję swoje wcześniejsze ukierunkowania. Nie jest to więc aktywność na zasadzie „mam pomysła”, a raczej utrzymanie wcześniejszych linii. Może bardziej już rozwiniętych, lepiej dostosowanych i z pełniejszą argumentacją.


Nie chcę przypisywać sobie roli przekraczającej możliwości, ale też proszę o dostrzec zależności.
Otóż dwa lata temu , w ramach cyklu „Wojna cywilizacji” zamieściłem notkę

http://brakszysz.salon24.pl/83424,wojna-cywilizacji-8-kierunki

gdzie przedstawiłem swój punkt widzenia dotyczący kierunków strategicznych dla polityki polskiej. (Warto przeczytać i porównać z obecnym stanem sytuacyjnym – sam jestem zdziwiony swą przenikliwością ).
Temat został podjęty przez A. M. Nicponia i znalazł uznanie adminów S24 – powstało forum, które miało opracować Strategię dla Polski.
Powstało kilka tekstów, ale ich zakres rozważań nie przekraczał diagnozy stanu bieżącego.
Jeszcze Łażący Łazarz próbował kontynuować tematykę otwierając nawet witrynę Geostrategia Rozwoju Polski, ale też nie znalazło to wyraźnych opracowań podsumowujących. (Acz utrzymujemy kontakt i pewne pomysły wzajemnie przenikają.)

Moja pierwsza notka z tego cyklu zbiegła się z kilkoma artykułami-opracowaniami, jakie zaistniały medialnie. Jest bowiem artykuł J. Kaczyńskiego, ale też dla mnie równie znaczące teksty

http://piotrjakucki.salon24.pl/233459,zabojcza-doktryna-karaganowa,
http://bezwodkinierazbieriosz.salon24.pl/233919,

czy-400-lat-temu-to-polacy-zdobyli-kreml - to tekst zespołu Forum Rosja – Polska, a także
http://polska-azja.salon24.pl/233725,polska-strategicznym-partnerem-chin-zadnych-marzen-panowie
oraz http://polska-azja.salon24.pl/234070,profesor-bogdan-goralczyk-egzotyczny-sojusz-z-chinami

Można twierdzić, że wszystkie wspomniane teksty określają miejsce i możliwości działania Polski. Pozostaje bowiem jedynie bardziej ścisłe odniesienie do Niemiec i UE.

Odnosząc się do idei zawartych we wspomnianych tekstach pragnę zaznaczyć jeden podstawowy wątek: na bazie jakich relacji mamy utrzymywać stosunki z poszczególnymi „dużymi graczami” sceny politycznej świata?

Mój negatywny stosunek do programu PiS i tez artykułu Kaczyńskiego wynika z konstatacji, że tenże program jest wasalnym wobec USA i tym samym judaizmu, bo chyba obecnie zależność polityki amerykańskiej od Izraela nie jest tematem tabu.

Tymczasem jest to całkowicie sprzeczne z interesem narodowym - jako, że Polska należy do Cywilizacji Łacińskiej. Próba przebudowy mentalności Polaków jest tożsama z likwidacją narodu. I chyba ta opcja jest widoczna w naciskach medialnych jakie są czynione, gdzie istotną role odgrywa twierdzenie o judeochrześcijańskich korzeniach Europy.
Większego bzdetu nie można sobie wyobrazić.
Dlatego też stwierdziłem, że polityka PiS jest formą zdrady idei polskości.

Pozostają relacje z Rosją i Chinami.

Rosja przynależy do innej cywilizacji niż Polska. Nie widzę możliwości znalezienia platformy współpracy – zbyt się różnimy. Jednak są to nasi sąsiedzi i musimy ustalić zasady współżycia.
Mamy wyraźną pogardę ze strony Rosji dla obecnej Polski. Szczególnie w wypadku realizacji polityki PiS; jeśli Polska chce występować jako lokaj USA, dla Rosji będzie przedmiotem pogardy. Tamtejszy system gotów jest rozmawiać z równym sobie, ale dla przypadku PiS będzie traktował Polskę jako li tylko przydupasa, czyli wg tatarskich określeń „chołopa” – kogoś nie zasługującego na pełnię praw – raba.

Medialni manipulanci ( a należy do nich szeroki krąg „prawicowych” blogerów), przedstawia Rosję jako podstawowe zagrożenie dla naszej (rzekomej) suwerenności, gdzie ceną jej utrzymania ma być podporządkowanie się Zachodowi (w mniejszym, czy większym stopniu bądź USA, bądź UE).
Tymczasem Rosja jest słaba i mimo prężenia muskułów – poszukuje partnerów do współpracy. Zagrożeniem dla Rosji są Chiny. Wskazane artykuły wręcz sugerują takie zainteresowanie Rosji. Tyle, że współpraca nie może mieć miejsca z lokajem.
Sama Rosja nie jest w stanie przeciwstawić się Chinom – choćby z racji demograficznych (w pierwszej części wskazywałem iluzoryczną rolę militariów w konfrontacji cywilizacji).

Można wysnuć wniosek, że Rosja gotowa byłaby „zapłacić” dostępem do surowców i innymi korzyściami organizmowi, który wesprze ją w tym konflikcie. Szuka partnera w UE, a w szczególności w Niemczech, ale gdyby powstała grupa państw Europy Środkowo-Wschodniej, mająca razem „kapitał” liczący się w rozgrywce – zapewne można byłoby uzyskać bardzo wiele.
I to jest drugi element, gdzie można wykazać, że polityka PiS jest sprzeczna z interesem Polski. Jako, że co prawda, było dążenie do tworzenia grupy regionalnej, ale w celu konfrontacji z Rosją i podporządkowanie tej struktury USA – z dalszymi konsekwencjami.

Kwesta Chin.
Dysproporcje ludnościowe są takie, ze wszelkie sugestie o nawiązaniu partnerskich stosunków są nawet nie śmieszne. Są mrzonkami debila.
Natomiast, podobnie jak w przypadku Rosji; powstanie wspólnoty państw regionu, z nie tyle równym, co porównywalnym potencjale demograficznym, może zaowocować różnymi formami współpracy. I niekoniecznie o wrogim charakterze. Zwłaszcza, że podstawowe wartości cywilizacyjne – są relatywnie bliskie.

Moje rozważania prowadzące do uzasadnienia wykreowania na nowo Imperialnej Strategii Polski, po tym fragmencie , wydają się bardziej zrozumiałe. Mam taką nadzieję.

I jeszcze uzupełnienie.
Otóż wszystkie cywilizacje wytworzyły idee imperialne – tak, jak to określiłem w poprzedniej notce.
Z jednym wyjątkiem – cywilizacji żydowskiej. W cyklach „biblijnych” wskazywałem, że jest to sztuczna cywilizacja, której nadano cechy starożytnej (na co „nabrał” się i prof.. Koneczny), a w rzeczywistości jest to najmłodsza cywilizacja, która jako jedyna nie ma własnej idei imperialnej, a to z racji rasizmu, stanowiącego jeden z podstawowych filarów tej budowli.
Kwestia, która nasunęła się obecnie, a która wymaga szerszego wyjaśnienia – to chyba w uzupełnieniu poprzednich cykli.

III
Kontynuując ten cykl, trochę opóźniony z racji zdarzenia losowego, koniecznym jest zastanowienie się, czy „jest miejsce” na ideę imperialną w tym miejscu Europy i czasie, w którym żyjemy.

Można jednoznacznie wykazać, że zarówno Europa (UE) jak i USA , są pod przemożnym wpływem judaizmu, co ujawnia się w prowadzonej polityce, ale także przejawach działalności gospodarczej. Piętno judaizmu jest też coraz bardziej widoczne w dziedzinie sztuki i relacjach międzyludzkich – atomizacja społeczeństw.
Pewnie to będzie zaskoczeniem, ale najbardziej spektakularny wpływ widoczny jest w nauce; brak nowych kierunków poznawczych, a istniejące wcześniej idee są szczegółowo wertowane. To oznaka stagnacji. Gdyby Einstein nie był potrzebny jako ikona geniuszu – już dawno Teoria Względności zostałaby zastąpiona bardziej wszechstronnym dopasowaniem do rzeczywistości.
Ograniczenia występują także w syntezie - czyli filozofii.

To nasza sfera cywilizacyjna. A co dzieje się w innych częściach świata?

Przede wszystkim media starają się "wdrukować" przekonanie, że świat jest jednością i wszyscy jednakowo traktują społeczne relacje. Jeśli zaś jest ktoś (państwo), które nie dostosowuje się do narzuconych standardów – jest dysydentem, którego można przywołać do porządku bądź drogą militarną, bądź restrykcjami gospodarczymi. Oczywiście prawo wykonania należało do hegemona – czyli USA.

Tak było, ale ta rola skończyła się wraz z atakiem na Irak i Afganistan. USA poprzez wspomniane działania utraciły moralne prawo występowania w roli rzecznika praw ludzi. Stały się zwykłym agresorem, którego działania wynikają z dążenia do korzyści własnych.

Tym działaniem przestało być nośne hasło – pax americana. Bo nawet odrzucając wiele z amerykańskiej retoryki warto poświęcić niektóre wartości na rzecz ważniejszej, jaką jest pokój.

Kontynuując myśl „imperialną” można dodać, że praktycznie idea imperialna utraciła w USA swą nośność (wypaliła się) w trakcie wojny wietnamskiej.

(Traktuję ideę imperialną jako element pozytywny – być może ta kwestia wymaga pełniejszego wyjaśnienia – to jednak jako osobny wątek, lub w dyskusji).

Poza USA, „wielkimi” graczami sceny światowej są Chiny, Indie i marginalizowana Rosja. Są jeszcze państwa muzułmańskie – te działają mniej spektakularnie, ale bardzo skutecznie – ekspansją demograficzną.

Chiny wracają do swej pierwotnej roli – Państwa Środka, które jest samodzielnym bytem i nie potrzebuje żadnej współpracy z państwami „zewnętrznymi”.
Może to budzić wątpliwości. Ale warto wspomnieć, że jeszcze przed epoką odkryć geograficznych, statki chińskie spenetrowały cały świat – i rozszerzanie wpływów zostało uznane za niecelowe; Chiny nie muszą działać metodą ekspansji – wpływy mają być poprzez przyłączanie się innych do organizacji, jaką jest cesarstwo chińskie.

Podobną ideą kierują się Indie. Brak nowych wyzwań pozwolił na wypracowanie strategii dostosowania do obecnych warunków. Przejawem jest gwałtowny wzrost gospodarczy.
Obie cywilizacje, chińska i hinduska, dysponują podstawowym atutem w porównaniu do cywilizacji zachodniej – ludnością.
Indie mają ok. 1,2 mld ludzi, Chiny ponad 1,5 mld. Zaś łącznie państwa Zachodu – to ok. 800 mln.

Na tym tle Rosja mająca około 150 mln ludzi – jest karłem. Jej szanse rozwojowe, a nawet tylko utrzymanie pozycji, wydają się tylko iluzoryczne.
Można rozważać potęgę militarną – jednak użycie broni jądrowej jest formą wyrafinowanego samobójstwa. Zwłaszcza w wojnie obronnej. Wystarczy prześledzić tor przemieszczania się chmury radioaktywnej po katastrofie czernobylskiej, aby zdać sobie z tego sprawę.

Chyba nie będę prorokiem, jeśli stwierdzę, że czas ekspansji cywilizacji łacińskiej bezpowrotnie minął, a uważny obserwator zauważy, że podstawą nie była siła militarna, jak się to ostatnio przedstawia, a walory cywilizacyjne. Tu głównym elementem był personalizm – dostrzeganie wartości w każdym człowieku.

Ważnym elementem, zupełnie pomijanym, jest czynnik ekonomiczny – rodzina.
Jedynie w cywilizacji łacińskiej rodzina jest traktowana łącznie, gdzie kobieta wypełnia funkcje rodzinne jako równoprawna jednostka. W efekcie społeczny koszt wychowania młodego pokolenia w cywilizacji łacińskiej był najmniejszy.
Atak na rodzinę – czego jesteśmy świadkami – w różnych formach i zakresie, stał się „podcinaniem skrzydeł” cywilizacji.

Zadziwia sytuacja, gdy w ramach struktury organizacyjnej pozwala się na niszczenie filaru podtrzymującego; jedynym wytłumaczeniem jest walka między cywilizacją żydowską, a łacińską, gdzie media będące głównie w rękach przedstawicieli cywilizacji żydowskiej, stanowią istotne narzędzie walki.

Tak widzę obecny stan idei cywilizacyjnych, jakie dominują w świecie w którym żyjemy.

Obecna sytuacja ma tak wiele naprężeń, że wątpliwe jest utrzymanie dotychczasowych relacji. Zbliża się przewartościowanie.

Oczywiście może skończyć się konfliktem z użyciem broni masowego rażenia, co skutecznie doprowadzi do likwidacji fizycznej ludzkich społeczności. Może nawet nikt nie przetrwa, a jeśli nawet, to modlić się będzie o szybką śmierć.
Może nastąpić też katastrofa kosmiczna, co wieszczą różnej maści jasnowidze.
Możliwe.
Jeśli jednak zmiany nie będą miały aż tak katastrofalnego charakteru – warto pomyśleć o nowej organizacji życia. Tu jest moim przekonaniem, że organizacja ta winna uwzględniać dwie podstawowe wartości widoczne w cywilizacji łacińskiej: personalizm i rodzinę, jako podstawowy łącznik międzyludzkiej wspólnoty.

Wydaje się, że polskość, jaką w wielu aspektach starałem się określić – najpełniej spełnia te założenia. Zatem powołanie struktury o charakterze imperium wydaje się nawet nie wyrazem megalomanii, co potrzebą i koniecznością.

Czy Polska i Polacy są w stanie udźwignąć ten ciężar?

O tym chcę pisać w następnej notce.

Mam też nadzieję, że uwagi Czytelników mojego bloga rozszerzą listę wartości, które winny być filarem nowej cywilizacji – może raczej nowej odmiany cywilizacji łacińskiej.

Zdaję sobie sprawę, że mogę też być przedmiotem ataku strony żydowskiej. Stawiam tu kwestię wojny cywilizacji, co zawsze łączy się z walką. Chcę tylko zaznaczyć, że moje ujęcie jest nie antysemickie, a nawet nie antyjudaistyczne – bo zasady judaizmu niosą wiele wartości pozytywnych; mój kierunek walki tyczy rozdzielenia wartości niesionych przez cywilizacje i wskazanie, że konieczne jest opieranie się na wspólnym ich zakresie – wszelkie odchylenia, czy przejęcia, winny być tępione. Jednakże cywilizacja łacińska dopuszcza istnienie innych cywilizacji na „swoim terenie”, wszak bez prawa wpływu na zmianę, nawet mało wyraźną, wartości cywilizacyjnych tego systemu.


IV
Przyznam, że tematyka, a tym samym ilość notek tego cyklu, coraz to się rozrasta. Po ostatniej doszedł kolejny element, który winien być nieco szerzej potraktowany.
Kwestia sposobu powoływania i roli elit.

Jest chyba oczywistym, że aby realizować jakąś ideę o dużym zakresie oddziaływania – konieczne są elity, które utożsamią się z projektem.
Władcy to nie geniusze potrafiący kierować i organizować działania społeczeństw, a w większości przypadków, najlepsi realizatorzy społecznych oczekiwań.

Tak jest zazwyczaj. Jednakże nawet w tym wypadku jest to tylko część prawdy. Bo zwykle ci wielcy władcy, dla realizacji oczekiwań społecznych, wdrażają jakiś nowy pomysł organizacyjny – różny od stosowanych rozwiązań.

Właśnie pod tym kątem chciałbym prowadzić rozważania tyczące możliwości zainicjowania idei Imperium Polski. Czy można rozważać jakieś novum na tle obecnej sytuacji? Czy Polska, jeśli marzenia o imperium miałyby być realizowane, ma coś interesującego do zaoferowania państwom sąsiednim? I czy mogą powstać elity takie przedsięwzięcie realizujące?

Bo sytuacja obecna jest tego rodzaju, że brak jest polskich elit; istniejące, są raczej pochodzenia żydowskiego. Są to ludzie dobrze wykształceni, o dobrej znajomości historii i polskich realiów. Brak im jednak jednego – przynależności do sfery Polskiego Ducha Narodowego.

Czy można próbować odtworzyć elity, z gruntu polskie?

Warto dokonać pewnych refleksji historycznych. Czyli jaka jest geneza elit? Czy jest (ma być) to element etniczny, czy też ideowy?
Czego uczy historia?
Elity chińskie. Tu mamy typ odrębny od wielu odczuwalnych doświadczeń; elity zaczęto wyłaniać drogą selekcji, a nie drogą genetyki.
Czyli o przyjęciu na stanowisko administracyjne decydował egzamin przydatności, a nie pochodzenie.
Tą drogą (Nefrytowy(?)) cesarz odsunął od wpływu rody – czyli potencjalnych konkurentów. Urzędnicy cesarstwa byli dobierani jako przydatni dla cesarza – jemu służyli.
Genialne posunięcie.

