Hanka Sowińska (2011-01-07)

„Sławek, opisz to, bo ja się boję” - wywiad Sławomira Cenckiewicza dla „Gazety Pomorskiej”
 
 


Rozmowa Hanki Sowińskiej z dr. SŁAWOMIREM CENCKIEWICZEM, historykiem, laureatem tegorocznej nagrody Czytelników w konkursie "Książka Historyczna Roku" za publikację "Anna Solidarność." Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929-2010), współautorem książki "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii"

- "Prawo równi pochyłej jest jednakie dla wszystkich. Kto na nią raz wkroczy, toczy się dalej". Ten aforyzm Józefa Mackiewicza wybrał pan za motto swojej strony internetowej. Trochę mnie pan rozczarował. Spodziewałam się innej "złotej myśli" Mackiewicza: "Tylko prawda jest ciekawa".

- To oczywiście jest ważna maksyma, ale nieco wyświechtana. Teraz każdy się do niej odwołuje. Natomiast sytuacja, w której znalazłem się po roku 2008 bardziej odpowiada wybranemu przeze mnie mottu.

- Dlaczego?

- Ze względu na to, że część kolegów i przyjaciół, którzy mają prywatnie identyczne poglądy jak ja, nie miała odwagi stanąć na wysokości zadania - nie miała odwagi bronić mnie, a tak naprawdę bronić sprawy. Można powiedzieć, że prawo równi pochyłej w jakimś sensie ich dosięgło. Oni są - że tak powiem, tu gdzie dzisiaj są. Nic z tego, co obiecali, że zrobią - nie uczynili. Więc jest to jak najbardziej zasadna maksyma.

- W imię prawdy zaryzykował pan. Ale liczył się z tym, że to może się tak skończyć?

- Oczywiście. Jednak nie przypuszczałem, że tak wielu kolegów "ucieknie z pola bitwy". Że zostanę sam z tematem, który zrealizowałem.

- Za publikację ujawniającą i dokumentującą współpracę Lecha Wałesy ze Służbą Bezpieczeństwa stracił pan pracę w IPN. Nie miał pan żalu do prezesa Janusza Kurtyki, że "poświęcił" pana na ołtarzu wielkiej sprawy, bo chciał ratować Instytut.

- Zbyt mało czasu minęło od tamtych wydarzeń i od 10 kwietnia (Janusz Kurtyka zginął w katastrofie smoleńskiej - przyp. red.). Wciąż nie ma spokojnej dyskusji wokół IPN. To nie jest odpowiedni czas, by o tym mówić, ale przyjdzie taki moment. Pani pierwszej to powiem - pisałem w tamtym czasie dziennik. Kiedyś go opublikuję. Będzie w nim m.in. o politykach, którzy wtedy różne rzeczy mówili, naciskali, spotykali się z prezesem, a prezes mi to relacjonował.

- Podczas promocji książki "Anna Solidarność" w Bydgoszczy ujawnił pan kulisy związane ze znalezieniem w archiwach IPN akt dotyczących TW "Bolek" - mówił m.in. o powołaniu super tajnego zespołu, który miał zdecydować, co z nimi zrobić. Czy gdyby w 2005 r. prof. Leon Kieres ponownie został szefem IPN tej publikacji by nie było?

- To jest oczywiste. Książka "SB a Lech Wałęsa" mogła powstać dzięki odwadze Janusza Kurtyki. To był zupełnie inny człowiek, zupełnie inny prezes. Kieres uosabiał w IPN wszystkie najgorsze cechy polskiego dyskursu i życia intelektualnego III RP. Był niewolnikiem pewnych konwenansów i układów salonowych. Nie miał osobistej odwagi, żeby zmierzyć się z jakimkolwiek trudnym tematem. Przykładem sprawa o. Hejmy, którego prezes IPN, na konferencji prasowej, w skandaliczny sposób ogłosił agentem. To sytuacja bez precedensu. Nigdy nic takiego już się nie powtórzyło. Przez tę sprawę Kieres stracił szanse na bycie prezesem drugą kadencję.

- Krytycznie ocenia pan swego pierwszego szefa. Przypomnę, że za kadencji prof. Kieresa kierowana przez niego instytucja musiała zmierzyć się ze zbrodnią w Jedwabnem.

- Sprawę Jedwabnego wywołała książka Jana Tomasza Grossa. To, co robił IPN było reakcją na tę publikację. Wydane przez Instytut dwa tomy studiów i dokumentów nie wzbudziły większych kontrowersji, poza skrajnymi stanowiskami. Największa burza była wówczas, gdy Gross głosił efekty - w cudzysłowiu - swoich badań naukowych i IPN został tym zaskoczony.

- Paweł Zyzak, autor kolejnej "nieprawomyślnej" książki o Wałęsie, w której znalazły się nieznane wątki z prywatnego życia przywódcy "S" też został wyrzucony z pracy. W jednym z wywiadów mówił, że aby utrzymać rodzinę wykładał towar w hipermarkecie. Pan ponoć nie jest całkiem prywatnym historykiem z Trójmiasta. Ktoś pana zatrudnił? Ma pan etat, może pół?

- Nie, żyję z tego, co napiszę. Przyznam, że to całkiem ciekawe doświadczenie. Podejmuję trudne tematy. Moje książki nie są finezyjnie skonstruowane, a zważywszy na ich objętość nie docierają do dużej liczby czytelników, chociaż sprzedaję po kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy. To jest pewien fenomen, że można z wydawania książek naukowych utrzymywać się na powierzchni... Nie ma takiej siły, która sprawi, że nie będę tego robił. Historia jest moim życiem.

- Za to "określenie się" dostał pan od publiczności zgromadzonej w bydgoskim "Węgliszku" gromkie brawa. Szczególnie za deklarację, że nie ma takiego polityka, który by pana do czegoś zmusił.

- Bo nie ma. Politycy mają to do siebie, że chcą mieć władzę nad przeszłością. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że to, co się wydarzyło w ostatnich dwóch latach jest czymś, co nie ma precedensu. Całe zastępy polityków wypowiadały się na temat książki, której nie czytali. Pamiętam taką sytuacja - siedzę w studio telewizyjnym, a dziennikarz łączy się z premierem Tuskiem, który komentuje książkę o Wałęsie, mimo że do niej nie zajrzał, do czego się przyznał. Inny przykład - ukazuje się poza IPN-em praca magisterska...

- ...Zyzaka

- .... a minister nauki Barbara Kudrycka organizuje konferencję, na której ogłasza, że powstanie rządowa komisja dla sprawdzenia tej publikacji. Wszystko to dzieje się w kraju, w którym tysiące prac magisterskich i dyplomowych to plagiaty! W kraju, w którym nie ma żadnych instrumentów prawnych, żeby z tym walczyć. Tymczasem państwo polskie, poprzez swoich ministrów, zajmuje się konkretnymi książkami tylko dlatego, że dotyczą one ich obozu politycznego i ludzi, którzy ich wspierają. To bardzo psuje debatę. Również naukową. Od czasu książki o Wałęsie bywają konferencje naukowe, na które część historyków nie jedzie, bo są tam zaproszeni inni historycy, i na odwrót. To jest sytuacja, w której nie podajemy sobie rąk. Tak było między innymi na uroczystości wręczenia nagród w konkursie Książka Historyczna Roku. Proszę mi wierzyć, przed 2008 rokiem tego nie było.

- Reakcje niektórych historyków były zadziwiające. Wytknięto panu np. brak analizy jakiegoś ważnego dokumentu, choć de facto w książce był.

- Zarzuty sformułowane przez Andrzeja Friszke i Pawła Machcewicz były kuriozalne. Zastanawiali się między innymi, w jaki sposób dotarliśmy do niektórych źródeł. Powini cieszyć się, że jako badacze znaleźliśmy te dokumenty

- Dwa lata, które minęły od paskudnej nagonki udowodniły, że jest zapis na tych, którzy "szargają narodowe świętości". Ktoś jednak pana zaprasza. Kto?

- Bardzo różne środowiska - od naukowych, studenckich, po sieć klubów "Gazety Polskiej", samorządowcy, domy kultury.

- Niektórzy zapraszali, a potem odwoływali spotkania.

- Tak było w trakcie promocji książki o Wałęsie. Prezydent Opola mnie zaprosił, ale w wyniku nacisku kierownictwa Platformy Obywatelskiej odwołał spotkanie. Smutne jest to, że ataki personalne - na mnie, Gontarczyka, Pawła Zyzaka, Henryka Głębockiego, autora tekst o Kuroniu - mają służyć zastraszeniu i w jakimś sensie skrępowaniu polskiej nauki. Idzie o to, by młodzi badacze, zanim podejmą się jakiegoś zadania, parę razy zastanowili się nad tym. Powiem pani, że to działa. Niektórzy mówią: - Sławek, popieram cię, ale opisz to, bo ja się boję. Nie chcę być na pierwszej stronie gazety "wiadomej". Nie będę tego robił ze względu na swoją sytuację życiową. Mam rodzinę, wziąłem kredyt. To jest zwycięstwo sił przeciwnych. Przejrzałem monumentalną historię "Solidarności". Chciałem zobaczyć, czy "zakazane książki" są tam cytowane.

- I są?

- Dotychczas wyszły cztery tomy, a tylko jeden autor zacytował Pawła Zyzaka. Tak działa klasyczna autocenzura. Autor myśli, że nie wypada cytować zakazanych pozycji...

- Przerabialiśmy to w PRL.

- Prof. Andrzej Zybertowicz nazywa to strategią unieważniania prawdy. Polega ona na tym, że nie dyskutuje się merytorycznie o treści publikacji, tylko mówi o autorze - o tym, jak wygląda, drwi z nazwiska, jak było w przypadku Gontarczyka i Zyzaka, przykleja epitet "wnuczek ubeka". Do dyskursu publicznego wprowadza się elementy, które odwracają uwagę od książek, a ich autorów czyni się osobami niewiarygodnymi. Ludzie odrzucają ich publikacje, bo nasłuchali się lub naczytali o nich tak wiele złych rzeczy. Przez niewiarygodność autora nie sięgamy po jego prace.

- To jest bardzo groźne i bardzo niebezpieczne, kiedy z powodów politycznych i koniukturalnych próbuje się zamykać usta tym, którzy ujawniają prawdę. Chciałoby się powiedzieć, że to chichot historii.

- Dotarłem do protokołów z posiedzeń Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego w sprawie zmarłego przed rokiem prof. Pawła Wieczorkiewicza. Konał na raka, o czym wszyscy wiedzieli, a mimo to panowie profesorowie i doktorzy habilitowani dywagowali nad tym, że mają do czynienia z neonazistą i że należy coś z tym zrobić. Jak umarł to w protokole znalazły się dopiski: "Usunąć". Cóż, głupio by było pokazać dokument, w którym jest mowa, jak wykończyć faceta, gdy on już umarł. Dodam, że podstawą zajęcia się jego osobą był materiał wyemitowany przez TVN24. Napisałem o tym artykuł.

- Lech Wałęsa zapowiadał w 2008 roku, że poda panów do sądu. I co? Mają panowie proces z byłym prezydentem?

- Nigdy z nikim nie miałem żadnego procesu. Słyszałem nawet o milionie euro, które mam zapłacić. Nic takiego nie było. Żadna z gróźb, nie tylko z jego strony, nie znalazła finału w sądzie.

 

 

 

http://slawomircenckiewicz.pl/index.php/Aktualności/sawek-opisz-to-bo-ja-si-boj-wywiad-sawomira-cenckiewicza-dla-gazety-pomorskiej.html

 

Grzegorz Wąsowski (2011-01-04)

6 Brygada Wileńska AK przeciwko poszukiwaczom złota w Treblince, czyli o czym powinniśmy pamiętać w kontekście nowej książki Grossa

 


  W lutym na polskim rynku księgarskim ma ukazać się nowa książka Jana Tomasza Grossa  zatytułowana "Złote żniwa". W zamiarze autora, publikacja ta ma przybliżyć historię bogacenia się, w pierwszych latach po zakończeniu okupacji niemieckiej, przez część naszych krajan na mieniu pożydowskim. Jeden z istotnych wątków nowej książki Grossa dotyczy procederu przekopywania terenu obozu zagłady w Treblince przez mieszkańców  okolicznych wsi w poszukiwaniu kosztowności.


Do premiery "Złotych żniw" zostało jeszcze kilka tygodni. Już dziś wiadomo jednak, że książka ta wywoła żywą dyskusję, czy raczej wymianę ciosów między tymi, którzy chcieliby obraz naszych przodków  z tamtych lat sprowadzić do „hien cmentarnych" z kieszeniami napchanymi  precjozami zdartymi z ledwo ostygłych trupów Żydów lub, w najlepszym wypadku, do zbiorowości akceptującej rabowanie mienia ofiar Holocaustu, a tymi, którzy w obronie źle pojętego honoru narodowego będą kwestionować lub pomniejszać fakt, że ten haniebny proceder był rzeczywiście udziałem niektórych naszych rodaków.


Jest wysoce prawdopodobne, że w większości mediów wygra „wrażliwość" bliższa  pierwszej z zarysowanych powyżej wizji „historii Polski", co dla osób wyznających  drugą  optykę będzie tylko kolejnym dowodem na słuszność trwania przy swoim. Przegra, jak zwykle w konfrontacji dwóch zwalczających się obozów, prawda. Bo  nie satysfakcjonuje ona żadnej ze stron konfliktu. Bo propaganda,  niezależnie od swej ideowej charakterystyki, nie znosi niewygodnych dla niej faktów. Bo albo się robi w propagandzie albo się robi w historii. Te zajęcia  są nie do pogodzenia, to alternatywa wykluczająca.
Pierwsze opinie  na temat książki Grossa, formułowane przez tych, którzy, jak twierdzą, zapoznali się z jej maszynopisem, zwracają uwagę na trudną do zaakceptowania tendencję autora do rozszerzania odpowiedzialności jednostkowej, tych naszych rodaków, którzy dopuścili się hańbiących ich dobre imię czynów, których treścią było niezgodne z prawem boskim i ludzkim wzbogacenie się na mieniu pozostawionym przez ofiary Holocaustu, na cały naród, czy też większą jego część. Czy tego rodzaju opinie są uzasadnione treścią książki, będziemy mogli przekonać się wkrótce.


Na pewno jednak książka Grossa, mając na uwadze jej spodziewany wielki rezonans medialny, wprowadzi do świadomości ogólnospołecznej informacje, których szersza opinia polska nie posiada, bądź posiadać nie pragnie. Dlatego warto do wątku „hien cmentarnych" plądrujących  kiedyś teren obozu w Treblince  dorzucić garść informacji, które, w moim przekonaniu, są obiektywnie ważne dla odmalowania pełnego obrazu tego epizodu historii.


