Jacek Bezeg (2011-02-23)

Po jaką cholerę nam Wolność Słowa?


Państwo nasze funkcjonuje obecnie w systemie rządów zwanym demokracją. Pominę tu ocenę tego systemu, oraz nie będę wnikał w to czy faktycznie, to co obserwujemy na co dzień, zasługuje na takie miano. Ważne, że jest to coś co chcemy mieć. Chcę przypomnieć jakie warunki muszą być spełnione, aby współdecydowanie o tym co się dzieje w kraju przez wszystkich obywateli, miało szanse powodzenia, mogło być sensowne. Innymi słowy,
co trzeba mieć, aby można było mieć demokrację?

Każdy kto podejmuje jakąkolwiek decyzję chce mieć wiedzę o sprawach o których decyduje. To po pierwsze. Drugi warunek, aby w takiej sytuacji czuć się jako tako, to możliwość przedyskutowania z kimś wszystkich aspektów sytuacji. Możliwość usłyszenia co o danej sprawie myśli ktoś inny.
Jak warunki te mają być spełnione w przypadku gdy decyzję podejmuje grupa 20 czy 30 milionów obywateli Demokratycznego Państwa Prawa? Do tego oczywiście potrzebne są nam tak zwane media. W zasadzie, to ich funkcjonowanie decyduje o tym czy w danym kraju można mówić o demokracji czy nie. To w prasie, radiu i telewizji powinna się odbywać niczym nie skrępowana wymiana informacji, poglądów i opinii. Bo tylko takimi, tak wydajnymi technologiami możemy zapewnić suwerenowi, czyli całemu narodowi dostęp do informacji, możliwość naradzania się, możliwość zasięgania opinii i wreszcie wymiany poglądów, tak aby podejmowane decyzje były jak najroztropniejsze.

Wszystkie te bardzo podstawowe zalety mediów ujmuje krótko pojęcie Wolności Słowa.


W czasach, o których myślimy, że minęły nie lubiano jej i słusznie, bo wąska grupa decydentów informacje potrzebne do decydowania posiadała, a posiadanie tychże przez pozostałych mieszkańców kraju powodowało tylko i wyłącznie kłopoty. Jednak obecnie, kiedy wszyscy decydują, także i stosowna wiedzę powinni posiadać wszyscy. W przeciwnym przypadku, decyzje podejmowane bez należytego rozeznania, a dotyczące całego kraju mogą postawić go w sytuacji niebezpiecznej, lub wręcz doprowadzić do upadku.
Sprawne i uczciwe funkcjonowanie mediów w kraju demokratycznym jest więc warunkiem koniecznym do tego, aby był on bezpieczny. Jest ono także warunkiem koniecznym do jego sprawnego funkcjonowania na co dzień.


Jeśli demokracja ma być sensowna i bezpieczna to musi być i Wolność Słowa.

Gdy jej zabraknie obywatele w wyborach wybiorą złych posłów, którzy ustanowią złe prawa. Obywatele w referendach podejmą złe decyzje i na koniec kraj cały przepadnie.
Aby Środki Masowego Przekazu (czy Przykazu) jak je kiedyś nazywano działały uczciwie trzeba przestrzegania pewnych zasad. Nie tylko chodzi o to, aby pisać prawdę. Także o to, aby w razie pomyłki zamieszczać sprostowania. Inną podstawową zasadą rzetelnego dziennikarstwa jest wyraźne oddzielanie informacji o wydarzeniach od opinii o nich. Kiedy chcemy wiedzieć co się stało czytamy informacje. Jeśli interesuje nas co o tym sądzi ten czy inny pan, czytamy jego komentarz. Zmieszanie obu w jednym tekście powoduje, że czytając o zdarzeniu nieświadomie przyjmujemy za swoją, opinie o nim "dziennikarza". Piszę w cudzysłowie, bo ktoś kto taki pasztet przygotowuje na miano dziennikarza nie zasługuje.
Reasumując, medium, które tych podstawowych i tak łatwych do przyswojenia zasad nie przestrzega, działa nie tylko, niezgodnie z zasadami sztuki dziennikarskiej, ale także działa przeciwko całemu naszemu Państwu, przeciwko Polsce, przeciwko każdemu z nas. Zaburzając przepływ informacji, utrudniając wymianę opinii, czyniąc dyskurs społeczny nieuczciwym, przez stosowanie nieuczciwego sposobu argumentowania dąży w istocie do tego by większość obywateli nie posiadając właściwych informacji myliła się i swoimi pomyłkami doprowadziła kraj, doprowadziła Polskę do upadku.
Dlatego, jeśli już mamy demokrację, to teraz jeszcze musimy bardzo dbać o Wolność Słowa.
Ocenie czytelników pozostawiam to, które media przeciwko tej wolności czynnie występują.

Andy-aandy (2011-02-18)

Komuniści, lewacy i anarchiści wytoczyli wojnę polskim patriotom

Do tematu podżegiwania przez lewackich propagandzistów z GWna — komunistów oraz lewackich bandytów do napadów na pokojowo manifestujących uczestników Marszu Niepodległości z 11 listopada 2010 roku — nawiązał niedawno Dawid Wildstein w artykule opublikowanym przez „Rzeczpospolitą” pod tytułem „Biesy na Nowym Świecie”[i].

W tym ciekawie napisanym, choć przynoszącym także i wiele obaw o stan państwa artykule — Dawid Wildstein przedstawia przebieg spotkania członków bandyckich, lewackich bojówek z ich organizatorem i koordynatorem Sewerynem Blumsztajnem z GWna oraz Haliną Bortnowską z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka[ii]…


Lewacka wizja krwawej rewolucji w Polsce sterowanej przez posbolszewickie elity


W omawianym artykule Wildstein m.in. pisze, że: „Na spotkaniu zebrali się przedstawiciele młodych radykałów – m. in.: Pracowniczej Demokracji (wprost odwołującej się do komunizmu) czy Antify Poland (bojówka anarchistyczna). Dyskusja na Nowym Świecie pozwalała poznać ‘lewacką’ wizję świata, a także zaobserwować nowe relacje sił i uznania między ‘młodymi radykałami’ a częścią dzisiejszych wpływowych elit.”


Tu można tylko dodać, że bardzo biedny jest ten kraj, w którym bolszewiccy propagandziści-redaktorzy z GWna występujący pod znanym na świecie hasłem sowieckich oraz lewackich masowych morderców w Hiszpanii „No pasaran”[iii] — instruują teraz lewackich bandytów na temat tego, jak można bezkarnie dokonywać bandyckich przestępstw, w postaci napadów na spokojnych i pokojowo manifestujących swój patriotyzm obywateli, w ponoć wolnym od komunizmu kraju…


Jeszcze inni komunistyczni, neostalinowcy bandyci jak Michał Nowicki publicznie wychwalają wszystkie stalinowskie zbrodnie na Polakach, a także zapowiadają nowe masowe mordy na Polskich patriotach twierdząc, że „Poleje się krew”[iv].. Lecz o nim poniżej…


Lewacy zapowiadają przemoc i twierdzą, że są „w stanie wojny”


Przedstawiciele tych lewackich i anarchistycznych band przestępców, pisze Wildstein, zaznaczali na tym spotkaniu swój: „brak akceptacji dla systemu funkcjonującego w Polsce oraz potrzebę rewolucji. Nie używając eufemizmów, rozprawiano o potrzebie eskalacji konfliktu. Deklarowano, że przemoc jest nieuniknionym następstwem umasowienia protestu i że do tego właśnie dąży „Porozumienie 11 Listopada”. Zastanawiano się też nad sposobami łamania i omijania prawa. Bez skrępowania postulowano stosowanie podwójnych standardów prawnych wobec obywateli i rozważano, w jaki sposób taki stan rzeczy osiągnąć.”


W celu łatwiejszego osiągnięcia zadań propagandowych — bandyci z „Porozumienia 11 Listopada” nazywają polskich patriotów „faszystami”… Zapominając, że w ten sposób działają zgodnie z dyrektywą tow. Stalina, który już w 1943 zalecał to komunistom. W znakomitym artykule „Nazywajcie ich faszystami…”[v] opublikowanym przez „Nasz Dziennik”, Leszek Żebrowski przypomina tę bolszewicką dyrektywę tow. Stalina do wiernych politruków komunizmu… I także pyta o to, skąd tak znakomicie znają tę sowiecką dyrektywę m.in. tow. z GWna…


Przedstawiciele bolszewickich, lewackich oraz anarchistycznych bandyckich bojówek twierdzili także, że: „przemoc jest nieodzowna, istniejemy bowiem w ‘stanie wojny’”.


Lewackich bandytów popiera „Gazeta Wyborcza” oraz Helsińska Fundacja Praw Człowieka


Tak więc postsowiecki bandytyzm, w postaci bolszewizmu, neostalinizmu czy anarchizmu — popierany przez ponoć liberalne instytucje — już wypowiedział wojnę państwu. Zadziwiające jest jednak to, że lewackich bandytów wspomaga i popiera zarówno wysokonakładowa gazeta, której znany z demagogii rednacz publicznie głosi jednak hasła demokratyczne, a także Halina Bortnowska — a więc przedstawiciel Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która zaoferowała pomoc członkom Porozumienia 11 Listopada[vi] w postaci szkoleń o tym, w jaki sposób bezkarnie dokonywać napadów. [sic!]


Międzynarodowe instytucje szkolą lewackich bandytów


Jak pisze Dawid Wildstein, jest to sytuacja w jakiej: „Uderza nie tylko absurd, gdy instytucja, mająca chronić prawa człowieka, współdziała z organizacjami, które nawołują do stosowania przemocy, odwołują się do ideologii totalitarnych oraz kwestionują normy prawne demokratycznego państwa opartego na ideologii praw człowieka. Chodzi o sytuację, w której dotowane gigantycznymi pieniędzmi międzynarodowe instytucje szkolą do rozbijania legalnych manifestacji w odrębnym podmiocie politycznym, jakim jest państwo polskie. Tego typu propozycje, jak ta złożona przez Halinę Bortnowską, są jednym z objawów wzajemnego przenikania się środowiska ‘liberalnego salonu’ i radykałów.”