Tymczasem państwa rejonu Środkowego i Bliskiego Wschodu, Europy i północnej Afryki – oparły dobór kadr na genetyce – czyli dziedziczeniu pozycji. Jeszcze bardziej ściśle zasada realizowana była w Indiach.
Czy ma to uzasadnienie? Tak. Wszak w systemie wychowania, gdzie podstawową rolę odgrywa rodzina, właśnie poprzez rodzinę najłatwiej jest przekazać podstawy idei organizacyjnej społeczeństwa. Niestety wadą jest też, że następuje alienacja całych grup społecznych. Zwłaszcza, gdy interes grupy i rodziny przeważa nad dobrem wspólnym społeczności.

Niemniej, niezależnie od warunków początkowych – zawsze konieczna jest warstwa społeczna, której celem jest pilnowanie interesu całej społeczności – czyli idei stanowiącej osnowę poczucia wspólnoty.

Gdzie miał miejsce początek genetycznego dziedziczenia? Wydaje się, że w sferze kultur semickich. Jeszcze teraz „porządny” Arab jest w stanie wyprowadzić swe pochodzenie od Adama, a pokazanie pięciu palców ręki jest największą obrazą – sugeruje 5 ojców.
Warto odnotować dziedziczenie w Egipcie – poprzez siostrę-żonę i podobne związki wśród Medów , a także w środowiskach żydowskich – Sara była siostrą Abrama.
Tu problem, acz ciekawy, ma drugorzędne znaczenie. Ważniejsze wydają się zastosowania idei doboru kadr (elit), jakie przyjęto w judaizmie i KK, aczkolwiek dobór kast kapłańskich w Egipcie też był ważny.
Judaizm to kapłani kontynuujący linię Aarona i lewici – których zadaniem była kontrola zasad społecznego życia – zgodnie z zasadami zapisanego przez kapłanów Prawa. Podtrzymuję wcześniejsze wskazania dotyczące powstania zapisów pism biblijnych; istnieją zbyt silne nawiązania do organizacji społeczeństw Mezopotamii czasu niewoli babilońskiej, aby sądzić, że zapisy (przekaz ustny) te mogły powstać blisko 700 lat wcześniej. Interesujące jest np., że rola lewitów jest bliska opisywanej w hinduizmie kontroli świata przez Brahmę pod postacią wędrownego bramina.

Z kolei w KK wytworzyła się zasada doboru elity (księży) jako grupy , której celem jest służba idei – z racji celibatu – bez dziedziczenia.

Jeszcze jeden typ porównania cywilizacyjnego. Zakres i sposób integracji „kadr” religijnych z organizacjami państwowymi.
Mamy do czynienia z w pełni świeckim państwem – Chiny (jedynym kapłanem jest cesarz i nie ma scentralizowanej hierarchii religijnej. Jeśli zaś są duże grupy religijne to ich przywódcy muszą podlegać strukturom władzy świeckiej (wpływ na wybór biskupów wyznań chrześcijańskich, podporządkowywanie sobie Panczen-Lamy i Dalaj-Lamy itd.).
Mamy też judaizm, ze strukturą w pełni teokratyczną (podobnie tybetański lamaizm).
Można pokusić się o stwierdzenie, że pozostałe rozwiązania są mutacjami tu przedstawionych.

Podsumowując te tylko szkicowe uwagi można sformułować zasadę, że elity danego systemu organizacyjnego (państwowego, czy religijnego) tworzą postawę:
- ja, jako przedstawiciel struktury organizacyjnej,
- ja, jako przedstawiciel idei.

Ważny i interesujący jest jeden element : czas powstania i zaniku poczucia misji w warstwie , którą można uznać za elitę społeczeństwa.
W judaizmie, w prawie mojżeszowym przyjęto zasadę, że dopiero w trzecim pokoleniu prozelita uzyskuje pełnię praw. Podobne rozwiązanie przyjęte było w prawie polskim tyczącym stanu szlacheckiego.
Kontekst tych uwag odnosi się np. do utrzymywania polskości przez ludność zamieszkałą na ziemiach RP mimo utraty niepodległości. W moim przekonaniu, idea polskości byłaby zanikła, gdyby nie istotne zdarzenia – powstania i ruchy narodowe, jakie zaistniały pod koniec XIX wieku.

Celem wprowadzenia jest wskazanie, że upadek ZSRR ma inne, od dotąd wskazywanych, przyczyny. Chcę tu zasugerować, że przyczyną był zanik idei imperialnej w Rosjanach.
Bo mimo, że w Rosji zwyciężyła rewolucja o przeciwnych carskiej ideologii imperialnej założeniach, to w Rosjanach dalej istniało przekonanie o misji dziejowej jaką mają spełniać wobec krajów ościennych – wchodzących w skład ZSRR.
To poczucie misji wypaliło się w alkoholu i przegranej wojnie w Afganistanie. Rosjanie, nastawieni na wojenną podległość władzy – nagle znaleźli się w pozycji przegranej, gdzie okazało się, że ich idee pomocy dla krajów tamtej strefy są odrzucane. Dwie klęski w jednej.

Polski czytelnik zadziwi się takimi stwierdzeniami. Wszak oceniamy rosyjską technikę jako prymitywną; podobnie organizację życia społecznego. Czym zatem mieliby Rosjanie imponować tamtym ludom?
Zdałem sobie sprawę z błędu podejścia, po obejrzeniu ruin fabryk, niedokończonych gmachów publicznych, czy systemów irygacyjnych w Kazachstanie i Kirgizji; dla nich Rosjanie stanowili ideał organizacji i techniki.

Idea imperium wymaga elit – kadr, które będą tę ideę realizowały. Tymczasem idea rosyjskiego imperium się wypaliła, a ZSRR nie wytworzył kadr-elit, które gotowe byłyby poświęcać się na rzecz realizacji. Można twierdzić, że wypracowano jedynie „elity” zdolne do utrzymywania zamordyzmu. Tu jednak nie potrzeba wiedzy, inteligencji i poczucia służby, a braku sumienia.

Dlatego rozważając fenomen Solidarności i metody oddawania władzy już w latach 90 tych nie można pomijać tego elementu.

Z kolei rozważając ideę imperialną, koniecznym jest wskazanie możliwości wytworzenia kadr-elit dla nowej idei. To zazwyczaj wymaga jakiejś innowacji względem bieżących rozwiązań.

V
Miałem napisać kolejną notkę z rozwinięciem dotyczącym tworzenia elit. A tu wpadła do mnie sąsiadka z listą poparcia dla swej kandydatury na radną.
Pogadaliśmy, likwidując moje zasoby nalewki na cytryńcu, które „chomikowałem” na czarną godzinę. Walory zdrowotne napitku są już dosyć znane – mnie suszone owoce uratowały w Tybecie życie, ale tu, na nizinach, forma nalewki wydaje się słuszniejsza. (I w ten sposób powstanie kolejnej notki odsunęło się o kolejne dni...).

Nie biorę udziału w wyborach, co pozwala na bardziej wyważoną ocenę. Powstało pytanie:

Jakie mamy wybory? Jakich kandydatów? Jakie programy?

Trzeba przyznać, że mało interesująco to wszystko wygląda. Kampania wyborcza prowadzona jest dokładnie w tej samej formie, co poprzednio; kandydaci przebierają nogami z nadzieją na stołek - tylko, czy zmiana wójta zmieni cokolwiek na lepsze w Gminie?

Sądzę, że podobnie jest w wielu innych Gminach. Kampania wyborcza ma się nijak do rzeczywistych działań beneficjantów wyborów; jakaś tam liczba „swoich” obsadzi stołki, zrobi się kilka spektakularnych działań. Tylko, czy szanowni Czytelnicy zauważyli jakieś zmiany w podejściu do obywateli? Jakieś działania w ich , podmiotowym, interesie?

W moim przekonaniu zmian takich praktycznie nie da się zauważyć.
Podam przykład. Kilka lat temu zaświadczenie o posiadaniu gospodarstwa rolnego dla celów stypendialnych dzieci załatwiało się „od ręki” (Gmina Raszyn i Tarczyn – bo tam mam swe „posiadłości”). Później było z dnia na dzień, a ostatnio to chyba 3 dni.

Co daje udział w wyborach z punktu widzenia zwykłego obywatela?

Dlatego w swojej Gminie zaproponowałem, aby nie „zmieniać” wójta, ale „wyciąć" jego kandydatów na radnych. Tak, aby wszystkie decyzje były krytycznie kontrolowane.

I powołać OKO – Obywatelski Komitet Obserwacyjny. Organ, który zaopiniuje kandydatury poszczególnych radnych.
Bo jest oczywistym, że część kandydatów jest „z łapanki” – komitet, aby wystawić kandydata na wójta, musi też wystawić pewną ilość kandydatów na radnych. I nie wszyscy z nich są tymi „właściwymi”.

Ta notka jest też odpowiedzią na przynaglania SL i innych odnośnie konkretnych działań dążących do przebudowy Polski. OKO byłoby formą realizacyjną dla organizacji jaką prezentowałem. Ale też OKO nie może mieć nawiązań partyjnych – to musi być grupa ludzi znająca się lokalnie z kandydatem – dać ocenę na podstawie znajomości w miejscu zamieszkania. A „wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi”.

Nie ukrywam, że to rozwiązanie może zostać wykorzystane w wyborach parlamentarnych.
Jest też częścią idei EDEN – tak nazwałem całość projektu.
Ale o tym w następnych notkach; tu jedynie dla wskazania, że nie jest to projekt oderwany od realiów.


VI
Wracam do rozważań po przerywniku dotyczącym możliwych realizacji całego projektu; przyznam, że wyniki są bardzo interesujące. Można powiedzieć, że ludzie, którzy decydują się na jakieś formy publicznego zaangażowania nie mają pojęcia o jakiejkolwiek organizacji. Te samorzutne próby, cenne, są pozbawione myśli przewodniej i prowadzone głównie przy odniesieniu sytuacyjnym do własnego ego.
Te obserwacje upewniają mnie, na podstawie reakcji w mojej „rodzimej” gminie, że rozważana droga będzie jedyną możliwą m. in. z racji konieczności włączenia ludzi z małych miejscowości i wsi. Bo tak, jak kiedyś napisałem w jednej z notek: miasta są akulturowe. To stadium degeneracyjne rozwoju ludzkich społeczeństw. Może dlatego tak dużo światłych ludzi przenosi się z miast na wieś, albo tereny podmiejskie?


Wrócę do porównania dwu, jak sądzę podobnych, a z racji znaczenia rozwojowego, ważnych cywilizacji: chińskiej i chrześcijańsko-łacińskiej. Obie przyjmują, że jest tylko jeden Pośrednik między Bogiem (Niebem), a ludźmi.

W Chinach – cesarz, w chrześcijaństwie – Chrystus.

System chiński zakłada „uczłowieczenie” poprzez włączenie w obręb władzy cesarza. Ci, którzy tego nie czynią – nie są godni wzmianki, o prawach jakichkolwiek nie wspominając. Są przejawem istnienia przyrody. (To stąd bierze się brak empatii u Chińczyków).

Chrześcijańska idea tworzona jest na zasadzie, że wszyscy ludzie, a nawet szerzej, cała przyroda, stanowi wspólnotę miłości, a rolą człowieka jest tylko to zrozumieć i żyć wg jej zasad. Wszak pamiętając, że na wszystkich, ale zwłaszcza na ludziach, spoczywa ten obowiązek jako świadome działanie.

Świadomość i własny wybór drogi czyni z nas osobę, co stanowi o personalizmie chrześcijaństwa.

Zatem. Nie cesarz (czy podobny czynnik zewnętrzny), a własny wybór daje nam szansę duchowego wzrostu.
I to jest ta Dobra Nowina, którą przekazał nam Chrystus. Tak przynajmniej ja to rozumiem.

Może dziwić, dlaczego tak „głęboko” sięgam do doktryny chrześcijańskiej – zamiast podać receptę na działanie. Ale wydaje się, że bez wykazania związku na podstawowym poziomie – nie da się utworzyć nowej linii działania. Zwłaszcza, że musi ono wynikać nie z nakazu, a z własnej potrzeby. Świadomej.

Rolą elit w chrześcijaństwie jest służba idei. Ale ta służba nie może być pozbawiona podstaw materialnych. Każdy członek elity musi mieć zapewnione podstawy bytu materialnego stosownie do wypełnianej roli. Szlachta miała dobra ziemskie, księża dziesięcinę, a nawet w II RP inteligencja miała lepsze warunki pracy – m.in.. dłuższy urlop. (To jeszcze pamiętam z podziału na pracowników fizycznych i umysłowych).

Tyle, że te przywileje stają się z czasem przeszkodą w wypełnianiu misji; często celem staje się ich utrzymanie i są traktowane jako „genetycznie” przynależne.

Zjawisko występuje we wszystkich odmianach cywilizacyjnych, a forma świadczy o wielkości cywilizacyjnej idei.

W judaizmie jest naród wybrany, który został wybrany i z tego tytułu należą mu się specjalne względy. I już nawet się nie wspomina, po co został wybrany.

Szlachcie należały się prawa i godności „ z urodzenia”, a przestano zauważać, że rolą była ochrona przed zagrożeniem zewnętrznym i troska o prawidłowe relacje społeczne.

Księża jako podstawowy obowiązek mają spełnianie ofiary w imieniu wiernych, ale często zapominają, że sama ofiara jest tylko gestem, jeśli nie jest wyrazem wspólnego dziękczynienia zbiorowości. Zatem rolą księży jest także dbanie o podtrzymanie relacji w społeczności wiernych.
Tymczasem niekiedy ofiara jest spełniana nie jako dziękczynienie wspólnoty, a jako li tylko obdarowywanie tej wspólnoty łaską ofiary przez księdza - pośrednika, między społecznością a Bogiem. No i z tego tytułu społeczność jest obowiązana do trybutu na jego rzecz. Inaczej – nie będzie Bożego Błogosławieństwa.

Porywając się na ideę odbudowy elit koniecznym jest zauważenie tych zależności. Ale też konstatacja wskazuje, że nie można „wykorzystywać” istniejących struktur. Mimo, że znakomita część księży wypełnia swe ideowe zobowiązania, obecne struktury władzy, lepiej lub gorzej, ale dbają o sprawy społeczne, także Żydzi w wielu przypadkach pamiętają o brzemieniu, jakie na nich ciąży.

Tylko... czy mogą te grupy stanowić zalążek dla nowych elit? Zwłaszcza wobec przekonania, że stopień degeneracji obecnych elit stanowi zagrożenie rozwojowe?

Niekiedy pojawiają się sugestie, że należy przywrócić pozycję elitarną przedstawicielom zachowanych rodów. Wszak tradycja, poświęcenie i rozumienie spraw społecznych itd. Jest (bywa) dziedziczone.
Wydaje się, że to błędne ujęcie; tamte elity były poddane szczególnej „pieczy’ systemu komunistycznego. Przetrwanie musiało odcisnąć swe piętno na tej grupie. I jeśli bywają przypadki z gruntu uczciwe i przepełnione podziwu godnym patriotyzmem, to jako całość – takiej pewności względem pełnionej roli, mieć nie można.

Z tych to racji uważam, że winny powstać ELITY DUCHA.
POLSKIEGO DUCHA, bo od Polski można zacząć odbudowę i spełnienie roli motorycznej dla odrębnego imperium (rozumianego jako idea organizacji współżycia różnych narodów o odmiennych kulturach, ale uznających za wspólne podstawowe wartości).


VII
Pomysł odbudowy elit narodowych wymaga jeszcze jednego odniesienia – rozważenia pytania, dlaczego nie udało się odtworzyć tych elit w procesie samorzutnym w warunkach wolności? I czy można mówić o wolności w sytuacji braku spontanicznego odtwarzania elit?
Jeśli istnieje jakaś forma wpływu blokująca, to w jaki sposób działa? A może jesteśmy tak zdegenerowanym narodem, że tworzenie elit nie jest możliwe – wzajemne anse nie pozwalają wyłonić się, czy też odtworzyć, idei wspólnej narodu?

Sądzę, że naród taki jak nasz, który przetrwał 123 – letnią niewolę i odtworzył państwowość wraz z ideą narodową, a także w miarę poprawnie układał swe stosunki z mniejszościami etnicznymi, co stanowi jeden z elementów idei imperialnej, z pewnością winien być w stanie odtworzyć elity. Dlaczego zatem istniejące elity prezentują zestaw poglądów antynarodowych i raczej przyczyniają się do zaniku istniejących elementów polskości aniżeli ich kultywowania?

Dochodząc do tego miejsca rozważań – „zaciąłem się” na kilka dni. Bo fragment jest niezwykle istotny, wręcz newralgiczny, a niewłaściwe naświetlenie może być przyczyną odrzucenia.

Polska istnieje w określonym miejscu i środowisku. I tak, jak na nas czynione są naciski celem wynarodowienia, tak również rozwój polskich idei stanowiących osnowę dla bytu państwowego, stanowi zagrożenie dla narodów państw ościennych. Jednym więc z istotnych czynników walki idei jest pomniejszanie roli polskich wartości, wskazywanie ich negatywnego charakteru, bądź wręcz całkowite odrzucenie istnienia. Dlatego sformułuję pewną tezę – jeśli dotąd uważało się, że naród bez elit zamiera to uważam, że

Naród bez idei spójności rozprasza się.