Chcę mianowicie przypomnieć, że jedna z najważniejszych jednostek partyzanckich podziemia antykomunistycznego na Podlasiu, jaką była odtworzona na rozkaz majora Zygmunta Szendzielarza" Łupaszki" 6 Brygada Wileńska AK, dowodzona kolejno przez ppor./por. Lucjana Minkiewicza „ Wiktora", por./kpt. Władysława Łukasiuka „Młota" i kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara", podjęła w początkach 1946 r. działania porządkowe wymierzone przeciwko osobom uprawiającym na terenie Treblinki proceder grabienia szczątków ludzkich  z kosztowności.
Oddział ten, operujący zwykle w innych rejonach Podlasia, zawitał w okolice  Treblinki       w pierwszych dniach lutego 1946 r. Oto co w tamtych dniach zanotował kronikarz 6 Brygady Wileńskiej AK (kronika Brygady wpadła w ręce komunistów po bitwie, którą partyzanci stoczyli z obławą komunistyczną  30 kwietnia 1946 r. pod Śliwowem; następnie przeleżała się w archiwach MSW, dziś pozostaje w zasobach IPN-u) :
2.II.1946r. Zbliżamy się do sławnej Treblinki. Według opowiadań ludności, ciągłe rozkopywanie i ograbianie trupów doszło do ostatnich granic zezwierzęcenia. Wyrywa się zęby, całe szczęki, obcina ręce, nogi ,głowy, aby zdobyć kawałek złota. Profanacja, a władze nie przedsiębiorą [żadnych działań- przyp. GW] celem zabezpieczenia tego jedynego w swoim rodzaju cmentarzyska, na którym spoczywa przeszło 3 miliony [liczba ofiar zawyżona -przyp. GW] Żydów, Polaków, Cyganów, Rosjan i in. narodowości.
3-4.II.1946r.Chmielnik. Jesteśmy o trzy km od „obozu śmierci". Wywiad przeprowadzony w „obozie" potwierdził dane o profanacji. Wieczorem 4.II.1946r. jedziemy do wsi Wólka- Okrąglik na ekspedycję karną przeciw poszukiwaczom złota w Treblince".
Przez kolejne dwie noce ( z 4/5 i 5/6 lutego 1946r.) licząca wówczas kilkudziesięciu partyzantów 6 Brygada Wileńska AK wypuszczała w teren patrole, w celu ujęcia  zdemoralizowanych rodaków uprawiających haniebny proceder profanowania szczątków ofiar hitlerowskiego obozu zagłady w Treblince w poszukiwaniu złota i innych kosztowności. Winnych, którzy zostali przez partyzantów schwytani, ukarano solidnymi batami.


Z przywołanego powyżej fragmentu kroniki oddziału partyzanckiego wynika kilka interesujących kwestii.
Po pierwsze, zjawisko grabienia ludzkich szczątków na terenie Treblinki miało miejsce jeszcze w 1946 roku, a jego skala  w tym czasie musiała być niemała, skoro praktyki te były szeroko komentowane przez okolicznych mieszkańców.
Po drugie, według  przywołanej w kronice 6 Brygady oceny okolicznej ludności, władze komunistyczne przez cały czas od odejścia Niemców z Podlasia w sierpniu 1944r. aż do  przynajmniej początków 1946 r.( czyli przez blisko półtora roku!), pomimo, że dysponowały rozbudowanym aparatem przymusu, nie podjęły żadnych środków zaradczych mających ukrócić plądrowanie  cmentarzyska w Treblince.
Po trzecie, część  ludności zamieszkującej wsie położone nieopodal Treblinki jednoznacznie potępiała „hieny cmentarne" grasujące na terenie byłego obozu. Obecność oddziału partyzanckiego wykorzystała dla opisania tego procederu partyzantom, licząc zapewne na podjęcie przez nich działań wymierzonych w osoby dopuszczające się  okradania ludzkich szczątków. I nie zawiodła się.
Dla każdego badacza okresu pierwszych lat rządów komunistów w Polsce jest mniej więcej jasne, że  instytucje przymusu państwowego, które w normalnym, tj. szanującym wolność        i własność indywidualną, państwie  prawa  są wykorzystywane dla ochrony obywateli oraz porządku, były wówczas narzędziem w rękach partii komunistycznej do zaprowadzenia         i utrzymania  zniewolenia komunistycznego na ziemiach polskich. Z tego powodu Milicja Obywatelska praktycznie nie zajmowała się tropieniem i zwalczaniem złodziejstwa, ale była pochłonięta wspieraniem Urzędu Bezpieczeństwa oraz Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego w działaniach wymierzonych przeciwko wrogom „władzy ludowej", czy pomocą w  werbunku agentury na potrzeby UB. Rolę stróżów prawa i porządku spełniało natomiast, w miarę swych możliwości, ścigane przez władze państwowe podziemie antykomunistyczne.


Bardzo duża liczba zachowanych do naszych czasów raportów przeróżnych struktur podziemnych z informacjami o wykonanych  przez nie w latach 1945-1947  akcjach przeciwko przestępcom pospolitym, w szczególności złodziejom, jest dowodem zarówno na to, że mające miejsce podczas okupacji niemieckiej zjawisko  silnego osłabienia poszanowania norm społecznych, przejawiające się min. istotnym wzrostem liczby przestępczości, utrzymywało się  także w okresie tuż powojennym, jak i na to, że  zagrożona pospolitym bandytyzmem ludność szukała i znajdowała swoich obrońców nie na posterunkach MO, lecz pośród  partyzantów walczących z komunistami o wolność. I  to właśnie min. z tego powodu  znaczna część ludności partyzantkę antykomunistyczną  popierała  i  udzielała jej pomocy, dzięki czemu oddziały „żołnierzy wyklętych" mogły tak długo, bo aż do przełomu  lat czterdziestych i  pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, utrzymać się w terenie.
Dlatego też nie należy dziwić się, że z poszukiwaczami złota w Treblince, z którymi powinny i mogły szybko oraz skutecznie uporać się państwowe agendy przymusu, starali się rozprawić  partyzanci.


Uważam, że ważne jest, aby przywołany w niniejszym tekście epizod z dziejów  6 Brygady Wileńskiej AK nie umknął naszej świadomości. Zwłaszcza, że obraz „leśnych" w polskich mundurach z orłem w koronie na czapkach i ryngrafem z Matką Boską Ostrobramską na piersiach, bo tak właśnie prezentowały się   oddziały walczące  w 1946 roku pod rozkazami „ Łupaszki", „Wiktora" i „Młota", ścigających i karzących chłostą amatorów mienia zamordowanych w Treblince ofiar Holocaustu może nie pasować do wizji, którą lada moment prezentować będą co poniektóre media. Warto ten obraz wszem i wobec przywoływać, w imię pełnej prawdy o naszych przodkach, w tym  kontekście historycznym.


Niech mi będzie wolno wspomnieć na koniec, że  epopeja odtworzonej na Podlasiu 6 Brygady Wileńskiej AK zakończyła się dopiero jesienią 1952 r., kiedy to komunistom udało się rozbić ostatnie grupy partyzantów z tego oddziału. Z grona kolejnych dowódców tej jednostki partyzanckiej, jak również dowódców jej pododdziałów, zwanych szwadronami, nie ocalał nikt. Padła w kolejnych walkach bądź została zamordowana w komunistycznych kazamatach  także większość szeregowych żołnierzy 6 Brygady. Wszyscy oni dotrzymali zapewnienia, jakie zawarli w odezwie pochodzącej z 1946 r., kolportowanej na terenie Podlasia, sygnowanej: 6 Partyzancka Brygada Wileńska AK:
„Nie obchodzą nas partie lub te, czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski-polskiej. (...). Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny, czy na gruzach kochanej stolicy- Warszawy - z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię".
  

 

 

Grzegorz Wąsowski

 http://wpolityce.pl/view/5722/6_Brygada_Wilenska_AK_przeciwko_poszukiwaczom_zlota_w_Treblince__czyli_o_czym_powinnismy_pamietac_w_kontekscie_nowej_ksiazki_Grossa.html



Marcin Keler (2010-12-23)

Niemcy walczą o robotnika z Polski


Niemcy starzeją się, dzieci rodzi się coraz mniej. Opustoszałe miejsca pracy białych ludzi częściowo zajmują Turcy. Ale potrzeby są duże, więc Niemcy kierują wzrok w kierunku Polski. To głównie od nas chcą zwerbować młodych ludzi do pracy w warsztatach, kuchniach i halach produkcyjnych. Przyczyną pustoszenia niemieckich szkół zawodowych jest niż demograficzny i zły stan przygotowania absolwentów szkół. Z oceny niemieckich ekspertów gospodarki wynika, że co czwarty absolwent szkoły ma takie luki w wiedzy, że nie nadaje się do kształcenia zawodowego. Przeciętny młody Niemiec nie chce się uczyć zawodu i nie chce pracować fizycznie.

Prezes Niemieckiej Izby Gospodarczej - Otto Kaiser przyznaje, że werbowanie za granicą młodocianych cudzoziemców do nauki zawodu może stać się sprawą politycznie drażliwą. Jednak potrzeby są tak wielkie, że od paru lat trwają indywidualne zabiegi przedsiębiorców niemieckich o „narybek” z Polski. Na Opolszczyźnie składają oferty na wsparcie finansowe i doposażenie szkół zawodowych w niezbędne narzędzia, aby kształcić uczniów w konkretnych specjalizacjach. W Szczecinie we wrześniu b.r. odbyło się duże spotkanie na którym ofertę kształcenia Polaków złożyło przedstawiciele m.in. Fabryki maszyn drukarskich Heidelberger Druck, restauratorzy i hotelarze. Jak pisze Ewa Wesołowska w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, niemiecki system edukacyjny w porozumieniu z pracodawcami przygotowuje specjalną ofertę dla młodych Polaków.

Za trzyletnią naukę w szkołach zawodowych niemieckich izb rzemieślniczych i udział w praktykach zawodowych tamtejszych zakładów pracy, młodzi Polacy mogą zarobić na pierwszym roku od 600 do 750 euro, a na trzecim nawet 1,5 tys. euro! Dodatkową zachętą jest oferta pracy w tamtejszych fabrykach po zakończeniu kształcenia.
Propozycja ponad 50 niemieckich izb rzemieślniczych wspólnie z przedsiębiorcami i lokalnymi władzami skierowana jest do zamierzających uczyć się zawodu gimnazjalistów z Europy Środkowo-Wschodniej. Na młodych Polaków czekają w Brandenburgii, Saksonii, Meklemburgii czy Turyngii. Tam liczba chętnych do nauki zawodu w ciągu 7 lat spadła o 50 – 60 proc. Tylko w Brandenburgii w 2003 r. w zawodówkach uczyło się 35 tys. osób, a dziś niespełna 18 tys.


Niemal w całym kraju pustkami świecą wielkie ośrodki szkolenia zawodowego. Niektóre z nich, np. w Poczdamie, to bardzo duże kompleksy. Oprócz sal wykładowych i internatów są tam nowoczesne warsztaty mechaniczne, elektroniczne, a także fryzjersko-kosmetyczne czy gastronomiczne. Połowę zajęć przeznaczonych na naukę uczniowie spędzają jednak nie w ośrodku, ale pracując w firmach zrzeszonych w izbach rzemiosła. I dostają za to pieniądze: na pierwszym roku od 600 do 750 euro, a na trzecim nawet 1,5 tys. euro.
Niemieckie izby na to stać, ponieważ są dofinansowane z budżetów landowych, a także ze środków federalnych. Różnice widać już w wynagrodzeniach uczniów: ci w Polsce, którzy uczą się zawodu, praktykując np. w zakładzie fryzjerskim lub warsztacie samochodowym, dostają od 100 do 200 zł miesięcznie. W systemie mistrz – czeladnik uczy się dziś w Polsce ok. 90 tys. osób. Ponad drugie tyle chodzi do zasadniczych szkół zawodowych. Poziom nauki w zawodówkach od lat budzi wiele zastrzeżeń. Pracodawcy narzekają na słaby poziom przygotowania do zawodu, uczniowie na niedostosowane do wymagań rynku pracy programy.


Niemcy stać na wysokie finansowanie praktyk zawodowych, na przyzwyczajanie uczniów z Polski do ciężkiej pracy i dużych pieniędzy. Będzie przy tym okazja do germanizowania młodych Polaków. Alexander Legowski – szef działu informacji Niemieckiego Centralnego Związku Rzemieślników opisuje, na czym będzie polegać kurs przygotowawczy dla kandydatów z Polski i Czech: „…kurs potrwa trzy miesiące – będzie to intensywna nauka niemieckiego, ale też zapoznanie się z naszą kulturą, obyczajami i przede wszystkim nauka przepisów prawnych… a w ciągu trzech lat przygotujemy uczestników do wykonywania zawodu”.

Brzmi niewinnie, ale nie trzeba być znawcą, żeby przewidzieć jakie mogą być skutki tak długiego rozstania nastolatka ze swoją rodziną i środowiskiem. Skutki społeczne będą dla Polski bolesne. Rodziny utracą swoje dzieci, a Polska „wygna” kolejną grupę swoich obywateli. W latach „80” Polskę opuścili wygnańcy polityczni, w ostatniej dekadzie – wygnańcy za chlebem, a teraz przyszedł czas na młodocianych. Nie jedna rodzina stanie przed dylematem – zapewnić dziecku zawód, pracę i ulżyć swojej biedzie, albo mieć dziecko przy sobie, ale bez perspektyw.


Jak zawsze, tak i przy tej okazji kompromituje się polski rządowy system kształcenia młodzieży i służby do zwalczania bezrobocia. Według danych GUS 52 proc. absolwentów w Polsce ląduje na zasiłku dla bezrobotnych. Niemcy to wykorzystują bezwzględnie. Dlatego już dziś w punktach informacyjnych, w których można uzyskać informacje o nauce zawodu za Odrą, telefony się urywają. Przymus ekonomiczny rozstrzyga…


Wiesław Ukleja (2010-12-21)

 Przemówienie Wiesława Uklei wygłoszone w Gdańsku 18 grudna 2010 z okazji odsłonięcia tablicy upamiętniajacej czyn Jerzego i Ryszarda Kowalczyków

      W nocy z 5 na 6, a właściwie 6 października 1971 roku o świcie, została wysadzona w powietrze aula Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, w której miano celebrować doroczne Święto Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Tym razem obchody miały być szczególne. Zamierzano nagradzać funkcjonariuszy biorących udział w krwawym tłumieniu protestów robotniczych na Wybrzeżu. Główną postacią obchodów miał być kat Szczecina z 1970 roku, kierujący tzw. szwadronami śmierci – pułkownik Julian Urantówka, przeniesiony do Opola na stanowisko komendanta wojewódzkiego MO.

     Do haniebnego znieważania ofiar masakry grudniowej, celebrowania ponurego święta i nagradzania komunistycznych zbrodniarzy nie dopuścili bracia Jerzy i Ryszard Kowalczykowie, pracownicy opolskiej WSP. Wysadzenia auli dokonał Jerzy Kowalczyk za wiedzą brata Ryszarda..

Bracia Kowalczykowie przyjechali do Opola z rodzinnego Rząśnika pod Wyszkowem. Starszy brat Ryszard dostał się tu na studia na wydziale fizyki w 1958 roku. Po ich ukończeniu, jako wybitnie zdolny absolwent, objął w tym wydziale asystenturę. W 1970 roku obronił na Uniwersytecie Wrocławskim pracę doktorską wyróżnioną nagrodą ministra oświaty. Młodszy brat Jerzy po odbyciu zasadniczej służby wojskowej dołączył w 1961 roku do Ryszarda na stanowisko pracownika technicznego w katedrze fizyki.

Obaj bracia odebrali w domu rodzinnym wychowanie patriotyczne. Byli świadkami toczącej się walki z niemieckim, a potem sowieckim okupantem. W domu Kowalczyków ukrywali się partyzanci antykomunistycznego podziemia. Ojciec, kowal i ślusarz z zawodu, naprawiał im broń. Walka zbrojna z narzuconą narodowi władzą komunistyczną toczyła się w ich rodzinnych stronach do późnych lat pięćdziesiątych, a jej tragiczny finał pozostawił trwały ślad w pamięci obu braci. Byli świadkami niezłomnej postawy żołnierzy podziemia i krwawej, okrutnej rozprawy UB i NKWD z polską partyzantką. Odział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, w którym walczył ich stryj, Stanisław Kowalczyk, został rozbity 27 sierpnia 1951 roku. Starszy z braci, Ryszard, był świadkiem haniebnego poniżania polskich patriotów na sali sądowej w stalinowskim procesie na zamku w Pułtusku. Stryja Stanisława wraz z dowódcą Janem Kmiołkiem skazano tam na karę śmierci. Ciał obu żołnierzy, zamordowanych w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie w dniu 7 sierpnia 1952 roku, rodzinom nigdy nie wydano.