Teatralne pozy liberałów politycznej poprawności


To zaś przypomina sytuację opisywaną przezStanisława Cata Mackiewicza w „Dostojewskim”, gdzie pisze on:


„Liberałów przedstawił nam Dostojewski może z jeszcze większą znajomością środowiska, lecz z większą złością, zawziętością. Rewolucjoniści mają charakter, upór, wreszcie reprezentują pewne wartości fachowe. Natomiast liberał w ujęciu Dostojewskiego to frazes, małoduszność, tchórzostwo. Boją się rządu, boją się rewolucjonistów, wciąż kłamią i przybierają teatralne pozy.”[vii]


Właśnie takie typowo teatralne, liberalne pozy przybierał krytykujący Wildsteina dyżurny liberał na Salon24. Z braku jakichkolwiek innych możliwości prób upodlenia Dawida Wildsteina ten liberał znany jako profesor Sadurski — usiłował przedstawić jako”donos” to, że Wildstein wspomniał w swoim artykule, iż lewackie bandy toczące wojnę z państwem dostały od miasta Warszawy lokal finansowany z naszych, publicznych pieniędzy[viii]…


Dawid Wildstein napisał bowiem w artykule, że:”Czy moment, w którym w centrum miasta, w lokalu wynajętym przez państwo, finansowanym z publicznych pieniędzy, na otwartym spotkaniu, analizuje się i tworzy strategie łamania prawa i stosowania przemocy, przedstawiciele zaś jednej z najbardziej wpływowych w Polsce gazet oraz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka nie mają odwagi słowem się sprzeciwić, nie jest idealnym przykładem sytuacji z ‘Biesów’”?


Blumsztajn wzmaga pożar buzujący w lewackich głowach


„Kontynuując analogię literacką” — pisze Wildstein:  ”Wierchowieńskiemu i jego bandzie udało się wywołać pożar miasta. Tym była rozróba 11 listopada. Marsz się zakończył, spokój na chwilę wrócił. ‘Gazeta Wyborcza’ zaczyna wycofywać się z popierania tamtej rozróby. Ale – znów cytując postać z ‘Biesów’, prokuratora Lembke – ‘pożar jest w głowach.’”


Tymczasem, zamiast potępienia lewackich i anarchistycznych bandytów na spotkaniu w lewackim salonie: „Można było usłyszeć, że pełen troski Blumsztajn chciałby zaopiekować się i porozmawiać z ‘chłopcami’ z bojówek Antify”.


Po tej zaangażowanej opiece tow. Blumsztajna zarówno postbolszewiccy lewacy, jak i anarchistyczni bandyci znów będą atakować spokojnych ludzi — tym razem po praktycznych szkoleniach zorganizowanych specjalnie dla nich przez lewackich politruków z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i z miejscowego GWna.


Z tym, że komunistyczni, neostalinowscy bandyci tacy jak Michał Nowicki[ix], wychwalający masowe zbrodnie tow. Stalina nad polskimi patriotami — zapowiadają, że tym razem poleje się krew uczciwych ludzi nie zgadzających się na nową bandycką „rewolucję proletariatu” oraz władzę komunistycznych bandytów z sowieckich rad…


„Drodzy antyfaszyści!” — „Bez zastrzeżeń poprze was ten ‘salon’”…


Do bandytów z lewackich bojówk zrzeszonych w nieformalnej organizacji „11 listopada” — specjalny list wystosował Jerzy Jedlicki[x], emerytowany profesor historii, przewodniczący Rady Programowej Stowarzyszenia przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita” — choć znacznie prawdziwsza byłaby nazwa „Rzeczpospolita Otwarta Wyłącznie Dla Postbolszewików i Lewaków”. W liście tym Jedlicki wręcz zapowiedział lewackim bandytom poparcie postbolszewików oraz liberałów stwierdziając, że „bez zastrzeżeń poprze was ten ‘salon’, tak wyszydzany z prawa i z lewa. Ja jestem z tego ‘salonu’. Niech będzie, że to ‘salon Michnika i Blumsztajna’, salon z KOR-u i TKN-u, z Białołęki i Jaworza, z ‘Gazety’ i z Uniwersytetu, salon pisarzy i filmowców.”


List ten zawiera wiele typowych lewacko-liberalnych sloganów, a Jedlicki — popierając bandyckie napady lewackich bojówek na polskich patriotów — cytuje nawet artykuł 13 Konstytucji RP, który jasno i niedwuznacznie stanowi, iż „zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu.”


Jedlicki wręcz pochwala komunistyczno-lewackie, bandyckie napady — traktując polski patriotyzm na równi z nazizmem i faszyzmem — a jednocześnie przypomina komunistom i lewakom, że ich antydemokratyczna działalność jest zakazana przez konstytucję RP. [sic!] Zresztą za bandyckie napady na ludzi — bandyci odpowiadają zgodnie z kodeksem karnym…


Rewolucjonista gardzi opinią i moralnością społeczną nienawidząc jej…


Mającym krótką pamięć o bolszewickich i komunistycznych zbrodniach popełnionych na całym świecie towarzyszom lewakom oraz liberałom, warto przypomnieć opracowany przez tow. Nieczajewa wraz z tow. Bakuninem Katechizm Rewolucjonisty, w którym m.in. napisali oni:


„Rewolucjonista gardzi opinią publiczną, gardzi obecną moralnością społeczną, nienawidząc jej we wszelkich jej przejawach. Moralne dla rewolucjonisty powinno być to, co współdziała z rewolucją, niemoralne i przestępcze to, co jej zawadza. Wszelkie roztkliwiające człowieka uczucia: pokrewieństwa, przyjaźni, miłości, wdzięczności, a także honoru, powinny ustąpić. Jedynym marzeniem rewolucjonisty jest niszczenie bez miłosierdzia i litości.”[xi]


A przecież, zarówno masowe mordowanie niewinnych ludzi, jak iniszczenie kraju bez miłosierdzia i litości — zapowiadają zarówno bandyci z tzw. Antify, jak i wszelkie inne komunistyczne odłamy marzące o wprowadzeniu w Polsce bandyckiej dyktatury typu sowieckiego — za pomocą masowych zbrodni…


Mimo, że propagowanie idei totalitarnej rewolucji komunistycznej jest karalne — to przedstawiciele państwa na takie ewidentne łamanie prawa przez komunistycznych bandytów nie reagują…


Dlatego napisałem na początku tej notki owielu obawach o stan państwa, które wbrew prawu — zapewniając komunistycznym bandytom całkowitą bezkarność — wystawia sobie bardzo nędzną opinię…


[i] Dawid Wildstein „Biesy na Nowym Świecie”, „Rzeczpospolita”,02-12-2010,http://www.rp.pl/artykul/573064.html.


[ii] Redaktor Łukasz Warzecha odważył się na Salon24 skrytykować robione według czysto sowieckich wzorów „debaty” Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka** (HFPC) na jakie dostawał zaproszenia. Spotkał się natychmiast z wściekłym atakiem takich wzorców postępowej politycznej poprawności w HFPC jak Adam Bodnar, króty chodzi na kolanach wokół salonu michnikowszczyzny; czy Wojciech Sadurski dopytujący się z wielką troską o… „szczękę” red. Warzechy.


[iii] Pisałem o tym w notce „’No pasaran’ — teraz jako antypolskie hasło bolszewików z GWna”, http://blogmedia24.pl/node/39870.


[iv] Odziałalności Nowickiego napisałem więcej w notce „Poleje się krew, ale tego nie trzeba się bać”,http://salski.nowyekran.pl/post/3060,poleje-sie-krew-ale-tego-nie-trzeba-sie-bac-sami-wykonczymy-polska-burzuazje-i-jej-lancuchowe-psy.


[v] Zob.: Leszek Żebrowski „Nazywajcie ich faszystami…”, „Nasz Dziennik”, 3 grudnia 2010, nr 282, http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101203&typ=my&id=my01.txt.


[vi] Listę członków tej bandyckiej, antypolskiej organizacji opublikowałem w notce „’No pasaran’ — teraz jako antypolskie hasło bolszewików z GWna”,http://blogmedia24.pl/node/39870.


[vii] Stanisław Cat Mackiewicz „Dostojewski”, cz. 4, XIX, „Biesy”; http://niniwa2.cba.pl/cat_mackiewicz_dostojewski_4.htm


[viii] Postbolszewickie władze miasta Warszawy wydają bez ograniczeń publiczne  pieniądze na finansowanie lokali dla lewackich organizacji zapowiadających rewolucję oraz pochwalających m.in. takich bandytów jak terroryści z niemieckiego RAF usiłujący zorganizować w Europie całą terrorystyczną międzynarodówkę…


Natomiast towaszysze bolszewicy z urzędu miasta tow. bufetowej — chcą teraz zlikwidować skromne Muzeum — Izbę Pamięci płk. Ryszarda Kuklińskiego. Postbolszewikom z PO przeszkadza nawet i takie skromne przypomnienie przesadzenia ich z komitetów partyjnych sowieckiej partii zwanej PZPR — do rad nadzorczych spółek jakie pozakładali z pieniędzy ukradzionych społeczeństwu…


[ix] O neostalinowskim bandycie Nowickim pisałem w kilku notkach, m.in. w notce zatytułowannej „Nowy Stalin już jest — masowe mordy zapowiedziane”, http://salski.salon24.pl/123732,nowy-stalin-juz-jest-masowe-mordy-zapowiedziane.


[x] Jerzy Jedlicki „Drodzy antyfaszyści!”,”Gazeta Wyborcza”,2010-12-09, http://wyborcza.pl/1,75515,8792347,Drodzy_antyfaszysci_.html.

 [xi] Za Stanisław Cat Mackiewicz "Dostojewski", cz. IV, XIX "Biesy" http://niniwa2.cba.pl/cat_mackiewicz_dostojewski_4.htm; zob. także "Katechizm rewolucjonisty",  http://pl.wikisource.org/wiki/Katechizm_rewolucjonisty.

 

 

 

 http://salski.nowyekran.pl/post/3072,komunisci-lewacy-i-anarchisci-wytoczyli-wojne-polskim-patriotom

Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego (2011-02-11)

W obronie prawdy

Strach przed Prawdą jest ogromny. Dlatego nie było końca karykaturom, „śmiesznym zdjęciom”, uszczypliwościom wobec prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego – piszą naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego

Urodzony w Warszawie prof. Solomon Asch przeprowadził w roku 1951 w USA przełomowe i klasyczne już obecnie badania psychologiczne. Podczas tych badań (z konieczności opisujemy je tylko skrótowo) zgromadzeni studenci otrzymali rysunek:
 

Po czym kolejno byli proszeni przez Ascha o stwierdzenie, która z trzech linii (A, B, C) jest tej samej długości co linia lewa (X). Studentami, na których naprawdę przeprowadzono test, byli tylko (nieświadomi tego faktu) ci, którzy wypowiadali się jako ostatni. Ich poprzednicy byli umówieni z Aschem i celowo odpowiadali błędnie, podając wbrew rozsądkowi, że odcinek X jest tej samej długości co odcinek A lub odcinek C.
Rezultat badań Ascha był porażający. Badani studenci (odpowiadający jako ostatni) nagminnie odpowiadali błędnie, czyli bardzo często tak jak ich namówieni z Aschem poprzednicy. W ten sposób chęć „bycia akceptowanym w grupie” zwycięża nawet elementarny zdrowy rozsądek. Można by powiedzieć, że badani często stwierdzali (pod wpływem „opinii otoczenia”) dobrowolnie, z przekonaniem i publicznie, że 2x2=7. Oto potęga sugestii, oto pole do manipulacji w ramach tzw. inżynierii społecznej, głównej pomocnicy totalitaryzmów.