Wniosek, jaki wynika z tego zdania jest istotny; bo można mówić o utracie elit z racji wojny, gdzie katyńskie ludobójstwo, czy podobne w zamierzeniach działania niemieckie (choćby Palmiry) – temu służyły. Takim samym działaniem była likwidacja ziemiaństwa i inteligencji po wojnie. Jednak, jeśli idea polskości pozostaje żywa – elity mogą zostać odtworzone.


Dlatego też rolą pierwszoplanową jest nie odtworzenie elit – nawet na najbardziej patriotycznych i narodowych zasadach, ale określenie – odtworzenie idei polskości, jaka w obecnych warunkach może być realizowana.

Naszymi wrogami-przeciwnikami są trzy idee: turańszczyzna (głównie Rosja), bizantynizm (głównie Niemcy) i judaizm.
O ile te dwie pierwsze idee są wyraźnie „widoczne”, to judaizm jest, zwłaszcza ostatnio, ideą wnikającą w struktury społeczne , a jego sztandarowym hasłem jest multikulturowość. To kulturowe przenikanie dotyczy także sfery religijnej, gdzie zauważalnych jest coraz więcej odniesień do judaizmu, czy traktowanie Biblii jako księgi świętej zapisem literalnym, a nie, co było w tradycji KRK , jako nośnika idei.

Bardzo ważnym czynnikiem z jakim się tu spotykamy jest stosunek do państwa jako czynnika regulującego relacje międzyludzkie w społeczeństwie.
Ze strony Rosji jest to oparcie na podległości carowi, jako regulatorowi życia społecznego. Niemcy na podobnych zasadach traktują państwo – przydając mu cechy samodzielnego bytu.
Z kolei judaiści odrzucają ideę państwa zakładając tylko więzi kulturowe oparte na Prawie. I należy zaznaczyć, ze w chwili obecnej jest to największe zagrożenie z racji żydowskiej ksenofobii, która, w mniejszym, czy większym stopniu, opiera się na poglądach głoszonych przez rabina Owadię.

Tymczasem idea polskiej państwowości opiera się na potrzebie tworzenia wspólnoty przez obywateli – osoby , dla stawienia czoła problemom współczesności, przy kierowaniu się prawem naturalnym, jako nadrzędnym, a gdzie Dekalog jest już formą „przykrywki” dla tej zasady, czyli Dwóch Przykazań Miłości. (Bo chyba jest zauważalne, że każde rozszerzenie interpretacyjne jest formą „inflacji” prawa naturalnego. Im prawo bardziej szczegółowe, tym łatwiej może stanowić obiekt manipulacji i kontroli - 613 przykazań judaizmu jest tego najlepszym przykładem).

Te kwestie muszą być wyraźnie rozgraniczone i wyartykułowane, a to z racji tego, że idea nie może być skierowana przeciwko ludziom wyznającym odmienne idee. To prosta droga do nacjonalizmu, czy dalej szowinizmu i rasizmu. Łatwo to zauważyć.

Walka idei polega na przyciągnięciu do siebie jak największej liczby wyznawców z szeregów przeciwnika.

Polskość nie dlatego może stanowić bazę idei imperialnej, że stanowi potęgę materialną, czy tworzy system prawny dla dużej ilości ludzi przyznających się formalnie do polskich korzeni, ale dlatego, że stanowi zalążek idei pozwalającej zorganizować życie społeczne dające najlepsze możliwości rozwoju wszystkim jej uczestnikom, przy minimalnych ograniczeniach wynikających z woli tworzących wspólnotę, a nie narzuconych zewnętrznym nakazem.

Dlatego wszelkie ograniczenia typu – Żydzi to wrogowie Polski, czy podobne w odniesieniu do Rosjan Ukraińców, czy Niemców – są błędne.
Wszyscy, niezależnie od „genetycznego” pochodzenia mogą uczestniczyć w odbudowie i dostosowaniu do czasów współczesnych polskiej idei imperialnej jako czynnika regulującego stosunki społeczne.
Każde odwołanie do elementu nacyjnego jako bazy idei – jest już na wstępie porażką i przyjęciem punktu widzenia przeciwników. I wcale to nie oznacza rezygnacji z elementu narodowego. Tyle, ze nie może to być rozumiane jako przynależność etniczna, a w większym stopniu ideowa.

Krzysztof J. Wojtas

Bóg, jak ogrodnik, widzi wszystkich i każdego z osobna.

 z:

http://newworldorder.com.pl/artykul,2607,IMPERIUM-POLSKA
Zdzisław Bernacki (2010-11-01)

Przemijanie - pamięć - poezja...



TWÓRCOM I CZYTELNIKOM TEJ WITRYNY SKŁADAM SERDECZNE ŻYCZENIA IMIENINOWE

NA OKOLICZNOŚĆ DNIA WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH, PREZENTUJĄC WYBÓR SWYCH WIERSZY.

 

                                                                                                                 Zdzisław Bernacki




***



WE MNIE KRZYK O TAMĘ...


mamo ja wiem to gaśnie kwieciej pieśni balsam

coraz to więcej blasku przepływa dnia łodzią

coraz to więcej ciszy czerpie kroków kądziel

ostatnich fraz paciorki snują blade palce


wiem mamo wiem to więdnie skier motylich źródło

coraz to bardziej gnie się próchniejąca kładka

coraz to więcej myśli przemienionych w ptaka

a we mnie krzyk o tamę jak kamienie dudni


to czas ostatek życia zlewa w serca kielich

a tak niezwykłym psalmem rozlewasz dni w uśmiech

że nie wiem może pełnią zasłuchu jest później


powiedz mamo czy trudno jest w pustkę nie wierzyć

a może z tamtej strony zawsze kwiaty kwitną

powiedz mamo czy trudniej nie uwierzyć w nigdy



***


BAŚNIARZ


Księdzu Karolowi Żurawskiemu

-- „Ziomkowi z Wołynia”


Tu jest to miejsce: kamień , mech,

Pustka. Opodal strumień.

Siadam, biorę z kieszeni instrument,

W pieśń duszy zamieniam dech.

Z ciszą, z wieczystym szumem

Łączy mnie harmonijki dźwięk.


Miejsce to ma szczególny wdzięk:

Tu proch doczesny mój

Położą w żyzną ciszę,

Gdy zgaśnie w nim życia zdrój -

Jak gdy organów milkną klawisze...

Polnym głazem zamkną grobu niszę...


Tak się zamyka muzyczną księgę,

Gdy wiatr w piszczałkach zakończy śpiew...

Uczniowie moi - pomni na przysięgę -

Których uczyłem był żywotów drzew -

Zakopią żołądź... Z niej się wylęgnie

Nowa istota - młody, silny dąb.


Korzenie wpiją w moje prochy ząb...

Od krwi mej jak od okowity

Rozebrzmi listny istny chór

Baśniowym szumem rozmaitym

W zasłuch zza siedmiu gór,

W sezamy prawd zakrytych...


Wędrownych ptaków sznur,

Skrzydlatej braci najem -

Rozpowie dębne pieśni wzajem;

Poniosą je do czterech stron

Bractwa bocianów, szpaków, wron,

Podadzą dalej - na świata kraje...


Puszczyki w wieżach kołysankę

Nucąc, napełnią baśnią każdy dzwon,

A te, zbudzone wczesnym rankiem

Na kłosy słońca rzucą - czar...

I słońce poprzez snu firankę

Zaniesie dzieciom - mój dar.


Lecz jeszcze nie czas; trzeba wracać.

Żyj sobie, dziadku, żyj.

Jeszcze cię czeka wdzięczna praca,

A w drodze - pomocen ci kij.

Wróć do wsi, siądź na ławie, acan,

Rycerza z lipowego kloca wyjm...


Ten złamek kory będzie niezłym hełmem!

O, już z sąsiedztwa płynie jasny głos;

Młoda niewiasta w izbie, przędąc wełnę,

Niteczkę szczęścia wplata w owczy włos.

Perliste dźwięki jak pierś matki pełna

W jeziorze ciszy - jak wśród trawy kłos...


Księżyc sierp nurza w łan gwiezdnej poświaty.

Skrzy w kałamarzu rozbaśniona toń.

W kącikach oczu drzemią cudne światy.

Nad bielą kartki zwisa siwa skroń.

Na ostrzu pióra czeka już „Przed laty...” -

Wnet się roztańczy staruszkowa dłoń...


(1978)



***




NA POŻEGNANIE


nie smutkiem siostro moja żyć trzeba inaczej

spójrz oto wiosna ziemię w nową stroi suknię

pączkami wśród gałązek nowe życie znaczy

w skrzydłach przed wielkim balem kończy stroić lutnie


nie smutkiem siostro moja witaj nową wiosnę

spójrz ptak jak pamięć z dala wraca w starą jabłoń

to nic że brat odchodzi zostań mu radosną

że on ma serce ptaka wiesz przecież już dawno


być może jeśli ziemię wokół zdąży obejść

powróci kwiat paproci położyć na grobie

i wyższość małej chwili skrzyżować z wiecznością


być może nim mu cisza w oczy sypnie makiem

zdąży dla twoich wnuków powiedzieć swą bajkę

a tobie że nie smutkiem trzeba żegnać siostro



***



WYJŚCIE



Przekręcasz znowu gałkę po olśnieniu że

już z tamtych rzeczy nic zupełnie cię nie wciąga

Na drugim brzegu najniebezpieczniejszej z rzek

zmęczony siedząc mętnym wirom się przyglądasz


Przez twoje oczy rzeka ta na oślep gna

a ty na brzegu lecz nie możesz nic zatrzymać

Aż z wirów mgła ta mgła co się podnosi z dna

jakby za chwilę miała przyjść kosmiczna zima


Lecz wiatr jest z tobą więc odchodzisz z dali w dal

i by nie upaść dłońmi chwytasz się powietrza

Bezdroża pewien gdzieś w zamieci sprzecznych fal

pieścisz skuloną w starej dziupli czasu wieczność



***



I ROZCHODZĄ SIĘ KOŁA


Darii


pogubiła nas zima na zawsze

przez dziurawe kieszenie doświadczeń

więc bez złudzeń w pamięć ożywczą

nie będziemy już dalej niż blisko


to się tylko zmienił nasz świat

to przybyło nam śmierci i lat

lecz na przekór i mimo nas łączy

archipelag wysp fruwających


zobacz wiatr w oczach wodza

słońce w trawki ramionach

kamyk pluska w jezioro

i rozchodzą się koła


tak to przecież jest żyć gdy się patrzy

każdy dzień oto jest dniem ostatnim

a refren z dnia na dzień to ufaj

jak nikt żyj z dali w dal patrz słuchaj


(21 VII 82)



***



VOYAGER



Amerykańskie sondy kosmiczne do badania planet – „V.I” i „V. II” –

opuściły Układ Słoneczny i mkną w przestrzeni międzygwiezdnej...

 

 

(I)


Tak jak w tobołku na kiju włóczęgi

pamiątek garstka i ufność ogromna

Nawet nadzieja jak z nabrzeżnej skały

rzucona falom butelka rozbitka


(II)


Sprzed teleskopów zniknęła rakieta


Może na innych odległych planetach

złowi ją olbrzym i mędrcom zaniesie

co odczytają nadzieję w adresie

i pomknie okręt prując czasoprzestrzeń


Czy prócz nadawcy istnieje ktoś jeszcze


(III)


Zatonie błądząc w niegościnnej ciemni

czy po tysiącu lat wróci ku ziemi

gdzie pozostanie tylko złom i kości

lub pył nicości straszliwszy niż w baśni


Dziś nie wiadomo

Kiedyś się wyjaśni



***




WIERSZ NA ŚMIERĆ TRAGICZNĄ


Pamięci Ryśka


I


znowu śmierć wdarła się

przecisnęła pomiędzy nami

otarła się o nas - - jeszcze

czuć jej biały chłód

przez noc rozkołysaną dzwonem - -

i odpłynęła na drżącej fali czasu

zabierając ciebie unosząc

z kałuży krwi wyplutej z życia


II


czemu - tak

nie musiało

lecz - było

mogłeś żyć

przecież żyłeś

tak - krótko

jeszcze wczoraj

zbudziłem cię w drodze

już nie zbudzi cię nikt

ni łzy matki nad grobem

ni kolegów nad wódką

która ciebie zabiła

- - - - - - - - - - - -

mogłeś żyć - przecież

żyłeś - - tak

krótko


III


chmury gonią nad polem

jak jeźdźcy

twoje miejsce zapełnia

powietrze


(6 IX 83)

 


***



PŁONĄC


płoniemy płomyk świecy i ja

w noc kwietnia 84

czas się w nas spala i przemija

ślad pracy naszej tak mizerny


proste jest wszystko prosta ciemność

co nas otula razem z Bogiem

płoniemy -- może nadaremno

wszak ma początek i kres ogień


lecz nie zostaje nic jak płonąć

spalać się prosto i dostojnie

ciemności nie dać się pochłonąć

pognębić wojnie


***



TAKI SEN


Jest taki sen, że idziesz lasem

Po śladach odciśniętych w śniegu...

Śnieg się zamienia w morski piasek,

Fala zabiera ślady z brzegu...


Ten sen jest w tobie – ty w nim jesteś;

Lecz – szukającym czy szukanym?

Odpowiedź ci umyka we śnie –

I budzisz się nad ranem...


***


 

TREN 8 LAT PÓŹNIEJ



Na grób Twój, Tatko,

zachodzę rzadko;

ten ziemi kopczyk

jakoś mi obcy...

Spotkać Cię wolę,

gdy orzę pole -

gdzie każda skiba

pamięta chyba

Twe szorstkie dłonie

i dziarskość nóg,

co szły za koniem

ciągnącym pług - -

i gdzie skowronek,

co chwali dzionek,

każdemu powie:

Był sobie człowiek

prędszy niż ranek -

Bernacki Janek...”


(V 92)


 

***



NAJSERDECZNIEJSZE ŻYCZENIA


A kiedy przyjdzie starość

- ż o tym powiem wam -

niech to nie będzie przepaść

po stromej grani skał

ale łagodna ścieżka

wśród mchów i smukłych drzew

słonecznym zboczem dnia

po oceanu brzeg


A kiedy przyjdzie śmierć

- cóż o tym powiem wam -

niech to nie będzie ból

i niespełnienia żal

ale uczucie że

planety kręcą się

i jak cudownie jest

zobaczyć jak to jest


A kiedy przyjdzie znów

narodzić się i żyć

- cóż o tym powiem wam -

niechby tak mogło być

wspaniale niebywale

swój ślad i ścieżkę znaleźć

i pod znajomym drzewem

usnąć - i spotkać siebie



***




WOŁYŃ


woła w nas Wołyń

bliski a daleki

przez szept strumienia

co śpieszy do rzeki

hen po krzyż orła

przez chmur pola dzikie

i sen rozdarty

krwi gasnącej krzykiem

jak ślepy tętent

mgłą pijanych koni

przez zgasłe groby

i przez pamięć

o nich


(2003)


 

***

 
Jacek Bezeg (2010-10-27)

Dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości: przejaw demokracji czy źródło nowych konfliktów?


Takie pytanie było tematem spotkania jakie odbyło się  20 października 2010, godz. 17.00 w Państwowym Instytucie Naukowym - INSTYTUCIE ŚLĄSKIM W OPOLU przy ulicy Piastowskiej 17 w ramach cyklu Środy w Instytucie Śląskim.
Prelegentem była pani dr Monika Choroś. Spotkanie zgromadziło sporą grupę osób, częściowo sympatyków prelegentki, a częściowo zainteresowanych tematem. Z referatu wynikało, że dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości przyjmują się coraz bardziej, wnioskując z malejącej częstotliwości ich niszczenia i zamalowywania, oraz ankiet przeprowadzanych wśród mieszkańców. Zdaniem autorki dowodzi to rosnącej "europejskości" naszego społeczeństwa. I rzeczywiście, wśród obecnych na sali, tylko cztery osoby odważyły się w trakcie dyskusji wypowiedzieć krytycznie o tej idei.
Zawarta w tytule sugestia o związkach podwójnego nazewnictwa z demokracją nie została w żaden sposób udowodniona. Sporo natomiast mówiono o konfliktach i problemach jakie wynikają z jego stosowania. W tej sytuacji sensowne jest postawienie pytania o celowość całej tej akcji finansowanej przecież z naszych podatków. Każdy płacący podatki ma przecież prawo (obowiązek w stosunku do własnych dzieci, które tych pieniędzy nie dostają) zaprotestować jeśli uzna, że są one wydatkowane na rzeczy niepotrzebne, czy zgoła szkodliwe. W kuriozalny sposób potraktował to nasze prawo Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu w dniu 9 lutego 2010.
Złamanie prawa, do jakiego doszło podczas nadawania dodatkowych nazw przez Radę Miejską w Ozimku, a polegające na niewłaściwym sposobie zorganizowania konsultacji ze społecznością lokalną, było powodem zaskarżenia uchwał Rady do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu przez pana Tomasza Strzałkowskiego,
Sąd oddalił powództwo uznając, że pan Tomasz Strzałkowski, radny powiatowy, w sprawach tych nie posiadał interesu prawnego. W oparciu o taką konstatację Sąd sprawy zasadniczej, czyli prawidłowości podejmowanych uchwał, nie badał. Wszystkie argumenty przedstawione przez pełnomocnika w piśmie procesowym, a wywodzące taki interes na kilka różnych sposobów, i z kilku różnych źródeł, zostały odrzucone. Sala orzeczenie takie przyjęła z oburzeniem.
Patrz:   http://www.ospn.opole.pl/?p=art&id=298
Jak zauważył pan profesor Marek najmłodsze osoby, które mogą pamiętać nazwy obecnie wprowadzane jako niemieckie mają 86 lat trudno przypuszczać, że ma to dla nich jakiekolwiek znaczenie. Nie ma też żadnej pewności, że mają do tego nazewnictwa stosunek pozytywny. Może akurat wolą nazwy polskie? Tak więc istotne pytanie "Po co i dla kogo te nazwy?" pozostaje bez odpowiedzi, bo cos takiego jak europejskość (mierzona ilością klepnięć po ramieniu naszych wysłanników do Brukseli przez ich kolegów z ław PE?), to jednak trochę mało.