Wyniesiony z domu rodzinnego patriotyzm i nienawiść do obcego, narzuconego Polsce przemocą systemu komunistycznego, nie pozwalały braciom w milczeniu godzić się z krzywdą i kłamstwem. Już w szkole podstawowej w Rząśniku weszli (zwłaszcza Jerzy) w konflikt z dyrektorem na tle nauczania polskiej historii. Jerzy, by przeciwstawić się komunistycznemu kłamstwu, przynosił do szkoły przedwojenne podręczniki, które zostały mu skonfiskowane. Z powodu nieprzejednanej postawy miał problemy, które, mimo ponadprzeciętnych zdolności, przeszkodziły mu w zdobyciu wykształcenia. Po szkole zawodowej trafił do zasadniczej służby wojskowej. Dopiero w Opolu ukończył technikum mechaniczne i zamierzał uczęszczać wieczorowo na studia techniczne. Starszy brat Ryszard w czasie nauki w liceum nawiązał współpracę z organizacją Wolność i Niezawisłość, włączając się w prowadzoną na terenie Pułtuska akcję plakatową. Z powodu korespondencji utrzymywanej z innym stryjem, którego losy wojenne rzuciły do Kanady, podejrzewany był przez pułtuski PUBP o kontakty z podziemiem. Był bity i zmuszany do składania zeznań. W klasie maturalnej powtórnie był przesłuchiwany i bity oraz zawieszony na miesiąc w prawach ucznia w związku z donosem w sprawie słuchania stacji radiowych BBC i Wolnej Europy. Z takim bagażem doświadczeń i opinią wroga systemu, pomimo zdania egzaminów na fizykę na Uniwersytecie Warszawskim, Ryszard nie dostał się tam na studia. W latach 1956-1958 pracował w Warszawskim i Białostockim Przedsiębiorstwach Elektryfikacji Rolnictwa. W roku 1958 dostał się na wymarzona fizykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w odległym Opolu.

Niestety, ponura rzeczywistość komunistyczna nie pozwoliła o sobie zapomnieć również w tym mieście. Tu bracia przeżyli boleśnie inwazję wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację i tu, na opolskiej WSP, byli świadkami rozprawy władz komunistycznych z protestami studenckimi w marcu 1968 roku. Widzieli, jak w atmosferze politycznej prowokacji uczelniany aparat partyjny PZPR, rzucając pod adresem najaktywniejszych przedstawicieli studentów oszczercze oskarżenia, usuwa ich z uczelni i kieruje do karnych kompanii wojskowych.

Nienajlepsza reputacja opolskiej WSP, na której organizowano nieustannie konwentykle i wojewódzkie zjazdy partyjne, pogorszyła się znacznie po 1968 roku. Nazywano ją Czerwoną Sorboną. Była zapleczem kształcenia funkcjonariuszy partyjnych, MO i SB oraz kuźnią kadr dla tych instytucji. Ogromna aula, w której organizowano uroczyste inauguracje roku akademickiego, stała się de facto miejscem celebrowania świąt komunistycznych i organizowania partyjno-milicyjnych akademii. Bracia Kowalczykowie obserwowali te prosowieckie i antypolskie spektakle z obrzydzeniem, zaś aula, którą mijali codziennie idąc do pracy, była dla nich żywym symbolem i świadectwem  komunistycznego zniewolenia.

Oburzała ich komunistyczna arogancja i antynarodowa buta, gdy występował tam, znany ze swej krwawej obietnicy obcinania rąk podniesionych na władzę ludową, premier komunistycznego rządu Józef Cyrankiewicz. Jeszcze przed 1970 rokiem chcieli dokonać w niej jakiegoś ośmieszającego partyjnych dygnitarzy pirotechnicznego wybuchu, który by ich przestraszył i co najwyżej pobrudził sadzą.

Determinacja podjęcia radykalnego działania przeciw reżimowi pojawiła się, gdy Polskę obiegła w grudniu 1970 roku przerażająca wiadomość o dokonaniu przez komunistów krwawej masakry robotników Wybrzeża protestujących przeciwko wprowadzonym podwyżkom cen żywności i artykułów pierwszej potrzeby.

Grudniowa masakra obnażyła i przypomniała nieludzkie, zbrodnicze oblicze reżimu komunistycznego. Wydawało się, że spacyfikowane brutalnie i zgnębione moralnie społeczeństwo niezdolne będzie przez długie lata do podjęcia czynnego działania i upominania się o własne prawa. W 1971 roku wiele wskazywało, iż komuniści osiągnęli zamierzony cel. Bracia Kowalczykwie nie zamierzali jednak stać obojętnie w obliczu zła..

Jezry Kowalczyk wspominał ten czas po trzydziestu latach:” Kiedy w 1970 roku ci właśnie milicjanci, wspierani przez oddziały wojska Jaruzelskiego, dokonali masakry robotników, moja rozpacz, że mordują rodaków, i bezsilność, pchnęły mnie do szaleńczego kroku zniszczenia tego symbolu zniewolenia, służalczości i areny do świętowania namiestników Kremla. Może nawet i tak by się nie stało, ale właśnie w tej auli miała się odbyć dekoracja bezpośrednich uczestników masakry, oddelegowanych służbowo z Opola do Gdańska. Ich komendantem mianowano Urantówkę…”

Wybuch był potężny i przeraził władze komunistyczne. Okazało się, że nie ma już w Polsce miejsca, gdzie komuniści mogliby czuć się bezpiecznie

Rozpoczęto niezwłocznie gorączkowe śledztwo, w które zaangażowanych zostały dziesiątki funkcjonariuszy i oficerów dochodzeniowych. W lutym 1972 roku bracia zostali aresztowani i oskarżeni z art.126 par. 1 Kodeksu Karnego o dokonanie zamachu na funkcjonariuszy państwowych, za co kodeks przewidywał wyrok od 10 lat pozbawienia wolności do kary śmierci włącznie. Ówczesny prokurator, a dzisiejszy wzięty adwokat warszawski, Jerzy Jamka, zażądał najwyższego wymiaru kary, choć wybuch nastąpił na wiele godzin przed planowaną akademią i nikt w rezultacie tego wybuchu nie zginął, a nawet nie odniósł najmniejszych obrażeń . W 2001 roku Jerzy Kowalczyk w związku z tą okolicznością wspominał: ”W nocy z 5 na 6 października 1971 roku, w przeddzień akademii z okazji święta milicji, wysadziłem to miejsce w powietrze. Zarzucano mi potem podczas procesu, że chciałem z ludźmi i tak dalej.  Gdybym chciał, to bym tak zrobił, ale nie chciałem i nie zrobiłem tak; decyzja należała tylko i wyłącznie do mnie”.

Niezależnie od materialnej prawdy i argumentów obrony w dniu 8 września 1972 roku na rozprawie przed Sądem Wojewódzkim w Opolu pod przewodnictwem sędziego Zygmunta Jaromina zapadł wyrok śmierci na Jerzego Kowalczyka i wyrok 25 lat pozbawienia wolności na Ryszarda..

. Wyrok ten odebrany powszechnie jako zemsta reżimu komunistycznego zadziałał mobilizująco na opinię publiczną, poruszoną jawną niesprawiedliwością. Skłonił rozmaite środowiska, przeżywające dotąd w osamotnieniu i milczeniu koszmar komunizmu, do podejmowania protestów w obronie braci. Było to zbieranie podpisów i wysyłanie apeli o złagodzenie kary, zwłaszcza uchylenie kary śmierci Jerzemu Kowalczykowi. W rezultacie ogromnej, jak na czasy terroru, reakcji społecznej, w styczniu 1973 roku, stosując prawo łaski, zamieniono Jerzemu Kowalczykowi karę śmierci na 25 lat więzienia. Po latach Jerzy tak oceniał ten czas: “Skazano mnie za to w 1972 roku na karę śmierci, ale po pół roku ułaskawiono, zamieniając śmierć przez powieszenie na powolną śmierć przez dożywotnie uwięzienie. I tak by w istocie było, gdyby nie powstańczy zryw narodu polskiego w 1980 roku. Pod koniec 1985 roku, w wyniku zmasowanej presji szlachetnej części narodu polskiego, zwolniono mnie warunkowo. W więzieniu straciłem zdrowie, jestem inwalidą. Żyję na torfowiskach niedaleko Rząśnika, pośród resztek dzikiej przyrody. Jestem szczęśliwy... prawie szczęśliwy, jak Iwan Denisowicz Sołżenicyna, kiedy najadł się do syta, czegokolwiek, ale do syta. Moi rodzice zmarli, a mój najmłodszy brat - Narcyz - na którego mogłem zawsze liczyć i który walnie przyczynił się do mojego uwolnienia z katorgi, jest od dwóch lat sparaliżowany. Czy warto było zapłacić tak straszliwą cenę za bunt przeciwko tyranii?! Dzisiaj po latach myślę, że tak. Każde ludzkie działanie składa się z małych etapów, jak świat z atomów. Wszystko, co nowe rodzi się boleściach. Niestety!

Droga do uwolnienia braci była długa. Przyczyniły się do niego walnie protesty z czasu rewolucji solidarnościowej lat osiemdziesiątych. Ryszarda Kowalczyka zwolniono warunkowo w 1983, a Jerzego w 1985 roku.

Znacznie dłużej, bo do dnia dzisiejszego, trwały próby przywrócenia braciom Kowalczykom dobrego imienia, znieważanego przez reżimowe instytucje i media, ale i środowiska postkomunistyczne i anty-antykomunistyczne w jakoby już wolnej Polsce.

Jednym z ostatnich na tej drodze działań, podjętych przez Opolskie Stowarzyszenie Pamięci Narodowej wraz z Komisją Zakładową NSZZ „Solidarność” Uniwersytetu Opolskiego , był, zakończony niepowodzeniem, wniosek o wmurowanie tablicy upamiętniającej czyn braci Kowalczyków na fasadzie budynku dzisiejszego Uniwersytetu Opolskiego – spadkobiercy dawnej opolskiej Czerwonej Sorbony.

Dzięki wsparciu naszej inicjatywy i przejęciu jej przez śp. Annę Walentynowicz  i Andrzeja Gwiazdę stoimy dzisiaj w miejscu, gdzie w symboliczny sposób spotkały się wątki polskiej tragedii narodowej, ale i polskiej walki o godne życie we własnym wolnym i suwerennym państwie. Stoimy w miejscu, które jak wciąż żywa rana historii polskich zmagań o wolność stało się elementem mitologii narodowej i kamieniem milowym na polskiej drodze do niepodległości. Obok monumentalnego pomnika poległych stoczniowców, który symbolizuje nasz szacunek i hołd dla tych, którzy oddali swe życie za wolną Polskę pojawił się pomnik czynu braci Kowalczyków, którzy w obronie honoru i pamięci poległych stoczniowców rzucili samotne wyzwanie zbrodniczemu reżimowi komunistycznemu w odległym o setki kilometrów stąd Opolu i przez całe dziesięciolecia za czyn swój byli wyklęci.

Dzisiejsza uroczystość odsłonięcia tablicy upamiętniającej czyn braci Kowalczyków zbiega się z czterdziestą rocznicą masakry robotników Wybrzeża dokonanej przez  komunistycznych zbrodniarzy W obliczu pojawiających się niebezpiecznych tendencji przywracania do łask i rehabilitowania oprawców niech ten widoczny i trwały znak pamięci czynu braci Kowalczyków stanie się drogowskazem dla przyszłych pokoleń Polaków i przestrogą dla tych, którzy lekceważą wolność narodu.

My, Opolanie jesteśmy braciom Kowalczykom wdzięczni za przykład heroizmu w obronie wolności i za to, że swoim czynem ocalili nasze miasto od hańby dopisując je do miejsc chwały w historii polskich zmagań o niepodległość

 Chwała poległym i chwała obecnym tu dziś bohaterom!

 

Zdzisław Bernacki (2010-12-14)

POKOLENIE  ‘81

oto my
pokolenie nierzeczywistości
wychodźcy cieplarnianopolscy
szukamy ocalenia ziemi
obiecanej rzeczywistości
a dom nasz płonie
za nami pościg
wieku absurdu
przed nami morze
czerwone

 


                                          NASZ—OPŁATEK

                                       Patrzę Cię Jesteś
                                       choć w oczach ściana
                                       a ucisk w kraju
                                       bracia w więzieniach

                                       Zobacz to dom nasz
                                       z gościnnym progiem
                                       jak sens otwarty
                                       do wypełnienia

                                       Przez wąwóz krzywdy
                                       z dali w dal razem
                                       chwilami wspólnie
                                       dom nasz nas gości

                                       Patrzę Cię Jesteś
                                       a pora wracać
                                       tak zawikłani
                                       i tacy prości

                                                                                        (Wigilia ’81)






                                   S U P L I K A C J E
            DO  NAJWYŻSZEGO  KOMISARZA  W.R.O.N.


                                                         „Ojczyzna nasz znalazła się na krawędzi przepaści”
                                                                                        Jaruzelski
                                                             „Naprzód, Towarzyszu Generale!...”
                                                                                         Społeczeństwo


                             Tyś ziścił nam spokój,
                             Więc nie daj ujść kroku
                Złowrogim knowaniom w nas samych!

                             Bij, zabij w nas ducha
                             Wolności! Każ słuchać
                I czasu nie trwonić na namysł!

                             Światełko zapalaj
                             I naród ocalaj;
                Niszcz polskość w nas i człowieczeństwo!

                             A język nam zawiąż
                             I jedno daj prawo:
                Bić brawo – za sumień męczeństwo...

                             Tyś w planach Historii
                             Uczony – i w glorii
                Je spełnisz, w co my ślepo wierzym –
 
                              Więc nie daj ekstremie,
                              Co w każdym z nas drzemie,
                Niweczyć natchniony Twój reżym!

                              Wypaczaj, co proste!
                              Każ cofać się w Postęp!
                Po trupie anarchii – w ład maszyn!

                             W świetlaną wiedź erę
                             Jak Stalin z Hitlerem –
                W komunizm wyśniony przez faszyzm!

                                                                (1982)

 

                             POBÓR ‘83


                        andrzej mówi nie wiem
                        jak ja się zachowam
                        kiedy nas rozkazem
                        pogonią na czerń

                        która widzi w hełmie
                        nie brata lecz wroga
                        i płacząc od gazu
                        kamień ciska weń

                        co tu robić powiedz
                        by palec na spuście
                        w bezruchu mi zamarł
                        gdy ujrzę swą krew

                        już zamęt mam w głowie
                        i dziś żyjąc jutrem
                        o spokój jak zdrajca
                        przez strach modlę się



                               PŁONĄC

            płoniemy płomyk świecy i ja
            w noc kwietnia 84
            czas się w nas spala i przemija
            ślad pracy naszej tak mizerny

            proste jest wszystko prosta ciemność
            co nas otula razem z Bogiem
            płoniemy -- może nadaremno
            wszak ma początek i kres ogień

            lecz nie zostaje nic jak płonąć
            spalać się prosto i dostojnie
            ciemności nie dać się pochłonąć
            pognębić wojnie

 

 


                    UCHODŹCY ‘82

                      Oni w świat wyruszają
                      Ziemię ojców rzucają
                      Ufni w lepszy los nowy nieznany
                      A za nimi krzyk wron
                      W gruz zamienia ich dom
                      Bo budownik na kłamstwie wzniósł ściany
     
                      Fale biją o prom
                      I oddala się dom
                      Z pustych słów i bez fundamentu
                      Oni w świat wyruszają
                      Ziemię ojców rzucają
                      Mkną w odmęty z krainy zamętu

                      Chcą uczciwy jeść chleb
                      Chcą spokojny śnić sen
                      Jasne niebo rozpięte nad głową
                      Więc szukają swych miejsc
                      Gdzie kamienie z ich serc
                      Podwaliną pod dom będą nowy

                      Nam pisane zostawać
                      Żeby walczyć o prawa
                      Żeby odejść i wrócić mógł każdy
                      By kraj nie był więzieniem
                      Lecz by dawał schronienie
                      Chleb i wolność i prawo do prawdy

 

 

 NIE  ZDRADŹCIE  SIERPNIA,  BRACIA...

                     Nie zdradźcie Sierpnia, bracia!
                     Grzech zdrady -- jest najcięższy.
                     Czeka nas długa walka,
                     A strach – to wróg najpierwszy...