Droga do nihilizmu

A jednak Uniwersytet jest społecznością wyjątkową. Przysięga doktorska, którą składaliśmy, wspólna dla całego Uniwersytetu, w zasadzie mówi tylko o Prawdzie: „nie dla czczej chwały, ale by jaśniej błyszczało światło Prawdy, od którego dobro rodzaju ludzkiego zależy”. Każdy więc z doktorów Uniwersytetu wyrażał przekonanie, że Prawda istnieje i jego celem będzie dążenie do niej. Możemy mieć kłopoty z jej znalezieniem, ale jest do czego dążyć i trzeba to robić, a Uniwersytet jest tutaj szczególnym miejscem.
Gdyby Uniwersytet kiedykolwiek zrezygnował z poszukiwania Prawdy, to stalibyśmy się tylko zbiorowiskiem przebierańców w togach. Pokusa zapytania za Piłatem „cóż to jest prawda”, choć pozornie atrakcyjna, jest niezwykle niebezpieczna, prowadząc w prostej drodze do nihilizmu i podając w wątpliwość nie tylko sens prowadzenia badań naukowych, ale też wszelkiej ludzkiej aktywności.
Pierwszym prawem logiki jest to, że z Prawdy może wynikać tylko Prawda, ale z fałszu może wynikać w sposób poprawny wszystko. Tymczasem za Prawdę możemy przez nieostrożność uznać czasem coś, co jest fałszem, a robimy ten błąd przez bardzo prostą rzecz: zaniechanie samodzielnego myślenia, pochopne oparcie się na opinii innych bez sprawdzenia jej zasadności. Wtedy, wychodząc z błędnej przesłanki, możemy w sposób logicznie poprawny udowodnić dosłownie wszystko, nawet to, że 2x2=7.
Jest jeszcze gorzej, bo ta „opinia innych” może być przedstawiana celowo jako „opinia większości” czy „opinia autorytetów”, czy jako wynik „poważnych badań”, nawet gdy i to jest nieprawdą. Sprytni właściciele mediów z dnia na dzień mogą wykreować cnoty jednych lub pogrążyć innych, sprawiając wrażenie, że to, co podadzą w swoich mediach, to opinia większości, i liczą tu bardzo na efekt Ascha wynikający z braku samodzielnego myślenia.
Według naszej opinii z czymś takim mamy obecnie do czynienia w Polsce, w powszechnej skali i w wielkim natężeniu. Uniwersytet i każdy z nas powinien znaleźć w sobie siłę, aby przeciw temu pogwałceniu prawdy zaprotestować.


Ogromny strach

Zacznijmy od tego, że w zasadzie nie widać w Polsce miejsca, gdzie odbywałaby się dostępna dla społeczeństwa, spokojna, poważna dyskusja na jakikolwiek istotny społecznie temat, odpowiednio długa, aby zaprezentować racje w sposób pełny, oparty na prawdzie i na poszanowaniu każdego uczestnika. Zamiast tego jest albo przekrzykiwanie się na inwektywy w „dyskusjach” w TV czy radiu albo artykuły w gazetach czy tygodnikach, gdzie z reguły już na początku artykułu, delikatnie lub nie, ustawia się czytelnika tak, aby nie lubił tego kogoś, kogo nie lubi autor (a jest to czysta manipulacja opisana przez Ascha). Niektórzy są praktycznie eliminowani z merytorycznej dyskusji publicznej wyłącznie z powodu etykietek nadanych im wcześniej przez zawiadujących mediami.
Mechanizmem wykluczenia jest dobrze zbadane przez naukę zjawisko mobbingu, czyli znęcania się nad wybraną ofiarą w grupie (np. klasie szkolnej). Ofiarę wskazujemy jako przyczynę wszelkich naszych niepowodzeń, zaś jej argumentów czy krzywd nikt nie zamierza wysłuchiwać. Z napiętnowanego przez klasę ucznia wyśmiewają się nie tylko silne dryblasy, ale także pozostali, w tym nawet najgorsze ofermy.
Jest tak dlatego, że chęć akceptacji w grupie jest, jak pokazał Asch, ogromną siłą (w tym przypadku większą niż moralność i rozum razem wzięte), a poza tym wszyscy są zainteresowani utrzymywaniem agresji skierowanej na kogoś innego, a nie na nich. Argumentów napiętnowanych nie tylko się nie słucha, nawet nie muszą one padać (!), nawet milczenie tych ludzi jest oznaką „agresji”. Nie słucha się jakoby dlatego, że po prostu nie warto, bo przecież argumenty ofiar „oczywiście” wynikają ze znanego „wszystkim i od dawna” (znowu efekt Ascha) ich defektu umysłowego.
Przy okazji podkorowy przekaz dla obiektu manipulacji: „my natomiast cieszymy się doskonałym zdrowiem psychicznym”. Naprawdę zaś lepiej nie pozwolić słuchać, bo napiętnowani mają często argumenty, przy których nasze argumenty rażą intelektualną nędzą.
A strach przed Prawdą jest ogromny, bo a nuż ktoś się zorientuje, że 2x2=4 i ruszy lawina Ascha, ale tym razem w kierunku do Prawdy. Ostatecznym sposobem obrony przed Prawdą jest metoda publicznego ośmieszania, kąśliwych uwag na temat wyglądu, nazwiska, lapsusu językowego, miny itp., co odciąga uwagę od meritum spraw i rzeczowych argumentów w stronę prostackiej hecy i zabawy, a te można podgrzewać (według manipulatorów) w nieskończoność.
W taki sposób postępowano m.in. z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Lechem Kaczyńskim. Nie było końca karykaturom, „śmiesznym zdjęciom”, uszczypliwościom z reguły na żenującym poziomie.


To nie jest żadna elita

W tym miejscu chcielibyśmy się odnieść do artykułu w piśmie „Uniwersytet Warszawski” historyka profesora Marcina Kuli, który napisał, że było „akurat odwrotnie”. Takie rzeczy da się sprawdzić. Mamy do pana profesora Kuli bardzo uprzejmą koleżeńską prośbę, aby po prostu udokumentował odnośnikami do źródeł, jakich to obraźliwych słów używał prezydent Rzeczypospolitej w stosunku do swoich krytyków, którzy nazywali go „chamem”. Już później jeden z wpływowych posłów do Sejmu groził „zastrzeleniem, wypatroszeniem i sprzedaniem skóry” kandydatowi na prezydenta RP publicznie i w najważniejszych mediach. Nie było takich organów władzy w naszym kraju, aby przywołać posła do porządku.
W naszej kulturze szanowany był w sposób bezwzględny majestat śmierci. Doszło do tego, że teraz z majestatu śmierci można publicznie drwić, w tym w licznych wydawnictwach. Nie słyszeliśmy zdecydowanego potępienia takiego języka przez opinię publiczną, także przez powołane do tego rady etyki itp. Wręcz przeciwnie, te wypowiedzi uzyskiwały aprobatę, a nawet aplauz wielu, w tym pracujących w środowisku uniwersyteckim (!), podczas gdy pierwszym i podstawowym obowiązkiem było protestować przeciwko takiemu stylowi wypowiedzi.
Styl języka polityki w Polsce przekroczył wszelkie wyobrażalne granice, zdziczenie może jest właściwym słowem, a może jest już ono dużo za słabe. Język jest bez znaczenia, bo od takiego języka do „kryształowej nocy” w wykonaniu używających lub słuchających takiego języka jest droga krótsza, niż się niektórym wydaje.
Co na to polskie elity? Są pełne oburzenia. Wiemy, że martwią się o Polskę. Znamy wielu wspaniałych ludzi, których bez żadnej wątpliwości zaliczylibyśmy do elity Polski. A gdzie oni są widoczni?
No, oni w zasadzie są w ogóle niewidoczni, a to dlatego, że tych elit praktycznie nie ma w mediach (nie mówimy tu o chlubnych wyjątkach). Jest nam niezmiernie przykro to powiedzieć, ale ci, których media wylansowały na elity, to nie jest żadna elita. To po prostu nie może być elita, bo elita tak się nie zachowuje. Prawdziwa elita protestowałaby, nie godziłaby się na taki styl publicznej debaty. Mamy ciągle nadzieję, że sprzeciw wobec niedopuszczalnego stylu życia publicznego nastąpi, że każdy, kto ceni prawdę, poczuje, że jest czas, by dawać temu wyraz.


Żelazna dyscyplina

Pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego, także innych szkół wyższych, nie mogą milczeć w takiej sytuacji, bo są zobowiązani do obrony prawdy. Nie mogą milczeć profesorowie uniwersyteccy, gdy stosuje się konwencję chicagowską do sytuacji, którą ona sama na wstępie w jasnych słowach wyklucza z pola swojego działania, a w sprawie katastrofy o takim wymiarze nie widać prowadzenia żadnego poważnego śledztwa.
Nie mogą milczeć profesorowie, gdy ma się za nic metodyki badawcze, tnąc przecinakami przewody hydrauliczne i elektryczne samolotu, których bezbłędne funkcjonowanie było dla przebiegu zdarzenia na pewno bardzo ważne, a być może kluczowe. Czy przyczyną tragedii był błąd pilotów, mogą wykazać tylko rzetelne badania naukowe, dotychczasowy medialny gwar ma tu znaczenie równe zeru.
A to oznacza, jak zawsze w naszej pracy, staranne, drobiazgowe, systematyczne, żmudne, fachowe, wielodyscyplinarne badania, biorące pod uwagę nawet pozornie nieistotne szczegóły. Tragedia smoleńska była dla nas wstrząsem, ale chyba jeszcze większym wstrząsem było to, że w naszych mediach w ciągu kilku minut (!) zdołano wprowadzić i z żelazną dyscypliną wyegzekwować trwałe embargo na informację.
To ostatnie przedsięwzięcie, wydające się ponad siły kogokolwiek, zostało perfekcyjnie wykonane, co jest samo w sobie bardzo pouczającą informacją o wielkim znaczeniu. W katastrofie smoleńskiej są do zbadania tematy dotyczące fizyki, chemii, biologii, prawa, politologii, historii, socjologii, psychologii itd.
Niektórzy uczestnicy publicznej debaty są eliminowani z merytorycznej dyskusji wyłącznie z powodu etykietek nadanych im wcześniej przez zawiadujących mediami
Czy wymienione aspekty i wiele innych niewymienionych z braku miejsca nie powinny stanowić pola do interdyscyplinarnych badań naukowych na polskich uczelniach, w tym na Uniwersytecie Warszawskim? Powinny, i to z wielu powodów. Będziemy podejmować wszystkie wyzwania przyszłości, ale jeśli nie będzie w nas woli do znalezienia odpowiedzi na pytanie, co się stało, to przyszłości Polski po prostu nie będzie. Wygląda na to, że nie ma kto nas w tym wyręczyć, a nie wątpimy, że przyszłe pokolenia wszystkich z tego rozliczą jako bezpośrednich świadków historii.