 Inny aspekt sprawy, na który zwrócił uwagę nie tylko profesor Marek, ale i inni dyskutanci, to brzmienie nazw. W zdecydowanej większości to co dotrwało po wiekach oderwania Śląska aż do roku 1933, to wyrazy o źródłosłowie polskim, ale zapisane tak, aby niemiecki urzędnik potrafił je przeczytać w sposób zrozumiały dla tubylca Polaka. Dobrze rozumieli to urzędnicy III Rzeszy z powyższego właśnie powodu prowadzący wówczas akcję "Likwidacji śladów polskości tych ziem" i nadawania nazw czysto niemieckich. Trudno do nich mieć jakiekolwiek pretensje, bo działali w jak najlepiej pojętym interesie swojego państwa.
 Lecz z kolei trudno zrozumieć motywy jakimi kierują się władze Państwa Polskiego przypominając i odświeżając ślady władztwa niemieckiego na tych ziemiach. Trudno też mi zrozumieć dlaczego środowiska naukowców Uniwersytetu Opolskiego i Instytutu Śląskiego akcję te popierają, wymyślając dla niej "naukowe" uzasadnienia i reklamując jako "rozwój demokracji i europejskości". W jakim celu to robią? Czy naprawdę nie widzą w tym żadnych zagrożeń dla Polski? Czy na odwiecznie spornych terenach Alzacji i Lotaryngii też stosowane są obecnie nazwy francuskie i niemieckie? O ile mi wiadomo tak nie jest. W ferworze dyskusji nie usłyszałem przekonywującego uzasadnienia więc przypisałem tamtej stronie chęć przypodobania się Niemcom i zwróciłem uwagę, że jeśli tak jest, to powinni raczej optować za nazwami wprowadzanymi w roku 1933, bo dopiero takie zapewnią im pożądany skutek. Potraktowano to jako żart. Lecz czy takie działanie nie byłoby uczciwsze? Powiedzieć otwarcie jaki jest cel!

 Na koniec chcę przytoczyć słowa jakie padły w jednej z wielu dyskusji na internetowych forach:

"Wy nie udowadniajcie nam, że tu były Niemcy, bo my dobrze o tym wiemy. Przyjmijcie do wiadomości, że za to iż wywołały one II Wojnę Światową, za to, że wymordowały one tak wielu ludzi na całym świecie, Niemcy ziemie te bezpowrotnie utraciły." 

Chciałbym, by te proste słowa wzięli sobie do serca Ci, którzy pomimo doktoratów i innych, lepszych tytułów ciągle nie wiedzą, że jest coś takiego jak Polska Racja Stanu i ciągle nie wiedzą jaka ona jest. Nie rozumieją, że ta i inne podobne akcje w istocie swej poddające pod dyskusję integralność naszego Państwa są poważnym tej racji podważeniem. Chciałbym, aby zrozumieli powagę sytuacji i umieli słowa te powtórzyć w stosownej sytuacji.

 

 

Mirosław Dakowski (2010-10-19)

IV Ogólnopolska Konferencja                                            Łódź, 23 października 2010

Manipulacja - kłamstwo zorganizowane

 

Gospodarka: Dezinformacja w mediach i polityce

- śmiertelna choroba „tej” cywilizacji.


 

prof. dr hab. Mirosław Dakowski

             Organizatorzy (dziękuję za zaproszenie!) polecili mi omówienie dezinformacji w mediach, dotyczących gospodarki. Może nie do wszystkich moich słuchaczy dotarło, szczególnie tych z branży dziennikarskiej, jak powszechne wśród „zwykłego ludu” jest nazywanie kłamiących mediów me®diami, lub jeszcze gorzej. Z drugiej strony wielka część osób czytających daje się tym me®diom powodować. To szczególnie ci, którzy mówią z dumą: „ja potrafię przecież czytać między wierszami”.

            Ograniczę się do naszkicowania jedynie losów paru spraw gospodarczych, w których w ostatnich dwóch dziesięcioleciach uczestniczyłem. Omówię też ich wzajemne uwarunkowania.

            Walcząc o konkretne sprawy szukaliśmy zawsze sojuszników w mediach. O losach naszych sojuszników z różnych mediów - opowiem tu w skrócie. Dla mnie będzie to również podsumowanie dwóch dziesięcioleci walki, nadziei - i merytorycznych przegranych.

            Wydzielenie spraw gospodarczych czy finansowych jest o tyle trudne czy niewdzięczne, że według moich doświadczeń niejawnie rządzą tymi dziedzinami te same grupy nacisku, które decydują o „trendach”, czy modach politycznych. Jest to więc obecnie ten sam potworny pająk, podobny w rozmiarze i zimnym okrucieństwie do przodka Szeloby z „Władcy Pierścieni”, co w innych dziedzinach medialnych. On to tworzy anty-kulturę, promuje darwinizm społeczny i „grę w trzy karty” na ogromna skalę. Skalę kraju, kontynentu (Eurazja czy Azjopa, według innych), wreszcie świata. Z tym, że obecnie w tej „grze” zawsze wygrywa „nasz”, z wnętrza mega-mafii. Piszę gra w cudzysłowie, bo nikt uczciwy tej gry nie oczekiwał ani nie akceptował.

A. Kopalnictwo

Na początku lat 90-tych dawni, komunistyczni „decydenci” (by użyć ich nomenklatury) byli chwilowo nieśmiali i zajęli pozycje obronne. Dużo specjalistów o szerokich horyzontach miało dostęp do rządzących i mediów. W dziedzinie kopalnictwa i energetyki był to m. inn. ś. p. Aleksander Szpilewicz. Wskazywał on, że należałoby zaczynać zamykanie kopalń węgla od najmniej rentownych, od tych, w których produkcja wynosi np. 3.5 do 4 ton na miesiąc na pracownika (przy średniej dla Polski ok. 35, w „dobrych kopalniach do 70 ton; dla porównania w Australii – z odkrywek – wydobywano ponad 200 ). I opisał, jak to należy zrobić.

Skutki takiej polityki byłyby dwa: 1) Po zamknięciu np. 10-ciu najgorszych kopalń średnia rentowność wzrosłaby znacznie, dając szansę na uzdrowienie pozostałych. 2) z konieczności usunięto by narośl „biurokracji na powierzchni”.

      Niestety – rządzący wtedy Balcerowicz i jego grupa zadekretował „popiwek”, czyli ogromny podatek od wzrostu płac, a Waldemar Kuczyński(„zausznik” Mazowieckiego od spraw gospodarczych) z kolegami zamykali właśnie te „dobre” kopalnie. Ku oburzeniu specjalistów i (jeszcze wtedy!) uczciwych i rzutkich dziennikarzy. Szpilewicz przegrał. Górnictwo też. Polska też.

B. Poszanowanie Energii

            W lata 90-te wchodziliśmy, jak wszystkie KDL-e (dla młodzieży: Kraje Demokracji Ludowej - czyli satelity Sowietów) z energochłonnością gospodarki trzy do sześciu razy wyższą, niż np. kraje Zachodniej Europy.

            Były doradca Jaruzelskiego d/s gospodarki Stanisław Albinowski opublikował tuż przed „przemianami” wielką, wspaniała książkę - analizę „Pułapka energetyczna gospodarki Polski”. W 850 egz. (sic!!) Ale na nas, „nowych” w energetyce, miała ona wpływ ogromny. Jeszcze teraz (2010) korzystam z niej na wykładach [Choć poziom wiedzy i zaangażowania studentów przez te dwie dekady obniżył się kilkakrotnie, ale to inny temat].

            Wraz ze St. Albinowskim zaproponowaliśmy wtedy (a prasa jeszcze się tak nie bała inicjatyw nie-rządowych) stworzenie Agencji Poszanowania Energii (pod premierem, a nie jako „firmę komercyjną”) Przedstawiony władzom program gwarantował (poprzez naturalne, rynkowe mechanizmy, sterowane jednakże we właściwym kierunku przez rząd) radykalne zmniejszenie strat energii w przemyśle, budownictwie, transporcie. Możliwe wtedy było zmniejszenie strat na elektrycznych liniach przesyłowych z realnych (z kradzieżami) 18% do 8-9 %, dwukrotne zmniejszenie zużycia węgla na ogrzewanie, rozwój małych przedsiębiorstw termo-renowacyjnych oraz np. agro-rafinerii. Ten program podniósłby znacznie konkurencyjność polskiej gospodarki.

            Mieliśmy wtedy trzy przewagi (atuty) nad biurokratami:

- sprawa poszanowania energii była porywająco klarowna, prosta i przekonywująca.

- p. Albinowski miał „dawne chody” w mediach,

- a nomenklatura partyjno-agenturalna była jeszcze onieśmielona, niepewna swej pozycji.

            Pamiętam wściekłość Waldka Kuczyńskiego (wtedy byliśmy z nim jeszcze per ty), gdy mu ten program referowaliśmy. Ten kraj - krzyczał - tego nie potrafi. Przegraliśmy. A młodzi, inteligentni dziennikarze „od poszanowania energii” zmienili zainteresowania – lub poszli „na zieloną trawkę”.

            Wspomnę mimochodem jedynie trzy skutki tych szkodliwych decyzji z początku lat 90-tych, które gnębią Polskę jeszcze w 2010 roku:

            a) Obecnie (X. 2010) media grzmią o „Planie Marshalla” dla unowocześnienia katastrofalnego stanu przesyłania energii elektrycznej. „Plan Marshalla” (znów!) jest niezbędny, ale brak nań wielu dziesiątków miliardów z budżetu. Bo firmy „prywatne”, którym oddano sieci, na inwestycjach stale (i na całym świecie) oszczędzają. Często zbrodniczo.

            b) Wraca jednak, mimo braku pieniędzy na sprawy ważniejsze, po raz kolejny, chęć rządu wydania 60-80 miliardów złotych na Energetykę Jądrową. Udowodniliśmy już dawno, że energetyka jądrowa jest Polsce potrzebna „jak rybie rower”: Jest technologią przestarzałą, bardzo drogą i niebezpieczną. Daje energię „w podstawie”, czyli bez możliwości szybkich zmian koniecznych w związku ze zmianami zapotrzebowania, np. dobowymi. A teraz ta sprawa znów do Polski wkracza - gdyż do krajów słabych gospodarczo i politycznie, rządzonych przez skorumpowane grupy nacisku, łatwiej się „wchodzi” z prowizjami (tak obecnie elegancko nazywa się „łapowe”, czy jurgielt -  przecież od Jahr Geld!)

            c) systematyczne blokowanie rozwoju małych kotłowni na biomasę, małych agro-rafinerii (do przetwarzania na paliwo do diesli wszelkich, szczególnie tanich tłuszczów!) powoduje ogromne bezrobocie oraz nędzę wsi. Te przecież technologie istniejące, w innych krajach dają pracę i dobrobyt milionom zwykłych ludzi, nie zaś (co widzimy np. w Polsce) bogactwo nielicznym członkom mafii. W tych sprawach od ok. 15-tu lat nie możemy przebić się do mediów - tam już rządzą (głównie czy jedynie?) „wydawcy” czy „układy”.

C. FOZZ


            Opiszę Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego jako przykład bezkarności „ludzi GRU” czy WSI (czy jak tam się nazywały kolejne mutacje) w handlu „polskimi długami”. W rzeczywistości dotyczyło to przecież zadłużenia władców PRL-u. Polacy nie podjęli żadnej suwerennej decyzji w sprawach zadłużania PRL-u, podejmowali to namiestnicy ZSRS. Te obce więc długi rząd Mazowieckiego/Kiszczaka zwalił na Naród przez sławne „pacta sumt servanda” Geremka, czyli zgodę na kontynuację PRL-u w nowym sztafażu.

            Poznanie i zaraz potem ujawnienie przez Michała Falzmanna (wtedy - inspektora NIK) mechanizmu prostackiego rabunku Polski poprzez „handel na rynkach wtórnych” tymi zobowiązaniami post-PRL-owskimi wywołało panikę wśród grup ten rabunek przeprowadzających.  Wywołało też chwilowe zainteresowanie mediów. „Gwiazdy dziennikarskie” z Gazety Wyborczej (np. Anna B.) obniżały kwoty, o które chodziło, tysiąc lub (zapewne w przypływie poczucia bezkarności) milion razy. Rzeczywiście bezkarnie.

            W 1992-gim o FOZZ zrobiła parę audycji wiecznie (już wtedy) młoda Elżbieta Jaworowicz. Tuż przed trzecim chyba programem na ten temat, w czasie zwyczajowego oglądania jej dzieła przez uczestników, skonsternowana pani redaktor powiedziała mi, że właśnie „zadzwonił Miecio” i zażądał, by mnie wycięła. Upewniłem się, czy to Wachowski - potwierdziła. A było już bardzo późno, większe ingerencje w program niemożliwe. Oglądałem potem audycję, w której wszyscy dyskutowali, a gdy ja ruszałem gębą - leciała muzyczka. W tejże audycji „omawiała sprawę” nieznana nikomu pani. Gdy spytałem ją potem, czemu mówi o sprawie, której ewidentnie nie zna, wyjaśniła mi, że to prezydent Wałęsa chce, by jej twarz była już ludziom znana, gdyż szykuje jej stanowisko prezesa NBP. Była to oczywiście p. HGW.

            Jednocześnie młodzi (głównie) dziennikarze jako pierwsi ujawniający kulisy tego rabunku (np. Adam Derewicz i Piotr Dominiak z Tygodnika Gdańskiego, czerwiec 1991, np. „FOZZ-gate i jej odnogi”, czy „Państwo bez księgowości”) szybko tracą pracę. Po roku któryś usiłuje , jako sprzedawca, wciskać t.zw. „eleganckie meble”, ktoś inny zachęca znajomych do „garnków ZEPTER”. O kontr-skuteczności pisania prawdy o sposobach i „bohaterach” rabunku przekonało się wielu dziennikarzy. A różne mazury, żemki, bagsiki, sawickie itp. prosperowały doskonale. „Parasol” działał. I działa.

O co tu naprawdę chodzi

            Tymczasem główny sposób rabunku jest porażająco prosty: Pisałem w 2009 r. w artykule: Czy miliardy FOZZ - to już „na straty”? Czemu wszystkie „prawicowe” tygodniki, jak pies jeża (a może jak bomby??) bały i boją się tego tekstu, który wreszcie umieściłem jedynie na swej stronie?

            Podaję w nim ekonomiczne mechanizmy rabunku poprzez FOZZ oraz nazwiska osób, które tego mechanizmu broniły. Dla przykładu: Balcerowicz, Sawicki, Kawalec, Misiąg. „Nieuchwytny” Dariusz Tytus Przywieczerski robi przecież interesy w USA, znajdują go dziennikarze, ale „nie może znaleźć” wymiar sprawiedliwości. Żemek miał właśnie zostać przedterminowo zwolniony z więzienia w RP. Te fakty nie wzbudziły choćby refleksji, że „parasol ochronny”, nawet nad prostymi wykonawcami, dalej jest rozpięty i dość szczelny. A przecież co bardziej dociekliwi mogliby z tego wyciągnąć wnioski, KTO realnie rządzi Polska AD. 2009.

            Prof. Przystawa z dr. M. Wolfem opublikowali już przed 10-ciu laty prace z fizyki ekonomicznej z wyjaśnieniem mechanizmu rabunku. W naukowym czasopiśmie recenzowanym, a nie w gazecie. Podaję Abstract z:    Physica A 285 (2000) 220-226  www.elsevier.com/locate/physa

Violation of interest-rate parity: a Polish example.  Jerzy Przystawa, Marek Wolf

Abstract: The mechanism of the so-called "Bagsik Oscillator" is presented and discussed.  In essence, it is a repeated exploitation of arbitrage opportunities that resulted from a marked departure from the interest-rate parity relationship between the local Polish currency and the western currencies.