                     Nie zdradźcie Sierpnia, bracia!
                     Wiara -- przenosi góry.
                     Wierności żąda prawda,
                     A kłamstwo – wróg nasz wtóry.

                     Nie zdradźcie Sierpnia, bracia!
                     Gniew – może pożar wzniecić;
                     Niech jednak jak pochodnia
                     Świeci przez noc aż do dnia,
                     Łagodnie, godnie i swobodnie,
                     Bo gwałt – to wróg nasz trzeci..

 

wpisał j.b. (2010-12-14)
Oświadczenie Dariusza Bogdana, które z więzienia we Wrocławiu przemycił więzienny kapelan. W 1984 r. Dariusz Bogdan miał 17 lat. Oprawcy z MO i SB złamali mu podstawę czaszki. Bogdan doznał uszkodzenia słuchu, wzroku, stwierdzono też zaburzenia pracy mózgu. Został skazany na 22 miesiące więzienia za napaść na funkcjonariusza. Do dziś nie doczekał się sprawiedliwości.

Więcej o tej sprawie czytaj w najbliższym papierowym wydaniu "Gazety Polskiej".


"W dniu 27.09.1984r. ok. godz. 20 po rzuceniu słoiczka z farbą w kierunku radiowozu uciekłem w kierunku domu. Przeskakując przez płotek ogradzający kwietnik uderzyłem nogą raniąc sobie nogę poniżej kolana. W domu założyłem prowizoryczny opatrunek. Ponieważ noga mnie bolała 28.09. rano udałem się do przychodni przy ulicy Sienkiewicza. Po opatrzeniu rany wróciłem do domu, przebywając w nim ze względu na bolącą nogę.

Około godziny 15 usłyszałem dzwonek w drzwiach. Podczas otwierania drzwi zostałem nimi uderzony a następnie wepchnięty do swojego pokoju, po czym do pokoju wszedł dzielnicowy wraz z trzema funkcjonariuszami w cywilnych ubraniach. Po sprawdzeniu tożsamości i pobieżnym obejrzeniu pokoju zostałem odprowadzony na komendę DUSW przy ulicy Grunwaldzkiej, gdzie przystąpiono do przesłuchania mnie.

Jeden z przebywających tam funkcjonariuszy w mundurze oświadczył, że to na powitanie i uderzył mnie w szczękę w ten sposób, że przeleciałem przez stojące obok krzesło. Następnie kopnął mnie kilkakrotnie w plecy oraz żołądek. Zacząłem wymiotować. Wtedy dwóch innych funkcjonariuszy w mundurach, śmiejąc się, wytarli mną wydzieliny, oświadczając, że na milicji musi być ład i porządek. Następnie wepchnęli mnie do łazienki. Wpadając tam, uderzyłem twarzą o ścianę. W łazience starłem ze siebie wymiociny oraz zmyłem krew płynącą z rozbitego nosa.

Po pewnym czasie zabrali mnie stamtąd i z pomocą kopniaków w pośladki i uda doprowadzili mnie powrotem do pokoju przesłuchań. Tam popchnęli mnie na krzesło stojące pod ścianą zaczęli dalsze przesłuchanie. Po każdej odpowiedzi bili mnie pięściami i rękami po twarzy, oświadczając, że i tak stosują ulgę dla małolatów. Po pewnym czasie wróciła ekipa przeprowadzająca rewizję w moim domu.

Podejrzewając moją współpracę z podziemiem, rozpoczęli następną turę pytań. Kazali mi wstać z krzesła i jeden z milicjantów kopnął mnie w skaleczoną nogę. Na oświadczenie, że ta noga mnie boli, kazał mi podwinąć nogawkę, a zobaczywszy bandaż uderzył mnie pałką w zranione miejsce. Gdy z bólu spadłem z krzesła uderzył mnie jeszcze kilkakrotnie starając się trafić zranione miejsce. Następnie klęknął mi kolanami na piersi, przytrzymując moje ręce. W tym czasie inny z przebywających tam milicjantów szarpnięciem zerwał bandaż rozrywając też ranę. Po chwili podnieśli mnie, sadzając na krześle i rozpoczęli dalsze przesłuchania. Gdy nie mogłem na któreś z pytań odpowiedzieć, podchodzili do mnie, łapiąc mnie za włosy i bijąc moją głowa o ścianę. Ponieważ po kilkukrotnym uderzeniu z ust i z nosa od nowa zaczęła płynąć krew, przerwali przesłuchanie i podstawili mi papier do podpisania. Nie wiem, co to był za papier, ale podpisałem, ponieważ nie mogłem wytrzymać zadawanych mi ciosów. Odprowadzając mnie do celi, oświadczyli, że i tak wrócę, bo muszę zlizać krew, która pozostała na dyżurce.
 
Następnego dnia rano doprowadzono mnie do prokuratora Zbigniewa Tuczapskiego. Gdy oświadczyłem, że byłem bity, otrzymałem odpowiedz, że za mało dostałem, bo mogę usiedzieć na krześle, gdyby on przesłuchiwał, to bym wyjechał nogami do przodu. Więcej już przesłuchiwany nie byłem. Ponieważ noga zaczęła mi puchnąć i sinieć tego dnia, tj. 29.09. po południu zawieziono mnie na pogotowie przy ulicy Traugutta. Po opatrzeniu rany, zgłosiłem lekarzowi, że mam uszkodzona szczękę, guzy na głowie oraz siniaki na rekach i nogach. Eskortujący mnie wypchnął mnie na korytarz, skuł z tyłu ręce i odprowadził do radiowozu marki "Nysa". Następnie popchnął mnie do samochodu. Ponieważ ręce miałem skute z tyłu nie mogłem przytrzymać się ręką drzwi lub poręczy. Wobec tego milicjant złapał mnie za nogi i wrzucił do środka zatrzaskując drzwi. Następnie w szybkim tempie samochód ruszył z miejsca. W tym czasie podnosiłem się z podłogi i od tej jazdy upadłem w kierunku drzwi, uderzając głową o poręcz siedzenia. Po wyjeździe na ulicę kierowca wykonał kilka ostrych zakosów po ulicy, śmiejąc się, że im głową karoserie rozmontuje.

Po przywiezieniu mnie na komendę DUSW przy ul. Grunwaldzkiej wprowadzono mnie na dyżurkę gdzie zostałem uderzony trzykrotnie pięścią w twarz, abym nie zapomniał, że znajduję się na komendzie, a następnie odesłany do celi. Przez następny dzień to znaczy niedziele, dano mi spokój, a w poniedziałek 01.10.84 przekazano mnie do aresztu przy ulicy Świebockiej 1. Na prośbę doprowadzenia mnie do lekarza nie uczyniono tego, tłumacząc, że jeszcze kości trzymają się kupy a więc nie ma potrzeby.

Po około 2 tygodniach przekazano mnie z aresztu śledczego do WUSW we Wrocławiu. Podczas przekazywania mnie do tamtejszego aresztu, milicjant pełniący służbę spytał się konwojentów, czy to ten malarz. Gdy otrzymał twierdzącą odpowiedź, uderzył mnie pięścią w twarz, a gdy upadłem, kilkakrotnie kopnął mnie noga w żołądek i klatkę piersiową. Potem zapytał, czy już wszystko oddałem, a gdy powiedziałem, że pozostał mi tylko bandaż na nodze, zerwał mi go wraz ze strupem mówiąc, że mógłbym się na nim powiesić, a następnie złapał mnie za włosy i pchnął w kierunku celi, dodając przy tym kilka kopniaków na przyspieszenie. Milicjant, który to uczynił, pełnił służbę na dyżurce aresztu WUSW.

Przez okres dwóch tygodni, gdy tam przebywałem, byłem kilkakrotnie doprowadzany do oficera śledczego. Za każdym razem na dyżurce i po drodze byłem bity i kopany. W jedną stronę dlatego, abym sobie przypomniał o wszystkim, a z powrotem, abym nie zapomniał, co było mówione. Dwukrotnie, gdy wchodziłem do oficera śledczego pokrwawiony na twarzy po pobiciu, powyższy oficer śmiał się, że ja zamiast przez drzwi zrobiłem pomyłkę i wchodziłem przez ścianę. A, że ściana się nie otwiera, wobec tego takie chodzenie musiało być dla mnie bolesne. Natomiast on mnie nie bił i to, co się dzieje poza jego pomieszczeniem, wcale go nie interesuje i nie będzie sobie tym głowy zawracał.

Po zakończeniu śledztwa w dniu 01.11.84 podczas przekazywania mnie z powrotem do aresztu śledczego na pożegnanie zostałem jeszcze raz pobity. Ze względu na to, że nie posiadam ojca, użalili się nade mną, pokazując na czym polega tzw. ojcowska ręka, bijąc mnie i kopiąc do tego stopnia, że przez okres ok. 2 tygodni nie mogłem ugryźć chleba, wyjść na spacer, ani też utrzymać cokolwiek w rękach, ponieważ włożyli mi palce na krawędzi szuflady, a następnie jeden z milicjantów dwukrotnie kopnął w szufladę.

Po doprowadzeniu mnie do aresztu zostałem zbadany przez lekarza. Zgłosiłem mu o rękach i szczęce. W odpowiedzi, jakiej udzielił mi lekarz, dowiedziałem się, że jedzenie mogą mi przeżuwać koledzy i karmić mnie łyżką, te sprawy go nie interesują. Od czasu przeprowadzenia przesłuchań miewam zawroty głowy a także krótkotrwałe zaniki pamięci, a także zacząłem się jąkać. Często też bolą mnie uszy. Kilkakrotnie też stwierdziłem, że wypadają mi przedmioty trzymane w palcach, a potem przez dłuższą chwilę miewam skurcze palców. Przy zgłaszaniu się do lekarza często nie zostaję do niego doprowadzony, natomiast gdy już się do niego dostanę, zbywa mnie słowami, mówiąc, że to przejdzie na moje dzieci, a wtedy o tym zapomnę. Dlatego też nie podpisałem zakończenia śledztwa, ponieważ nie wpisano do akt zgłaszanych przeze mnie oświadczeń."

 
Izabela Falzmann (2010-12-01)

             Współczesna gospodyni domowa na widowni popularnego tok show słuchająca złodzieja, prostytutki, mordercy czy gwałciciela, co drugie zdanie powtarza: „ja cię nie potępiam, ja cię nie oceniam”. Dyskusja koncentruje się na szczegółach technicznych przestępstwa i towarzyszących mu emocjach. Takie, wręcz humorystyczne w swej skrajnej głupocie spektakle ufundowane są na przeświadczeniu, że etyka jest sprawa kulturową i że istnieje wiele systemów etycznych równoważnych ich aksjologii, tak jak istnieje wiele matematyk równoważnych ich aksjomatyce. I tak jak odkrycia geometrii nieeuklidesowej zadały kłam przeświadczeniu Kanta, że jest możliwa tylko jedna czysta matematyka- konieczna forma ludzkiego oglądu czasu i przestrzeni, tak też odkrycia antropologii strukturalnej miały unieważnić „niebo gwiaździste i prawo moralne”.

            Antropologia strukturalna ze swym podstawowym założeniem, że wszystkie kultury są równowartościowe jest początkiem postmodernistycznego paraliżu aksjologicznego. Jak jednak wiele lat temu zauważył Leszek Kołakowski założenie, że wszystkie kultury ( religie) są równowartościowe oznacza, że tak naprawdę żadna nie ma dla nas wartości, stają się folklorem. Religię wybiera się obecnie jak modną góralską chustkę, którą bez zobowiązań można nosić do miejskiego stroju. 

           W społeczeństwie postmodernistycznym wszelkie ocenianie postaw moralnych i życiowych innych ludzi stało się nieprzyzwoitością. W ogóle wycofujemy się od wyrażania jednoznacznych ocen. David Riesmann w książce Samotny tłum zauważa, że termin I think został zastąpiony w języku potocznym przez I feel. Zakaz oceniania postępowania innych nawet w najważniejszych z etycznego punktu widzenia sprawach został również usankcjonowany prawnie. Za krytyczną wypowiedź w sprawie Alicji Tysiąc, która uzyskała od państwa polskiego odszkodowanie za to, że lekarze- jej zdaniem bezprawnie- uniemożliwili jej zabicie własnego dziecka, został skazany redaktor katolickiego pisma. Za krytyczną wypowiedź w sprawie obyczajów wiejskiego homoseksualisty, który narzucił starej matce mieszkanie w jednym pokoju ze swym partnerem został skazany sąsiad kobiety. 

           Prawo reguluje niezwykle szczegółowo sposoby umieszczania reklam na budynkach czy odległość sadzonego drzewa od brzegu działki natomiast sprawy dramatycznie poważne pozostawia własnemu sumieniu.

            Przeniesienie punktu ciężkości na sprawy moralnie drugorzędne owocuje szczególnym brakiem logiki w prawie stanowionym, czego skutkiem jest nagminne jego lekceważenie. Nie można odnosić się z szacunkiem do prawa, które zabrania wymierzenia dziecku klapsa, natomiast pozwala pokroić dziecko na kawałki w łonie matki. Które pozostawia zabicie dziecka sumieniu( wyborowi) kobiety natomiast karze lekarza, któremu właśnie sumienie nie pozwoliło dokonać zabiegu. 

           Współczesne przewartościowanie dekalogu znajduje wyraz choćby w ustawie lustracyjnej. Zgodnie z duchem tej ustawy najcięższym grzechem okazuje się być kłamstwo. Cięższym niż donoszenie na ludzi, prześladowanie ich, niszczenie ich życia. Ten, kto skłamał w sprawie swej agenturalnej przeszłości może być pozbawiony stanowiska. Ten, kto się do swej agenturalnej przeszłości przyznaje, a może nawet nią szczyci zachowuje wszelkie publiczne prawa. 

           I na zakończenie o normach moralnych dotyczących samych norm. Normą moralną stało się nie narzucanie innym norm moralnych. A zwolennicy powszechnej tolerancji żądają nietolerancji dla cudzej nietolerancji.

 

            Wydaje mi się, że zachodzi tu analogia do twierdzenia Goedla. Albo mamy zupełny system aksjomatów i możemy dowodzić wszelkich twierdzeń, w tym wzajemnie sprzecznych, albo system jest niezupełny, niesprzeczny, ale pojawią się twierdzenia prawdziwe, których w tym systemie nie można dowieść. Trzeba wyjść poza system.

Joanna Lichocka (2010-11-26)

Czy Jarosław Kaczyński jest skończony?


Jest mi obojętne, że Prawo i Sprawiedliwość przegrywa wybory. Jarosław Kaczyński i PiS istnieją po to, żeby przechować wartości i odbudować Królestwo Wolnych Polaków – mówi Jarosław Marek Rymkiewicz.

Joanna Lichocka: Jeśli wierzyć prasie, Jarosław Kaczyński jest skończony. Już nigdy niczego nie wygra.
Jarosław Marek Rymkiewicz:
Kaczyński ma przed sobą wszystko do wygrania. Przede wszystkim ma do wygrania niepodległość Polski. Choć ja nie wiem, czy to właśnie on ją wygra. Czeka nas długa, bardzo długa droga do niepodległości – będziemy do niej szli może pięćdziesiąt, a może sto lat. Zapewne niepodległą Polskę wybuduje więc któryś z jego następców. Po walecznym Władysławie Łokietku musi się pojawić (tak chcą dzieje Polski) Kazimierz Wielki. Ale żeby ktoś taki się pojawił, Jarosław Kaczyński – jak Łokietek, książę brzesko-kujawski – musi jeszcze wygrać wiele bitew.


  Dlaczego tak pan w niego wierzy?

Dlatego, że jego partia reprezentuje moje interesy. A to znaczy, że reprezentuje interesy wszystkich Polaków, którzy pragną tego samego, czego ja pragnę – to znaczy tych wszystkich, którzy chcą żyć w niepodległej Polsce. To jest teraz jedyna taka partia w Polsce.