Tylko rzetelne argumenty

Wróćmy do cytowanego artykułu pana prof. Kuli w piśmie „Uniwersytet Warszawski”, w którym autor bardzo wyraźnie dystansuje się od odczuć rzesz Polaków oddających hołd prezydentowi Rzeczypospolitej. Wiele spraw, które dziwią i zasmucają autora, ani nas nie dziwi, ani nie zasmuca. Inaczej też niż prof. Kula, bo pozytywnie, oceniamy prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Prof. Kula ma prawo do prezentacji swoich domysłów i refleksji, w tym także wskazujących nam, która kreska w eksperymencie Ascha według prof. Kuli jest właściwa. Jednak my mamy prawo do wyboru takiej kreski, jaka wynika logicznie z naszej własnej niezależnej oceny twardych faktów, bez oglądania się na sugestie innych.
W numerze pisma „Uniwersytet Warszawski” z października 2010 r. wśród wielu wątków w artykule „Przyszłość historyków” tego samego autora jest wyrażona troska dotycząca niebezpieczeństwa marginalizacji historyków. Jako chemicy i fizycy, ale także miłośnicy historii chcielibyśmy wyrazić głębokie przekonanie, iż nie przypuszczamy, aby marginalizacja kiedykolwiek zagroziła jakiejkolwiek rzetelnej nauce zajmującej się istotnymi zagadnieniami, a historia jest pełna istotnych zagadnień do zbadania.
Nigdy jednak nie powinno przy tym decydować, kto coś mówi, ilu ludzi tak mówi, jakich przyjaciół czy nieprzyjaciół ma mówiący, tylko bardzo prosta rzecz: jakie rzetelne argumenty można spokojnie i rzeczowo przedstawić na poparcie danej tezy. Tylko tyle. Jedynie takie podejście może być nazwane racjonalnym, tylko takie podejście może być drogą do uzdrowienia sytuacji. To jest nie tylko istota i misja Uniwersytetu, w przeszłości i teraz, ale także podstawa przyszłości każdego państwa.

 

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji „Rzeczpospolitej”.

  Pierwotnie powyższy tekst autorstwa grupy pracowników naukowych UW został opublikowany – pt. „Misja uniwersytetu – aspekt dzisiejszy” – w periodyku „Uniwersytet Warszawski”, nr 1 (51), luty 2011 r.


Autorzy artykułu:
Prof. Lucjan Piela, dr Franciszek Rakowski, dr hab. Rafał Siciński, dr hab. Janusz Stępiński, dr hab. Leszek Stolarczyk, Prof. Krzysztof Woźniak, dr hab. Michał Cyrański, Prof. Zbigniew Czarnocki, Prof. Edward Darżynkiewicz, dr hab. Wojciech Grochala, Prof. Jan S. Jaworski, Prof. Marek K. Kalinowski, Prof. Tadeusz M. Krygowski, dr Piotr Leszczyński, Prof. Krzysztof A. Meissner, dr hab. Marek Pękała

 ze strony: http://www.rp.pl/artykul/2,607247.html
Tomasz Kwiatek (2011-02-07)
Z Arkadiuszem Karbowiakiem, pomysłodawcą pomnika „Bóg Honor Ojczyzna” w Opolu i inicjatorem wprowadzenia święta Żołnierzy Podziemia Antykomunistycznego rozmawia Tomasz Kwiatek

ze strony  http://ngopole.wordpress.com/2011/02/04/„znaczacy-wklad-mialy-osoby-z-kancelarii-prezydenta-lecha-kaczynskiego”-–-z-arkadiuszem-karbowiakiem-pomyslodawca-pomnika-„bog-honor-ojczyzna”-w-opolu-i-inicja/


Arku, jesteś inicjatorem  Narodowego  Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” – tak dziś sejm nazwał to święto. Jaka jest geneza tego szczytnego działania?

Geneza sięga jeszcze końca lat 80. XX w. kiedy to zacząłem się interesować problematyką podziemia antykomunistycznego. Wówczas dostrzegałem konieczność przybliżenia Polakom działalności takich ludzi jak mjr Z. Szendzielarz „Łupaszka”, mjr H. Dekutowski „Zapora”, mjr M. Bernaciak „Orlik” czy K. Kamieński „Huzar” oraz wielu innych. Uważałem, że to im byliśmy za ich niezłomną postawę oraz pełną poświęcenia walkę winni pamięć i szacunek.W 2002 r. wspólnie z Tobą, J. Kowalskim, T. Strzałkowskim i ludźmi ze Stowarzyszenia „Młodzi Konserwatyści” zorganizowałem wystawę poświęconą „żołnierzom wyklętym”.

W 2006 r. udało się w Opolu postawić pomnik poświęcony żołnierzom antykomunistycznego podziemia. W 2008 r. kiedy doszło do zamieszania związanego z faktem odbycia pod tym pomnikiem uroczystości związanych z wybuchem II wojny światowej uznałem, iż istnieje konieczność oficjalnego uznania zasług żołnierzy WIN-u, NSZ-u, NZW czy innych organizacji, aby nikt nie mógł już bezkarnie kwestionować ich zasług w walce o wolną i niepodległą Polskę. Spotkałem się pod koniec 2008 r. z ówczesnym prezesem IPN śp. Januszem Kurtyką, który był również zainteresowany ustanowieniem takiego święta. Ponieważ trudno było określić ewentualną datę takich uroczystości prezes zaproponował by był to 1 marca jako, bo tego dnia 1951 r. w więzieniu mokotowskim zamordowani zostali przez komunistów członkowie ostatniego IV Zarządu WIN.

1 marca 2009 r. w Opolu odbyły się po raz pierwszy uroczystości pod pomnikiem żołnierzy wyklętych. W tym samym roku prezydent R. Zembaczyński wystosował pismo do wszystkich posłów (oprócz SLD), aby podjęli inicjatywę i ustanowili dzień 1 marca świętem żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Niestety pomimo wielu odpowiedzi wspierających naszą inicjatywę żaden z klubów nie wystąpił z konkretnym projektem stosownej ustawy. Wtedy po kolejnej rozmowie z prezesem IPN uzgodniliśmy, że wystosujemy wspólny apel do śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aby to on wystąpił z projektem ustawy. Apel poza prezydentem Zembaczyńskim i prezesem IPN podpisał A. Zawisza prezes Związku Kombatantów NSZ, Jerzy Woźniak były minister ds. kombatantów żołnierz AK-WIN skazany przez komunistów na karę śmierci, prezes ŚZŻAK śp. Czesław Cywiński, prezes opolskiego ŚZŻAK pani W. Nowak. Efektem tego apelu była inicjatywa ustawodawcza złożona przez Prezydenta do sejmu 1 marca 2010 r. Później przeprowadziłem jeszcze rozmowy z marszałkiem B. Komorowskim, który ocenił ową inicjatywę za godną poparcia. Puenta miała miejsce wczoraj, kiedy to sejm stosunkiem głosów 406 za, 8 przeciw i 3 wstrzymujące ustanowił dzień 1 marca świętem żołnierzy antykomunistycznego podziemia.

Był spór między PiS a SLD wspierane przez PO o słowa „powstanie antykomunistyczne”, ostatecznie wykreślono to sformułowanie z preambuły do święta. Możesz przybliżyć bliżej ten spór o co w nim chodziło?


Powiem szczerze, że nie bardzo rozumiem o co chodziło posłom kwestionującym termin „powstanie antykomunistyczne”. Skala antykomunistycznego oporu sięgająca około 100.000 zaangażowanych w różnego rodzaju działania skierowane przeciwko komunistycznym okupantom i ich sowieckim mocodawcom moim zdaniem uprawniała do pozostawienia takiego sformułowania. Posłowie uznali inaczej trudno – choć do końca nie rozumiem dlaczego. Ale najważniejsze, że przegłosowano ustawę.

Na czym polegała Twoja rola? Do kogo udało Ci się dotrzeć i kogo przekonałeś?


Moja rola to zainspirowanie do tego projektu prezydenta Opola R. Zembaczyńskiego, choć prawdę powiedziawszy nie musiałem go zbyt długo przekonywać, wiedział od razu o co chodzi i jakie znaczenie dla przyszłych pokoleń będzie miało ustanowienie tego święta. Prezes Kurtyka był jak wspomniałem również zainteresowany ustanowieniem święta, więc nasze działania były w tej materii równorzędne. Znaczący wkład miały osoby z kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Rozmawiałem z ministrem J. Sasinem i śp. ministrem W. Stasiakiem.  Duże znaczenie mieli także dziennikarze min. M. Walaszczyk który pracując w telewizji a potem w „Naszym Dzienniku” wspierał tę inicjatywę. Zapewne w całej Polsce były osoby, które zaangażowały się w sprawę upamiętniania żołnierzy wyklętych niezależnie od naszej inicjatywy. Warto przy tej okazji przypomnieć działania podejmowane przez fundację „Pamiętamy” G. Wasowskiego. Generalnie w tym przedsięwzięciu uczestniczyło wiele osób za co chcę im wszystkim serdecznie podziękować.

Dlaczego akurat 1 marca?


Tego dnia, 1 marca 1951 r. w mokotowskim więzieniu wykonano wyroki śmierci na członkach ostatniego IV zarządu WIN. Zamordowano wtedy Ł. Cieplińskiego, A. Lazarowicza, J. Rzepkę, J. Batorego, M. Kawalca, F. Błażeja i K. Chmiela.

Wyjaśnij, bo w szkołach nie zawsze o tym mówią i wiele osób o tym nie wie, czym był WiN?

Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość powstało 2 września 1945 r. W założeniach miał to być  Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji. Generalnie chodziło o działalność podziemną o politycznym i niezbrojnym charakterze. Nie do końca się to udało. Niektóre okręgi WIN np. krakowski, rzeszowski czy wrocławski rzeczywiście nie prowadziły działalności zbrojnej.  Inne struktury np. białostockie, kieleckie, puławskie czy lubelskie  miały swoje grupy zbrojne bowiem z uwagi na panujący terror komunistyczny nie dało się rozwiązać oddziałów zbrojnych i zamelinować ludzi. Warto pamiętać, że obok WIN-u, który był największą organizacją antykomunistyczną działały również i inne formacje takie jak Narodowe Siły Zbrojne – zasłużona już w czasie niemieckiej okupacji organizacja prowadząca zdecydowaną walkę z komunistami od 1943 r. Wspomnieć należy też Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, którego struktury powiatowe w niektórych województwach w Polsce przetrwały i prowadziły walkę do początku lat 50. XX w. Istotną rolę odegrało też Konspiracyjne Wojsko Polskie kierowane przez kpt. S. Sojczyńskiego „Warszyca”.