           Poniżej podaję tylko wynik rachunków, zakładając nieznajomość sum i całek u Czytelnika. Chętnych odsyłam do literatury cytowanej. Istotna jest liczba “93 RAZY” jako “przebicie” roczne łatwo uzyskiwalne przez „wtajemniczonych”. I tylko przez nich.  Nawet w roku 2000, roku  pewnego uspokojenia się oszustw finansowych, można było w ten sposób „wyciągnąć” zysk 91% (sic!!).

            W pracy tej autorzy wykazują, że: Bezczelne i świadome wykorzystanie ustalonego tajnie przez rząd z Międzynarodowym Funduszem Walutowym (w roku 1991, też na przyszłość) kursu wymiany (w tym wypadku złotego do dolara) powodowało możność rozdęcia zobowiązań państwa (w świecie bankowym, czyli wirtualnym) o dziesiątki czy setki RAZY. O tych, tajnych wtedy, ustaleniach między przedstawicielami rządu RP a Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym wiedziało w Polsce - formalnie - tylko kilka osób: Minister Finansów (wtedy Leszek Balcerowicz), paru jego zastępców (na pewno Stefan Kawalec, Wojciech Misiąg  i Janusz Sawicki - ci dwaj równolegle  wysocy oficerowie WSI), na pewno prezes NBP (Grzegorz Wójtowicz), prezes rady nadzorczej FOZZ (D. Rosati). I chyba już.

            Ci wszyscy urzędnicy znani są przecież z imienia i nazwiska, pisaliśmy o tym (tj. alarmowali) od początku, od roku 1990, ale bezskutecznie. A sąd karny nad FOZZ zajął się drobiazgami, ale „możliwymi do udowodnienia”. Czemu wątek wykorzystania wiedzy o tych tajnych umowach przez Żemka i jego ekipę nie został wyjaśniony w sprawie karnej FOZZ-u? Czemu nie skłoniono do zeznań tych paru osób? A może należało ich zmusić? Są to osoby znające tajne umowy międzynarodowe i od początku znające możliwości oszustw, jakie ekipa FOZZ (czyli ekipa Y z WSI) uzyskała i wykorzystała. Nie mogę ICH przecież obrażać przypuszczeniem, że byli za głupi do poznania prawdy, lub za tchórzliwi do jej ujawnienia.

----------

Tyle sam „mechanizm”.

            O neo-darwinowskim wychowaniu „dziennikarzy śledczych” może świadczyć fakt, iż np. Leszek Sz., w 2009 r. ”odkrył” tajne notesy Michała Falzmanna (bo mu udostępniłem). Notesy przedstawione uprzednio bezskutecznie, już w 1992 roku prokuraturze (i chętnym dziennikarzom). LSz zrobił koło tego duży szum medialny, ale żadnymi namowami nie dał się skłonić do opisania powyższego prostego mechanizmu. Za prosty?? A może „naczelni” są już tak uczuleni?

            Przed dziesięciu (chyba) laty zapalił się do opisania tego mechanizmu młody, bystry dziennikarz z katolickiego dziennika. Po wielu usiłowaniach opublikowania – przerzucono go do działu ogłoszeń, skąd przez wiele miesięcy rozpaczliwie namawiał mnie, bym mu dał ogłoszenie o „kotłach na biomasę”. Nie dałem, bo zyski firemki wahały się koło zera... Ale inni zrozumieli, czego nie wolno. I milczą.

            O atmosferze (i może naszym braku naiwności) na początku lat 90-tych może świadczyć koperta, która dziś (15. X. 2010) znalazłem w archiwum przy pisaniu tego artykułu. Kopertę ciągle zaklejoną. Cytuję:

Otworzyć Tylko i Natychmiast po mojej śmierci, porwaniu („zniknięciu”) lub doprowadzeniu mnie do stanu „niekomunikatywności” MD, 11 lipca 1991 (dodane w 2001 r. : MF zmarł 18. 07. 91) .

Pisałem to na lata przed posła Gruszki... Zapewne zastosowano wobec niego sposób, przed którym usiłowałem się bronić. Wykonanie ew. wyroku okazało się chyba zbędne, bo powiedziałem otwarcie w TV, że co zdołaliśmy się o FOZZ dowiedzieć, to zostało już ujawnione.

            Obecnie dawni podejrzani już realnie i jawnie przejęli lejce tej karety..

D. Upadek stoczni polskich

            Niedawno ujawniono, iż tereny którejś stoczni rabunkowo (oczywiście!!) przejął jakiś arabsko-izraelski handlarz bronią, kaszogi, czy coś takiego.

            O „sensie” i absurdzie takich sprzedaży pisała pani Falzmannowa, cytuję „262 tysiące metrów kwadratowych łącznej powierzchni działek w Gdyni i Szczecinie ma wartość co najmniej 1262 milionów czyli 3 razy tyle, na ile wyceniono razem te działki, sprzęt stoczniowy, gotowe elementy i nawet projekty statków.” Itp., zachęcam..

            Przypomnę, że przed paru tygodniami 30-lecie „Solidarności” „świętowano” na trupach stoczni szczecińskich i gdańskich. Czy można się dziwić, iż premier Tusk, pochodzący z Gdańska, został tam wygwizdany i wyśmiany?

            Idąc wstecz w czasie w tej sprawie, walczący o Stocznię Gdańską odważny Kapitan ż.w. Bolesław Hutyra zginął z dwoma kolegami pod Nidzicą, gdy jechali na rozmowy z przedstawicielami rządu Buzka. Wpadli we mgle porannej na stojące na szosie (!!!) maszyny drogowe. Ze świadkiem, który twierdzi do dziś, że Bolek telefonował z komórki i mówił mu, iż mieli wypadek, nikt poważnie nie chciał rozmawiać. Wg. prokuratury zginęli na miejscu.  A wtedy Stocznie można by było jeszcze uratować, zapewne ku niezadowoleniu i oburzeniu zagranicznych konkurentów.

            Pamiętajmy jednak, że „wyrok” na Stocznię wydawał już premier Rakowski, za nie zaplanowany przez agentów, a ściślej - niesterowalny ”wybuch” Pierwszej „Solidarności”.

            Ileż w historii zamordowania przemysłu stoczniowego w Polsce dezinformacji w prasie wysoko-nakładowej – i telewizjach – każdy może sobie sam dopowiedzieć.

E. „Tiry na tory” a oszustwo „budowy autostrad”

            Jako eksperci sejmowi (wtedy jeszcze!) wyliczaliśmy na początku lat 90-tych posłom, jakie zyski przyniosłoby przeniesienie rosnącego już wtedy transportu towarowego, szczególnie między Europą Zachodnią, a Rosją, na tory kolejowe. Rządzący, coraz bardziej mający się znów za „decydentów”, szczególnie Waldemar Kuczyński, mówili, że to „nienowoczesne”, że przecież szybko zbudujemy sieć autostrad. I tak, jak mówili, tak zostało. Bez wykorzystania infrastruktury kolejowej. I bez autostrad.

            Ale dziesiątki miliardów się nie „zmarnowało”, jak pisują usłużni „dziennikarze śledczy”. NIE! przeszło przecież do właściwych kieszeni.

            Na skalę Warszawy: przypomniałem niedawno na swej stronie przedwyborcze obietnice HGW na temat transportu. Zacytuję:

-------------------------------------

Co obiecała w kampanii Hanna Gronkiewicz-Waltz

            Od 2007 r. ruszy budowa sieci obwodnic i modernizacja dróg wylotowych z miasta na Gdańsk, Białystok, Siedlce, Lublin, Kraków i Poznań. W najbliższych miesiącach zlikwidowany zostanie sztuczny podział na Szybką Kolej Miejską i podmiejskie koleje. W przyszłym roku lotnisko na Okęciu z centrum miasta połączy linia kolejowych szynobusów. Corocznie stolica będzie kupowała co najmniej setkę autobusów, a Warszawę przetnie sześć szybkich linii tramwajowych. Pojadą one ulicami: Grochowską, Targową, Grójecką, al. Jana Pawła II, Al. Jerozolimskimi, al. Solidarności. Powstaną trzy nowe mosty: Północny, Karowy (pomiędzy ul. Karową a Portem Praskim) oraz Na Zaporze, który zepnie wiślane brzegi na wysokości Łuku Siekierkowskiego. Wszystkie powinny być gotowe około 2010 r.

Obwodnica Etapowa Centrum poprowadzona zapewne w 2008 r. Trasą AK, Trasą Siekierkowską, Prymasa Tysiąclecia i Żołnierską odkorkuje miasto. Około 2009 roku pojedziemy drugą linią metra z Bemowa na Targówek oraz na Gocławek. Każda dzielnica położona na obrzeżu stolicy dostanie linię metra lub SKM. WYTNIJ! I ZACHOWAJ


-----------------------------------

            Komentarz zbyteczny. Może jednak spece od dezinformacji wyjaśnia, jakimi sygnałami zaganiane są owieczki do urn wyborczych, by znów na HGW głosować? Na trasie Otwock-Warszawa pobudowano ogromne, skomplikowane i drogie parkingi. Ale stoją puste, bo Szybka Kolej Miejska jeździ co pół godziny, lub co godzinę, zamiast - co pięć minut.. Jakby to zmniejszyło korki w mieście...

F. Wielka RURA, gaz łupkowy, LNG, a rura przez Bałtyk

            Pisywaliśmy, głównie w kwartalniku „Rurociągi”, że kolejne umowy z Rosją (czy Gazpromem...) są ewidentnie niekorzystne dla Polski. M.in. dlatego, że agenci Rosji uplasowani w ministerstwie Przemysłu i Handlu (a potem w min. Gospodarki) zrezygnowali z należnych Polsce opłat za przesył gazu, za tranzyt. Gdyby Wielka Rura była wykorzystywana zgodnie z planem, byłyby to sumy rzędu 70 miliardów dolarów w czasie planowej jej eksploatacji... Rocznie ponad 1.5 miliarda dolarów. Nieśmiałe próby rozpowszechnienia tych informacji w prasie wysoko-nakładowej skończyły się klęską. Tak Sprawy, jak dziennikarzy.

            To samo dotyczy absurdalnej z punktu widzenia opłacalności Rury przez Bałtyk. Jedyny czy główny jej cel – to szantaż Polski jako kraju tranzytowego dla syberyjskiego gazu. A Syberia to przecież kolonia Rosji. „Rura” ma być też, na żądanie Niemiec i Rosji, w okolicy Świnoujścia położona tak płytko, by uniemożliwić lub choć utrudnić przepłynięcie tankowców z LNG (metan skroplony) do Polski. Polscy specjaliści już od lat 70-tych zeszłego wieku (Witold Michałowski) wykazywali strategiczną konieczność dywersyfikacji poprzez LNG.

            Jednak upublicznienie faktu, iż b. kanclerz Niemiec Schröder został „doradcą” czy urzędnikiem GAZPROMU z milionowa pensją, i to bezkarnie, skutkuje „przekonaniem” dziennikarzy, że korupcja, zło, rabunek są wszechmocne. I że nie tylko nie należy z nimi walczyć, ale należy natężać swą (często jakże mierną) inteligencję, by to-to wychwalać.

            Ostatnia (na razie) próba ubezwłasnowolnienia Polski przez siły prowadzące Pawlaka: „Umowa” gazowa z Rosją do... 2037 roku (sic!!, wobec ogólnego oburzenia, nawet w UE, podobno Rosjanie „zgodzili się” na rok 2022-gi ) ma na celu, poza zabójczym uzależnieniem od Rosji, również równoczesne przejęcie kontroli nad ogromnymi złożami t.zw. „gazu łupkowego” przez grupy finansowe globalistyczne, a nie polskie.

            Teraz (2010 r.) widać całą bezsilność publicystów usiłujących choć poinformować Polaków o takich zagrożeniach. A królują „eksperci” powiązani z tymi samymi „firmami” (WSI GRU, BND, FSB ... itd) , które równolegle prowadzą skuteczną dezinformację na temat Katastrofy Smoleńskiej.

 G. Giga - oszustwo: Antropogenne CO2


            Od paru dziesięcioleci z uporem rozpowszechnia się kłamstwa na temat :

            - szkodliwości CO2 w atmosferze,

            - „katastrofalnej” ingerencji człowieka we wzrost CO2

            Rozpowszechnia się je pod pozorem „prawd naukowo dowiedzionych”. Niektórzy usłużni dziennikarze grzmią nawet o „trującym” gazie - CO2

            Tymczasem jest to gaz występujący w śladowych ilościach (ok. 360 części na milion). Jego wpływ na wzrost roślin, a poprzez to również na populację zwierząt, jest pozytywny i istotny.

            Dalej: Wg. uczonych geofizyków na ew. „efekt cieplarniany” istotny wpływ ma woda w swoich trzech stanach skupienia. Ale ten wpływ jest na razie zbyt trudny do matematycznego wymodelowania, więc zwalono wszystko na CO2

            Pozatem: Jak na razie wszystkie „dowody” na to , że to cywilizacja ludzka jest „katastrofalnym źródłem” wzrostu CO2 oparte są na kłamstwach i oszustwach. Jednak globaliści, w tym władze UE, zmuszają kraje członkowski do płacenia (komu naprawdę, nie wiemy) ogromnych sum (podatków? kar?) od emisji CO2

            Jeśli nie będzie stanowczych reakcji państw, a może narodów, przeciw temu oszustwu, to państwa słabsze ekonomicznie, szczególnie te, w których gospodarka oparta jest na węglu, nie tylko zbankrutują, ale dosłownie zostaną zaduszone. Jest to droga do gospodarczej katastrofy krajów i kontynentów.

            Jest też śmiertelnym zagrożeniem dla nauk ścisłych, szczególnie logiki, matematyki i fizyki i pochodnej - geofizyki. Ponieważ matematyka i fizyka są fundamentem nauk, ich upadek musiałby spowodować katastrofę całej cywilizacji ludzkiej.

            Ci z publicystów, którzy ośmielają się o tym pisać, są marginalizowani. A tłum „żurnalistów” wypisuje bezkarnie kłamstwa i bzdury o „antropogennym efekcie cieplarnianym”. A uczeni? Cześć w proteście występuje z „uczonych” a zakłamanych gremiów, np. z American Physical Society zob. Resignation From The American Physical Society - an important moment in science history. Ja nie miałem z czego występować, ale właśnie zostałem usunięty z uczelni (w połowie realizowanego cyklu wykładów, bez uzasadnienia) przez Komisję Akredytacyjną przy min. Szkolnictwa Wyższego. Anonimowo. Jak sądzimy, za wykład „Inżynieria ochrony atmosfery i fizyka atmosfery”, w którym przekazywałem studentom, przyszłym inżynierom, prawdziwe informacje i skuteczne metody analizy.

             Ten tekst jest też przywołaniem tych, którzy w tej nierównej walce polegli.

 

H. Epilog, a może epikryza

            Winien jestem wyjaśnienie państwu tytułu mego wystąpienia: śmiertelna choroba „tej” cywilizacji. Sprecyzujmy, o jaką „tę” cywilizację chodzi?

            Od paru dziesięcioleci narzucana nam jest „nowa cywilizacja”. Analiza jej cech według kryteriów Feliksa Konecznego (szczególnie quincunx) wskazuję, że:

 

zamiast dobra promuje względność lub zło

zamiast prawdy promuje kłamstwo i względność

zamiast piękna -fascynację brzydotą, ohydą.

zamiast zdrowia promuje zboczenia, narkomanie itp

                        zamiast naturalnego i realizowanego dążenia do ogólnego dobrobytu

                            promuje podział na nielicznych super-bogatych i wielu nędzarzy

 

            Jest więc ona w jaskrawej sprzeczności z cywilizacją łacińską

 Tę ostatnią cechę „tej” cywilizacji omówiłem na przykładach w mym wystąpieniu.      

 

            W pracy „Czy w UE powstaje nowa cywilizacja? ” rozwinąłem ten temat szerzej. Istotny jest wniosek: Jest to cywilizacja sztuczna, wymyślona. A we wszystkich pięciu wartościach quincunx’a charakterystycznych dla cywilizacji łacińskiej stoi po stronie antagonistycznej. Jest więc „wydumką” zwolenników Antychrysta. Jest anty-cywilizacją. Skazana jest na śmierć. Zapewne - w strasznych konwulsjach.

            Nasz cel - obyśmy w tej jej śmiertelnej chorobie nie uczestniczyli, byśmy się wcześniej od niej oderwali.

Co daj nam Panie Boże, a wymódl, Pośredniczko wszystkich Łask, Maryjo. Amen

 Z:

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=2476&Itemid=55
Mirosław Dakowski (2010-10-18)
 Warszawa, 2010-10-3

 Nadawca: 

[....]