Jednak Kaczyński nie wygrywa kolejnych wyborów.
A to mnie mało obchodzi. To mi jest nawet kompletnie obojętne. Prawo i Sprawiedliwość oraz Jarosław Kaczyński istnieją po to, żeby przechować te wszystkie wartości, które posłużą do zrekonstruowania Królestwa wolnych Polaków. Jak pani widzi, ja Kaczyńskiego traktuję nawet trochę instrumentalnie. Może nawet chciałbym trochę nim manipulować.

Pan go kocha?
Kocham Ewę, Wawrzka, Anielkę i Ignacego. Anielka i Ignacy to są moje wnuki. Kocham też moje trzy koty i chciałbym, żeby wymienione były tutaj ich imiona – Psotka, Filek i Szarak. No i kocham też Polskę, bo jestem Polakiem o niemiecko-, rusko-, litewsko-, francusko-tatarskich korzeniach. Lecha i Jarosława – tych dwóch chłopców, którzy siedzieli na żoliborskim murku i pijąc wodę z sokiem z saturatora doszli do wniosku, że koniecznie chcą żyć w niepodległej Polsce – podziwiam. Ja też w pewnej chwili doszedłem do wniosku, że mogę żyć tylko w niepodległej Polsce – i zacząłem ją wokół siebie budować.

Pan rozumie to, co teraz robi Jarosław Kaczyński? Rozumie pan tę taktykę?
Ja wszystko rozumiem. A on to wszystko dobrze przemyślał – strategię i taktykę tych wszystkich Łokietkowych bitew, dzięki którym odzyskamy niepodległość.

Przemyślane jest usuwanie z partii popularnych polityków?
Jeśli mamy jedną partię, która służy niepodległości Polski, nie może być tak, żeby ktoś, kto działa w tej partii, myślał o własnych korzyściach i powodował się własnymi ambicjami. Jeśli to jest jedyna taka partia w Polsce, to musi ona być silna, spójna i zdolna do skutecznego działania. Kto szkodzi Prawu i Sprawiedliwości, ten szkodzi niepodległości Polski. Dobrze więc byłoby, żeby ludzie, którzy mają na uwadze własne ambicje i własne kariery, a interes Polaków jest dla nich rzeczą drugorzędną, wyszli z Prawa i Sprawiedliwości i poszli sobie gdzieś indziej. Jest tyle partii postkolonialnych – niech tam idą i tam walczą o władzę i wpływy.

Ale politycy PiS, którzy się z partią rozstali, mogą uważać, że właśnie służą krajowi. A pan z grubej rury, że występują przeciw niepodległości?
Powtarzam: teraz tylko Prawo i Sprawiedliwość służy sprawie polskiej – tak jak należy jej służyć w państwie postkolonialnym. Tak się bowiem złożyło (nad tym ubolewam), że wszystkie inne duże partie utrwalają i przedłużają ten postkolonialny stan rzeczy, w którym się znajdujemy; to nasze postkolonialne istnienie. Dlaczego one tak działają, to ja tego nie wiem, ale widać tak musi być. Żyjemy w postkolonialnym zamęcie i politycy nie bardzo potrafią się w tym połapać, nie rozumieją, jakie są teraz ich dziejowe obowiązki – może tak dałoby się to wytłumaczyć. Już to mówiłem, ale jeszcze raz powtórzę. To, że w tym zamęcie Lechowi i Jarosławowi Kaczyńskim udało się stworzyć niepodległościową partię Polaków i że tę partię popiera 20 czy nawet 30 procent tubylców, to jest prawdziwy cud. To bardzo dobrze o nas świadczy – o naszych dziejowych aspiracjach.

Co pan właściwie ma na myśli, gdy mówi, że Polska nie jest niepodległa?
  Żaden kraj postkolonialny nie jest całkowicie niepodległy. Ukraina, Mołdawia, Indie, Botswana, nawet Finlandia, która bardzo długo była rosyjską kolonią, to są kraje postkolonialne. No i Polska. We wszystkich tych krajach zaborcy-kolonizatorzy nadal mają ogromne wpływy – kontrolują gospodarkę, działają w nich ich służby specjalne. Postkolonialny kraj ma postkolonialną literaturę i postkolonialną (naśladowczą) sztukę filmową. Jego gazety są postkolonialne, postkolonializm gnieździ się w głowach jego mieszkańców (tubylców). Prowadzi też postkolonialną politykę – wciąż stara się usłużyć i przypodobać swoim dawnym zaborcom-kolonizatorom.
To przykre, wstydliwe? A owszem. Ja się wstydzę. Trzeba tu jeszcze dodać, że niepodległość, tak jak demokracja i różne wolności (wśród nich wolność słowa), są w naszym postkolonialnym kraju strefowe. To znaczy – w pewnych strefach jest więcej niepodległości, w pewnych mniej, a w pewnych nie ma jej w ogóle. To się nawet rozkłada geograficznie. W Warszawie jest mniej niepodległości, a w Milanówku więcej. A tu, w tym pokoju, gdzie rozmawiamy, z widokiem na mój ogród, niepodległość jest stuprocentowa. Niech się pani przyjrzy, pani Joasiu, moim kotom i moim dereniom – one są całkowicie niepodległe.

Jak pan to mierzy?
Co do kotów, to zmierzyć to łatwo. Kiedy zawoła pani któregoś z nich, to uda, że tego nie słyszy, i odejdzie, pogardliwie unosząc w górę swój ogon. Jak pani widzi, Psotka ma tylko pół ogona, bo została przejechana przez samochód, kiedy, jako wolny kot, siedziała na środku jezdni. Spraw ludzkich tak dokładnie zmierzyć się nie da. Ale każdy chyba widzi, że w małych miasteczkach i wioskach jest więcej niepodległości niż w wielkich miastach. Kto mieszka w apartamentowcu, ten ma mniej wolności niż taki, który mieszka w swoim domu na prowincji, choćby i koślawym, i pracuje na swoim. Kto kupuje kartofle i brukselkę na milanowskim targu u pani Basi (która myśli dokładnie tak jak ja), ma więcej niepodległości niż ktoś taki, kto biega po warszawskich galeriach handlowych i kupuje tam jakieś zbytkowne rzeczy. Ale przecież w roku 1989 wierzyliśmy wszyscy (niemal wszyscy – ja nie wierzyłem), że cała Polska będzie niepodległa – że będziemy mieli niepodległość w jej wspaniałej całości! Dlaczego więc jej nie mamy? Po pierwsze dlatego, że kolonialne jarzmo to nie jest rzecz łatwa do zrzucenia; tego się nie zrzuca w kilka czy w kilkanaście lat. A po drugie dlatego, że właśnie wtedy, w czerwcu 1989 roku, haniebnie daliśmy się oszukać. I to jest nasza hańba – hańba tubylców! – a nie hańba tych, którzy nas oszukali. Uwierzyliśmy, że odzyskujemy niepodległość, kiedy na naszych oczach (oślepionych) wojskowy reżim przekazywał władzę wybranym przez siebie następcom.

Jakby miał pan śpiewać "Boże, coś Polskę", to zamiast słów "Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie", śpiewałby pan "racz nam wrócić, Panie"? Tak jak ci Polacy na Krakowskim Przedmieściu, którzy 10. każdego miesiąca wspominają katastrofę w Smoleńsku?
Oczywiście, że śpiewałbym "racz nam wrócić, Panie". Ale śpiewałbym z głębokim przekonaniem, że Bóg nie ma z tym nic wspólnego – jeśli istnieje, to nie jest od tego, żeby zwracać nam niepodległość. Tę sprawę musimy wziąć we własne ręce. Bóg może będzie się temu przyglądał, jeśli zechce.

Mówi pan rzeczy dla liberalnego czytelnika straszne.
To teraz powiem coś, co wszystkim się spodoba. Trzeba bowiem przyznać, że w roku 1989 stało się też coś bardzo dobrego. Nastąpiła tak zwana ruska smuta, ruskie imperium rozpadło się (niestety, na krótko) i życie w jego koloniach zaczęło wyglądać nieco inaczej. Polacy, Węgrzy i Czesi odzyskali możliwość powrotu do swojego polskiego, węgierskiego oraz czeskiego życia. Ale uwaga! Powrót do polskich sposobów życia nie oznacza jeszcze powrotu do życia niepodległego. To jest powolny proces odbudowywania polskich obyczajów i polskich sposobów myślenia, które zostały wypracowane w dawnej polskiej (nawet staropolskiej) cywilizacji, a przez kolonizatorów były świadomie i okrutnie niszczone. Ten proces odbudowy życia polskiego zaczął się faktycznie już wcześniej – historycy powinni to opisać, a ja myślę, że zaczęło to się wtedy, kiedy Polacy uwierzyli, że kiedyś będą niepodlegli i że carskie imperium, choć odwieczne – nie jest wieczne. Wtedy zaczęli odbudowywać swoje życie i wracali do swoich zamierzchłych sposobów urządzania się w świecie. Ja wtedy zacząłem pisać mój cykl mickiewiczowski, cykl książek o Mickiewiczu, bo chciałem pokazać, jak można żyć po polsku, nawet pod rosyjską okupacją. Na tym fundamencie – polskich sposobów życia – trzeba teraz zbudować niepodległe państwo wolnych Polaków, które będzie naszą własnością, będzie nam sprzyjać i będzie nas bronić. O jak chciałbym tego dożyć! Ale nie dożyję.

Mam wrażenie, że gdy pan mówi o "polskim sposobie życia", myśli o XVI-wiecznej szlachcie, tej, o której pisze w książce o Samuelu Zborowskim. A jeśli współcześni Polacy, ci nowi, wielkomiejscy, wcale nie mają ochoty do tamtej tradycji nawiązywać? Może po wszystkich kataklizmach historii wcale nie czują się spadkobiercami szlachty? I wykuwają własny sposób życia, nie oglądając się na anarchistę Zborowskiego?
  Tak się jakoś odwiecznie dzieje, że jedyną żywą tradycją polskiego życia jest życie szlacheckie. Czyli wszystko to, co wydarzyło się w I Rzeczpospolitej. Ja kompletnie tego nie pojmuję i nie wiem, dlaczego tak właśnie jest – może dlatego, że polscy chłopi pańszczyźniani też chcieli żyć jak ich panowie? Chcieli być polską szlachtą i co więcej, stali się nią. Bo my wszyscy jesteśmy polską szlachtą. Wszyscy jesteśmy polskimi rycerzami, wszyscy jesteśmy równi, równie piękni i równie wolni. I wobec tego każdy ma prawo domagać się dla siebie takiej wolności, jaka przysługiwała obywatelom I Rzeczpospolitej. Nie ma innej skutecznie działającej tradycji w Polsce. Nie ma tradycji pańszczyźnianego niewolnika. Nie ma nawet tej tradycji, która ukształtowała się w wieku XIX, czyli tradycji niewolnictwa proletariackiego. Wszyscy jesteśmy polską szlachtą i mamy do tego prawo – bez względu na to, czy nasi przodkowie mieli ziemie i dwory, czy małe chatynki, czy zgoła nic nie mieli.

Czyli szlachcic Tusk i panowie bracia z PO mówiąc nam: "nie róbmy polityki, budujmy mosty", realizują polski sposób życia?
Ale dlaczego mamy nie politykować? Przecież politykowanie to jest także nasz odwieczny polski sposób życia. Kto mówi: "nie politykujmy", ten chce nam odebrać nasz polski przywilej. Każdy polski szlachcic w I Rzeczpospolitej był uprawniony do politykowania. Wezwany, stawiał się na wolną elekcję, która wybierała świętego króla polskich rycerzy. Mógł się też awanturować na tej elekcji, nawet mógł się pojedynkować. Dochodziło tam do straszliwych napięć, takich, które groziły wybuchem wojny domowej. I często, na przykład po elekcji Stefana Batorego czy po elekcji Zygmunta III Wazy, do takich wojen – szczęśliwie niegroźnych – dochodziło. Właśnie dlatego, że każdy szlachcic miał równe prawo do udziału w polityce. Nie było tak, że szlachta uprawiała ziemię, wysyłała zboże do Amsterdamu i mówiła przy tym do jakiejś magnackiej elity: no, to teraz zajmijcie się za nas politykowaniem, a my będziemy zajmowali się miłym życiem w naszych dworach. Polacy są od wieków narodem politycznym. Dlatego w hasło "nie róbmy polityki" nikt tu nie uwierzy, bo to jest hasło lekceważące polskie sposoby istnienia, a przede wszystkim starodawne polskie prawo do wolnego politykowania.

Jak to nikt? Nie widzi pan, jakie poparcie ma Platforma Obywatelska?
W postkolonialnym kraju muszą być tubylcy – i nie może być inaczej – przyzwyczajeni do swojego postkolonialnego istnienia. Tacy, którzy uważają, że postkolonialne życie (czyli podrzędność) to jest coś miłego i bezpiecznego. Ci polscy tubylcy wierzą (ale to jest za dużo powiedziane – nie tyle wierzą, ile mówi to im ich postkolonialna podświadomość), że są ludźmi podrzędnymi, byle jakimi; że kto jest Polakiem, ten jest z urodzenia marniejszy od innych; że lepiej mieć tu drugą Irlandię albo drugą Japonię niż Polskę. To jest przykre, ale trzeba to wyraźnie powiedzieć: są wśród Polaków i tacy, którzy już nie chcą być Polakami, bowiem uważają, że Polak to jest ktoś taki, kto jest czyimś niewolnikiem, a przede wszystkim ktoś taki, kto jest niewolnikiem swojej gorszości, podrzędności, bylejakości. Gombrowicz! Stąd właśnie niebywały sukces tego postkolonialnego pisarza, który przyzwyczajał Polaków do ich postkolonialności. Nie chodziło mu o to, żeby wydobyć Polaków z tej dziury, ale o to, żeby uświadomić im ich podrzędność, drugorzędność. Francuzi, różne Sartre’y – to dla Gombrowicza było wyśmienite, pierwszorzędne. Jakie to niemiłe. Świetny stylista, znawca polszczyzny, ale dusza postkolonialna. Zresztą wszyscy jesteśmy po trosze postkolonialni. Dobrze pokazuje to również nasz podziw dla niemieckiego porządku i niemieckiej gospodarki. Przecież mamy swój ideał życia, ukształtowany przez I Rzeczpospolitą, i to jest ideał życia w wolności, z pewną skłonnością do anarchii. Taka anarchiczna wolność jest absolutnym przeciwieństwem niemieckiego porządku. Ów niemiecki Ordnung powinien więc nas raczej śmieszyć jako coś podrzędnego wobec naszego wspaniałego ideału życia w wolności, jako coś godnego lekceważenia czy politowania. Tymczasem u nas Ordnung się podziwia. A jednocześnie trochę się go boimy, bo przewidujemy, że Ordnung może się nam objawić w porządku maszerujących pułków SS. Oraz sztandarów ze swastyką w skolonizowanej Warszawie.

Ale z drugiej strony, przyjemnie jest, gdy pociąg przyjeżdża punktualnie.
Anarchiczna wolność może nie sprzyja punktualnemu przyjeżdżaniu pociągów, ale też mu szczególnie nie przeszkadza. To pokazuje nam tajemniczo I Rzeczpospolita. Przez cały XVI wiek na wszystkich granicach Rzeczypospolitej trwały (nieustannie!) wojny, a w Małopolsce i na Mazowszu w tym samym czasie panowały nienaganne stosunki gospodarcze; zaś w Czarnolesie Jan Kochanowski zaprowadzał idealny (choć zarazem trochę anarchiczny) porządek estetyczny. Porządek, ale anarchiczny – tu właśnie dotykamy istoty polskości. Piękno anarchicznego porządku to jest właśnie to, co nas czyni Polakami. Polska wolnych ludzi może więc być państwem porządnie zorganizowanym, a nawet potężnym. Ludzie postkolonialni, tubylcy, mają z tym pewne kłopoty, bowiem uważają (raczej czują), że piękne oraz godne podziwu są inne narody, a Polacy są brzydkimi nieszczęśnikami. Lepiej więc być Japończykiem czy Irlandczykiem niż Polakiem. Ja sądzę inaczej, choć Japończycy też mi się bardzo podobają. Szczególnie podoba mi się muzyka Takemitsu, którego uwielbiam. Japończyk Takemitsu, niemal mój rówieśnik, nie miał żadnych kłopotów ze swoim istnieniem, bo był z narodu kolonizatorów. Uważał, że jest równie dobry jak Debussy czy Ravel, i chyba się nie mylił. My, tubylcy, powinniśmy się uczyć na takich przykładach

Tubylcy?
  To brzmi trochę lekceważąco, ale musimy się przyzwyczaić, że z punktu widzenia Niemców czy Rosjan jesteśmy tubylcami. Mieszkańcy podbitych kolonii, a nawet byłych kolonii, to tubylcy, prawda? Wieki kolonialnego bytowania doprowadziły naszą społeczność do stanu, w którym wydaje się jej, że nie będzie mogła żyć w wolności. "Gdyby Niemcy nami rządzili, wreszcie zapanowałby tu jakiś porządek" – sądzę, że taka myśl pojawia się w głowach wielu Polaków. Ja charyzmatyczną siłę Jarosława Kaczyńskiego – siłę Łokietkową – upatruję właśnie w tym, że on stworzył partię, która mówi: nie jesteście gorsi; stańcie na nogi; macie prawo do niepodległego istnienia.