Jak sądzisz, czy uda się załatwić wszystkie formalności do 1 marca 2011 r.?

Jest to możliwe. Dzisiaj jest głosowanie w Senacie. Jeżeli Senat przegłosuje ustawę bez poprawek to prezydent ma na jej podpisanie 30 dni ale może podpisać ją szybciej a takie sygnały dochodzą z kancelarii prezydenta. Teoretycznie jest możliwe formalne ustanowienie święta jeszcze przed 1 marca 2011r. I oby się tak stało.

Przypomnij jak wyglądała sprawa budowy samego pomnika Żołnierzy Podziemia Antykomunistycznego, który jest na Placu Wolności i stanowi częste miejsce spotkań patriotycznych. Od pomysłu do realizacji  jak była droga?

Sprawa wybudowania pomnika pojawiła się na początku kadencji samorządu Opola z lat 2002-2006. Początkowo chcieliśmy wybudować pomnik za pieniądze zbierane w ramach ulicznej kwesty, ale trudno było przewidzieć jak długo by to trwało. Osoby związane ze środowiskami kombatanckimi słusznie wskazywały, że mogą owego pomnika nie doczekać, dlatego zdecydowaliśmy się na przygotowanie uchwały na sesję Rady Miasta z jednoczesnym zabezpieczeniem środków budżetowych wydatkowanych na ten cel. W tych działaniach wspomagali nas b. żołnierz AK i WIN z oddziału mjr M. Bernaciaka „Orlika”, Tadeusz Czajkowski, Eugeniusz Mróz oraz b. łączniczka „Orlika”. Regina Mac. Pomysł uznali za warty wsparcia przedstawiciele OSPN Antek Klusik, Wisiek Ukleja, Zbyszek Bereszyński (wtedy był członkiem), Jacek Bezeg, Jurek Łysiak. Poza tym orędownikiem tej sprawy byłeś Tomku ty, Janusz Kowalski, Sławek Brzeziński i Mirek Pietrucha. Słowa T. Sikory wyryte na pomniku zaproponował jak pamiętam T. Strzałkowski. Pomnik stanął 17 grudnia 2006 r.

W imieniu środowiska patriotycznego w Opolu bardzo Ci dziękuję .
Teofil Topacz (2011-01-27)
W SPRAWIE TZW. TEORII SPISKOWEJ

Dość często się zdarza, że ludzie, którzy mają o czymś mniej niż blade pojęcie, lubią sprawiać wrażenie, jakoby rzecz całą zgłębili aż do samego dna. Ba, oni w to święcie wierzą,  okłamując i innych, i siebie.
Swego czasu Tadeusz Kotarbiński tak to ujął:

Gdyś rzecz niezrozumiałą zrozumiał, o wtedy
Gorze ci! Tylko lekarz wyciągnie cię z biedy.

Niedawno w Opolu pewna mała dziewczynka, która dopiero co nauczyła się składać literki, nie mogła zrozumieć, dlaczego ludzie przyszli obejrzeć film Mariusza Pilisa „List z Polski” i porozmawiać z reżyserem o przesłaniu jego filmu. Nagle doznała olśnienia, że przecież oni wszyscy są wyznawcami ohydnej teorii spiskowej. Dalej więc mleć na ten temat ozorem.
Atoli ten, kto uczył dziewczynkę składania literek, nie wyjaśnił jej, że „teoria” jest pojęciem z dziedziny nauki, zaś kwestią nauki nie jest wyznanie, lecz poznanie. A to zupełnie co innego. Nie można też budować teorii na jednostkowym przypadku, choćby nie wiem jak tragicznym, jako że cechą konstytutywną teorii jest abstrakcja, uogólnienie.
Wbrew sugestiom dziewczynki ludzie, którzy przyszli na spotkanie z reżyserem, nie przedstawiali żadnej teorii spiskowej, lecz dyskutowali jedynie o hipotezach na temat zamachu. Ale hipoteza nie jest tezą. By nią się stać musi zostać udowodniona. Ponadto, jak donoszą media, hipotezy o zamachu  nie wyklucza również polska prokuratura. Czy i ją dziewczynka oskarża  o wyznawanie teorii spiskowej?
Z funkcjonowaniem w mediach zarzutu o posługiwanie się tzw. teorią spiskową jest jeszcze jeden kłopot. Pełna nazwa tej bezmyślnej formuły brzmi: „spiskowa teoria historii”. Idzie więc o teorię historii, która ma tę wadę, że jest spiskowa, a nie o jakąś nieokreśloną teorię spiskową. Spiskowa teoria historii ma polegać na tym, że wszystkie procesy historyczne są wyjaśniane jako rezultaty spisków. Wątpliwe jednak, by ktokolwiek taką teorię stworzył. Została ona prawdopodobnie wymyślona przez tych, którzy chcieliby zaprzeczyć istnieniu spisków jako czynników zmiany historycznej, obok takich  jak gospodarka, struktura społeczna i polityczna, religia czy kultura.
Warto też dodać, że w przeciwieństwie do innych uczestników spotkania z red. Mariuszem Pilisem, którzy dyskutowali o hipotezach, pozostających nadal hipotezami z przyczyn od nich niezależnych, dziewczynka przedstawiła swoje domniemanie na temat tych ludzi jako udowodnione, czyli jako tezę. Jest to nie tylko błąd. Jest to również nieuczciwość.

Andrzej Wianecki (2011-01-26)
Co zagłusza burza wokół raportu MAK !!!!!
     W styczniu czujny obywatel mógł zaobserwować  jak prezydent Komorowski
i premier Tusk bronią dorobku biurokracji polskiej.

WYMOWNE JEST PIERWSZE VETO  PREZYDENTA KOMOROWSKIEGO W JEGO KADENCJI.
BLOKUJE REDUKCJE ETATÓW W ADMINISTRACJI:
08.01.2011  "Prezydent Bronisław Komorowski skierował wczoraj do
Trybunału Konstytucyjnego ustawę o racjonalizacji  zatrudnienia w
państwowych jednostkach budżetowych, która zakłada zwolnienie 10 proc.
pracowników w latach 2011-2013.   Tym samym potwierdziły się
informacje podawane wcześniej przez niektórych prezydenckich
urzędników, ze ustawa nie zostanie podpisana. Jest to pierwsza ustawa
przygotowana przez rząd Donalda Tuska, której Bronisław Komorowski nie
podpisał. Przyjęta przez Sejm na początku grudnia ustawa zakłada
zwolnienie w ramach oszczędności budżetowych 10 proc. pracowników
administracji publicznej w latach 2011-2013. Przepisy miały wejść w
życie 1 lutego 2011 roku. Piątek był ostatnim dniem na podjecie
decyzji przez prezydenta w tej sprawie."  źródło:
http://www.naszdziennik.pl/bpl_index.php?dat=20110108&typ=po&id=po05.txt

DONALD TUSK ULEGŁ URZĘDNIKOM 
Puls Biznesu, pb.pl,18.01.2011 06:48

"Premier, wbrew stanowisku klubu PO, chce zablokować projekt. Biznes
nie kryje rozczarowania.  Niespodziewanie rząd ruszył na pomoc
urzędnikom łamiącym prawo. Premier Donald Tusk skrytykował  popierane
przez posłów swojej partii korzystne dla przedsiębiorców rozwiązania i
opowiedział się za wyrzuceniem projektu "Pulsu Biznesu" do kosza. Mimo
to klub Platformy Obywatelskiej (PO) nie składa broni. ...... "
źródło:  http://www.pb.pl/a/2011/01/18/Donald_Tusk_ulegl_urzednikom

Czyli standardowo,  dużo zapowiedzi przedwyborczych  o walce PO z
biurokracją , "Przyjazne państwo"  itp , potem utworzenie przez rząd
Tuska tysięcy nowych etatów w administracji-stołki dla swoich. Tylko w
2009 roku przybyło około 38 tysięcy nowych etatów w administracji. Do
tego podwyżki płac w budżetówce i znowu tylko w 2009 roku średnio o
200 zł na każdym etacie . PO-tem kolejne ściemy "Oszczędne państwo",
że pracują nad oszczędnościami, redukcjami i nad odpowiedzialnością
urzędników.  A jak jest sami widzita !!!

Andrzej Wianecki


Marianna (2011-01-26)

Kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan

minął jak z bicza strzelił. Podobnie jak w zeszłym roku, jednaliśmy się , modliliśmy i dyskutowaliśmy na najwyższych obrotach. W mojej pamięci pozostanie spotkanie z rabinem Krakowa Boazem Pashą. Z kilku względów. Po pierwsze: Zaniepokoiło mnie  zaproszenie znajdujące się na oficjalnych stronach diecezji. Otóz przeczytałam, że w ramach wspólnych modlitw o jedność chrześcijan x prof  Rabiej zaprasza nas na spotkanie z rabinem. Niepokój swój uważam za uzasadniony, gdyż nie słyszałam na żadnej stacji TV, ani też bogobojna GW nie donosiła tryumfalnie, iż nasi "Starsi bracia Żydzi" zostali nawróceni! Czym prędzej udałam się na rzeczone spotkanie. http://www.diecezja.opole.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=939&Itemid=36&ed=19

Szanowny ksiądz organizator wzmógł mój prawdziwy lęk, gdy podczas przedstawiana Gościa, stwierdził iż jak powszechnie wiadomo, wszyscy mamy jednego Boga. Coś podobnego, a ja dopiero się o tym dowiaduję?! Cóż my katolicy poczniemy? Kogo pozostanie nam nawracać? ( "Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody" (Mt 28,19). ...) Skoro Bóg mahometan, żydów i nasz to ta sama Istota, może nieco inaczej nazywana... Pójdziemy na bezrobocie... och, naturo złośliwa!

Z błędu wyprowadził mnie szanowny Gość, wskazując, że jak chcemy dalej dyskutować, to nie możemy twierdzić, że Jeszua był tym zapowiadanym Mesjaszem... Uff, co za ulga, zaczynamy od nowa! I tak spotkanie odbyło się w bardzo sympatycznej atmosferze, było ciekawe i prawdziwie ekumeniczne. Tym bardziej, że szanowny ksiądz  naprowadził nas na tematy, które powinniśmy poruszać. Już na wstępie odrzucił możliwość zadawania trudnych pytań, które, jak powiadał "generują media" Więc nie można było zapytać: dlaczego żydzi tak bardzo nie znoszą Polaków, oskarżając nas o wszelkie zło... Dlaczego w Talmudzie obrażają naszego Boga i Jego Matkę, jak wygląda ich niebo?! Mogliśmy uśmiechać się niewinnie i wszelkie żarciki pana Gościa nagradzać gromkimi brawami! I tak, bardzo mi się podobało kiedy Gość, światowy człowiek, zwracał się do szanownych kapłanów per Pan Ksiądz... Podczas gdy nasi księża uniżenie, wszak gościnność rzecz święta, per Proszę Pana...