Odbiorca:

Prokurator Generalny

Andrzej Seremet


Prokuratura Generalna


ul. Barska 28/30


02-316 Warszawa


 Sprawa:

Katastrofa przy lądowaniu samolotu Tu 154 M na lotnisku Siewiernyj dn. 10 kwietnia 2010 r

                                Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa

 Realizując społeczny obowiązek zawiadomienia organów ścigania o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu zawarty w art. 304 § l k.p.k. oraz realizując obowiązek prawny zawarty w art. 240 § l k.k. który stanowi:

„Kto, mając wiarygodną wiadomość o karalnym przygotowaniu albo usiłowaniu lub dokonaniu czynu zabronionego określonego w art. 118, 118a, 120-124, 127, 128, 130, 134, 140, 148, 163, 166, 189, 189a § 1, art. 252 lub przestępstwa o charakterze terrorystycznym, nie zawiadamia niezwłocznie organu powołanego do ścigania przestępstw podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”

informuję, że

1)      jako profesor zwyczajny fizyki, zajmujący się zawodowo oraz jako dydaktyk dynamiką ruchu i prawami zachowania (pędu, momentu pędu itp.), a także wytrzymałością materiałów, wykonałem i posiadam obliczenia wykazujące, że przyspieszenia przy zetknięciu się z ziemią czy drzewami kadłuba samolotu wynosiły od 0.4 - 4 g (g - przyspieszenie ziemskie), co czyni skrajnie nieprawdopodobnym, przy ujawnionym sposobie zetknięcia kadłuba z przeszkodami, zejście śmiertelne wszystkich osób na pokładzie w trakcie i na skutek hamowania. Niemożliwe też było, przy ewentualnej utracie kawałka skrzydła znanej wielkości na wysokości paru metrów, wykonanie przez płatowiec pół-beczki nad gruntem.

2)      Kadłub, traktowany w obliczeniach jako rura, głównie z duralu wzmocniona żebrami, musiał przy ślizganiu się po zagajniku pozostać w całości, lub rozpaść się na dwie, najwyżej trzy części. Rozpad jego na dziesiątki tysięcy części jest sprzeczny ze znaną z mechaniki wytrzymałością materiału kadłuba. Wskazuje to na PEWNOŚĆ, iż rozpad kadłuba nastąpił z innych przyczyn, łatwych do jednoznacznego znalezienia.

3)      Wykonane obliczenia, na podstawie ujawnionych zapisów ścieżki dźwiękowej z czarnej skrzynki, wskazują na różne, wahające się i zmienne prędkości płatowca w powietrzu (przykładowo np. 59 km/h lub 158 km/h; jest to sprzeczne z zasadą zachowania pędu), przy katalogowej minimalnej możliwej prędkości Tu 154 w stabilnym locie rzędu 270 km/h. To jest jednoznaczny, pewny dowód, iż osoby czy firma przekazująca stronie polskiej te zapisy, fałszowała oryginalne zapisy skrzynki.

Prawa fizyki, jak i prawa logiki, obowiązują bezwzględnie. Nie da się ich zmienić, bo są to prawa natury; stoją one ponad „prawami” geo-polityki czy socjologii.

Proponuję Prokuraturze udział mój i znanych mi specjalistów z mechaniki i dynamiki ruchu oraz elektroniki i informatyki (w dziedzinie trajektorii 3D) w części merytorycznej śledztwa smoleńskiego. Strona polityczna nas nie interesuje

Mirosław Dakowski

profesor zw. fizyki, dr hab.

Jacek Świat (2010-10-17)

Moje państwo mnie zawiodło

 

Byłem już nazywany bydłem i mężem dewiantki psychicznej. Potem dowiedziałem się, że wspominając żonę, uprawiam nekrofilię. I że łzy moich przyjaciół są tyle warte co opłakiwanie Bieruta. Czy ten zalew podłości ma kres? – pyta wdowiec po Aleksandrze Natalli-Świat

Minęło pół roku od katastrofy smoleńskiej. Dla mnie jest to tragedia osobista, która przesłania polski i narodowy charakter dramatu. I tak już będzie zawsze. To osobiste spojrzenie sprawia, że tym mocniej odbieram wszystko, co wiąże się z katastrofą i jej konsekwencjami. Półrocze to był czas wspomnień, uroczystości, a dla mnie także czas refleksji. Refleksji smutnych i złych.

Uczuciem, które mi towarzyszy od pierwszego dnia, jest poczucie ogromnego zawodu. Zawiodło mnie państwo, które nie potrafiło zapewnić bezpieczeństwa swojemu prezydentowi i setce przedstawicieli elity. Zawiodło, bo ta katastrofa nie miała prawa się zdarzyć.

Ola często latała samolotami

Moja żona latała samolotami bardzo często. Przez pięć lat to był jej zwykły środek lokomocji w podróżach między Warszawą a Wrocławiem. Latała też za granicę, kilka razy lecieliśmy razem na wakacje. Zawsze bez obaw, z pełnym zaufaniem do umiejętności pilotów, odpowiedzialności służb kontroli lotów, fachowości mechaników.

Premier Tusk oznajmia, że to środowisko PiS powinno się czuć odpowiedzialne za katastrofę. Czyli nie jest winny minister, który nie zapewnił bezpieczeństwa samolotowi. Winna jest moja żona, bo wsiadła do samolotu razem z prezydentem

Tak, wiem. Katastrofy zdarzają się mimo wszystko. Zdarzają się przecież niezwykłe zbiegi okoliczności, zdarzają się ludzkie omyłki. Ale nie zdarzają się katastrofy takie jak ta. Nigdzie w cywilizowanym świecie nie mieliśmy do czynienia z katastrofą o takich konsekwencjach.

To nie przypadek.

Wydawało nam się, że spośród tylu samolotów, w których Ola leciała, ten jest najbezpieczniejszy. Że procedury bezpieczeństwa, które bywają tak uciążliwe dla pasażerów, w tym przypadku doprowadzone będą do perfekcji. Jednak wiedza, którą uzyskaliśmy przez te pół roku – choć szczątkowa – poraża.

Lista zaniedbań, zaniechań, niedopatrzeń jest coraz dłuższa. Nie ma sensu jej przypominać. Można te fakty odnaleźć w mediach. Okazuje się, że temu lotowi towarzyszyły chaos i dezorganizacja. Nawet w tak elementarnej sprawie jak status lotu: cywilny czy wojskowy. A przecież to radykalnie zmienia procedury bezpieczeństwa. Jak to możliwe, żeby standardy bezpieczeństwa lotów najważniejszych osób w państwie były rażąco niższe niż w przypadku lotów cywilnych? Ja tego pojąć nie potrafię.

Od pół roku czekamy

Dziś to uczucie zawodu jest jeszcze głębsze. Pani Marta Kaczyńska po odwiedzinach grobu rodziców powiedziała, że narasta w niej gorycz. Rozumiem i podzielam to uczucie. Elementarny zdrowy rozsądek podpowiada, że po tak niebywałej katastrofie całe państwo powinno stanąć na głowie i zmobilizować wszystkie siły, by wyjaśnić jej przyczyny. Tymczasem mam najgłębsze przekonanie, że nasze państwo nie potrafi – a może nie chce – wystarczająco energicznie szukać prawdy.

Zaczynając od rezygnacji z umowy polsko-rosyjskiej sprzed 17 lat, która pozwoliłaby stronie polskiej uczestniczyć na pełnych prawach w badaniu przyczyn katastrofy. Rzecznik rządu argumentował, że porozumienie nie ma procedur, że trzeba czasu na uzgodnienia. Czasu? Blisko pół roku czekaliśmy na wylot do Smoleńska naszych archeologów. Pół roku czekamy na memorandum dotyczące pomocy prawnej. Pół roku czekaliśmy na zabezpieczenie wraku samolotu.

Doczekaliśmy się. Okazało się, że wystarczyły trzy dni. Ale nie dlatego, że jest to ważny dowód rzeczowy. Nie dlatego, że nasz rząd wykazał się uporem. Ale dlatego, że w Smoleńsku miały się spotkać panie prezydentowe. Czego więc trzeba, czasu czy chęci? I znów przeżywam gorycz i wstyd, bo to moje państwo pozwala się traktować jak pętak.

Nie znam się na lotnictwie, a już tym bardziej na katastrofach lotniczych. Mam świadomość, że wyjaśnianie przyczyn jest sprawą trudną i pracochłonną. I że może zająć wiele miesięcy. Byłbym skłonny czekać cierpliwie, tak długo, jak to jest konieczne, gdybym miał zaufanie, że prace nad ustalaniem przyczyn przebiegają sprawnie i fachowo. A jednak nie sposób wykrzesać z siebie choćby odrobinę zaufania.

Nie sposób, widząc szczątki samolotu i ciał naszych bliskich walające się na miejscu katastrofy. Nie sposób, słysząc matactwa na temat identyfikacji i sekcji ofiar. "Nie sposób" mógłbym powtórzyć jeszcze wiele razy. Ileż razy wyszydzano "pisowski" zespół sejmowy. Ileż razy wyszydzano jej przewodniczącego Antoniego Macierewicza. Ale dziwnym trafem dopiero po powstaniu tego zespołu zaczęły się konferencje prasowe prokuratury, zaczęła się aktywność różnych służb państwowych.

Przekroczone wszystkie miary

Pytanie o przyczyny jest w oczywisty sposób pytaniem o odpowiedzialność. Używam wciąż słowa "państwo". Tak, ale to państwo ma konkretnych gospodarzy. Za państwo odpowiadają konkretni ludzie. Ministerstwo Obrony, które odpowiada za samolot, załogę, procedury lotu. Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiadające za logistykę i formalności. Słowem - rząd.

Przedstawiciele tego rządu najwyraźniej nie tracą dobrego samopoczucia. Nie ma dymisji, nie ma poczucia źle spełnionego obowiązku. Rzecznik rządu nieodmiennie zapewnia, że wszystko jest w porządku, odpowiada lekko i ze swadą, jakby chodziło o budowę Orlików. Na pytanie, dlaczego nie zdymisjonowano ministra Klicha, skoro do dymisji podał się minister Ćwiąkalski po samobójstwach kilku przestępców, usłyszeliśmy, że przecież Klichowi nikt się nie powiesił.

Premier Tusk oznajmia, że to środowisko PiS powinno mieć wyrzuty sumienia, że powinno się czuć odpowiedzialne za to, co się stało. Czyli nie jest winny minister, który nie zapewnił bezpieczeństwa swojemu samolotowi. Winna jest moja żona, bo wsiadła do samolotu razem z prezydentem.

Nie mam słów na określenie cynizmu i podłości tych wypowiedzi. Przekroczone zostały wszelkie cywilizowane miary. I mam nadzieję, że Donald Tusk poniesie za nie stosowną odpowiedzialność prawną.

Nie wytrzymuję już jazgotu

Sam przez sporo lat uczestniczyłem w życiu politycznym. Potem – towarzysząc żonie – żyłem polityką na co dzień. Znam dobrze jej mechanizmy. Znam dobrze mechanizmy funkcjonowania mediów. Znam sztuczki manipulacji i propagandy. Jestem przyzwyczajony do brutalności życia politycznego. Jest mi więc w pewien sposób łatwiej. Ale co mają powiedzieć rodziny, które są apolityczne? Dla których mikrofony i kamery to nowość. Których nigdy wcześniej nie dotknęły brutalność, obelgi, manipulacje słowami.

Jakże współczuję rodzinom lotników, którzy nie mogą się bronić, a których wielokrotnie obwiniano za katastrofę. Czy popełnili błędy? Nie wiem. Ale ważniejsze pytanie, czy dostali do rąk wszystkie możliwe narzędzia, żeby bezpiecznie poprowadzić ten lot. Tego pytania na razie nikt nie postawił. Ale ci, którzy pilotów wysłali do Smoleńska, żyją i mają się świetnie. Sami piloci na to pytanie już nie odpowiedzą.

Ale i mnie jest coraz trudniej wytrzymać w jazgocie dobywającym się z mediów. Byłem już nazywany bydłem i mężem dewiantki psychicznej. Potem dowiedziałem się, że wspominając tragicznie zmarłą żonę, uprawiam nekrofilię. I że łzy moich przyjaciół są tyle warte co opłakiwanie Bieruta. A cała ta nasza żałoba to cyrk. Czy ten zalew podłości ma kres? Nie ma.

Polityk partii rządzącej oznajmia, że cieszyłby się ze śmierci politycznego rywala. W całym cywilizowanym świecie takie słowa oznaczałyby dla autora tej wypowiedzi śmierć cywilną. Ale nie w Polsce. U nas kontynuuje on karierę polityczną, karierę gwiazdy mediów, a nawet awansuje do roli guru subtelnych artystów i intelektualistów.

Na swój sposób to półrocze uczciła "Gazeta Wyborcza". Opublikowała artykuł o przyczynach katastrofy. Artykuł, który powinien przejść do podręczników prasowej manipulacji. Pisząc o ewidentnych zaniedbaniach służb rządowych, ani razu nie wymieniono nazwy rządzącej partii, ani razu nie wymieniono nazwisk ludzi, którzy za ten tragiczny lot odpowiadali ze strony rządowej. Natomiast wielokrotnie wymieniono nazwę PiS. W różnych przypadkach i kontekstach. A do winnych katastrofy zaliczono nawet "pisowskich" dziennikarzy. Oczywiście po nazwisku.  Na okrągłą rocznicę usłyszymy pewnie, że Lech Kaczyński sam się zabił, żeby zepsuć Tuskowi tradycyjny mecz piłkarski. To nie czarny humor. Przypomnicie sobie moje słowa za pół roku.

Rodziny lepsze i gorsze

Wielokrotnie w ciągu tego półrocza miałem okazję wypowiadać się publicznie, bezpośrednio lub za pośrednictwem mediów. Miałem tę możliwość kilkakrotnie również w ostatnich dniach. Jednego mogę być pewny. Nikt mi nie zarzuci agresji, ostrości, uchybienia kulturze. Przeciwnie, raczej zarzucano mi zbytnią łagodność i cierpliwość. Wiem najlepiej, jak łatwo urazić czyjeś uczucia. I chcę tego uniknąć nawet kosztem nadmiernej empatii.

Miałem też okazję kilka razy spotykać się z rodzinami ofiar. Zawsze były to spotkania ciepłe, mimo świadomości, że pochodzimy z różnych środowisk i zapewne różnimy się poglądami. I zawsze będę czuły na prawo innych ludzi do radzenia sobie z żałobą.

Część rodzin dzień 10 października spędziła w Smoleńsku. Wiele razy powtarzałem, że moja nieobecność nie miała kontekstu politycznego, ale wyłącznie osobisty, że nie chcę przeżywać żałoby w tłumie, pod okiem kamer i aparatów. Natomiast szanuję wolę tych, którzy chcieli tam być. Ja byłem na mszy świętej i pod tablicą pamiątkową mojej żony na wrocławskim placu Solnym. Marta Kaczyńska była przy grobie rodziców. Jarosław Kaczyński – przed Pałacem Prezydenckim. Czy to tak trudno zrozumieć? Czy politycy nie mają prawa do własnej wrażliwości?

Są ludzie, którzy chcą, by krzyż postawiony przez harcerzy pozostał w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. Inni chcą jego przeniesienia. Jeszcze inni chcieli go zabrać do Smoleńska. Nikt jednak nie zadał pytania: dlaczego jednych się poniża, obrzuca obelgami i wręcz fizycznie atakuje, a innym daje się prawo głosowania o losach krzyża? Ten krzyż jest tak samo własnością moją, rodziny Kaczyńskich i uczestników pielgrzymki do Smoleńska.

Pamiętam dzień, gdy jechaliśmy długim konduktem przez Warszawę. I to wzruszenie na widok tłumów ludzi przy trasie, palących znicze, rzucających kwiaty. A przecież to było dwa tygodnie po katastrofie. Warszawiacy mogli się czuć znużeni tymi ceremoniami, zamykaniem ulic. I pamiętam kondukt jadący po nabożeństwie żałobnym na wrocławski cmentarz. Znów tłumy ludzi, kwiaty, znicze. Trudno było opanować wzruszenie.

10 października we Wrocławiu po mszy uformowaliśmy kilkusetosobowy pochód. Spokojny i milczący. Przeszliśmy pod tablicę upamiętniającą Władysława Stasiaka. Potem przez rynek pod tablicę upamiętniającą moją żonę. Szliśmy przez rynek jak zwykle tętniący życiem. I tam właśnie trafiliśmy na ludzi, którzy się z nas śmiali, szydzili, a nawet próbowali sprowokować fizyczną agresję. Nie było takich wielu, ale jednak byli. Dzień później media pełne były opisów wzruszenia i przeżyć uczestników pielgrzymki do Smoleńska. Tak, dla nich był to dzień wielkich i wzniosłych przeżyć. Dla mnie ten dzień skończył się gorzko.

Moralna degrengolada

Ci młodzi ludzie z rynku nie wymyślili tego sami. Ich nauczono, że niektórych Polaków można bezkarnie wyzywać, a nawet trzeba to robić. Nauczono, że można drwić z cudzej żałoby, wykpiwać zmarłych. Nauczono ich, że to modne i że trendy.

Dla mnie to doświadczenie jest wielkim, krzyczącym oskarżeniem. Oskarżeniem polityków bijących rekordy cynizmu, oskarżeniem mediów goniących za newsem i sensacją i pilnie wypełniających polityczne zlecenia. Nade wszystko jest oskarżeniem polskich elit opiniotwórczych. Bo to one powinny stać na straży kultury, wrażliwości, jakości debaty publicznej i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Tymczasem to one wyznaczyły standard chamstwa, podłości, nienawiści, zakłamania.