To dlaczego tak wielu Polaków głosuje na PO?
Dlatego, że wielu Polaków ma w głowach postkolonialny mąt i woli oddać władzę reżimowi, który reklamuje się jako liberalny, niż zaryzykować. Całkowicie niepodległe polskie istnienie wydaje się im czymś ryzykownym, bo nie wiadomo, co z niego wyniknie. I nawet mają trochę racji, bo wolność to jest coś wspaniale ryzykownego.

Raczej boją się PiS i Kaczyńskiego.
To jest domysł, z którym należy się liczyć. Istnieje – i to jest opisane w książkach socjologicznych i filozoficznych – coś, co jest lękiem przed wolnością. Murzyni z wielu afrykańskich kolonii też bali się wziąć sprawy w swoje ręce, dlatego oddawali władzę w ręce dyktatorów. Bali się wolności, nie wiedzieli, co z nią zrobić. A byłym kolonizatorom byli oczywiście na rękę postkolonialni tyrani, bo można było z nimi robić dobre interesy.

Czemu używa pan słowa "reżim" na określenie rządów, które są wynikiem demokratycznych wyborów w demokratycznym kraju?
Wybory w kraju postkolonialnym nigdy nie są demokratyczne, ponieważ w postkolonialnym kraju nie ma demokracji. Gdyby była demokracja, to by była wolność słowa. Gdyby była wolność słowa, to byłyby różne stacje telewizyjne – nie tylko takie, które nienawidzą Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. Gdyby była wolność słowa, byłoby też dużo różnych gazet, które działałyby na równych prawach. Wtedy żylibyśmy w kraju, w którym możliwe są demokratyczne wybory. Tu chodzi o równowagę opinii – wszystkie opinie, które się pojawiają, są uprawnione do równorzędnego istnienia. Otóż tego w Polsce nie ma. Upubliczniane, w sposób niemal totalny, są takie opinie, które są na rękę reżimowi. Ja mogę się wprawdzie odezwać i mogę nawet liczyć, że zostanie to opublikowane. Ale czy zostanę wysłuchany, to już inna sprawa. W tym sensie nie ma w Polsce żadnej wolności słowa. Zamiast wolności słowa jest przemoc medialna. To jest przemoc gorsza niż fizyczna, gorsza niż miażdżenie palców i wybijanie zębów. Przemoc medialna jest czymś wyjątkowo ohydnym.

Polacy na to pozwalają. W każdym razie nie przeszkadza im to, skoro telewizje i gazety, o których pan mówi, są czytane i oglądane. Może więc mamy innych Polaków, niż się panu wydaje? Takich, którym to nie przeszkadza? To są ich media, ich elity, ich autorytety. Są całe dzielnice, takie jak warszawskie Miasteczko Wilanów, głosujące masowo na PO.
To potwierdza moje przekonanie, że niepodległość Polski to jest rzecz strefowa. Gdzieś jest, a gdzieś jej nie ma. Znajdzie pani z pewnością takie wioski, które w całości głosowały na Jarosława Kaczyńskiego.
Wioski tak, ale nie całe miasta czy duże dzielnice.
Bo Polska jest teraz w wioskach i w miasteczkach. To tam jest centrum życia polskiego. Wielkie miasta nie odgrywają teraz w życiu polskim niemal żadnej roli. To bardzo ciekawe zjawisko. Nie chcę powiedzieć, że w wielkich miastach nie ma życia polskiego, ono w utajeniu istnieje, choć słabiej się objawia. Tym razem będzie więc tak, że wymarsz Pierwszej Kadrowej odbędzie się nie z krakowskich Oleandrów, ale spod Nowego Targu lub spod Łysej Góry. Tego już nie zobaczę, ale jestem pewien, że ten wymarsz nastąpi.

Skąd ta pewność?
W Polakach jest wielka wola życia. Niech pani pomyśli, ile przetrwaliśmy, nawet nie w ostatnich dziesięcioleciach, ale w ostatnich stuleciach; jak kolejni kolonizatorzy nas zastraszali, jak odbierali nam ochotę do życia – a my ciągle jesteśmy. Owszem, są dwie Polski. O tym mówi mój wiersz "Do Jarosława Kaczyńskiego", napisany po katastrofie smoleńskiej. Są dwie Polski. Ta, do której ja należę, jest ogromna, potężna, odwieczna. Ja uważam nawet, że jest wieczna – będzie istnieć wiecznie, pokąd istnieją narody. To jest Polska tych Polaków, którzy chcą pozostać Polakami. I jest druga Polska, mała i strachliwa, i wstydząca się swojego polskiego istnienia. To jest Polska tych Polaków, którym znudziła się, którym obrzydła ich polskość, którzy chcieliby porzucić swoją narodowość. Która z nich zwycięży – jak pani myśli? Ta ogromna czy ta malutka?

Ale przecież podział Polski pokazujący się w kolejnych wyborach to niemal pół na pół.
To dlatego, że mentalność postkolonialna jest złożona, dwoista. I bywa tak, że sama nie wie, jak się ma, i co ma o sobie sądzić. To jest też fenomen postkolonializmu. Postkolonialny Polak mówi sobie tak: jestem gorszy, nędzny, odrażający, bo jestem Polakiem. A zaraz potem mówi: jestem dumny, bo jestem Polakiem. Ale Polska na pewno nie jest pęknięta na pół. Jest teraz dokładnie tak, jak było wtedy, kiedy Mickiewicz pisał III część "Dziadów". Naród jest jak lawa, z wierzchu jest skorupa, a ogień jest w głębi. Trzeba docenić geniusz Mickiewicza, który opisał naszą obecną sytuację.
Mówi pan tak, jakby pan nie jeździł autobusem czy kolejką i nie widział, jak Polacy nawzajem się nie znoszą, bo ten z PO, a tamten z PiS. Twierdzi pan, że nie ma podziału, że nasz naród jest jak lawa? Może czas wyrzucić z głowy tę frazę?
  Ja tę lawę widziałem, patrząc na krakowski rynek podczas uroczystości pogrzebowych. Widziałem i słyszałem to, co wszyscy widzieli i słyszeli. Widziałem ogromny tłum śpiewający "Jeszcze Polska nie zginęła". Widziałem, jak wynoszono trumny z kościoła Mariackiego. Widziałem, jak je układano na lawetach. Słyszałem ten straszny, wielki krzyk osieroconych Polaków: "dziękujemy, dziękujemy". A potem z kościoła wyszedł Jarosław Kaczyński i wtedy zapanowała wielka cisza, a w tej ciszy odezwał się jakiś męski, jeszcze nawet młodzieńczy głos. Trochę nawet z takim łobuzerskim akcentem. Co ten ktoś krzyknął, to wszyscy słyszeli: "Jarek, trzymaj się". To była wielka narodowa chwila. To było tak, jakbym to ja krzyczał, jakby krzyczał każdy, kto był przytomny tej chwili. Jakby to Polska krzyknęła: "Jarek, trzymaj się". Wtedy zrozumiałem, że to jest pointa tego mojego wiersza – "Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie". To, co się zdarzyło 10 kwietnia i po 10 kwietnia, od razu weszło między wielkie wydarzenia historii Polski. To wszystko – ten pogrzeb warszawski i ten krakowski, i ten Wawel, i te trumny przewożone na lawecie, i ten uścisk premiera Tuska z carem Północy – to wszystko już się usymbolizowało. Te symbole szukają teraz swego miejsca między wielkimi symbolami naszej narodowej historii. Walka z mitem, który powstał, jest bezowocna, a kto z nim walczy, ten ów mit wspomaga, ten go też buduje.

Mamy nowy mit narodowy, a Polacy lubią mieć mity.
Mity są nie tylko niezbędne dla życia narodowego, ale są też piękne, nawet jeśli są okrutne, a ich piękno ustanawia okrutne, dzikie piękno naszych narodowych dziejów. Trochę boję się o tym mówić, bo może należałoby z tym poczekać, uzyskać jakiś większy dystans, ale powiem, bo ktoś, tak czy inaczej, musi to wreszcie powiedzieć. Ja widzę wielkie dziejowe piękno tego wszystkiego, co wydarzyło się 10 kwietnia i zaraz potem. I nie chodzi tu tylko o piękno pogrzebu i pochówku na Wawelu, bo wiadomo, że Wawel jest piękny ze swojej natury, jak piękny jest każdy narodowy początek, jak piękne są każde legendarne narodziny narodu. Pogrzeb Piłsudskiego był piękny. I Słowackiego, bo tak chciał Piłsudski. Ale ta straszna katastrofa także staje się już piękna. Szczątki tupolewa są piękne. Piękne jest to okropne pole i połamane drzewa w pobliżu smoleńskiego lotniska. W historii Polski wydarzyło się coś wielkiego, strasznego i pięknego. Trzeba na to spojrzeć z perspektywy stuleci, bo polska opowieść o tym, co się wydarzyło pod Smoleńskiem, będzie opowiadana także i za tysiąc lat. Dlatego szczątki samolotu są piękne – jak nasze narodowe dzieje.
Niewątpliwie mamy tu do czynienia z natychmiastową symbolizacją.
Co się dość rzadko zdarza w historii – zwykle musi upłynąć trochę czasu, żeby pojawiła się mityczna opowieść. Mit ma swoje tajemnicze zawiłości. Pewne wydarzenia – nie bardzo wiadomo dlaczego – szybko się symbolizują. Jak choćby śmierć księcia Józefa skaczącego do Elstery, śmierć, prawdę mówiąc, trochę przypadkowa, nawet niepotrzebna. A inne ważne wydarzenia w ogóle nie wchodzą w przestrzeń mityczną. Jak choćby nieudane samobójstwo Tadeusza Kościuszki na pobojowisku pod Maciejowicami. Świetna scena, która powinna stać się symbolem polskiego losu – i nic z tego, historia ją gdzieś schowała, zatarła. A jeśli już mówimy o mitycznych symbolizacjach, to chcę powiedzieć, że Jarosław Kaczyński też już staje się, a nawet stał się symbolem. Dlatego na początku naszej rozmowy porównałem go do walecznego Władysława Łokietka, który przegrywał, wygrywał, i znów przegrywał, i znów wygrywał, i tak przez całe swoje życie, bitwa po bitwie, z Krzyżakami, z Wacławem II, aż zrekonstruował zrujnowane Królestwo Polaków. Co do wzrostu, to też zachodzi wyraźne podobieństwo. Jarosław Kaczyński jest świetnym, zręcznym politykiem, ale to już nie jest takie ważne, bo ważniejsze jest teraz coś innego. Otóż ten człowiek, już niemłody, ale przecież też nie stary, któremu nie wszystko się udawało, który musiał znieść wiele upokorzeń i porażek, pewnie wcale nie myśląc o tym, że zmierza w takim właśnie kierunku, stał się obecnie żywym symbolem niepodległej Polski, którą ma dla nas wywalczyć. Jak Łokietek ze swojej rycerskiej groty pod Ojcowem, tak on wyszedł ze swojej inteligenckiej żoliborskiej groty, żeby walczyć z wrogami Polski. Patrzę teraz na niego i widzę mitycznego bohatera Polaków. Niech się Pan trzyma, Drogi Panie Jarosławie.


Gdy spotkaliśmy się trzy lata temu, mówił pan, że Jarosław Kaczyński jest postacią historyczną, bo ugryzł żubra w dupę. Żubr, symbol Polski, spał pod lipą, prezes PiS podszedł, ugryzł go i obudził. Ale ten żubr chyba uciekł Kaczyńskiemu?
Przecież było wiadomo, że ugryziony żubr gdzieś ucieknie, no i uciekł, gdzieś pomknął. Ale ja w tej rozmowie mówiłem też, że żubr galopuje w jakąś nieznaną przyszłość. Teraz to już widać trochę lepiej, a moja koncepcja Polski postkolonialnej pozwala to lepiej zrozumieć – żubr przez jakieś straszne ostępy, chaszcze, zarośla galopuje ku niepodległości. Słyszę jego tętent, tętent odradzającego się polskiego życia. Będziemy mieli wspaniałe państwo wolnych Polaków, w którym Jarosław Kaczyński będzie miał pomniki. Będzie stał obok Lecha. Albo będą siedzieli na murku, pijąc wodę z sokiem z żoliborskiego saturatora.

 

z:

http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/kraj/czy-jaroslaw-kaczynski-jest-skonczony,3,3792270,wiadomosc.html

 

Rafał Ziemkiewicz (2010-11-20)

Matolstwo jest siłą!

"Nic nie wiem o tej wojnie, i nic nie chcę wiedzieć o tej wojnie, wystarcza mi wiedzieć, że wojna jest wielkim złem!" - ta fraza była jedną z najczęściej używanych na niezliczonych wiecach tzw. ruchu antywojennego, niezwykle prężnego na amerykańskich kampusach w latach sześćdziesiątych. Dziś już wiemy - choćby z kwerendy tajnych sowieckich akt, dokonanej w niepowtarzalnym momencie historycznym przez Władimira Bukowskiego - że cały ten hipisowski smród sterowany był z Moskwy.

Jego czołowi aktywiści byli często kadrowymi agentami KGB, przeszkolonymi w manipulowaniu emocjami tłumu, a tzw. intelektualiści, którzy najgłośniej "przeciwko wojnie" gardłowali, kontrolowanymi na różne sposoby przez Kremlin "pożytecznymi idiotami".

Nie przypadkiem jedno z haseł Orwellowskiej partii w "1984" brzmi: "ignorancja to siła". Tak jest, ignorancja jest właśnie podstawą skutecznego powodowania masami. Wystarczy tylko ignorantów dowartościować, przekonać, że im są głupsi, tym właśnie mądrzejsi, że ze swego nieuctwa powinni czerpać poczucie wyższości i dumy.
czytaj dalej
 
"Nic o tym nie wiem, i nic o tym nie chcę wiedzieć, wystarczy że wiem, co o tym myśleć" - na przykład, o przeszłości Lecha Wałęsy, o Okrągłym Stole, o historii naszego kraju, o mechanizmach władzy i mediów. Wystarcza mi wiedzieć, że wyznając słuszne poglądy, uświęcone przez autorytety, należę do tych lepszych, mądrzejszych.

"Ta książka jest tak obrzydliwa, że nigdy jej nie wezmę do ręki" - orzekali Władysław Bartoszewski czy Stefan Bratkowski po publikacji biografii Kapuścińskiego, co na zdrowy rozum powinno zostać powszechnie wyśmiane, no bo jakże można się tak autorytatywnie o czymś wypowiadać, podkreślając swą kompletną niekompetencję - a zostało właśnie potraktowane z powagą i zadęciem. Tak, sam oberautorytet, największy z największych, mówi: Nie czytać! I ja też nie czytałem, też jestem mądry!