Miło jest patrzeć na naszych kapłanów, którzy nie potrafią, albo nawet nie chcą bronić swojej Wiary. Przez to traktowani są z przymrużeniem oka, jak sławetne piwo bezalkoholowe... W sumie fajnie było, nawet lubię taki ekumenizm, spotkamy się, podyskutujemy, w bezpiecznych ramach oczywiście, po co narażać się na paskudny zarzut antysemityzmu  twierdząc, że mój przyjacielu mylisz się - Mesjasz już przyszedł. Zrodzony z Matki Maryji Dziewicy, Ukrzyżowany przez ...i takie tam... Nasze Credo...

A tak, podumaliśmy wspólnie z rabbim, jaką Bóg ma płeć? czy On nas poszukuje? Czym okrył się biblijny Adam? Jaki owoc nieszczęsny był zjadł? Dosłownie intelektualna burza mózgów!

Teraz, niejako w zastępstwie, pozwolę sobie zadać kilka pytań wielebnemu księdzu prof. Rabiejowi:
-Czy w niebie żydowskim zamieszkuje Bóg Ojciec Syn Boży i Duch święty?
- Czy w niebie żydowskim znajduje się Matka Boska, Apostołowie, wszyscy święci i męczennicy?
-Czy w niebie żydowskim są chrześcijanie?
Z góry przepraszam za takie nieekumeniczne, przedsoborowe, pachnące Trydentem pytania. Nie pragnę być postrzegana jako lefebrystyczny odłam katolicyzmu, który jak najszybciej powinniśmy wyeliminować. Tego wymaga Jedność. Wszak Jedność jest ponad Prawdę, no nie?! Pozostaje mi tylko życzyć dobrego samopoczucia, wszak waszej wygranej to ja nie bardzo sobie życzę.
"Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.( Jan 14,6-12)"

Kończąc, pragnę zacytować kilka słów jakie odnalazłam w przodującej opolskiej prasie katolickiej, czyli w Gazecie Wyborczej.
"Spotkanie z Pashem było częścią trwającego właśnie tygodnia ekumenicznego, w ramach którego przedstawiciele różnych odłamów chrześcijaństwa modlą się o jedność tego wyznania."

  Bracia chrześcijanie, a  jednak przegapiliśmy Nawrócenie Żydów, wstyd...

Więcej...
http://opole.gazeta.pl/opole/1,35086,8992007,Bog_jest_mezczyzna__kobieta_bywa_czasem_.html#ixzz1C3k8iiA3


Marianna.

Marcin Keler (2011-01-20)

O ŚLĄSKU GŁOŚNO

Niewielu się spodziewało, że wybory samorządowe nagłośnią w Polsce sprawy Śląska. Osoby nie mające kontaktów z tym regionem, nie rozróżniają specyfiki Dolnego Śląska, Górnego Śląska i Opolszczyzny. Na ogół pomija się nazwę „Śląsk Opolski„ sądząc, że to obszar łączący Dolny i Górny Śląsk. Nic bardziej mylnego.

Śląsk Opolski

to obszar całkiem odrębny od rejonów sąsiedniego województwa Śląskiego czy Dolnośląskiego. To obszar zamieszkiwania największej ilości osób nazywających się mniejszością niemiecką. Tutaj działają prawie wszystkie organizacje tego środowiska. To tutaj już kilkadziesiąt gmin ma prawo do używania dwujęzycznych nazw miejscowości, to tutaj prowadzi się intensywnie nauczanie języka niemieckiego i kultury niemieckiej. Właśnie na Śląsku Opolskim, a nie na Dolnym, czy Górnym, buduje się tożsamość niemiecką - umiłowanie „Heimatu” pod hasłem sięgania do korzeni przodków – czyli osób zamieszkujących te tereny pod władzą trzeciej Rzeszy.

Dolny Śląsk

zamieszkują osoby w większości przybyłe po wojnie z innych regionów Polski. Nie ma tu zwartego środowiska tzw. autochtonów, którym będzie się „przypominać” o niemieckich korzeniach. Owszem, w rejonie tym istnieją inne problemy - temat odzyskiwania majątków i kamienic przez byłych właścicieli oraz temat zacierania polskiej pamięci historycznej.

Przykładem niech będzie zmiana nazwy Hali „Ludowej” we Wrocławiu na przedwojenną nazwę: Hala „Stulecia”. Nazwa ta upamiętniała stulecie wydania przez Fryderyka Wilhelma III odezwy „Do mojego ludu” wzywającej do oporu przeciwko Napoleonowi. Ale czy Polacy mają upamiętniać to wydarzenie? Przecież jest ono związane z pruską historią – z historią naszych zaborców. Gdy po wojnie zasiedliliśmy ziemie zachodnie, to właśnie w tej Hali nazwanej ”Halą Ludową” w 1947 r. odbyła się Wystawa Ziem Odzyskanych, a w 1997 r. gościł w niej Jan Paweł II w ramach kongresu eucharystycznego. Utrwaloną przez lata polską nazwę hali trudno odnaleźć dzisiaj w przewodnikach. Odkąd w 2006 r. wpisano ten obiekt na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO oficjalnie funkcjonuje już tylko nazwa - poniemiecka. Takich przykładów można by mnożyć. 

 

 

 

 

Wedle wikipedii, skąd pochodzi to zdjęcie (dziękujemy) Hala Ludowa, znajduje się w mieście Breslau.

 

 

 

 

Górny Śląsk

jest chyba najbliższy Polakom z poza tego regionu. Przed II wojną światową znaczna jego część należała do Polski, zamieszkujący go mieszkańcy nie byli wynaradawiani. Z pracy kopalń i hut tej ziemi korzystała cała Polska. A w czasach PRL media chętnie chwaliła się jej osiągnięciami. To na tym terenie, w Katowicach, 20 lat temu zawiązał się Ruch Autonomii Śląska, o którym stało się głośno w tegorocznych wyborach samorządowych.

Wybory do sejmiku województwa opolskiego

i śląskiego otworzyły szeroką dyskusję nad niezależnością decyzji podejmowanych przez władze samorządowe oraz dyskusję nad konsekwencjami wpływów środowisk, które w swoich założeniach ideowych odcinają się od polskiej racji stanu. Przyjrzyjmy się wynikom na Opolszczyźnie. W wyborach do 30 osobowego sejmiku województwa opolskiego mandaty uzyskali PO (12), MN (6), SLD (5), PSL (2) oraz PiS (5).

Parę dni po wyborach zawiązała się tzw. „I koalicja” PO-SLD-PSL. PO przez tydzień świętowała nowe rozdanie bez udziału Mniejszości Niemieckiej, która przez lata współrządziła regionem. W wypowiedziach przedstawicieli PO dziennikarze usłyszeli, że: „’dla dobra regionu’ odsunięto MN od władzy, by wyrównać dysproporcję w rozwoju gmin polskich i mniejszościowych”. Liderzy opolskich Niemców nie kryli oburzenia. Postawę opolskiego PO nazwali „brakiem kultury politycznej”. Sprawa obiła się o centralne władze. Poseł MN Ryszard Galla podjął walkę. W kuluarach sejmu, referował marszałkowi G. Schetynie o zasługach MN na Opolszczyźnie, o pieniądzach którymi MN wspiera szpitale i inne publiczne obiekty. Ponoć również powiedział, że MN jest ważnym orędownikiem przed władzami niemieckimi w sprawie uznania 200 tys. Polonii w Niemczech jako mniejszości narodowej. Ciekawe, ale nikt dotąd nie słyszał o takich propolskich działaniach MN.

Dość powiedzieć, że zabiegi MN okazały się skuteczne. Premier Donald Tusk na zjeździe regionalnym partii zganił Opolszczyznę za układanie się z SLD kosztem Niemców. I w ten sposób dnia 30 XI 2010 r. powstała tzw. „II koalicja”, która poszerzyła obecny skład o przedstawicieli MN. Sytuacja ta wywołała drwiące komentarze wobec chwiejności lokalnej PO. Tym razem PO ponownie użyła sformułowania, że ‘dla dobra regionu’ MN będzie współrządzić Opolszczyzną, a zdanie to stało się hitem wśród dziennikarskich komentatorów. Inaczej „dobro regionu” rozumieli opolscy samorządowcy, a inaczej władza centralna w Warszawie. Jak zatem rozumieć tegoroczne hasło wyborcze PO: „ Z dala od polityki”? Nasuwa się pytanie, jaki będzie skutek tych roszad dla Opolszczyzny i Polski ? Niemcy zyskali, bo utwierdzili się w przekonaniu, że odgrywają ważną rolę w polityce nie tylko regionalnej. Skoro premier nie zaakceptował odsunięcia Niemców od władzy i „skłonił” regionalnych polityków do poszerzenia koalicji znaczy to, że „samorządzenie” jest sterowane, a Polska boi się mocy swoich sąsiadów. Prominentny przedstawiciel SLD na Opolszczyźnie – A. Namysło, trafnie ujął niepokój podzielany przez wielu: „ nie wiem czym skończy się ten nadmiernie poszerzony eksperyment”.

Podobne refleksje nasuwają się po przeanalizowaniu wyników do wyborów sejmiku województwa śląskiego.    Tam zawiązała się koalicja między PO, RAŚ i PSL. Gdy do władz po raz pierwszy przedarła się organizacja pod nazwą Ruch Autonomii Śląska sprawą zainteresowały się nawet media centralne. Wystarczy przytoczyć parę postulatów RAŚ i wypowiedzi ich lidera - Jerzego Gorzelika, aby mieć spore obawy o skutki wejścia tej organizacji do władz regionu. RAŚ powstał w 1990 r. Jest ruchem społeczno-politycznym liczącym ok. 7 tys. członków i sympatyków – w większości młodych ludzi, najczęściej nie znających śląskiej gwary. Dzień 11 listopada, RAŚ nie obchodzi jako Święta Niepodległości, tylko jako rocznicę zakończenia wielkiej wojny, w której zginęło 56 tys. Górnoślązaków. Dalekosiężnym celem tej organizacji jest przemiana ustrojowa Polski. Marzy im się Polska federalna podzielona na regiony z rządami lokalnymi. Na czele rządu regionalnego stałby premier, a interesu państwa polskiego i konstytucji strzegłby wojewoda. „Chcemy stworzyć państwo z autonomicznymi regionami, tak jak jest w Hiszpanii” – takie plany snuje lider RAŚ J. Gorzelik. Mówi on również : „Chcemy decentralizacji państwa i wzmocnienia wszystkich regionów”. Na wykładzie o śląskości 12 lat temu cytował słowa Lloyda Georga: „Oddać Śląsk Polsce, to jak oddać małpie zegarek”. W wywiadzie do GW w 2001 r. powiedział o sobie: „Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem i nie czuję się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa”. RAŚ od kilku lat jest na Śląsku coraz bardziej widoczny. Co roku organizuje piknikowe marsze upamiętniające przedwojenną śląska autonomię. W połowie lipca tego roku działacze RAŚ ogłosili swoistą konstytucję dla regionu pod nazwą „Statut Organiczny”, który zakłada, że do 2020 r. woj. śląskie uzyska szeroką autonomię z własnym sejmem i budżetem.