To nie przypadek - kiedy młodzi ludzie drwili z mojej żałoby, w Warszawie trójka tzw. intelektualistów debatowała na temat agresji słownej w życiu publicznym.

Ostrzegając, że za agresją słowną może pójść i agresja fizyczna. O jakąż to agresję im chodziło? Oczywiście: wobec Murzynów i gejów. Moim zdaniem trudno o bardziej jaskrawy dowód intelektualnej i moralnej degrengolady, ludzi zwanych z przyzwyczajenia elitą.

Tak, moje państwo mnie zawiodło. Polska mnie zawodzi. Ile jeszcze trzeba tragedii, żeby zawodzić przestała?

Autor w czasach PRL działał w opozycji demokratycznej, potem w "Solidarności", a po 1990 r. był wśród założycieli Porozumienia Centrum. W 1995 r. wycofał się z polityki. Był mężem Aleksandry Natalli-Świat, posłanki PiS, która zginęła w katastrofie smoleńskiej

Rzeczpospolita

http://www.rp.pl/artykul/548943-Swiat--Moje-panstwo-mnie-zawiodlo.html

Jarosław Rymkiewicz (2010-10-10)
Jarosław Rymkiewicz napisał list do Adama Michnika

                                                   

Adamie! Kiedyś – dawno temu – byliśmy przyjaciółmi. Teraz pragniesz mnie postawić przed sądem (właśnie otrzymałem list od Twojego adwokata), ponieważ napisałem prawdę: że jesteście – Ty i Twoi ludzie – spadkobiercami Róży Luksemburg i jej straszliwej idei wynarodowienia Polaków (oraz wszystkich innych narodów) – idei podjętej potem przez Komunistyczną Partię Polski.

Uważasz, że się mylę? Świetnie! To dlaczego grozisz mi sądem, zamiast podjąć ze mną dyskusję? A Twój adwokat pisze do mnie jakieś głupstwa o spółce giełdowej i jej interesach, którym podobno zagrażają moje poglądy. Czy idee i poglądy mają coś wspólnego z pieniędzmi i giełdą? To do tego doszedłeś? A to wstyd! Ale wróćmy do tego, co było trzydzieści kilka lat temu – do lat 70. i 80. zeszłego wieku. Pewnie pamiętasz, gdzie i kiedy się poznaliśmy – w końcu lat 70., na kolacji przy Alei Róż u Janki i Antoniego Słonimskich. Byliśmy tam w piątkę (była także Ewa), a kolacja skończyła się niezłą kłótnią między nami dwoma. Nawet chyba trochę niestosownie się zachowaliśmy – jeśli wziąć pod uwagę wiek gospodarzy oraz wiek ich gości. Ja już dobrze nie pamiętam, o co wtedy poszło, może Ty pamiętasz lepiej – wydaje mi się, że to była wielka kłótnia, nawet awantura o sprawę polską.

Ale choć się tak pokłóciliśmy, to nie umniejszyło to mojego ówczesnego podziwu i szacunku dla Ciebie – uważałem Cię nadal za rzecznika nadchodzącej polskiej wolności, także za kogoś, kto prowadzi Polskę ku wolności. Doprowadziliście ją – Ty i twoi ludzie – sam widzisz do czego. Do lotniska pod Smoleńskiem. Świadectwo tego, co wtedy o Tobie myślałem, jest w wydanej w roku 1984 w wydawnictwie Jerzego Giedroycia mojej książce „Rozmowy polskie latem roku 1983”. To na pewno pamiętasz. Przedstawiłem Cię tam jako więzionego przez totalitarne państwo bohatera Polaków. Także jako kogoś, kto w przyszłości, w wolnej Polsce, będzie strażnikiem wolności. „Kiedy Kuroń zostanie premierem – napisałem tam (w roku 1983) – to [...] posadzi Adasia. Bo Adaś nie zniesie najmniejszej niesprawiedliwości”.

O jakże strasznie się omyliłem! Ale nie byłem wówczas jedynym polskim pisarzem, który tak Cię widział. Zbyszek Herbert zadedykował Ci wiersz, Marek Nowakowski pisał o Tobie opowiadania. A potem wszyscy staliśmy z opuszczonymi rękami, próbując zrozumieć, co się z Tobą stało – dlaczego symbol wolności, więzień z ulicy Rakowieckiej, stał się symbolem Polski, której pierwszym prezydentem został złowrogi władca totalitarnego państwa.

Wolności nie da się podzielić na kawałki – nie można mieć trochę wolności, być wolnym po trosze. Albo będziemy mieli całą wolność i wtedy będziemy wolni tak, jak byli wolni Polacy w Pierwszej Rzeczypospolitej, albo będziemy czyimiś niewolnikami. Ty właśnie tego nie zrozumiałeś – chciałeś, żeby Polska miała mały kawałek, kawałeczek wolności – taki, który zamierzaliście nam dać Ty i Twoi ludzie. Taki, który nam zaproponowaliście. Ale my tego kawałka nie chcieliśmy mieć, my go nie potrzebowaliśmy. Wolność, w jej złotej całości, jest fundamentem życia polskiego. To jest jedyny fundament, na którym możemy zbudować całość naszego narodowego istnienia. Tego też nie umiałeś zrozumieć. Jeśli zechcesz przeczytać moją nową książkę, „Samuela Zborowskiego”, to tam znajdziesz obszerne wytłumaczenie i uzasadnienie mojego poglądu na problematykę polskiej wolności.

Ale może nie musisz tego czytać – bo ta wolność to już nie jest Twoja sprawa. I teraz nie możesz się już nazywać przyjacielem Jerzego Giedroycia i Zofii Hertzowej, także Konstanty Jeleński nie jest już Twoim przyjacielem. Bo Oni byli przyjaciółmi wolności. Więcej – byli obrońcami naszej wolności i wiedzieli, że musimy ją mieć w jej wspaniałej całości. Twoimi przyjaciółmi nie są już także Janka i Antoni Słonimscy. Antoni był człowiekiem wolności i na Twój widok, gdyby spotkał Cię w Alei Róż, pewnie by się odwrócił, a nawet (wiemy obaj, że potrafił być brutalny – był brutalnym obrońcą wolności) splunąłby Ci pod nogi. Tego właśnie się doczekałeś. Żeby bronić wolności, nie wystarczy wygłaszać moralnych kazań. Trzeba jej bronić całym swoim życiem.

Adamie! Co się z Tobą stało? Więźniu z ulicy Rakowieckiej – na czym polega tajemnica Twojej przemiany? Jaki dramat duchowy, jaka ponura tragedia ukrywa się za tą przemianą? Jaki jest powód tej strasznej duchowej klęski, mój (niegdyś) drogi przyjacielu?

Co zrobi przyszłość ze mną i z moimi książkami, to teraz, kiedy mam już 75 lat, mniej więcej wiadomo. A co zrobi z Tobą? Tego jeszcze nie wiadomo. Jestem jednak pewien, że także i Ty zostaniesz zapamiętany. Ale mam dla Ciebie w tej sprawie złą nawet bardzo złą wiadomość. Przyszłość będzie o Tobie pamiętać i Polacy o Tobie nie zapomną. Zostaniesz zapamiętany – jako wróg wolności.

Jarosław Rymkiewicz

 za :

 http://www.bibula.com/?p=27084

 foto :

facebook  i    http://wyborcza.pl/0,81848.html

Jadwiga Chmielowska (2010-10-05)

 

Polska i Czeczenia - igruszki Kremla

Achmedowi Zakajewowi, powierzono funkcję Drektora Departamentu Kultury w we wrześniu 1994. Rosja od razu tytułowała go Ministrem choć nie posiadał tej rangi. Jeździł z artystami na koncerty do oddziałów wojskowych na frontach. Sam nie brał udziału w walkach. Kiedy Radujew, komendant polowy, zrobił „rajd na Pierwomańskoje”( sierpień 1999r.), Zakajew zapuścił brodę i do czapki przyczepił czarny pasek z arabskim napisem. Zdziwienie było duże, ponieważ żołnierze czeczeńscy nosili paski koloru zielonego. Okazało się, że był on drugim człowiekiem po Łabazanowie, który założył czarny pasek. Rusłan Łabazanov, to pułkownik rosyjskiej FSK ( Federalnej Służby Kontrwywiadu). A. Zakajew był jedynym członkiem rządu czeczeńskiego, który nie tylko poparł „rajd Basajewa” na Dagestan ale i sam nawoływał innych do wzięcia udziału w tej „świętej wojnie”. Był to pretekst do agresji rosyjskiej i wybuchu II wojny czeczeńskiej w 1999r.

Zakajew wdarł się w łaski gen. Dżochara Dudajewa. Szybko okazało się, że intryguje. Skłócił nawet na jakiś czas Dudajewa z komendantem polowym Hamzatem Giełajewem. Po pierwszej wojnie został Ministrem Kultury, jednym z wicepremierów. Mianował go Prezydent Asłan Maschadow. Zakajew uważał się za demokratę i jednocześnie utworzył w Ministerstwie Kultury gwardię szariacką, która pilnowała moralności –policję obyczajową.

Nie będąc członkiem Parlamentu stworzył komisję ds. nowelizacji konstytucji Czeczeńskiej Republiki Iczkeria, opartej całkowicie na prawach szariatu. W styczniu 1997r w wyborach prezydenckich Zakajew otrzymał ok.1% głosów. Próbował jednocześnie startować w wyborach parlamentarnych lecz rodzinnym okręgu Urusmartan nie został wybrany. W 1999r. wybuchła II wojna czeczeńska. Na samym jej początku złamał nogę w wypadku samochodowym. Dostał się do Gruzji. Zarzuca mu się, że w tym czasie sprzeniewierzył pieniądze zebrane na prowadzenie wojny. W czasie, gdy Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy w Strasburgu miało wykluczyć Rosję za ludobójstwo w Czeczeni, Zakajew nagle znalazł się w Moskwie na spotkaniu z Kazancewem - komendantem okupacyjnych wojsk rosyjskich. Pomógł w ten sposób Rosji uniknąć kompromitacji. Były w tym czasie duże międzynarodowe naciski opinii publicznej na zakończenie wojny i rozpoczęcie rozmów pokojowych. Dzięki Zakajewowi Kreml mógł tłumaczyć, że takie rozmowy właśnie się zaczęły. Z porządku obrad zdjęto niewygodny dla Rosji punkt i już do niego później nie wrócono. W czasie spotkania Kazancew proponował po kapitulacji Czeczeni wycofanie wojska rosyjskiego z wyjątkiem dwóch brygad. Zakajew zapytał „dlaczego nie 4 lub 6 a w ogóle jesteśmy przeciwko wycofaniu wojska rosyjskiego z Czeczenii, gdyż jak wojska rosyjskie pozostaną to będziemy wiedzieli, że Rosja już na nas nie napadnie”. Wspomina on o tym w wywiadzie Iriny Gordijenko w „Nowej Gazecie” (http://2004.novayagazeta.ru/nomer/2004/55n/n55n-...). Po rozmowach w Moskwie A. Zakajew dostał się przez Turcję do państw Unii Europejskiej. Ciekawostką jest to, że podczas rozmów w Rosji jeszcze nie był przestępcą. Został nim dopiero po wyjeździe na Zachód. W 2002r. był przygotowywany „Kongres Narodu Czeczeńskiego” w Danii i wtedy Rosja przypomniała sobie o jego „przestępstwach” z czasów I wojny czeczeńskiej. Większość czeczeńskiej diaspory uznała sam „Kongres” organizowany w Kopenhadze za nielegalną imprezę i nie odpowiedziała na zaproszenie do wzięcia w nim udziału. Rosyjski list gończy i aresztowanie w Danii Zakajewa sprawiło, że stał się nagle postacią znaną. W ten sposób uwiarygodniony został jako nieprzejednany wróg Moskwy. Opinia publiczna a nawet zdezorientowani Czeczeńcy bali się wydania „bohatera” w ręce Kremla.

Po zwolnieniu z duńskiego aresztu i odrzuceniu rosyjskiego wniosku o ekstradycję Zakajew znalazł się w Wielkiej Brytanii, gdzie został na krótko ponownie zatrzymany, to spowodowało kolejny szum medialny w całym świecie. Tak stał się popularny w politycznych kręgach Europy. Otrzymał azyl polityczny. Zarzuty przedstawiane przez prokuraturę rosyjską są tak absurdalne, że wydanie Zakajewa Rosji byłoby dziwne.
Zakajew od dawna zaczął używać tytułu Premiera. Dowiedział się o tym Prezydent Asłan Maschadow. Zakajew tłumaczył się błędem redakcji „Czeczenpress”. Na stronie internetowej http://ichkeria.info/content/view/7096/72/ jest skan rozporządzenia nr 628 z dnia 29.07.2004r. Prezydenta Maschadowa, wymieniające na jakie stanowiska Zakajew się sam mianował fałszując dokumenty i podpis Prezydenta Czeczenii. W rozporządzeniu tym Asłan Maschadow podjął też decyzję skierowania sprawy fałszowania państwowych dokumentów do prokuratury. Prezydent dał również Zakajewowi naganę za brak kontroli nad oficjalną stroną internetowa rządu czeczeńskiego i zażądał usunięcia ze stanowiska redaktora naczelnego „Czeczenpress”.

Prezydent Maschadow próbował rozpocząć rozmowy pokojowe z Kremlem. Rosjanie wciągnęli go w pułapkę i zabili w marcu 2005r. Kolejny prezydent Abdulchalim Sajdulajew i następni przywódcy Czeczenii podjęli więc decyzję niepodejmowania rozmów pokojowych z Kremlem, dopóki on sam nie wystąpi z taką inicjatywą. Obawiano się, że kolejni prezydenci będą wciągani w pułapkę i zabijani.

Zakajew obecnie sam mianował się Premierem Rządu Czeczeńskiego na Emigracji. Jest to złamanie konstytucji czeczeńskiej, na którą się powołuje. W konstytucji tej nie przewidziano stanowiska premiera. Władzę w państwie sprawuje prezydent. Czeczeński Trybunał Wojenny po rozpoznaniu win Zakajewa przeciwko państwu i narodowi czeczeńskiemu skazał Zakajewa na karę śmierci.

12 spośród 57 deputowanych czeczeńskich dotarło na zachód jak się okazuje się - przez Moskwę, gdzie na rozkaz Kremla dokonali impeachmentu urzędującego prezydenta Maschadowa. 5-ciu ze znajdujących się na emigracji deputowanych zgodziło się natomiast na telefoniczne głosowanie i powołali Zakajewa na nieistniejące stanowisko Premiera.

Od 2008 roku Zakajew rozpoczął oficjalnie kontakty z Moskwą za pośrednictwem Ramzana Kadyrowa - prezydenta promoskiewskich władz w Groźnym, stolicy okupowanej Czeczenii.
Na spotkaniu Zakajewa w Warszawie z przedstawicielami emigracji w 2008 roku, mówił on o planach rozmów z rządem Kadyrowa. Miały one, jego zdaniem na celu ochronę narodu czeczeńskiego przed unicestwieniem. Uczestnicy podzielili się na grupy. Jedna poparła Zakajewa, druga uznała go za zdrajcę a trzecia pozostała neutralna nie mając wyrobionego na razie zdania. Zakajew myśli kategoriami zwolenników polskiego „okrągłego stołu”, czyli rozmów z prześladowcami. Reżim Kadyrowa jest uznawany za marionetkowy wobec Moskwy. Kreml rękoma Kadrowa wprowadza w Czeczenii porządek konstytucyjny Federacji Rosyjskiej. Codziennie na terytorium Czeczenii znikają ludzie, których Kadyrow uważa za swoich przeciwników. Kwitnie korupcja wprowadzana przez klan Kadyrowów i ich otoczenie. Kadyrow już kilka lat temu zapraszał Zakajewa do Czeczeni obiecując mu list żelazny i pewne stanowisko.

Niedawno w Norwegii Zakajew spotkał się z ministrem tzw. rządu Kadrowa a jeszcze w wywiadzie udzielonym Irinie Girdijenko w 2004r. zarzekał się, że żadnych rozmów z pro-kremlowskimi Czeczenami prowadzić nigdy nie będzie, bo byłaby to zdrada interesów narodowych (http://2004.novayagazeta.ru/nomer/2004/55n/n55n-...).
Przed dwoma laty Achmed Zakajew wysłał do Czeczenii byłego „przedstawiciela na Polskę” Ramzana Ampukajewa dla wysondowania perspektyw swojego powrotu do Czeczenii. Ampukajew w Groznym spotkał się z Kadyrowem i uczestniczył w programie telewizyjnym, w którym w obecności Kadyrowa zapewniał o swojej lojalności w stosunku do niego i jego rządu. Obiecał pomoc w namawianiu uchodźców czeczeńskich do powrotu do domu. Warto tu wspomnieć, iż Ramzan Ampukajew, od czasu wybuchu pierwszej wojny w Czeczenii (grudzień 1994) podawał się za pełnomocnego przedstawiciela Prezydenta Dżochara Dudajewa w Polsce. Prezydent Dudajew mocno się zdziwił, gdy dowiedział się o „swoim reprezentancie”. Informację tę do Polski przywiózł Kurzyniec i jego koledzy po spotkaniu z Dżocharem Dudajewem. Po zdemaskowaniu w Krakowie Ampukajew przeniósł się do Warszawy i tam robił dalszą karierę jako „ambasador” wolnej Czeczenii.