Cytowane na wstępie zdanie można by spokojnie zadedykować tym kilku tysiącom ogłupionych propagandą ludzi, którzy dali się "Gazecie Wyborczej" spędzić do gwizdania na "Marsz Niepodległości" i wznoszone na nim hasła w rodzaju "Niepodległość - nie na sprzedaż", czy "Bóg-Honor-Ojczyzna". "Nic nie wiem o faszyzmie, i nic nie chcę wiedzieć, wystarczy mi wiedzieć, że faszyzm jest złem!" - oklaski. To skąd wiesz, wyjcu (że się tak wyrażę frazą pana Bartoszewskiego), że wyjesz właśnie na faszyzm, a nie na coś zupełnie innego? Na przykład na patriotyzm? ("Nienawidzę patriotyzmu", powiedziała znanemu dziennikarzowi jego 16-letnia córka, ofiara wychowania w jednej z warszawskich szkół).

Matołom wystarczy wiedzieć, że są "młodzi, wykształceni i z dużych miast". A są, dopóki podążają za autorytetami i nie pytają, dokąd.

Przypomina mi się pewna pani, która uparcie nazywała śp. Lecha Kaczyńskiego endekiem. Uważam to słowo raczej za komplement, ale w tym akurat wypadku niezasłużony, Lech Kaczyński był od tradycji endeckiej jak najdalszy. No jak to, oburzyła się, słysząc, że się myli - endek! Przecież sobie na ścianie Piłsudskiego powiesił!

Nie byłoby może tak śmiesznie, gdyby nie fakt, że ta pani miała doktorat. Oto właśnie kliniczny wzorzec dumnego ze swej ignorancji i pełnego poczucia wyższości matolstwa. Im tam za jedno - patriotyzm czy szowinizm, Dmowski czy Piłsudski, faszyzm czy nazizm, kto siedział w Berezie, a kto do niej wsadzał; wszystko to jeden faszyzm i ONR. Dopóki jesteś za Tuskiem i "Wyborczą", nie jesteś burakiem, i to najważniejsze.


Osobiście uważam, że ONR nie jest tą częścią endeckiej tradycji, którą warto wskrzeszać. Był to skrajny i marginalny nurt (raptem 2 tysiące członków w całej Polsce), powstały z fascynacji włoskim faszyzmem, ale, jak cały polski ruch narodowy, silnie antyniemiecki, a więc z zasady zabezpieczony przed jakąkolwiek fascynacją hitleryzmem. Włoski faszyzm też nie jest wartą dziś reanimowania tradycją, ale, wbrew przekonaniu matołów, miał niewiele wspólnego z niemieckim narodowym socjalizmem, a zwłaszcza wolny był od rasizmu czy antysemityzmu.

Jeśli ktoś zada sobie trud przeczytania np. dzienników Winstona Churchilla z lat trzydziestych, znajdzie tam wiele przejawów zafascynowania faszyzmem i Mussolinim. Polscy radykalni narodowcy nie byli w tym odosobnieni, po kryzysie, który wielu uznało za dowód, iż kapitalizm i wolny rynek to drogi donikąd, w Europie powszechnie traktowano faszyzm, z jego wodzowsko-korporacyjnym zorganizowaniem państwa, jako ciekawą alternatywę i dla leseferyzmu, i dla komunistycznego centralnego planowania.

ONR nie stronił od fizycznej agresji wobec Żydów, to niewątpliwy fakt (choć nie jest prawdą, że głównie ich biciem się zajmował; członkowie ONR bili się głównie z członkami bliźniaczego RNR, jak dziś anarchole ze skinheadami). Ale i sam Jerzy Giedroyć, bożyszcze Adama Michnika i liberalnej inteligencji, patronował wtedy pomysłom uczynienia z Żydów de facto obywateli drugiej kategorii, pozbawienia ich części praw obywatelskich i zmuszenia tym sposobem do emigracji.

Elementarna wiedza o ówczesnych czasach jest taka, że w największym światowym skupisku Żydów, w USA, żyło ich nieco ponad 4 miliony, a w Polsce - ponad 3. A kudy Polsce do USA obszarem, liczbą ludności i bogactwem? Te 3 miliony to nie osoby pochodzenia żydowskiego, tylko Żydzi - chałaciarze, nie znający języka polskiego, nie identyfikujący się z Polską w najmniejszym stopniu, w tym bardzo liczni uciekinierzy z ZSSR, którzy zamieszkali tu dopiero po pierwszej wojnie. To był naprawdę ogromy problem dla biednego, młodego państwa. ONR proponował złe rozwiązanie tego problemu, ale nikt nie proponował dobrego, nawet wspomniani autorzy z kręgu Giedroycia uważali "wyciśnięcie" owych Żydów za granicę w ten czy inny sposób za konieczność.

Zresztą owi chałaciarze budzili irytację i agresję nie tylko wśród narodowców, ale też wśród żydów zasymilowanych, przeważnie wyznających poglądy lewicowo-liberalne. Sam Tuwim szydził ze "świętych parchów z Góry Kalwarii", a Słonimski pisał zjadliwie antyżydowskie pamflety, które w 1968 - jak wspominał towarzysz Rakowski - partyjni przełożeni kazali mu, dla skompromitowania przyszłego pracodawcy Adama Michnika, przypomnieć w "Polityce".

Co tam nieukom o tym wszystkim wiedzieć, czytać książki - a po co? Przebiorą się, jeden z drugim, w oświęcimskie pasiaki, i dumni z siebie ponad pojęcie, że walczą z faszyzmem. To znaczy, z mieczykiem Chrobrego, znakiem, który patronował nie tylko ojcu naszej niepodległości, Dmowskiemu. Ale i Władysławowi Reymontowi, nobliście, i Stanisławowi Grabskiemu, twórcy polskiej waluty, i Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu, budowniczemu Gdyni, i Ignacemu Chrzanowskiemu, którego podręcznik literatury staropolskiej, przed wojną gimnazjalny, był jeszcze w moich czasach podstawowym podręcznikiem na pierwszym roku polonistyki, i Władysławowi Konopczyńskiemu, do dziś najważniejszemu historykowi konfederacji barskiej, i... I kogo ta lista obchodzi?

Ostrzegam po dobroci, lepiej tego wszystkiego nie wiedzieć, lepiej nie czytać niczego poza "Wyborczą" i esemesami od kumpli, bo, uchowaj Boże, można zmądrzeć i stać się "burakiem".

ze strony:

 http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news/matolstwo-jest-sila,1560225

 foto z

http://www.fakt.pl/Ziemkiewicz-PiS-czyli-Powolnosc-i-Safandulowatosc-,artykuly,59727,1.html
Małgorzata Rutkowska (2010-11-16)

Z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, poetą, pisarzem, historykiem literatury, rozmawia Małgorzata Rutkowska

Przygotował Pan już swoją mowę na proces, który wytoczył Panu redaktor naczelny "Gazety Wyborczej"?
Mam wrażenie, że to może być Pana najważniejszy tekst w ostatnich latach.
- Najważniejsza jest poezja, bo jeśli coś z dzieł ludzkich może liczyć na długie trwanie, to tylko ona. A co do procesu, to jeszcze nie otrzymałem pozwu i bardzo jestem ciekawy, co w nim będzie. Sprawy, które wytaczają ci panowie, są często utajniane, więc nie wiem, czy będę miał okazję do publicznego wygłoszenia mowy. Ale jeśli nie wygłoszę jej publicznie, to wydrukuję ją jako mowę niewygłoszoną. Skutek będzie taki sam.

To będzie wielkie przemówienie w obronie wolności słowa?
- Prześladowanie i ograniczanie wolności słowa jest w naszym kraju rzeczą tak oczywistą, niemal codzienną, że właściwie nie warto już o tym mówić. W mojej mowie chciałbym raczej pokazać, w jaki sposób idee wczesnego komunizmu, czyli idee Róży Luksemburg, sformułowane na przełomie XIX i XX wieku, działają do dzisiaj i jaki mają wpływ na nasze życie. Róża Luksemburg była wybitną działaczką komunistyczną, najpierw w Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL), a potem w Komunistycznej Partii Niemiec, którą założyła. Siła jej idei była co najmniej równa sile idei Lenina. Potem nieśmiertelna Róża, jak ją nazywano (biessmiertnaja Roza), została trochę zapomniana, bo tak się złożyło, że ją zamordowano, a Lenin i Stalin potępili tzw. błąd luksemburgizmu, czyli wykluczyli jej pisma teoretyczne ze swojego dziedzictwa. Ale idee nieśmiertelnej Rozy, choć tępione przez komunistów, dalej działały. Gdy czyta się dziś jej arcyciekawe rozprawy, mówiące o tym, jak ma być rozwiązana w Europie kwestia narodowa, to widać, że jesteśmy u samych fundamentów Unii Europejskiej, że Unia Europejska została wymyślona właśnie wtedy, we wczesnym komunizmie. Idea stworzenia społeczeństwa globalnego, takiego, które nie będzie dzielić się na różne narody, a więc idea wynarodowienia, została sformułowana właśnie wtedy i właśnie przez Różę Luksemburg, i niemal nienaruszona, w różnych przebraniach, dotrwała do naszych czasów. Mamy więc obecnie do czynienia z ideami rdzennie komunistycznymi - zresztą nie tylko w tej dziedzinie życia, w innych też - które występują w przebraniach liberalnych, demokratycznych, socjaldemokratycznych, a niegdyś stanowiły fundament światowego ruchu komunistycznego. Biessmiertnaja Roza uważała, że Polacy nie powinni istnieć, nie powinni też domagać się niepodległości, ponieważ musi powstać w Europie jedna europejska klasa proletariuszy, a nie da się osiągnąć tego celu, jeśli będą istniały narody i narodowości. Roza przewidywała ponadto, że powstaną Stany Zjednoczone Europy, które będą początkowo tworem "burżuazyjnym", ale potem, kiedy wybuchnie rewolucja, zostaną przejęte przez klasę robotniczą, przez proletariat. No i teraz trochę to się sprawdza, co prawda nie ma klas, nie ma proletariatu, nie ma nieśmiertelnej Róży, niby nie ma i komunizmu, ale wszystko układa się właśnie tak, jak to zaprojektowała ta wielka Roza. Coraz częściej słyszymy, że narodów nie będzie, bo nie są potrzebne. Wydaje mi się, że ludzie Adama Michnika są propagatorami właśnie tej idei, idei Europy ponadnarodowej, takiej Europy, która będzie się obywać bez narodów. To bardzo poważna sprawa, która dla mnie przybiera kształt pytania: czy Polacy mają szansę na przetrwanie, czy będą istnieli? Chciałbym w swojej mowie na procesie pokazać korzenie tych przekonań, z których wynika, że nie muszą istnieć.

Jak Pan przekona audytorium, że to środowisko kontynuuje idee komunistki Luksemburg, skoro Michnik został kawalerem Orderu Orła Białego? Prezydent uznał, że należy nagrodzić jego "znamienite zasługi" dla niepodległości Polski.
- Pragnę coś przypomnieć, na co może nikt nie zwrócił dotąd uwagi. Otóż Order Orła Białego został ustanowiony na początku XVIII wieku przez Augusta II, naszego pierwszego króla z dynastii saskiej. Początkowo kosztował 10 000 czerwonych złotych i mógł go dostać niemal każdy, kogo było na to stać. Wśród jego pierwszych kawalerów byli dygnitarze carscy, Aleksander Mienszykow i Nikołaj Repnin. Order Orła Białego został więc zhańbiony już na początku swojej historii. Potem przyznawano go w bardzo różny sposób - niekiedy prawdziwym bohaterom, niekiedy wielkim łajdakom. Pod koniec wieku XVIII otrzymywali go targowiczanie, czyli Stanisław August, król zdrajca, dekorował nim zdrajców. To była już tradycja ruska, wedle której im większy łajdak, tym większy ma order. W ogóle przyznawanie orderów jest ruską tradycją, a w naszej I Rzeczypospolitej noszenie jakichkolwiek orderów było zakazane przez prawo. Dobrze byłoby wrócić do tamtych naszych obyczajów. Po Powstaniu Listopadowym, po roku 1831, Orzeł Biały został włączony do hierarchii orderów carskich. Był trzecim pod względem znaczenia orderem imperium rosyjskiego: po św. Andrzeju i po Aleksandrze Newskim. Jeśli więc tak spojrzymy na dzieje Orderu Orła Białego, to będziemy mogli powiedzieć, że i w tym wypadku historia Polski zatacza teraz krąg - wciąż mamy do czynienia z czymś, co już się kiedyś wydarzyło.

Sugeruje Pan, że Order Orła Białego wyszedł z orbity polskości? Stajemy się krajem o coraz bardziej ograniczonej suwerenności, kondominium rosyjsko-niemieckim?
- Ja to widzę troszkę inaczej niż Jarosław Kaczyński. Wydaje mi się, że Polska jest krajem postkolonialnym, a pewne procesy, z którymi mamy u nas do czynienia, można lepiej zrozumieć, sytuując ją właśnie wśród krajów postkolonialnych - takich jak: Indie, Pakistan czy państwa afrykańskie. W tych krajach postkolonialnych, które wychodziły spod władzy francuskich czy angielskich kolonizatorów, było najczęściej tak, że o ich losie decydowali ci, którzy tym kolonizatorom uprzednio służyli. Prezydentami krajów afrykańskich po uzyskaniu przez nie niepodległości często zostawali oficerowie albo nawet sierżanci armii angielskiej. Łatwo zrozumieć, dlaczego elity w krajach postkolonialnych były elitami kolaboranckimi, które po uzyskaniu niepodległości stawały się elitami tego nowego tworu postkolonialnego. Jeśli spojrzymy na współczesną Polskę z tego właśnie punktu widzenia, to trzeba powiedzieć, że - dokładnie tak jak inne kraje postkolonialne - jest to taki twór, który jest niepodległy, ale tylko w połowie, jest demokratyczny, ale tylko w połowie, jest wolny, ale też nie całkiem - mamy tu trochę wolności obywatelskich, trochę wolności ekonomicznej, trochę wolności słowa, ale to wszystko jest bardzo ograniczone. Dlaczego? Bo ci ludzie, te elity utworzone tutaj w czasach kolonialnych - a mówiąc o czasach kolonialnych w Polsce, mówię o tym, co się tutaj wydarzyło przez ostatnie 200-300 lat, poza krótkimi okresami kruchej niepodległości - te elity zostały ukształtowane w tamtych warunkach. One są przyzwyczajone do niewoli, polubiły niewolę i nie potrzebują ani wolności, ani niepodległości, ani demokracji - bo wolność to jest trudna rzecz, życie w wolności nie jest łatwe.

A potrzebują Polski?
- Nie, nie potrzebują Polski. Albo - potrzebują jej po trosze. Potrzebują jakiegoś fantomu Polski, jakiejś zjawy. Jeśli na Polskę spojrzymy od tej strony, to będziemy musieli też uznać, że jej los nie rozstrzygnie się w najbliższym czasie, tak jak nie rozstrzygnął się w ciągu ostatnich 20 lat częściowej niepodległości. On się nie rozstrzygnie ani za 10, ani za 20 lat. Ten stan postkolonialny będzie trwał znacznie dłużej, może pół wieku, może jeszcze wiek. I Polacy muszą to przetrwać. A po drugie, trzeba powiedzieć, że jeśli w takim kraju, który dopiero co wyszedł spod jarzma kolonialnego, spod władzy kolonizatorów, powstała - w ciągu 20 lat jego postkolonialnego istnienia - niepodległościowa partia tubylców i jeśli tę niepodległościową partię popiera 30 procent tubylców, to jest to po prostu cud. Gdyby na niepodległościową partię Jarosława Kaczyńskiego, która reprezentuje interesy wolnych tubylców, głosowało 5 lub 10 procent Polaków, to też uważałbym to za cud.