Organizacja ta od kilku lat prowadzi politykę również na salonach europejskich. Podpisała porozumienie z Wolnym Sojuszem Europejskim - partią skupiającą ugrupowania reprezentujące regiony i narody bezpaństwowe. RAŚ oficjalnie odżegnuje się od zarzutów, że dąży do oderwania Śląska od Polski, ale internetowe wypowiedzi ich członków, czy ostatnio, wyeksponowanie mapy Śląska z napisem „Oberschlesien” podczas zaprzysiężenia koalicji sejmiku sugerują, że ruch ten nawiązuje bardziej do tradycji niemieckiej niż polskiej. Wielu popierających RAŚ odżegnuje się nawet od bycia Ślązakiem i mówi: „Jeżeli bronimy symboliki związanej z epoką pruską lub niemiecką... to jedynie dlatego, że szanujemy historyczną tożsamość tej ziemi”. Czym zatem kierowały się władze PO zapraszając do swojej koalicji organizację wyznającą niebezpieczne dla Polski idee? Początkowo nie zakładano tworzenia koalicji z RAŚ. Nowy marszałek województwa Adam Matusiewicz sugerował, że w sejmiku pozostanie dawny układ PO, SLD i PSL. Jednak po wyborach zarząd PO na Śląsku, z Tomaszem Tomczykiewiczem na czele - szefem Klubu PO w Sejmie, zadecydował inaczej.

Mając na uwadze poplątane losy historyczne Śląska, rosnącą rolę ekonomii w niezależnym bycie państwa oraz powoływanie się Ruchu Autonomii Śląska na ustroje federacyjne w innych krajach Europy istnieje obawa, czy Śląsk zarówno Górny jak i Opolski na zawsze pozostanie częścią Polski.

Aleksander Ścios (2011-01-13)

 Dlaczego Putin popełnił taki błąd?

         A może to nie jest błąd?


Kto chce niech ulega „obsesji polemiki” z putinowskim łgarstwem. Na takich przecież wdzięcznych „polemistach” wspiera się gmach rosyjskiej dezinformacji, wykorzystującej energię i uwagę przeciwnika ogarniętego pasją racjonalizowania bredni. Czemu zatem nie korzystać z potencjału  „prawicowych” blogerów i publicystów, pochylających się z uwagą nad tezami pułkownika KGB? Tym bardziej, gdy dzieje się to pod światłym przewodnictwem tzw. dziennikarzy, słusznie kanalizujących kierunki „dyskusji”.
Istota rosyjskiej dezinformacji nie polega tylko na zmyleniu przeciwnika, ale na posłużeniu się nim samym do sprokurowania fałszu - na tyle skutecznego, że przyspieszy jego przegraną. O ile podstawowa dezinformacja sprowadza się do przedstawienia fałszu jako prawdy, o tyle dezinformacja stosowana przez Rosję ma na celu zmuszenie przeciwnika do stworzenia przez niego samego fałszywego obrazu wroga. Nie trzeba zatem okłamywać przeciwnika, on sam wprowadza się w błąd. Nie trzeba też troszczyć się o racjonalny przekaz, skoro każde kłamstwo i brednia zostanie podanie gruntownej „analizie” i  okolone racjonalną argumentacją.
Już Churchill twierdził, że podczas wojny prawda jest tak cenna, iż trzeba jej zapewnić ochronę złożoną z kłamstw. A ponieważ państwo Putina  ma dwie zasadnicze cechy: z jednej strony kłamstwo jest dla niego formą istnienia, z drugiej zaś, znajduje się w stanie permanentnej wojny – czyż naśladująca ów wzór III Rzeczpospolita miałaby nie skorzystać z doświadczeń „wielkiego brata”?  
Trwa zatem i długo trwał będzie żenujący spektakl wypowiedzi, deklaracji i ocen dotyczących publikacji posiadającej wartość raportu Burdenki. Pojawią się „głosy krytyczne” wobec Rosjan, pełne oburzenia wywody i ważkie „analizy”, wskazujące na „błędy i wypaczenia”.
Trwa zatem i trwał będzie wspólny teatr Tuska i Putina, w którym polskiemu społeczeństwu przyznano rolę bezwolnego stada – zaganianego w stosowne zagrody, w rytm pohukiwań medialnych pastuchów.
Cieszę się jedynie z ruskiego błędu – tak ewidentnego, że można go przypisać tylko nieludzkiej pysze Putina i jego pomagierów. Wszystko przecież, co zawiera dzisiejszy „raport” zostało już po stokroć obwieszczone i powtórzone przez polskojęzyczne media i tzw. polityków z grupy rządzącej. Tezy Putina są znane Polakom od 10 kwietnia, gdy w godzinę po tragedii Władimir Żyrinowski w radiu "Kommersant-FM", stwierdził że „pewną rolę w katastrofie mógł odegrać upór prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”, a Wacław  Radziwinowicz – pracownik „Gazety Wyborczej” podzielił się z Rosjanami uwagami o „incydencie gruzińskim” i obawą, że „nad Smoleńskiem mogło się zdarzyć właśnie coś takiego”. O tezach raportu wiedział Radosław Sikorski, gdy  2 maja w programie CNN "Situation Room" na pytanie: czy już wiadomo co było przyczyną katastrofy w Smoleńsku – otwarcie wyznał:  "moim zdaniem była to kombinacja nadzwyczaj złej pogody, dość prymitywnego lotniska oraz błędu pilota”.
Rzadka to sytuacja, gdy Rosjanie – mistrzowie dezinformacji popełniają tak spektakularny błąd. Czy pułkownik Putin tak był pewny swoich nadwiślańskich „przyjaciół”, że ogłosił tezy raportu już w dniu smoleńskiej tragedii, czy może polscy „przyjaciele” tak głęboko wejrzeli w intencje  hegemona, że antycypowali dzisiejsze rewelacje?  I czy uda się naprawić ten błąd – tylko po to, by Donald Tusk był odtąd postrzegany jak narodowy bohater?

 

ze strony

http://bezdekretu.blogspot.com/2011/01/ruski-bad.html

Leszek Żebrowski (2011-01-09)



Generał Leopold Okulicki w 1995 r. otrzymał pośmiertnie Order Orła Białego. Niedawno otrzymał go także Adam Michnik, obrońca "honoru" gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który dokonywał terrorystycznych aktów "ustanawiania i utrwalania władzy ludowej", podczas gdy gen. Okulicki konał na Łubiance. To przez brak dekomunizacji tak łatwo jest obecnie mieszać bohaterstwo z zaprzaństwem, czyny heroiczne ze zdradą, bohaterów z kanaliami.

Smoleńska katastrofa wydobyła z Polaków dawno nieukazywane tak silnie emocje. Poza naturalnym wobec takiego wydarzenia bólem i złączeniem w żałobie pojawiło się coś jeszcze. Niezwykle mocno wyraził to podczas pogrzebowej Mszy św. za parę prezydencką w bazylice Mariackiej Janusz Śniadek, wówczas przewodniczący NSZZ "Solidarność". Wspominając śp. Lecha Kaczyńskiego, powiedział m.in. "Przypomniałeś nam, co to znaczy być Polakiem. (...) Nie ma dzisiaj Warszawy ani Krakowa, ani Gdańska. Jest jedna Polska zadumana w żałobie. (...) W czasie tych swoistych rekolekcji uświadamiamy sobie, że rezygnując z wartości, tracimy poczucie wspólnoty, tracimy Polskę. Nie ma wolności bez wartości. Wyśmiewani za niemodny patriotyzm, wierni Bogu i Ojczyźnie podnieśliśmy głowy. Zróbmy wszystko, aby rozpalony w sercach i umysłach płomień nie wygasł". Okres żałoby zakłócany był przez szydzących z tych wartości w niewielkim stopniu. Ale po pogrzebie znów podnieśli głowy i przystąpili do ataków ze zdwojoną siłą. Sprzyjał temu okres prezydenckiej kampanii wyborczej. Mogliśmy przekonać się, że zamiast jednej Polski mamy dwie, i są one bardzo różne. Wyrastają z dwóch różnych tradycji, mają całkiem odmienne cele i sprzeczne systemy wartości.


Sowiecka piąta kolumna


Aby lepiej zrozumieć te procesy, musimy sięgnąć do historii. Nie jest prawdą, że po 123 latach niewoli wszyscy mieszkańcy tworzącej się w końcu 1918 r. II Rzeczypospolitej byli zgodni w swych wizjach Ojczyzny. Były już wówczas siły, którym ością w gardle stała odzyskiwana z takim trudem niepodległość i ciężkie walki o kształt granic. Byli ludzie i całe środowiska, dla których godło państwa, czyli Orzeł Biały, było tylko "białą gęsią", a Polska stała się tym, co dosadnie wyraził dwie dekady później sowiecki komisarz spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow, nazywając naszą Ojczyznę "pokracznym bękartem traktatu wersalskiego". Warto tu przypomnieć, że podobnego określenia użył wówczas także Adolf Hitler...
Sowiecka orientacja polityczna, która wykształciła się w postaci Komunistycznej Partii Polski (KPP), od początku była przeciwna niepodległości Polski. Podczas wojny polsko-sowieckiej komuniści byli jawną agenturą sowieckiego agresora, który "po trupie Polski" zamierzał podbić całą Europę. W II RP siły te działały w konspiracji, głosiły bowiem konieczność zniszczenia "pańskiej Polski" i powołanie sowieckiej republiki, a na terenach dawnego zaboru pruskiego - przyłączenie ich do Niemiec.
Tuż po sowieckiej agresji 17 września 1939 r. komuniści, działający w przedwojennej Polsce, tworzyli zbrojne bojówki do udzielania pomocy wkraczającej Armii Czerwonej.
W latach 1939-1941 aż do 22 czerwca trwał ścisły sojusz obu totalitaryzmów. Zwolennicy Związku Sowieckiego, byli kapepowcy i wszyscy "postępowcy" nie widzieli jakoś zła w nazizmie, w jego odmianie ludobójstwa, w antysemickiej czystce. Sojusznik to sojusznik i z jego wolą zgadzano się bez zastrzeżeń. Już tylko to powinno wystarczyć do zastosowania po wojnie bezwzględnego ostracyzmu wobec środowisk komunistycznych, ich prawnego i moralnego rozliczenia. Stało się jednak inaczej. Związek Sowiecki jako ofiara swego niedawnego brunatnego pobratymcy stał się nagle "sojusznikiem naszych sojuszników", a wielka polityka uwolniła się z krepujących ją więzów moralnych.