Ramzan Apukajew był wysokim funkcjonariuszem sowieckich związków zawodowych w Groznym i w czasie przejęcia władzy przez gen. Dudajewa brał aktywny udział w promoskiewskiej opozycji. Podczas jednego z mitingów w Groznym zorganizowanym przez Ampukajewa, zginęły od postrzału trzy osoby, w tym krewny gen. Dudajewa. Ampukajew natychmiast zniknął z Czeczenii i objawił się w Polsce. Wiele zastrzeżeń do pracy Ampukajewa miał też śp. Zbigniew Herbert, który spontanicznie organizował zbiórkę darów dla walczącej Czeczenii. Ampukajew obiecał organizować transporty i tego nie robił.

Sam Światowy Kongres Narodu Czeczeńskiego jest nieprawomocny. Czeczenia jest pod okupacją i nie ma możliwości wyboru delegatów. Oczywiście można robić różnego rodzaju konferencje, sympozja, spotkania, ale nie mogą one podejmować wiążących decyzji w istotnych dla narodu czeczeńskiego sprawach. Są to więc spotkania zaproszonych przez organizatorów gości. Nie powołano komitetu organizacyjnego Kongresu, nie przygotowano statutu organizacji ani ordynacji wyborczej delegatów. Nie wybrano również demokratycznie Prezydenta Kongresu. Został on odgórnie ustalony. Urodzony w Jordanii Mohammed Szyszani był pierwszym szefem tzw. Kongresu. Ustąpił ze stanowiska na rzecz Deni Tepsa z Petersburga.

Wśród wielu środowisk emigrantów czeczeńskich panuje opinia, że zarówno Kongres w Pułtusku jak i inne spotkania Zakajewa finansuje mieszkający w Londynie miliarder rosyjski Borys Bierezowski jakoby skłócony z Kremlem. Wydaje się, że Kreml prowadzi pewną grę z Zakajewem. Gdyby Łubianka chciała go rzeczywiście zlikwidować, to już ze sto razy by nie żył. Zelimchan Jandarbijew był pod specjalną ochroną rządu Kataru i nic go nie uchroniło przed zamachem rosyjskich służb specjalnych. Tak doświadczony były agent rosyjskich specsłużb jak Aleksander Litwinienko dał się podejść przebywającym w Londynie wysłannikom Łubianki i zmarł w straszliwych męczarniach w londyńskim szpitalu.

Analizując tzw. „Światowy Kongres Narodu Czeczeńskiego”, który odbył się w Pułtusku w dniach 16-18 września 2010 r., można podejrzewać, że był on kolejną pewną grą mającą nagłośnić i uwiarygodnić Zakajewa. Aresztowanie i skupienie uwagi mediów na sprawie ewentualnej ekstradycji miało przesłonić bardzo niską frekwencję tzw. przedstawicieli czeczeńskiej emigracji i niezwykle słaby poziom merytoryczny prowadzonych dyskusji. Zapowiedzianych było początkowo około 300 delegatów, następnie mówiono już o 200 –tu, a przyjechało niecałe 40. Frekwencję zrobili dziennikarze, goście i zwykli uchodźcy bez prawa wypowiadania się. Iluzję stworzono doskonałą.
Zakajewowi zależało nie tylko na nagłośnieniu swojej osoby ale też na uwiarygodnieniu jako wroga Rosji, ściganego przez Kreml listem gończym.

Zakajew podróżował po całej Europie i był wcześniej kilkakrotnie w Polsce. Przylatywał samolotem. Nikt go wtedy nie aresztował. Zakajew, gdyby chciał dojechać do prokuratury, by złożyć wymagane wyjaśnienia - to by dojechał. Jednak uparł się, by jechać swoim samochodem. Wiadomo było, że będą na niego czekać i go zatrzymają. Oczywiste było również to, iż takie aresztowanie jest co najmniej dziwne w stosunku do człowieka, który posiada azyl polityczny w jednym z krajów UE (Wlk. Brytania). Zarzuty przedstawione przez Rosjan były podobne do tych stawianych przez rosyjską prokuraturę już wcześniej w Danii i Wielkiej Brytanii.

Rosyjskie media już po incydencie w Polsce tytułują A. Zakajewa Premierem nieuznawanej w świecie Republiki Czeczenii. Zdają sobie sprawę, że ten tytuł jest niekonstytucyjny. Chodzi im chyba o reklamę przyszłego namaszczonego przez Kreml lidera czeczeńskiego.
Spory był zapewne budżet Kongresu. Zwracano koszty podróży i zakwaterowania w ekskluzywnym ośrodku „Dom Polonii” w Pułtusku. Serwowano posiłki całodzienne nie tylko dla gości ale również dla wszystkich dziennikarzy i gapiów.

Poeta Czeczeński-Apti Bisułtanow nazwał kongres farsą. Ałła Dudajewa także nie tylko odmówiła przyjazdu ale i protestowała przeciwko umieszczeniu jej na oficjalnej liście zaproszonych. Nikt bowiem z nią nie konsultował przyjazdu a zaproszenie przysłano w ostatnim momencie (wywiad z Ałłą Dudajewą: http://ichkeria.info/component/option,com_frontp...).
Najciekawsze jest to, że tzw. Prezydent Światowego Kongresu Czeczenów Deni Teps okazał się wykładowcą paru uczelni w Petersburgu, w tym co najważniejsze również szkoły wyższej MSW (dziekan). Jak to się stało, że Kreml dopuścił do wyjazdu obywatela Rosji, nauczyciela akademickiego milicjantów na zjazd, który organizował ścigany listem gończym przez rosyjską prokuraturę groźny jej zdaniem terrorysta Zakajew? Już podczas Kongresu mówiono, że Deni Teps uda się do Brukseli, by tam na europejskich salonach prowadzić „politykę”.

W rezolucji uchwalonej w Pułtusku znalazły się dziwne sformułowania - między innymi:
to nie wojna tylko konflikt w dodatku nie między państwami Rosją i Czeczenią tylko pomiędzy państwem rosyjskim i narodem czeczeńskim. W tekście tej rezolucji uznano, że naród czeczeński ma prawo do samostanowienia - jest to cofnięcie historii o 20 lat do1990 r., sprzed powstania niepodległego państwa czeczeńskiego. Znalazło się tam też wezwanie do prowadzenia rozmów z „rządem” Kadyrowa. Żąda się wydania przez Rosję ciała zamordowanego Prezydenta Maschadowa a pomija dziesiątki tysięcy ciał poległych. Mówi się o uwolnieniu osób z obozów koncentracyjnych i więzień a nie wspomina, że są to jeńcy wojenni bezprawnie kierowani do więzień a nie w obozów jenieckich. Nawołuje się do stworzenia trybunału w sprawie Republiki Czeczeńskiej a nie Federacji Rosyjskiej i jej przestępstw wojennych. Kogo chcą sądzić autorzy rezolucji - Czeczenię? Co znaczy żądanie od Rosji dostępu Czeczenów do terytorium Czeczenii? Jak żądać można dostępu do swego terytorium. Dlaczego nie żąda się wyjścia okupacyjnych wojsk?
Sformułowania zawarte w rezolucji są wygodne dla Moskwy. Nie są natomiast wsparciem niepodległości Czeczenii. Nie wspomina się o okupacji terytorium i wycofaniu rosyjskich wojsk okupacyjnych.
Całe zamieszanie z Zakajewem przesłoniło w mediach informacje związane z ważną dla naszego kraju datą napaści Związku Sowieckiego na Polskę w 1939r. W komentarzach padają opinie, że był to kolejny podarunek dla Putina. Pojawiły się na czeczeńskich stronach internetowych wpisy mówiące, że Kreml uczynił z Premiera Tuska rzecznika prasowego Zakajewa.

Rosja przygotowuje się do olimpiady zimowej w Soczi w 2014r. Soczi leży przy zaanektowanej przez Rosję gruzińskiej prowincji Abchazja. Na północnym Kaukazie od 20 lat trwa wojna. Rosji potrzebny jest spokój w czasie igrzysk olimpijskich. Kreml już teraz widzi, że Kadyrow nie potrafi zapewnić pokoju w Czeczenii. Z wypowiedzi zaś Zakajewa wynika, że jest on zwolennikiem kapitulacji Czeczenii i ponownego włączenia jej do Rosji.

W wywiadzie dla Radia Swoboda z 4.09.10 Deni Teps – Prezydent „Kongresu” użył sformułowania: граждане ЧРИ РФ czyli obywatele Czeczeńskiej Republiki Iczkeria Federacji Rosyjskiej (http://www.chechenpress.org/events/2010/09/04/1f... ).
Czyli Deni Teps uważa Czeczenię jako integralną część Federacji Rosyjskiej!

Widać wyraźnie, jak robiona jest przez Kreml legenda Zakajewa. Ma on zafunkcjonować w powszechnej opinii jako bohater czeczeński i nieprzejednany wróg Moskwy a także „demokrata” znany w świecie zachodnim. Wtedy, być może nadejdzie czas na podmianę - Zakajew na miejsce Kadyrowa.

Moskwa chce również spacyfikować diasporę czeczeńską na zachodzie. Moskwa wysyła na Zachód swoich agentów wpływu, którzy mają psuć opinię Czeczenów i wprowadzać dezintegrację środowiska. Przykładem może być np. nowopowstały tzw. „Klub Czeczeńskich Emigrantów” który wystąpił z wiernopoddańczym listem do Miedwiediewa. Kreml obawia się wpływu emigracji czeczeńskiej na postawę opinii publicznej wolnego świata w stosunku do Rosji. Młodzież czeczeńska kształci się na zachodnich uniwersytetach i dysponować będzie w przyszłości wysokim potencjałem intelektualnym a co za tym idzie, liczyć się w świecie elit politycznych.

Bardzo przykro jest Czeczenom, że Rosja rozegrała ten spektakl właśnie w Polsce a polskie władze nie mogły się temu przeciwstawić. Pamiętają nam bowiem to, że w czasie I wojny w Czeczenii, Polacy najbardziej wspierali walkę o niepodległość tego małego państwa na Kaukazie, a Prezydent Asłan Maschadow był gościem w Polskim Sejmie w 1998r.
Rosja odbudowuje swoje imperium, niestety polski rząd znajduje masę tematów zastępczych a nie prowadzi dalekosiężnej polityki zagranicznej suwerennego państwa.

 

http://niepoprawni.pl/blog/364/polska-i-czeczenia-igruszki-kremla
Andrzej Kumor (2010-09-27)
 Żeglowanie całożyciowe

 

- Ci, którzy odbierają nam odpowiedzialność – zabierają wolność. Bycie wolnym to bycie odpowiedzialnym za siebie. Ta odpowiedzialność ma różny wymiar i różne przybiera kształty.
 Dzisiaj  instytucje państwa usiłują poprawiać  świat poprzez myślenie za nas i zapewnianie poczucia bezpieczeństwa. Miraż brania w opiekę patronizuje i zniewala; z wolnych ludzi czyni stado.
 Wolność to dar Boski. Wolna wola powoduje, że jesteśmy „na obraz i podobieństwo”. Wolność jest trudna i stanowi największe zadanie życia.  Uratować własną wolność to uratować duszę. Wolność wpuszcza na świat zło, ale jednocześnie umożliwia dobro. Wolność to nie mit ani idea, lecz konkretny, namacalny wymiar każdej minuty egzystencji.
 Możemy ją stracić na dziesiątki sposobów.
 Paradoksalnie najłatwiej w wymiarze duchowym. Tu bowiem walka toczy się w zmaganiu z mocarnym wrogiem. Świat pełen jest ludzi z pozoru wolnych, posiadających środki działania, a jednak zniewolonych.
 Przez nałogi, żądze; targanych jak żagle w łopocie namiętnościami, skutych kajdanami małych złośliwości. Pół biedy, jeśli zdają sobie  sprawę z własnego położenia, gorzej, jeśli swoje zniewolenie uważają za objaw „wyzwolenia”. Wówczas nie ma dla nich ratunku.
 Zawężanie sfer odpowiedzialności  to ograniczanie obszaru wolności. Zakazy i nakazy  wydawane przez państwo to bezpośrednie zniewalanie. Dzisiaj wychowuje się do infantylizmu; abyśmy nigdy nie dorastali; aby czując możliwy ciężar wolnego wyboru, chowali się po kątach, abyśmy  „męczyli się”, gdy ktoś pyta: „tak?, czy nie?”.
 Manipuluje się  ludźmi, aby uciekali od obowiązków  i odpowiedzialności i wchodzili w dryf. Nowi panowie przekonują przez swe telewizory, byśmy nie brali na siebie zbyt wiele – wówczas będziemy najbardziej wolni. W efekcie budzimy się na ich plantacji, kręcąc kieratem.
 Manipulatorzy przekonują nas, że tylko dzięki pomocy systemu zyskamy skuteczne schronienie przed światem, gdy tymczasem cały świat jest nam zadany w naszej wolności i cały świat jest nam podarowany.
 Nie mamy się przed nim kryć, lecz odpowiedzialnie działać, wziąwszy  życie we własne ręce.
 Piszę o tym, bo właśnie leży przede mną ładnie wydana w Mississaudze książka Jana Zamorskiego o Ludku Mączce, urodzonym we Lwowie „kapitanie jachtowym morskim”. Ludomira miałem honor znać przez kilka intensywnych godzin. To wystarczyło, by został moim kapitanem.
 
Niedługo po tym, jak się poznaliśmy, umarł – jak sam podkreślał – żeglarz nie umiera, a tylko przesiada się do sosnowej dhingy.
 Każdy z nas jest podróżnikiem – żeglujemy ku śmierci przez wody czasu. Ludek swoim życiem  pokazał szczególny rodzaj nawigacji w tej podróży. Był facetem, który potrafił uratować własną wolność, w czasach, podobnych do dzisiejszych; kiedy ze wszystkich stron gnają do zagrody – wówczas komunistycznej, dzisiaj  coraz bardziej wulgarnego multi-kulti globalistycznej.
 Żeglowanie ułatwiło Ludkowi  znalezienie kierunku, morze nauczyło  pokory i było drogowskazem przez świat.
 Był na wiele sposobów związany z Kanadą i Toronto; był człowiekiem całkowicie pozbawionym pychy  współzawodnictwa. Łódka dała mu okazję bycia z ludźmi i szacunku dla Stwórcy.   
 Każdy z nas ma jakiś  korab, którym płynie przez życie. Ludek miał też ten, materialny – kecz „Maria”. Swoim przykładem nauczył setki osób, jak być; jak uratować siebie i ocalić dar Boży – wolność. Powtarzał, że żeglarstwo nie uczy charakteru, bo ten albo się ma albo nie. Mimo to wiele osób dzięki niemu  zaczęło się zastanawiać, co to jest charakter.
 Niezależnie od tego jak ocenimy postawę całożyciowego żeglowania,  Ludek „Ludojad” Mączka pokazał, że na początku wolności jest mała decyzja, że chcę iść samodzielnie i gotów jestem ponieść tego konsekwencje.
 Jan Zamorski, człowiek, który również potrafi być kapitanem własnego czasu, tak pisze o Ludku w przedmowie:
 - „Nie lękał się trosk. Troska to walka, a walka to przyjemność. Był Polakiem z krwi i kości, ale też obywatelem świata, trenując skoki spadochronowe szykował się na nową wojnę w obronie Ojczyzny, ale nigdy o żadnym narodzie źle nie mówił. Nie intrygował, nie dawał złego świadectwa i nie oceniał ludzi.
 Załoganci "Ludojada" nie mogli ścierpieć na Marii zapachu czosnku i całkowitego braku harmonogramów rejsów. Ale każdy zazdrościł Ludkowi, że Maria zawsze pływała gdzie chciała, kiedy chciała i jak chciała”.
 Od czasu do czasu, kiedy łódkę mojego życia zawieje na jakąś łachę rozgorączkowanych idiotów, staje mi przed oczami pogodna twarz Ludka, a w głowie kołace: „ludzie drodzy, weźcie jakąś łódkę i poszukajcie wolności”.
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
S/Y Maria słynny drewniany kecz
Ludomira Mączki,
zbudowany w 1969 r. w Gdańsku.
dł. 11,2m, pow. Zagli ok. 40m kw.


Andrzej Kumor, Mississauga
www.goniec.net

ze strony http://wirtualnapolonia.com/2010/09/25/andrzej-kumor-zeglowanie-calozyciowe/

fotografie ze stron:

http://zalewszczecinski.net/salon-kapitanski/jachty/sy-maria

pzw5kolo.lua.pl

http://www.kolosy.pl/maczka.php