To nie elity zatem decydują o polskości, ale zwykli ludzie, którzy wbrew nim trwają przy wartościach narodowych. Co jest siłą nośną tego marzenia o Polsce wolnej?
- Jestem przekonany, tak jak pani, że o tym, czym jest Polska, czym ona była i czym będzie, decydują ci, którzy chcieli, chcą i będą chcieli być Polakami. To znaczy ci, którzy rozumieją (lub tylko czują - to wystarczy), że ich życie uzyskuje sens dzięki temu, że są Polakami. Jest jakaś ogromna siła przymusu w tym naszym przekonaniu, że chcemy być Polakami. To jest stara, tysiącletnia siła, która ożywia pokolenie za pokoleniem. Nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chcemy być Polakami, dlaczego to wydaje się nam najpiękniejsze, najlepsze na świecie, dlaczego to nam najbardziej odpowiada. Tak po prostu jest. Jest bardzo wielu ludzi, którzy od swojej polskości nie odstąpią, to jest oczywiste. Całe dzieje Polski to poświadczają. A jeśli są tacy ludzie, to polskość przetrwa wszystkie swoje dziwne (i niekiedy straszne) przygody.

A co z tymi, którzy wyjeżdżają masowo na Zachód? Nie mogą udźwignąć polskości, uciekają od zobowiązań? A może traktują polskość jak balast, który można zrzucić w każdej chwili?
- Także i tę sprawę, moim zdaniem, tłumaczy fenomen postkolonialnej sytuacji Polski. Sytuacja psychiczna hinduskiego lokaja obsługującego angielskich panów w Indiach czy sytuacja murzyńskiego tragarza, który w Rodezji czy w Nigerii nosił walizki za białym człowiekiem, była dwoista. Ci tubylcy jednocześnie nienawidzili swoich opresorów, a z drugiej strony podziwiali - ich siłę, ich przebiegłość oraz ich potęgę. To się łączyło z pogardą dla swojej słabości, dla swojej podrzędności. I to jest cechą wszystkich krajów postkolonialnych, że znaczna część zamieszkujących je tubylców (trzeba powiedzieć, że także znaczna część Polaków), po pierwsze, często nienawidząc swoich dawnych opresorów, jednocześnie podziwia ich siłę, potęgę, umiejętności. A po drugie, gardzi sobą i gardzi swoim podrzędnym krajem, który dał się podbić i stał się kolonią jakichś obcych mocarstw. Stąd właśnie bierze się polska ucieczka od polskości - wielu Polakom ich polskość wydaje się czymś podrzędnym, czymś gorszym, czymś godnym pogardy w porównaniu z siłą i potęgą kolonizatorów. Ci ludzie chcieliby uwolnić się od swojej (boleśnie odczuwanej) podrzędności, chcieliby uciec od swojej podrzędnej (w ich przekonaniu) polskości. Ze mną jest całkiem inaczej, bo mnie od dziecka wychowano w przekonaniu, że polskość to jest coś najlepszego i najwyższego; do późnej starości, w którą teraz wkroczyłem, zachowałem przekonanie, że dane mi zostało coś wspaniałego. Nie mam żadnego podziwu dla rosyjskiej siły ani dla niemieckiego porządku, bo wiem, że moja polska istota, czyli moje polska wolność (bo uważam, że wolność jest w samym centrum polskości) - to jest coś najlepszego z tego wszystkiego, co człowiek może mieć na świecie. Więc choć jestem postkolonialnym pisarzem (bo piszę dla postkolonialnych Polaków), to jestem wolnym tubylcem w kraju postkolonialnym. Dlatego patrzę z żalem, a nawet z litością na tych, którzy mówią, że polskość to jest coś gorszego, podrzędnego. Wiem, że oni są nieszczęśliwi. Nie trzeba nimi gardzić, oni są godni litości. Nie chcą być Polakami, bo nie rozumieją, co zostało im dane.

Są jakieś szanse na odzyskanie tych ludzi dla polskości?
- Myślę, że trzeba to zostawić czasowi, a właściwie historii. Jestem starym człowiekiem, 20 lat temu przez chwilę wydawało mi się, że umrę w wolnej Polsce, teraz wiem, że tak się nie stanie. Ale jestem przekonany, że moje wnuki - no może prawnuki - będą obywatelami wolnej Polski i będą szczęśliwe, że są Polakami.

W okresie niewoli narodowej byliśmy stale konfrontowani z potężnymi siłami antypolskimi w postaci rusyfikacji, germanizacji, a mimo to potrafiliśmy zbudować coś tak wspaniałego jak II RP.
- II Rzeczpospolita zrealizowała marzenia kilku pokoleń Polaków, ale ostatecznie okazało się, że był to twór kruchy i słaby. Zabrakło wtedy czasu, a okoliczności (kryzys światowy i powstanie państw totalitarnych) też temu nie sprzyjały, żeby zbudować silne państwo. Polskość jednak przetrwała, dzięki temu, co zrobiono - przede wszystkim w sferze edukacyjnej - w II Rzeczypospolitej. A trzeba pamiętać, że II Rzeczpospolita była dziełem garstki Polaków - tych młodych małopolskich inteligentów, którzy wyruszyli z Oleandrów z Pierwszą Kompanią Kadrową. Potem przyłączyli się inni, ale to Józef Piłsudski i jego legioniści zadecydowali o tym, że Polska stała się znowu krajem niepodległym. Prawo i Sprawiedliwość oraz Jarosław Kaczyński to jest teraz Pierwsza Kompania Kadrowa idąca z postkolonialnego Krakowa do postkolonialnych Kielc - właśnie tak trzeba o nich myśleć.

Młodzi żołnierze Kadrówki przegrali jednak w sierpniu 1914 r. bój o serca Polaków. "Witały" ich zatrzaskiwane okiennice.
- Ale potem była bitwa pod Rokitną, potem nad Stochodem, potem grali w szczypiorniaka w Szczypiornie, a potem zostali pułkownikami. Oczywiście były wtedy różne nurty polskości, trzeba je wszystkie docenić, ale Józefowi Piłsudskiemu udało się to, czego nie dokonali inni - w Oleandrach i nad Stochodem stworzył wielki teatr polskości, który zdobył serca Polaków. Trzeba uwierzyć, że stać nas teraz na zrobienie czegoś takiego, co oni zrobili. Jeśli po 1989 roku Polacy zostali haniebnie oszukani, bo obiecano im niepodległość, a okazało się, że ta niepodległość to będą rządy postkomuny w spółce z byłymi opozycjonistami, to musimy sobie powiedzieć, że uda się nam następnym razem i że następnym razem nie damy się oszukać.

Mimo że to może potrwać aż półwiecze?
- Reżim, który mamy tu obecnie, rozwieje się niebawem jak śmierdzący dym. Ale to jeszcze nie będzie oznaczało, że dzieje Polski potoczą się w tym kierunku, w którym chcemy. Upłynie jeszcze wiele czasu, zanim będziemy mieli tutaj taką Polskę, jakiej chcemy. A czego chcemy? Przede wszystkim Polski niepodległej, takiej, która nie musi się opierać o swoich możnych sąsiadów, która jest równorzędnym partnerem innych potężnych państw tego świata. I chcemy Polski, która strzeże naszej osobistej wolności, która jej w niczym nie ogranicza.

Przebłysk tej Polski widzieliśmy bezpośrednio po 10 kwietnia. Nagle objawiło się coś niezwykle pięknego, by zaraz zniknąć, wycofać się do niszy. Jak Pan widział ten czas jako pisarz, który dociera do najbardziej ukrytych sensów historii?
- Niemal przez całe moje życie zawodowe zajmowałem się tym, co działo się na Krakowskim Przedmieściu w różnych epokach życia polskiego. Pewnie dlatego natychmiast zrozumiałem, że to, co dzieje się pod krzyżem przed Pałacem Prezydenckim, to jest dalszy ciąg tego, co w tym samym miejscu działo się w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, w czasie Powstania Listopadowego, podczas manifestacji religijnych przed Powstaniem Styczniowym. Czy tam były, jak zaraz po 10 kwietnia, tysiące Polaków, czy przyszło ich tylko kilkuset, czy tylko kilkunastu, to już nie miało wielkiego znaczenia. Tam było centrum polskości - tam decydował się jej los. Podobnie było wtedy, kiedy Czerkiesi szarżowali od Pałacu Staszica w kierunku placu Zamkowego, podobnie było wcześniej, kiedy w roku 1831 tłum ruszył spod Pałacu, ówcześnie Namiestnikowskiego, w kierunku Zamku, z zamiarem powieszenia zdrajców. Obrona krzyża jest jednym z takich wydarzeń, tego nic nie zatrze. Nawet ta ohydna agresja skierowana przeciwko ludziom, którzy bronili krzyża, też wejdzie do dziejów Polski, będzie pamiętana jako akt nikczemnej zdrady wartości polskich.

Dlaczego te narodowe rekolekcje wywołały tak olbrzymią agresję, a potem furię wobec obrońców krzyża?
- Ta agresja stanie się zrozumiała, jeśli jeszcze raz uprzytomnimy sobie, że żyjemy w kraju postkolonialnym - a więc takim, w którym błąkają się różne postkolonialne zmory nocne, upiory postkomunistycznego życia, widma naszej niedawnej przeszłości. One ciągle, jak zjawy z Mickiewiczowskich "Dziadów", mają do nas jakiś interes i próbują nas ugryźć. Trzeba je stąd przeganiać, cały czas przeganiać. Chciałbym przypomnieć pani scenę z drugiej części "Dziadów", która rozgrywa się na cmentarzu. Guślarz jako jedno z wcieleń poety mówi tam, przeganiając nocne zmory atakujące tę wspólnotę ludową zgromadzoną na cmentarzu: "Czy widzisz Pański krzyż?/ Nie chcesz jadła, napoju?/ Zostawże nas w pokoju./ A kysz, a kysz!". Powtarzajmy więc sobie: "A kysz, a kysz!" - i te zjawy wreszcie znikną. Powtarzajmy to, biorąc do ręki ich gazety, oglądając ich telewizję, słuchając ich upiornych polityków: "A kysz, a kysz!".

W Pańskiej historiozofii często pojawia się motyw krwi, ofiary, która staje się fundamentem wielkich wydarzeń, przesileń dziejowych. Czy 10 kwietnia 2010 r. będzie zaczynem dobra?
- Mało na ten temat wiemy, bo wielkie media swoim zwyczajem kłamią i nie zależy im na ustaleniu, jaka jest prawda, a innych źródeł informacji prawie nie mamy. Myślę, że Polacy dobrze wiedzą, czym był dzień 10 kwietnia i czym jeszcze będzie w historii Polski. Jestem też przekonany, że to wydarzenie nie pójdzie na marne i że Polacy też to wiedzą. Jakie będą skutki śledztwa, konsekwencje prawne, jakie zatem będą skutki dziejowe, to inna sprawa. To jest trochę tak, jak ze wszystkimi wielkimi wydarzeniami dziejowymi w historii narodów - nigdy nie wiemy do końca, co historia powie na ten temat. Jeśli natomiast spojrzy się z perspektywy długiego trwania historycznego, to dobrze widać, że takie wielkie wydarzenia mają zawsze swoje skutki w sferze duchowej, w sferze świadomości ludzkiej, bez względu na to, co się zdarzy w sferze materialnej. Myślę, że są one widoczne, tylko niewiele się o tym mówi. 10 kwietnia to będzie jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski nowożytnej.

Przebiegając w myśli historię, z jakimi datami można porównać tragedię pod Smoleńskiem?
- Umysł postawiony wobec takiego pytania raczej szuka dat złowieszczych, dat klęski. Można by porównywać 10 kwietnia z dniem bitwy pod Maciejowicami w październiku 1794 roku. Julian Ursyn Niemcewicz opowiada w swoich wspomnieniach, że polskich żołnierzy, rannych w tej bitwie, ułożono w piwnicach pałacu w Maciejowicach i w nocy Rosjanie dobijali ich bagnetami. Niemcewicz, który był wtedy adiutantem Kościuszki, słyszał krzyki dobijanych. Ale myśląc o tej ostatniej wielkiej bitwie Kościuszki, trzeba pamiętać, że choć klęska pod Maciejowicami zadecydowała o klęsce Insurekcji, wyniknęło też z niej coś dobrego, bowiem inaczej nie stałaby się tak ważnym symbolem w dziejach Polski. Krew przelana pod Maciejowicami zaowocowała właśnie wymarszem Pierwszej Kadrowej. Musimy na historię Polski patrzeć z dalekiej perspektywy, widzieć ją w długich ciągach, nie możemy się spodziewać, że coś stanie się jutro czy pojutrze. Historia to zwalnia, to przyspiesza, a kiedy zwalnia, to tworzy się zaczyn przyszłych ważnych zdarzeń. W Polsce dzieje się teraz dużo rzeczy bardzo dobrych. Wyrwanie się z komunistycznych więzów i wejście w stan postkolnialny spowodowało, że uwolniona została energia życiowa Polaków. Nie może ona zmienić stosunków społecznych czy państwowych, kieruje się więc ku sprawom życia osobistego. Polacy odbudowują teraz swoje dawne sposoby życia, rekonstruują swoje (zniszczone przez komunizm) obyczaje. I bogacą się, a to też jest ważne. To wszystko jest bardzo dobre i stanie się trwałym fundamentem, na którym kiedyś zbudujemy państwo wolnych Polaków.

Uważa Pan, że ucieczka w prywatność, a tym jest w istocie dystansowanie się od spraw publicznych, służy wspólnocie?
- Ta odbudowa polskich sposobów życia to jest szlachetny wysiłek całej wspólnoty. Widać to dobrze w wioskach i w małych miasteczkach. To właśnie tam - powoli, powoli - zaczyna się teraz niepodległa Polska. Ja już ją widzę. Chodzi teraz o takie ukształtowanie życia polskiego, żeby każdy mógł powiedzieć - Polska to jest mój dom i ten dom jest w moim domu. A potem przyjdzie czas na inne zmiany.

Genotyp polskości tworzył katolicyzm, silny związek Narodu z Kościołem - do jego rozerwania dążyli zawsze zaborcy, nieprzyjaciele Rzeczypospolitej. Czy można sobie wyobrazić życie polskie bez tego pierwiastka?
- Nie można wyobrazić sobie Polski bez Kościoła, bo on jest nam koniecznie potrzebny. Uważam, że Kościół i wojsko to są dwie najważniejsze instytucje narodowe. Obie są odpowiedzialne za to, co stanie się z Narodem. Ludzie Kościoła zdają sobie oczywiście z tego sprawę, a jak jest w wojsku, tego nie wiem. Korpus oficerski to jest zapoznana siła, która jest teraz lekceważona i marginalizowana, a która w dziejach Polski wielokrotnie się Narodowi dobrze przysłużyła. Trzeba przywrócić jej dawne znaczenie i możliwość jawnego patriotycznego działania - także w czasach pokoju. Natomiast wszystkie ataki na Kościół są w gruncie rzeczy atakami na interes narodowy Polaków. Kto atakuje Kościół, atakuje Polskę. To jest tak jak z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Jak każdy krzyż, był to oczywiście symbol religijny, ale jednocześnie, jak to wielokrotnie w dziejach Polski się zdarzało, ten krzyż stał się symbolem naszego życia narodowego. Myślę, że obecne ataki na Kościół są bardzo dobrze przemyślane - tu nie chodzi tylko o ateizację społeczeństwa, może nawet w ogóle o nią nie chodzi. Ludziom, którzy tak widowiskowo atakują religię i lżą ludzi wierzących, jest z pewnością kompletnie obojętne, czy ktoś wierzy, czy nie wierzy w Boga, czy ktoś chce być zbawiony, czy nie chce. Im chodzi o coś innego - o to mianowicie, żeby zniszczyć podstawy polskości. To jest bardzo przemyślane, a nawet budzi domniemanie, że nad tym myśli się nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach europejskich. Wracam do początku naszej rozmowy - są w Polsce i w Europie siły, i to siły potężne, którym zależy, by zniszczyć narody, a z Europy uczynić krainę ufundowaną na komunistycznych ideach Róży Luksemburg - nieśmiertelnej Rozy.

Dziękuję za rozmowę.

 

 tekst i foto ze strony:

 http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101113&typ=my&id=my31.txt