Eksterminacja elit


Od lat 1944/1945 rządzili nami z sowieckiego nadania przedwojenni i wojenni komuniści, czyli ci, którzy prowadzili zbrodniczą działalność przeciwko II PR, a następnie w podziemiu zwalczali organizacje niepodległościowe, przy zastosowaniu najbardziej niegodziwych metod (na przykład we współpracy z Niemcami!). O własne zbrodnie oskarżali zaś bezwstydnie największych polskich bohaterów, ludzi o nieposzlakowanej przeszłości, skazując ich (lub mordując w śledztwach) pod zarzutem szpiegostwa, zdrady, antysemityzmu. Tak zginęli m.in. gen. August Emil Fieldorf, rtm. Witold Pilecki, por. Jan Rodowicz "Anoda" i tysiące innych. Wymordowano tych, którzy stanowili resztki elity Narodu - straciliśmy ją bezpowrotnie w wyniku represji i ludobójczej polityki niemieckiej, sowieckiej, a po zakończeniu działań wojennych rodzimi (i nasłani ze Wschodu) komuniści dopełnili dzieła zniszczenia. Ile było ofiar zbrodniczej działalności komunistów w Polsce w latach 1944-1956? Kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy? Tego do dziś nie wie nikt. Badania z tego zakresu były przecież w Polsce Ludowej zakazane, fałszowano wszelkie informacje, zacierano ślady, niszczono groby, ukrywano lub preparowano dokumenty.
Ktoś jednak zajął miejsce tych ludzi. Tak zwany awans społeczny zapełnił wolne miejsca w administracji państwowej, wojsku, szkolnictwie, nauce. Tak, do dziś można prześledzić ślady niektórych niezwykłych "karier" w naukach społecznych, zresztą trudno to było nazwać nauką. I wytwarzała się zupełnie nowa "tradycja" w Polsce, polegająca na przedstawianiu tych, którym zabrano życie lub zdrowie, domy, miejsca pracy, resztki majątku, jako "faszystów", "kułaków", reakcjonistów", "wrogów ludu" i "wrogów klasowych". W ten sposób komuniści usprawiedliwiali swe straszliwe zbrodnie, legitymizowali zagarnięcie i przejęcie cudzych majątków, traktowanie znacznej części Polaków jako obywateli drugiej czy trzeciej kategorii.
Ten sposób myślenia utrzymał się także po 1989 roku. To jest zresztą paradoks - ci, którzy powinni na zmianach ustrojowych najwięcej stracić, w sumie najwięcej zyskali. Utrzymali przede wszystkim swe majątki, do których doszli w warunkach rzekomej "równości". Dzieci kształcili (szczególnie w ostatniej dekadzie PRL) na zagranicznych uczelniach, wysyłali je na elitarne stypendia, a przede wszystkim uzyskali - nie bardzo wiadomo, dlaczego - całkowitą ochronę prawną i jakby przedawnienie za to, czego dokonali do 1989 roku. Było to zgodne z filozofią "grubej kreski". A przecież powinna mieć zastosowanie filozofia sprawiedliwości i zadośćuczynienia. Skoro tak się nie stało, to mamy powielanie elit w tych samych środowiskach, które uprzednio eliminowały (czy wręcz eksterminowały) polskie elity.


Polska nasza czy wasza?


Przegraliśmy i nadal przegrywamy walkę o naszą świadomość historyczną. Nie ma cenzury, ale też nie ma prawdziwych, pełnych badań naszej niedawnej przeszłości. "Ochrona danych osobowych" jest znakomitym narzędziem, aby de facto uniemożliwiać publikowanie prawdziwych życiorysów wielu postaci, albowiem ich dzieci (i już wnuki) nie życzą sobie tego. Państwo prawa sprowadza się często do formalistyki. Przykładem takiego podejścia może być wygrany przez Adama Michnika proces z Instytutem Pamięci Narodowej, w którego publikacji pojawiła się wzmianka (w przypisie!), że jego ojciec, Ozjasz Szechter, był przed wojną skazany przez sąd II RP za szpiegostwo na rzecz Związku Sowieckiego. A przecież był skazany "tylko" za zdradę główną...
Rzecz sprowadza się do wyjaśnienia, czy akceptujemy taki sposób argumentacji, czy dajemy sobie narzucać "jedynie słuszną" interpretację tego, co stało się w Polsce po wojnie, czy nie. Przecież komunistyczne państwo było tworem sztucznym, całkowicie zależnym od Moskwy. Rządziła partia komunistyczna przy pomocy swych instytucji siłowych, przede wszystkim Urzędów Bezpieczeństwa (następnie Służby Bezpieczeństwa) oraz Informacji Wojskowej (następnie Wojskowej Służby Wewnętrznej), a pozory praworządności zapewniały sądy i prokuratury wojskowe i powszechne, całkowicie podporządkowane władzy. Demokracja istniała tylko na papierze, realnie mieliśmy do czynienia z "demokracją socjalistyczną". Różnica między nimi była taka, jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. Kolejni dyktatorzy stojący na czele Polski Ludowej nie mogli być jednocześnie polskimi patriotami i "ludźmi honoru", a to przecież uporczywie nam się wmawia. Jeśli Wojciech Jaruzelski leci do Moskwy 9 maja na defiladę przed Putinem z osobą wówczas wykonującą obowiązki głowy państwa, to nie jest tylko gest kurtuazji wobec jakiegoś wielce zasłużonego staruszka. Ma on bowiem zasługi bardzo specyficzne, w postaci karnych procesów za masakrę ludności cywilnej na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. oraz za zbrodnie stanu wojennego 1981 roku! Dodajmy do tego, że został też zabrany przez Bronisława Komorowskiego na cmentarz Doński w Moskwie, gdzie obaj - ramię w ramię - "składali hołd" ostatniemu dowódcy Armii Krajowej gen. Leopoldowi Okulickiemu przed jego symbolicznym grobem (bo prawdziwego przecież nie ma). Wówczas, gdy na moskiewskiej Łubiance konał gen. "Niedźwiadek", Wojciech Jaruzelski dokonywał terrorystycznych aktów "ustanawiania i utrwalania władzy ludowej", jak to się wówczas eufemistycznie nazywało...
Zatem pytajmy: Polska nasza czy wasza?



Order orderowi nierówny...


Generał Leopold Okulicki w 1995 r. otrzymał pośmiertnie Order Orła Białego. Niedawno otrzymał go także Adam Michnik, którego wykładnia tego, co się stało w Polsce po wojnie, i próba usprawiedliwienia tych "elit", które bezwarunkowo stanęły po stronie sowieckiego okupanta, była następująca: "Jest to zjawisko niezwykle charakterystyczne dla intelektualistów naszej szerokości geograficznej, zjawisko uzasadniające niejednokrotnie zgodę na przemoc i totalizm, zgodę, której usankcjonowaniem miały być motywacje najszlachetniejsze". "Istnieje pogląd, że cała polityka kulturalna, cała wizja kultury formułowana w owym czasie przez partię komunistyczną w Polsce była wielkim bluffem, wielkim oszustwem w stosunku do narodu, do społeczeństwa. Myślę, że to nieprawda". "Ich [komunistów - przyp. L.Ż.] projekt kultury socjalistycznej był projektem autentycznym. Byli rzeczywiście przekonani, że istnieje szansa przekształcenia kultury polskiej, jej demokratyzacji i upowszechnienia, że istnieje także możliwość przeciwstawienia się klasycznemu modelowi rozumienia kultury polskiej, często zakładającemu zdecydowaną dominację jej katolickiego charakteru, jej związków z Kościołem, związków, które - dodajmy - nie zawsze wychodziły jej na zdrowie".
Naziści też nas chcieli uczyć własnej kultury. Czyż nie byli w tym autentyczni? I mieli podobne zdanie o polskim Kościele i jego wpływie na polską kulturę...
16 listopada 1994 r. Sejm RP podjął uchwałę w sprawie zbrodniczych działań aparatu bezpieczeństwa państwowego w latach 1944-1956: "Sejm Rzeczypospolitej Polskiej stwierdza, że struktury Urzędu Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej, prokuratury wojskowej i sądownictwa wojskowego, które w latach 1944-1956 były przeznaczone do zwalczania organizacji i osób działających na rzecz suwerenności i niepodległości Polski, są odpowiedzialne za cierpienia i śmierć wielu tysięcy obywateli polskich. Sejm potępia zbrodniczą działalność tych instytucji".
Tak naprawdę było to jednak pustosłowie, za słowami nie poszły czyny lub były na tyle nieudolne, że nie udało się rozliczyć tychże zbrodniczych instytucji i ich funkcjonariuszy. Co więcej, ich następcy wysoko podnoszą głowy i zapiekle bronią "dobrego imienia" swych przodków. Zabrakło zdecydowanej dekomunizacji i jednoznacznego potępienia okresu komunistycznego. Dlatego teraz tak łatwo jest mieszać bohaterstwo z zaprzaństwem, czyny heroiczne ze zdradą, bohaterów z kanaliami. Mamy do czynienia z powszechną ignorancją, ograniczaniem nauczania historii, relatywizacją zła i wynaturzoną "poprawnością polityczną".
Myślę, że gen. Okulicki nie chciałby stać w jednym szeregu z wieloma nosicielami orderów i odznaczeń przyznanych po 1989 roku.
Nie możemy się potulnie zgadzać, aby standardy zachowań i oceny dotyczące życia politycznego i społecznego, ale też szeroko pojętej kultury i sztuki, narzucali nam ludzie z drugiej strony barykady. Bo to jest barykada, a oni cały czas walczą, aby stworzyć z nas "ludzi szczególnego pokroju", jak to wyraził ich niegdysiejszy patron i przywódca Józef Stalin. Polska jest krajem o ponadtysiącletniej historii i kulturze, której nie musimy się wstydzić. Jest częścią uniwersalnej cywilizacji chrześcijańskiej. Jeśli pozwolimy zabrać sobie fundamenty naszej cywilizacji, cały gmach runie, a nasze miejsce zagarną ludzie cywilizowani inaczej, podrzuceni jak kukułcze jaja.

  ze strony:

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110107&typ=my&id=my01.txt